Raz, dwa, trzy … Kanada odprawiona

rolfo_can

Fot. SvFF

Starcie z Kanadą w wietrznym Parchal miało być przede wszystkim testem dla nowego ustawienia szwedzkiej defensywy, ale to o piłkarkach ofensywnych mówiło się po ostatnim gwizdku zdecydowanie najwięcej. Trudno się zresztą temu dziwić, gdyż od widoku reprezentacji strzelającej trzy gole wyżej notowanemu rywalowi ostatnimi czasy zdążyliśmy się już odzwyczaić. Kadra Petera Gerhardssona od kilku miesięcy przyzwyczaja nas jednak do tego, że każdym kolejnym występem pisze swoją własną historię i choć w zakończonym właśnie meczu straciła pierwszą bramkę za kadencji obecnego selekcjonera, to początek portugalskiego maratonu i tak wypadł jak najbardziej na plus.

Podobnie jak przed miesiącem w RPA, gra szwedzkim piłkarkom nie zaczęła się kleić od razu. Choć Gerhardsson w wyjściowej jedenastce postawił przede wszystkim na znajdujące się w rytmie meczowym zawodniczki z lig zagranicznych, w pierwszych dwóch kwadransach jego podopiecznym ewidentnie brakowało tempa i dokładności. Kanadyjki wprawdzie nie prezentowały się w rzeczonym okresie wyraźnie lepiej, ale to im udało się oddać pierwszy celny strzał, a gdy do ustawionej tuż przed linią pola karnego piłki podchodziła Christine Sinclair, mieliśmy nawet całkiem uzasadnione powody do niepokoju. Z uderzeniem legendy kanadyjskiego soccera bez zarzutu poradziła sobie jednak Lindahl, która po przerwie nie dała się także zaskoczyć Adrianie Leon.

Na pierwszego gola czekać musieliśmy do 43. minuty, a bramkowa akcja zaczęła się od pozornie niegroźnej straty Kanadyjek w środku pola. Raz jeszcze okazało się jednak, że błędy w tym sektorze potrafią być niezwykle kosztowne. Wystarczyły zaledwie dwa podania, aby futbolówka znalazła się pod nogami Sofii Jakobsson i choć sytuację próbowała jeszcze ratować Quinn, to utracie gola zapobiec nie zdołała, a całą akcję ostatecznie sfinalizowała Mimmi Larsson. Bramka do szatni na tyle uspokoiła szwedzkie piłkarki, że niespełna minutę po rozpoczęciu drugiej połowy meczu znów mieliśmy remis. Niezwykle mobilna Nichelle Prince doskonale urwała się spod opieki Magdaleny Eriksson i choć sama nie potrafiła pokonać Lindahl, to w dużym stopniu dzięki niej kilkanaście sekund później zrobiła to Janine Beckie.

Gol napastniczki Sky Blue był pierwszym straconym przez szwedzką kadrę od czasu pamiętnego ćwierćfinału EURO 2017, ale przerwanie tej imponującej skądinąd serii w żadnym stopniu nie podziałało deprymująco na zespół Petera Gerhardssona. Co więcej, niespełna sześć minut później wynik ponownie był korzystny, do czego wydatnie przyczyniła się rozgrywająca swój najlepszy mecz w reprezentacji od przynajmniej dwóch lat Caroline Seger. To właśnie kapitanka szwedzkiej kadry jednym podaniem otworzyła drogę do kanadyjskiej bramki Fridolinie Rolfö, a znajdująca się ostatnio w wybornej dyspozycji zawodniczka monachijskiego Bayernu z zimną krwią zrobiła to, co w tej sytuacji zrobić powinna. Swojego gola w Parchal ustrzeliła również Stina Blackstenius, która w samej końcówce wykorzystała fatalne zagranie doskonale znanej nam z występów na boiskach Damallsvenskan Sheliny Zadorsky, pozbawiając w ten sposób rywalki resztek nadziei na doprowadzenie do remisu. Debiut Duńczyka Kennetha Heinera-Møllera w roli selekcjonera kanadyjskiej kadry miał więc wyjątkowo gorzki smak.

Malkontenci mogą oczywiście twierdzić, że każdy ze szwedzkich goli był bezpośrednim skutkiem indywidualnego błędu jednej z Kanadyjek, ale warto docenić, że po raz pierwszy od dawna mogliśmy oglądać reprezentację, która owe pomyłki potrafi wymusić, a następnie zrobić z nich właściwy użytek. Peter Gerhardsson zdradził po meczu, że wysoki i agresywny pressing miał być jednym z pomysłów na Kanadę, więc do listy dawno nie widzianych pozytywów śmiało dopisać możemy także poprawną realizację dobrze nakreślonego planu. Cieszy również fakt, że wreszcie regularnie na listę strzelczyń wpisują się piłkarki ofensywne; przeciwko RPA dwukrotnie trafiła Kullashi, a dziś Larsson, Rolfö i Blackstenius. Pewne rezerwy z pewnością są jeszcze w grze defensywnej, gdyż współpraca między trójką stoperek nie zawsze wyglądała w środowy wieczór idealnie, ale z drugiej strony trzeba przyznać, że zagrożenie ze strony Sinclair udało się zredukować do absolutnego minimum. Podstawy do optymizmu jak najbardziej więc są, a kolejna okazja do eksperymentów taktyczno-technicznych (oby równie owocnych) nadarzy się już za niespełna 48 godzin. Tym razem na tle rywalek z Korei Południowej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s