Wraca puchar

fcr_cup2016

Fot. SvFF

Już nie w hali, a na otwartym powietrzu, już nie w zimowej, a we wczesnowiosennej scenerii – zaplanowane na najbliższy weekend ćwierćfinały Pucharu Szwecji jeszcze bardziej uświadamiają nam, że rozpoczęcie sezonu ligowego zbliża się wielkimi krokami. Zanim jednak na dobre zaczniemy emocjonować się tegorocznymi rozgrywkami Damallsvenskan oraz Elitettan, przyjrzyjmy się bliżej ośmiu ekipom, które wciąż pozostają w grze o znajdujące się obecnie w posiadaniu FC Rosengård trofeum.

Na pierwszy ogień pójdą Kristianstad i Kvarnsveden, sąsiedzi z ubiegłorocznej tabeli. Pomimo absencji niezwykle skutecznej w okresie przygotowawczym Schryvers, a także problemów zdrowotnych bramkarek, to piłkarki ze Skanii przyjadą do Dalarny w roli faworytek. Niejednokrotnie przekonywaliśmy się jednak, że przedwczesne skreślanie drużyny, w barwach której występuje Tabitha Chawinga, może okazać się zgubne w skutkach. Nawet jeśli szczególnie druga linia Kvarnsveden prezentowała się w ostatnich sparingach mało okazale, to nie możemy zapominać, że akurat ta ekipa – jak mało która – w każdej chwili może sięgnąć po swoją tajną broń. Czy zrobi to również w sobotnie popołudnie?

Zawodniczki Djurgården mają takie szczęście w losowaniach tegorocznej edycji pucharowych zmagań, że chyba nikt nie zdziwił się, iż to właśnie im przypadł w udziale jedyny w stawce drugoligowiec. Aby jednak zameldować się w półfinale, piłkarki ze Sztokholmu będą musiały podejść do sobotniego meczu maksymalnie skoncentorowane, wszak Mallbacken ma już na rozkładzie między innymi Vittsjö, a Ezurike, Nyman i spółka wcale nie zamierzają na tym poprzestać. Pokonanie kolejnej przeszkody byłoby oczywiście nie lada sensacją, ale czyż nie po to rywalizuje się właśnie w krajowym pucharze?

Piteå kontra Rosengård, największa rewelacja dwóch ostatnich sezonów kontra najbardziej utytułowany klub Szwecji, północ kontra południe – nieważne, w jaki sposób zapowiemy to starcie, w sobotę na LF Arenie możemy szykować się na wielkie granie. Rok temu oba zespoły również starły się wiosną w pucharowych zmaganiach i wówczas po dziewięćdziesięciu minutach epickiej rywalizacji minimalnie lepsze okazały się zawodniczki z Malmö. Również tym razem to im daje się przed pierwszym gwizdkiem więcej szans, ale w Norrbotten gorąco wierzą, że – podobnie jak w potyczce z Eskilstuną – to Hilda Carlén znów okaże się bohaterką.

Nastroje w Örebro poprawiają się z tygodnia na tydzień, ale trudno się temu dziwić, skoro całkowicie przebudowana zimą drużyna w każdym kolejnym sparingu prezentuje się coraz bardziej obiecująco. Pojedynek z aktualnym mistrzem kraju, na dodatek na jego terenie, będzie zdecydowanie najtrudniejszą jak dotąd próbą dla ekipy Martina Skogmana, ale na Behrn Arenie nastroje są bojowe i wszyscy w klubie zapewniają, że skoro rok temu udało się urwać rywalkom ligowe punkty, to i teraz – gdy drużyna jest jeszcze mocniejsza – nikt nie zamierza wybierać się do Linköping wyłącznie na wycieczkę. Ze zwycięstwa łatwo nie zamierzają jednak rezygnować również gospodynie, które tym razem będą musiały radzić sobie bez kontuzjowanej Irmy Helin.


Zestaw par ćwierćfinałów Pucharu Szwecji:

Kvarnsvedens IK – Kristianstads DFF (sobota, 14:00)

Mallbackens IF – Djurgårdens IF (sobota, 14:00)

Piteå IF – FC Rosengård (sobota, 15:00)

Linköpings FC – KIF Örebro (niedziela, 16:00)

Oto szwedzki klub przyszłości

Växjö – 90-tysięczna miejscowość w prowincji Småland nie jest bynajmniej anonimowym punktem na mapie Szwecji. Jedni kojarzą ją za względu na wszechobecną zieleń, która sprawia, że nawet w tak zielonym przecież kraju Växjö stało się symbolem ekologicznego stylu życia i przykładem dla innych, chcących podążyć tą samą drogą miast, inni mieli niewątpliwą przyjemność lądować na nieodległym, klimatycznym lotnisku, a fani lekkoatletyki i tenisa doskonale wiedzą, że właśnie tutaj swą przygodę ze sportem rozpoczynały takie postacie jak Carolina Klüft czy Mats Wilander. Przez te wszystkie lata Växjö absolutnie nie kojarzyło się jednak z piłką nożną, która oczywiście cały czas była w mieście obecna, ale nigdy nie udało jej się na stałe zagościć w świadomości mieszkańców. Cztery lata temu pojawił się jednak ktoś, kto nie do końca akceptował dotychczasowy porządek, stawiając sobie za zadanie uczynienie z Växjö siedziby jednej z najlepszych piłkarskich drużyn w kraju. Cel wydawał się być wyjątkowo ambitny, ale przecież nie od dziś wiemy, że jeśli się tylko czegoś naprawdę mocno pragnie … i w tym miejscu rozpoczyna się nasza historia.

vax1

Tak jeszcze rok temu prezentował się najbardziej okazały trzecioligowy stadion na świecie

Na początku był stadion. Gdy Växjö zostało ogłoszone jednym z miast-gospodarzy EURO 2013, stało się jasne, że niebawem powstanie tu nowoczesny obiekt, którego sponsorem tytularnym został lokalny potentat na rynku nieruchomości. Budowa niezwykle efektownej areny rozpoczęła się w marcu 2011, a pierwszy dzień prac osobiście nadzorował prezes szwedzkiej federacji piłkarskiej. Dokładnie półtora roku później stadion był już gotowy na to, aby gościć u siebie najlepsze piłkarki Europy, a próba generalna w postaci meczu towarzyskiego Szwecji i Szwajcarii wypadła niezwykle korzystnie zarówno pod względem sportowym, jak i organizacyjnym. Wprawdzie podczas samych finałów kadra Pii Sundhage ani razu nie zagościła w Växjö (zagrała tam jeszcze sparing z Islandią, także zakończony zwycięstwem), ale Myresjöhus Arenę bardzo ciepło wspominać mogą za to reprezentantki Niemiec, które na drodze do zwycięskiego, sztokholmskiego finału aż trzykrotnie miały okazję zaprezentować się publiczności w Småland. Uroki obiektu, którego budowa pochłonęła ponad dwieście milionów koron, docenili również fachowcy, przyznając mu tytuł najlepszej inwestycji architektonicznej roku w regionie. Niestety, koniec EURO 2013 oznaczał dla Växjö pożegnanie z futbolem najwyższej kategorii na czas nieokreślony. W najbliższej okolicy nie było bowiem choćby jednego klubu mogącego w jakimkolwiek stopniu zaspokoić narastający w Småland głód wielkiej piłki.

Hovshaga AIF to klub, którego nazwa przeciętnemu kibicowi piłkarskiemu mówi raczej niewiele. Trudno się zresztą temu dziwić, skoro jego zawodniczki największą część swojej historii spędziły występując ze zmiennym szczęściem na czwartym poziomie rozgrywkowym. Zupełnie niespodziewanie, jesienią 2013 o ekipie z północnej dzielnicy Växjö zrobiło się jednak głośno, gdy okazało się, że to właśnie na jej licencji do rozgrywek w kolejnym sezonie przystąpi nowa drużyna, która – podobnie zresztą jak mająca stać się w niedalekiej przyszłości jej domem Myresjöhus Arena – budowana będzie od podstaw. Jej trzon stanowić miały oczywiście piłkarki grające dotychczas w Hovshadze, ale nie zabrakło w nim także miejsca dla byłych zawodniczek Öster oraz innych lokalnych klubów. Nazwa? Chyba najprostsza i najbardziej oczywista z możliwych , a jednocześnie dająca w jednoznaczny sposób do zrozumienia, że od tej chwili to właśnie ta ekipa stanie się chlubą i symbolem całego miasta – Växjö DFF.

vax4

Powołanie do życia nowego klubu szeroko opisywały lokalne media

Historia, także ta krajowa, zna wiele przypadków, w których przejęcie licencji wiązało się nierozerwalnie z przejęciem historii, a nawet i tożsamości „wchłanianego” klubu. W Växjö od początku postanowiono jednak podążyć zupełnie inną drogą, a zaprezentowane podczas pierwszej oficjalnej konferencji nowe logo z widoczną datą 2014 ostatecznie zamykało temat rozliczenia się z przeszłością. Owszem, nie mamy pięknej historii, ale przed nami piękna przyszłość. Możecie nazywać nas szwedzkim klubem przyszłości – słowa jednego z członków zarządu nie pozostawiały wątpliwości, że w Växjö spoglądać będą raczej przed niż za siebie, co w mieście od lat uznawanym za stolicę wszelakich innowacji zabrzmiało ze zdwojoną mocą. W podobnym tonie wypowiadał się zresztą pierwszy prezes klubu Peter Kabbenäs, który dał jasno do zrozumienia, że celem jest gra w najwyższej klasie rozgrywkowej, a także zbudowanie najbardziej prężnej w regionie akademii. Te niezwykle ambitne plany zostały jednak zepchnięte w cień, gdy niedługo potem padła deklaracja, która raz na zawsze zdefiniowała harmonogram na pierwszą dekadę istnienia klubu: Sukces to będzie wtedy, jeśli na dziesięciolecie zagramy w półfinale Ligi Mistrzyń.

Aby jednak zagrać w najlepszej czwórce na kontynencie, najpierw trzeba było mozolnie wspinać się po krajowej drabinie. Awans do Elitettan na przestrzeni pierwszych dwóch sezonów nie był oczywiście zadaniem nie do wykonania, ale dopiero po zwycięskich barażach z IF Böljan Falkenberg można było głębiej odetchnąć i uznać pierwszą część planu za wykonaną. Warto w tym miejscu podkreślić, że decydujący o być albo nie być na zapleczu ekstraklasy mecz oglądało z trybun niespełna dwa tysiące widzów, co wprawdzie nie wystarczyło do ustanowienia nowego, trzecioligowego rekordu, ale i tak wyraźnie pokazało, że powołanie do życia klubu było odpowiedzią na faktyczne zapotrzebowanie na piłkę w regionie. Zainteresowanie futbolem znajdowało ponadto odzwierciedlenie w coraz prężniej działającej siatce drużyn juniorskich. Już pod koniec roku 2014 w Växjö DFF obok trzech (!) ekip seniorskich funkcjonowało jedenaście roczników młodzieżowych (od U-7 do U-17), a chętnych do ich reprezentowania było tak wiele, że kilka miesięcy później, pomimo wstępnej selekcji, istniejący niespełna dwa lata klub został największym klubem sportowym w mieście pod względem zarejestrowanych zawodniczek. Tym samym, Växjö na dobre zaprzyjaźniło się z piłką nożną.

vax2

Młodzież to podstawa i w Växjö doskonale zdają sobie z tego sprawę (Fot. SMP)

Pierwsze sukcesy nie mogły jednak przesłonić wyzwań, z którymi na niespotykaną nigdy wcześniej skalę trzeba było się zmierzyć przed startem sezonu 2016. Perspektywa występów na szczeblu centralnym oznaczała bowiem nie tylko korzyści, ale i obowiązki, a jednym z nich było uzyskanie licencji na grę na zapleczu ekstraklasy. O ile spełnienie wymogów infrastrukturalnych oraz szkoleniowych było wyłącznie formalnością, o tyle kwestie finansowe spędzały w Växjö sen z powiek wielu osobom. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że luksus gry w Elitettan (było nie było jednej z najbardziej pod tym względem niewdzięcznych lig w całej Europie) wiąże się kosztami nieporównywalnie większymi niż dotychczasowe funkcjonowanie na poziomie niższych klas rozgrywkowych. Najnowsza historia szwedzkiego futbolu doskonale zna przypadki zespołów, które w kilka dni z krajowych potentatów stawały się bankrutami, a w Växjö nikt nie zamierzał dopisywać do niej kolejnego rozdziału. Ove Dahl, nowy właściciel klubu, a w przeszłości znany polityk, zdołał jednak wywalczyć dla klubu dotację w wysokości pół miliona koron, a gdy w lutym 2016 dopięto szczegóły opiewającej na kolejną sześciocyfrową sumę umowy sponsorskiej z Vismą stało się jasne, że kolejny etap drogi na szczyt zakończony został powodzeniem. Drużyna była gotowa do tego, aby przystąpić do drugoligowej rywalizacji, a za cel obrała sobie wywalczenie miejsca w czołowej szóstce. O ewentualnej promocji do ekstraklasy nikt rzecz jasna głośno nie wspominał, a w klubie zapewniano, że sezon 2018 będzie najbardziej optymalnym momentem na to, aby realnie włączyć się do walki o awans do Damallsvenskan.

Kadra Växjö, która ruszyła na podbój Elitettan, prezentowała się jak na drugoligowe warunki całkiem solidne, ale – co godne podkreślenia – zabrakło w niej zawodniczek o przesadnie głośnych nazwiskach. Błędów popełnianych przez inne, marzące o błyskawicznej karierze w ekstraklasie ekipy nikt w Småland nie chciał powielać, choć na przykład zakontraktowanie przez absolutnego beniaminka na szczeblu centralnym występującej sezon wcześniej w Linköping Vereny Rexhi było pewnego rodzaju wydarzeniem. Inna sprawa, że sam fakt, że to właśnie ona wraz z młodzieżową reprezentantką kraju Anną Anvegård oraz Ugandyjką Ritą Kivumbi miały stanowić trzon drugoligowej ekipy potwierdzał, że hasło szwedzki klub przyszłości nie było jedynie pustym sloganem. Co więcej, w Växjö gorąco zapewniają, że nawet największy sukces nie będzie w stanie zmienić strategii opierania kadry zespołu na zawodniczkach, które dopiero grając w barwach VDFF mają w pełni rozbłysnąć i stać się gwiazdami wielkiego formatu. Póki co, trzeba było jednak zmierzyć się z rzeczywistością Elitettan, która – zgodnie zresztą z przewidywaniami – okazała się nadzwyczaj wymagająca. Pierwszych osiem kolejek przyniosło aż pięć porażek, a kompletnie niespodziewana klęska na własnym boisku z innym beniaminkiem z Alingsås zepchnęła mierzącą niezwykle wysoko ekipę w bezpośrednie sąsiedztwo strefy spadkowej. Szczególnie słabe recenzje za swoje występy zbierały obrończynie Växjö, które zdecydowanie zbyt często dawały się w prosty sposób zaskoczyć ligowym rywalkom, a duża liczba straconych goli (w pewnym momencie defensywa ze Småland była najgorszą w Elitettan!) w dość naturalny sposób uniemożliwiała włączenie się do gry o jakiekolwiek wyższe cele. Na półmetku rozgrywek wydawało się, że realizacja przedsezonowych założeń będzie absolutnym planem maksimum, ale w sierpniu okazało się, że na ligowe boiska powróciła całkowicie odmieniona – i to na lepsze – drużyna.

vax3

Radość w Växjö – coraz częstszy obrazek (Fot. SMP)

Zwycięstwo na otwarcie z liderującym Limhamn Bunkeflo było zapowiedzią niezwykle udanej rundy i choć tydzień później w starciu z Hovås Billdal znów dały o sobie znać demony z wiosny (cztery stracone gole, z czego dwa po katastrofalnych błędach), od tego momentu rozpoczął się triumfalny marsz Växjö w górę ligowej tabeli. Rozpędzona jedenastka ze Småland po drodze odprawiała kolejne drużyny z czołówki a ofiarami kroczących od zwycięstwa do zwycięstwa podopiecznych Pierre’a Perssona zostały między innymi stołeczne Hammarby (2-1 po dwóch trafieniach Kivumbi) oraz AIK (4-1 i znów Ugandyjka bohaterką). Klasą dla siebie była pewnie krocząca po tytuł królowej strzelczyń zaplecza ekstraklasy Anvegård, dzielnie sekundowała jej będąca prawdziwą rewelacją drugiej części sezon Amanda Persson, a równie sporą cegiełkę do osiąganych wyników dokładały Nellie Ohlsson, Alexandra Jonasson, Jonna Ståhl czy też wspominana już wielokrotnie Kivumbi. Październikowe zwycięstwo w Uppsali sprawiło, że na dwie kolejki przed końcem sezonu realna stała się nawet perspektywa awansu do Damallsvenskan i choć strata punktów w przedostatniej serii spotkań w Kungsbace spowodowała, że realizację akurat tych planów trzeba było odłożyć w czasie przynajmniej o rok, to nikt nie miał już wątpliwości, że oto byliśmy właśnie świadkami narodzin drużyny, która w przyszłości może dać sporo radości kibicom nie tylko w Småland, ale w całej Szwecji.

Wywalczona w debiutanckim sezonie w Elitettan trzecia lokata sprawiła, że dziś już nikt w Växjö nie zamierza czekać z historycznym awansem do sezonu 2018. Pomimo tego, że wszystko wskazuje na to, iż w nadchodzącym roku konkurencja na zapleczu ekstraklasy będzie jeszcze silniejsza, zajęcie pierwszego miejsca na koniec rozgrywek traktowane jest w Småland niemal jak obowiązek, a każdy inny wynik zostałby odebrany jako mniejsze lub większe rozczarowanie. Przeprowadzone tej zimy transfery, choć wciąż jak najbardziej wpisują się w długofalową strategię klubu, również dobitnie pokazują, że operacja Damallsvenskan rozpoczęła się w Växjö na poważnie. Boriero, Hjälmkvist czy bliźniaczki Karlsson to wprawdzie jeszcze nie do końca oszlifowane piłkarskie diamenty, ale nikt nie ma wątpliwości, że sprowadzono je wyłącznie w jednym celu, którym jest świętowanie awansu do krajowej elity już tej jesieni. Jeśli się uda, to piłkarkom z Myresjöhus Areny pozostanie równo pięć lat na to, aby zakwalifikować się do europejskich pucharów, a stamtąd (zakładając, że UEFA nie zmieni do tego czasu regulaminu rozgrywek Ligi Mistrzyń) od wymarzonego półfinału na dziesięciolecie będą Växjö dzielić już tylko trzy zwycięskie dwumecze. Nierealne? Być może, choć gdyby cztery lata temu ktoś powiedział nam, że w najbliższej przyszłości w Växjö powstanie nowy klub, który mocno zapuka do bram ekstraklasy, też raczej nie wzięlibyśmy takiej deklaracji na poważnie. Nie jest więc wcale wykluczone, że następnym razem ekipa telewizyjna brytyjskiej BBC zawita do Småland nie tylko po to, aby zrobić tu kolejny reportaż o najbardziej ekologicznym mieście współczesnej Europy.

Co wiemy po Algarve?

0b3f8cf6-65d0-48a3-9b42-c43df58cceb8

Fot. Ross McDairmant

Tegoroczny Puchar Algarve przeszedł właśnie do historii, z czego najwyraźniej szczególnie ucieszyli się w Malmö oraz w Linköping. Mistrz i wicemistrz kraju, ustami swoich trenerów, ostro skrytykowali format marcowych turniejów towarzyskich, zbyt dużą liczbę rozgrywanych na nich meczów, a także samowolkę selekcjonerek i selekcjonerów, którzy (oczywiście nie bez wyjątków) w ogóle wydają się nie respektować faktu, że zawodniczki już za chwilę będą potrzebne swoim klubom w rozgrywkach ligowych. Oficjalnego stanowiska nie zajął w tej sprawie jeszcze Göteborg, choć to właśnie ekipa z zachodniej Szwecji w tym roku okazała się największym pechowcem w temacie kontuzji poniesionych podczas zgrupowań reprezentacji. Możemy jednak domniemywać, że Stefan Rehn także nie był specjalnie zadowolony, że kluczowe piłkarki wypadają mu na krótszą lub dłuższą chwilę z przyczyn od niego niezależnych akurat na tym etapie przygotowań do sezonu. Czas pokaże, czy podniesiony przez szwedzkie kluby temat stanie się niebawem przedmiotem międzynarodowej dyskusji i przyczyni się do zmian w formule rozgrywania na przykład Pucharu Algarve, ale skoro w tym roku mieliśmy jeszcze „klasyczny”, czteromeczowy maraton, to warto w jednym miejscu zebrać najważniejsze wnioski, które z niego wyciągnęliśmy. Jak zwykle nie brakuje ani tych pozytywnych, ani tych negatywnych, choć te drugie (co powoli staje się normą) znów stanowią większość. Spróbujmy jednak to wszystko zbilansować, wynotowując po pięć kluczowych plusów i minusów.

Wnioski pozytywne:

+ pierwszy kwadrans drugiej połowy z Australią. Tak, ze szwedzkiej perspektywy to było piętnaście najpiękniejszych minut całego turnieju. Reprezentację grającą na takim tempie, takim procencie wygranych pojedynków i kreującą tyle dogodnych okazji (fakt, że głównie z bocznych sektorów boiska) chcielibyśmy oglądać zawsze. I bardzo dobrze się stało, że właśnie ten najlepszy fragment portugalskiej eskapady zwieńczył przepiękny gol Lotty Schelin, który na krótką chwilę pozwolił nam zapomnieć o Viborgu i innych niepowodzeniach.

+ dyspozycja Hedvig Lindahl, Nilli Fischer, Jonny Andersson oraz Lotty Schelin. Zgadza się, że oprócz obrończyni Linköping wymieniamy tu jedynie weteranki. Zgadza się, że ta czwórka nijak nie utworzy szkieletu wyjściowej jedenastki na EURO. Ale patrząc z drugiej strony, mamy to, czego zazdrości nam ponad połowa reprezentacji wybierających się w lipcu do Holandii, czyli spokój na pozycji bramkarki, a takiego luksusu nie mają przecież choćby Dunki, czy Francuzki. Cieszy także stabilizacja u Fischer i Schelin, bo z tym w ostatnich miesiącach bywało różnie, a latem obie będą nam bardzo potrzebne.

+ kompaktowa ofensywa w końcu przyniosła nam gola. Możemy oczywiście znajdować mnóstwo mankamentów w taktycznej logice duetu Sundhage – Persson (co zresztą nie jest wcale takie trudne), ale jeśli rzeczywiście mamy za cztery miesiące straszyć niemieckie i włoskie rywalki tą strategią, to dobrze, że same zawodniczki w końcu załapały, o co w tym wszystkim chodzi. Jesienne mecze zwiastowały kompletną katastrofę, teraz pojawiła się nadzieja, że uda się jej może uniknąć. Niewielki, ale zawsze progres.

+ tylko jeden stracony gol. O ile szwedzka ofensywa nie jest ostatnio ani efektowna, ani efektywna, o tyle formacja obronna poniżej pewnego poziomu nie zwykła schodzić, czego dowodem są trzy kolejne mecze na zero z tyłu. Nie zabrakło podczas ich trwania sytuacji, w których dopisało nam szczęście, sporą cegiełkę do tego wyniku dołożyły obie bramkarki, ale skoro nie budzimy się w środku nocy z krzykiem z powodu wizji szwedzkich defensorek zatrzymujących ataki Popp, Hegerberg, czy Miedemy, to ogólna ocena ich umiejętności musi być przynajmniej zadowalająca.

+ pewne zwycięstwo z Rosją. Wiadomo, rywal pozwalał na wiele i trudno na podstawie tego meczu budować atmosferę sukcesu. Skoro jednak z tym samym przeciwnikiem zmierzymy się w drugiej kolejce fazy grupowej mistrzostw Europy, to czy jest na sali ktoś, kto miałby cokolwiek przeciwko powtórce z rozrywki? Właśnie takie spokojne 4-0 może się nam na tym etapie turnieju, cztery dni po niemieckiej inauguracji, bardzo przydać.

Czas na tę mniej przyjemną część portugalskiego podsumowania:

– zbyt mało wykreowanych sytuacji strzeleckich. Poza meczem z Rosją, bardzo trudno przychodziło szwedzkim piłkarkom wypracowywanie dogodnych okazji do zdobycia gola, a bez tego trudno o korzystny wynik. Gol Schelin z Australią był raczej efektem indywidualnego błysku napastniczki Rosengård, a jeśli już któraś z pomocniczek popisywała się otwierającym drogę do bramki podaniem, to też były to raczej pojedyncze, kilkudziesięciometrowe zagrania w stylu słynnej asysty Dahlkvist z USA, a nie pokłosie rozmontowania defensywy przeciwniczek kombinacyjną grą. Bo przecież w kompaktowej ofensywie nie chodzi o to, żeby 67% podań zawodniczki tworzące „diament” w drugiej linii grały do tyłu, prawda?

– pasywne napastniczki. Mamy pełne prawo narzekać na postawę szwedzkich pomocniczek w trzech pierwszych meczach i podkreślać, że więcej zamieszania pod bramką rywalek stworzyły obie wahadłowe obrończynie, ale trzeba oddać, że i same napastniczki też specjalnie nie kwapiły się do tego, aby cały czas pozostawać pod grą. Wyjątkiem była oczywiście Schelin, co dobitnie pokazał jeden obrazek podczas meczu z Holandią, kiedy to zawodniczka Rosengård biegała za rozgrywaną przez rywalki piłką niemal na całej szerokości boiska, podczas gdy ustawiona z nią w linii Hammarlund … cóż, nie była specjalnie zainteresowana pressingiem.

– brak alternatyw na bokach obrony. Andersson od pewnego czasu zdaje reprezentacyjny test z wyróżnieniem, swoje robi także ustawiona na prawej flance Samuelsson, ale czy w przypadku nieobecności jednej z piłkarek Linköping mamy na jej miejsce jakąkolwiek rozsądną alternatywę? Jeśli Sundhage nie wyjaśni sobie nieporozumień z Liną Nilsson i nie zabierze do Holandii doświadczonej zawodniczki Rosengård, to pozostanie nam liczyć na to, że obu obrończyniom LFC będzie tego lata dopisywać zdrowie, bo inaczej możemy szybko obejrzeć powtórkę z wiosennej lekcji.

– stracone terminy. Wydaje się, że mecze i turnieje towarzyskie to wręcz wymarzona okazja do przetestowania nowych wariantów nie tylko taktycznych, ale i personalnych. Niestety, szwedzki sztab szkoleniowy myśli inaczej, w związku z czym tak bardzo wychwalana przez samą selekcjonerkę Zecira Musovic udała się do Portugalii na wakacje, a inne piłkarki, zamiast sprawdzić się na tle poważnych rywalek, dostawały w kolejnych meczach tak mało czasu, że końcowy gwizdek rozbrzmiewał zanim zdążyły dobrze wejść w mecz. Skoro Eriksson jest trzecia na liście wśród stoperek, to dlaczego w ogóle nie miała okazji sprawdzić się w duecie z Fischer i/lub Sembrant? Co z drugą linią? Jaki jest pomysł na wykorzystanie w kadrze Hurtig czy Rolfö i czy rzeczywiście najbardziej optymalne jest ustawianie ich w roli „fałszywych dziesiątek”? Czy potrafimy płynnie przejść z kompaktowej ofensywy i „diamentu” do ustawienia bazującego na szybkości naszych skrzydłowych? Była okazja, aby to wszystko sprawdzić w warunkach meczowych, ale niestety postanowiliśmy z niej nie skorzystać.

– nieumiejętne wykorzystywanie własnych mocnych punktów. Utarło się, że najmocniejszą bronią kadry Sundhage są opanowane niemal do perfekcji stałe fragmenty gry, ale czasy, w których rywalki drżały na sam widok Szwedki podchodzącej do stojącej piłki należą już do coraz bardziej zamierzchłej przeszłości. Owszem, na zgrupowaniach, co było widać chociażby podczas obozu w Kalmar, poświęca się temu elementowi sporo uwagi, ale w ostatnim czasie użytek z dobrze bitych rzutów wolnych i rożnych potrafiliśmy zrobić jedynie w starciu z Iranem (trzy gole). Jeśli chcemy zabawić w Holandii do sierpnia, to warto zwrócić na to uwagę, gdyż drugą Japonią raczej się do tego czasu nie staniemy, a biletem do strefy medalowej mogą okazać się właśnie wspomniane stałe fragmenty oraz nienaganne przygotowanie motoryczne.

Całkiem udany trening punktowany

BB170303JL072

Fot. SvFF

Słońce, które w ostatnich dniach w końcu zaczęło coraz odważniej przebijać się przez chmury nad Portugalią, dziś zaświeciło także dla reprezentacji Szwecji, która pożegnała się z tegorocznym Pucharem Algarve pewnym i planowym zwycięstwem nad najsłabszym uczestnikiem EURO 2017. Trzeba jednak podkreślić, że Rosjanki nie zawiesiły poprzeczki przesadnie wysoko i swoim dzisiejszym występem jedynie potwierdziły, że na chwilę obecną nie tyle starają się gonić światową czołówkę, co coraz bardziej rozpaczliwie walczą o utrzymanie się w europejskiej drugiej lidze.

Pia Sundhage postanowiła, że nie ma najmniejszego sensu robić zasłony dymnej przed lipcowym pojedynkiem w fazie grupowej mistrzostw Europy i posłała do boju niemal najsilniejszą jedenastkę, a ta w niespełna dziewięć minut załatwiła sprawę zwycięstwa. Aby tego dokonać, Szwedki wcale nie musiały grać wielkiej piłki i wznosić się na wyżyny swoich umiejętności, wystarczyło po prostu mocniej przycisnąć, a zagubione niczym skandynawscy turyści w pekińskim metrze rywalki zrobiły resztę. W 4. minucie nad Rosjankami zlitowała się jeszcze niemiecka sędzia, nie odgwizdując ewidentnego rzutu karnego po faulu na Schelin, ale niespełna 120 sekund później dla podopiecznych Jeleny Fominy nie było już litości. Seger wbiegła w rosyjską defensywę kompletnie nie niepokojona, dojrzała dobrze ustawioną przy dalszym słupku Asllani, a pomocniczka Manchesteru musiała jedynie dostawić nogę i zrobiło się 1-0. Po kolejnych trzech minutach Szwedki prowadziły już różnicą dwóch goli po nieco przypadkowym trafieniu Nilli Fischer, która niezbyt czysto kopnęła futbolówkę, ale ta i tak wtoczyła się do siatki Tatiany Szczerbak (inna sprawa, że gdyby tego nie zrobiła, to z dobitką już czekałaby Seger). W tym momencie właściwie można byłoby zakończyć spotkanie, ale skoro trzeba było grać przez jeszcze ponad osiemdziesiąt minut, to reprezentantki Szwecji postanowiły dać licznie przybyłym do Portugalii kibicom więcej okazji do zamanifestowania radości. Trzeci gol padł również przed przerwą i był w zasadzie niemal wierną kopią bramki na 1-0, a jedyna różnica polegała na tym, że tym razem asystowała Schelin, a strzelanie na murawie w Albufeirze zakończyła w 76. minucie rekonwalescentka Fridolina Rolfö chytrym uderzeniem zza pola karnego.

Zwycięstwo i cztery strzelone gole należy oczywiście docenić, ale trudno, aby ktokolwiek po dzisiejszym meczu popadał w euforię. Cieszy oczywiście kolejne czyste konto i choć Lindahl musiała interweniować po strzałach Czernomyrdiny oraz Czołowjagi, a raz doszło do niewytłumaczalnego błędu podczas przekazania krycia, to ogólna ocena występu szwedzkiej defensywy jest raczej zadowalająca. Znacznie więcej problemów sprawia za to wystawienie not piłkarkom ofensywnym, gdyż z jednej strony gra się oczywiście tak, jak przeciwnik pozwala (a ten pozwalał prawie na wszystko), ale z drugiej nie możemy się spodziewać, że w ewentualnym ćwierć- lub półfinale EURO trafimy rywala mającego tak wielkie problemy z organizacją gry obronnej i przyglądającego się, jak Schough czy Asllani bezkarnie harcują we okolicach szesnastki. Z tego samego powodu warto wstrzymać się z nazbyt entuzjastycznymi opiniami na temat dzisiejszej postawy Rolfö, Blackstenius, czy Hammarlund, bo choć na tle podmęczonych Rosjanek wypadły rzeczywiście bardzo obiecująco, to jednak wciąż mamy świeżo w pamięci migawki z poprzednich, rozegranych na portugalskim turnieju spotkań. A tam, jak doskonale wiemy, obraz szwedzkiej pierwszej linii był niestety zdecydowanie mniej ekskluzywny.

W ekstazę oczywiście więc nie wpadamy, ale skoro piłkarki ostatecznie zakończyły pobyt w Portugalii miłym akcentem, to i my zróbmy to samo. Po pierwsze, chyba zgodnie przyznamy, że pomimo wszelkich uwag, raczej nikt nie miałby nic przeciwko temu, abyśmy w lipcu przeżyli swego rodzaju powtórkę z rozrywki. Spokojne 4-0 wydaje się bowiem wręcz wymarzonym scenariuszem na drugą kolejkę fazy grupowej mistrzostw Europy. Po drugie, warto odnotować, że po wielu miesiącach żmudnych prób i treningów, kompaktowa ofensywa w końcu przełożyła się na bramkowy efekt. A to już jest pewien wyczyn, prawda?

Karna porażka z Holandią

BB170306JL007

Fot. Bildbyrån

Po zwycięstwie i remisie, przyszedł czas na pierwszą porażkę szwedzkich piłkarek na tegorocznym Pucharze Algarve. Co gorsza, poniesioną w starciu z grającymi dziś w dość eksperymentalnym ustawieniu rywalkami, które od pierwszych minut konsekwentnie czekały na swoją szansę i doczekały się jej w ostatniej fazie meczu, po fatalnym zachowaniu Hanne Gråhns. Obrończyni Örebro zupełnie niepotrzebnie sfaulowała we własnej szesnastce szarżującą Beerenstayn, a Mandy van den Berg strzałem z rzutu karnego zdobyła gola na wagę skromnego zwycięstwa reprezentacji Holandii.

W przeciwieństwie do grającej w zasadzie najsilniejszą jedenastką Pii Sundhage, Sarina Wiegman zdecydowała się dość mocno zamieszać w składzie, w związku z czym na ławce rezerwowych spotkanie rozpoczęły między innymi Miedema, Martens, czy van den Berg. Trudno powiedzieć, czy właśnie to było przyczyną, że pierwsze dwa kwadranse przebiegały niemal pod całkowite dyktando Szwedek, ale nasze piłkarki w tym fragmencie absolutnie zdominowały boiskowe wydarzenia, sprawiając wrażenie drużyny zdecydowanie bardziej zdolnej do wyprowadzenia skutecznego ciosu. Największy problem polegał jednak na tym, że o ile wymiana podań w sektorze środkowym, a także podłączanie się do akcji ofensywnych obu wahadłowych obrończyń wyglądały w zasadzie bez zarzutu, o tyle wciąż brakowało ostatniego podania, które wykreowałoby dogodną sytuację jednej ze szwedzkich napastniczek. Najlepszą bramkową okazję Lotta Schelin stworzyła sobie w zasadzie sama, wykorzystując fatalne zachowanie duetu holenderskich stoperek van den Bulk – Zeeman, ale jej strzałowi zabrakło precyzji.

W pierwszej połowie pod bramką Lindahl nie działo się kompletnie nic, ale wejście na boisko Miedemy oraz Martens wyraźnie rozruszało po przerwie holenderską ofensywę. Podopieczne Sariny Wiegman z minuty na minutę poczynały sobie coraz bardziej odważnie, a strzał w słupek po akcji napastniczki Bayernu był pierwszym poważnym ostrzeżeniem dla szwedzkiej defensywy. Kolejne miało miejsce po tym, jak w dogodnej sytuacji znalazła się bardzo mobilna na prawym skrzydle Jansen, ale Lindahl zażegnała niebezpieczeństwo, interweniując daleko poza polem karnym. Z planów zdobycia zwycięskiego gola rzecz jasna nie zrezygnowały również i Szwedki, ale w drugiej połowie van Veenendaal zatrudniona została w zasadzie tylko raz, a pozostałe próby – nawet jeśli początkowo wyglądały obiecująco – najczęściej traciły impet w okolicach trzydziestego metra przed holenderską bramką. Nawet, gdy Rolfö idealnym wydawałoby się podaniem uruchomiła urywającą się obrończyniom rywalek Schough, skrzydłowa Eskilstuny zamiast stanąć oko w oko z bramkarką Arsenalu, nie potrafiła poprawnie zgasić zagranej w jej kierunku futbolówki. Bezbramkowy remis utrzymywał się w Lagos do 81. minuty, ale wspomniany na wstępie faul Gråhns i bedący jej następstwem rzut karny sprawił, że to Holandia cieszyła się po końcowym gwizdku ze zwycięstwa, a Szwedkom kolejny raz pozostało jedynie zastanawiać się, co tym razem poszło nie tak.

Po pierwszej połowie pochwalić można było Asllani, która całkiem dobrze odnalazła się na szczycie ustawionego przez Sundhage diamentu, ale po zejściu z murawy dobrze rozdzielających dziś piłki Seger oraz Folkesson, zawodniczka Manchesteru nie była już aż tak widoczna. Solidny występ, co warte podkreślenia, zaliczyła także najlepsza w formacji defensywnej Fischer, a jedyna sytuacja, w której przytrafił jej się błąd, nie niosła za sobą żadnych poważniejszych konsekwencji. Martwić może za to trwająca w zasadzie od sierpnia ubiegłego roku indolencja strzelecka szwedzkich piłkarek, bo (nie licząc meczu z Iranem) w siedmiu ostatnich spotkaniach podopieczne Pii Sundhage strzeliły zaledwie dwa (!) gole. Średnia na poziomie 0.28 bramki na mecz to już nie dzwonek, a głośny sygnał alarmowy tym bardziej, że w dzisiejszym meczu szwedzkie napastniczki (wyłączając Schelin) znów prezentowały się niepokojąco pasywnie.

Jedyną pozytywną informacją dla zawodniczek formacji ofensywnej jest fakt, iż najbardziej prawdopodobnym rywalem szwedzkiej kadry w środowym meczu na pożegnanie z Pucharem Algarve jest na tę chwilę reprezentacja Rosji. Lepszego przeciwnika, aby na tym etapie przygotowań odnieść efektowne zwycięstwo i odzyskać wiarę we własne umiejętności, trudno byłoby sobie wymarzyć.

Nienaruszony chiński mur

chn_swe_schough

Fot. Bildbyrån

Miało być wolniejsze tempo, miało być więcej technicznej gry, ale aż tak nieporadnego bicia głową w chiński mur plan Pii Sundhage z pewnością nie zawierał. Owszem, warunki atmosferyczne nie pomagały dziś piłkarkom w stworzeniu niezapomnianego spektaklu, lecz trudno wyłącznie tym tłumaczyć fakt, że dzisiejszego wieczora więcej niż na murawie w Vila Real de Santo Antonio działo się w zasadzie w każdym innym zakątku Algarve. Znów – oby tylko na chwilę – wróciła reprezentacja w wersji, której w przededniu ważnego turnieju oglądać z pewnością nie chcemy.

W porównaniu z przedwczorajszym meczem przeciwko Australii, szwedzka selekcjonerka dokonała aż pięciu zmian w wyjściowej jedenastce, co szczególnie jak na nią jest imponującym wynikiem. Niestety, jedyną spośród nowych, przynajmniej teoretycznie głodnych gry piłkarek, która zapisze dzisiejsze spotkanie po stronie plusów jest Hilda Carlén. Golkiperka Piteå, choć w ogólnym rozrachunku nie ustrzegła się drobnych błędów, w pierwszej połowie dwukrotnie skutecznie uratowała Szwecję przed utratą gola. Najbardziej efektownie wyglądała jej interwencja z 20. minuty, kiedy w odstępie kilkunastu sekund poradziła sobie zarówno z uderzeniem Jiali Tang, jak i z dobitką Li Yang. Znacznie mniej powodów do zadowolenia może mieć za to sprawdzany dziś duet stoperek, gdyż zarówno Berglund, jak i Eriksson raczej nie zbliżyły się tym występem do wyjściowej jedenastki, co szczególnie w przypadku defensorki Linköping jest sporym rozczarowaniem. Mająca za sobą bardzo udany sezon w szwedzkiej ekstraklasie piłkarka dziś nie była jednak w stanie zneutralizować niezbyt przecież szybkiej Shanshan Wang, która zbyt wiele razy bezkarnie przedostawała się w okolice pola karnego i całe szczęście, że żadna z wykreowanych przez nią okazji nie została zamieniona przez rywalki na bramkową zdobycz. Zarówno Eriksson, jak i cała formacja defensywna, znacznie lepiej prezentowały się po przerwie, ale sporo w tym zasługi narastającego zmęczenia Chinek, które coraz rzadziej decydowały się na akcje z udziałem większej liczby zawodniczek.

O ile notowania obrończyń poprawiły się w drugiej części gry, o tyle zawodniczki ofensywne przez dziewięćdziesiąt minut nie potrafiły złapać właściwego rytmu. Było wyraźnie widać, że Chinki od samego początku nastawiły się przede wszystkim na wytrącanie Szwedek z uderzenia poprzez konsekwentne spowalnianie gry, ale naprawdę sporym zaskoczeniem było to, że przychodziło im to z aż tak wielką łatwością. Zupełnie bezproduktywna była w dzisiejszym meczu Asllani, która rozpoczęła bardzo obiecująco, od świetnego podania w tempo do wychodzącej na pozycję Schelin (ofiarną interwencją popisała się wówczas Shuan Wang), ale później z minuty na minutę gasła w oczach. Bardzo naładowana była tradycyjnie Olivia Schough, ale skrzydłowa Eskilstuny tym razem najwięcej energii spożytkowała na stosunkowo mało produktywne machanie rękami i wygłaszanie niezbyt pochlebnych opinii pod adresem rosyjskiej sędzi. Niewiele lepiej zaprezentowała się powracająca do gry po kontuzji Rolfö, po której niestety było widać brak czucia piłki i rytmu meczowego, a wprowadzona w jej miejsce Rubensson po niespełna kwadransie opuściła murawę z kontuzją. Ani Schelin, ani grające w końcówce spotkania Blackstenius oraz Hammarlund nie mogły liczyć wydatną pomoc drugiej linii i często same musiały cofać się w okolice trzydziestego metra, biorąc tym samym na siebie ciężar rozgrywania akcji. Przy cierpliwie grających i natychmiast doskakujących do Seger i Folkesson Chinkach, brak klasycznej dziesiątki okazał się jeszcze bardziej widoczny.

Bezbramkowy remis to tak naprawdę jedyny sprawiedliwy wynik, którym mogło zakończyć się drugie spotkanie szwedzkich piłkarek na tegorocznym Pucharze Algarve. Rezultat ten nie jest oczywiście powodem do dumy, ale jeszcze bardziej niepokoić może bijący z portugalskiej murawy marazm, który przypomniał nam najsłabsze mecze reprezentacji za kadencji Sundhage. Znów nie było konceptu, znów nie było pomysłu, znów nie potrafiliśmy właściwie wykorzystać swoich atutów, a tych mieliśmy przecież w odwodzie całkiem sporo (lepsze przygotowanie motoryczne, warunki fizyczne, stałe fragmenty gry). Największe pretensje można mieć dziś do Szwedek właśnie za końcową fazę meczu, w której teoretycznie, szczególnie przy takim wyniku, nie powinniśmy schodzić z chińskiej połowy, a tymczasem w ostatnich trzydziestu minutach nie będąca przecież najmocniejszym punktem w talii Bruno Biniego Lina Zhao nie miała ani jednej okazji do wykazania się swoimi umiejętnościami. Dlaczego więc przy ofensywnych rzutach rożnych szwedzkie piłkarki koncentrowały się głównie na przekraczaniu przepisów, a nie spróbowały wykorzystać faktu, że chińska golkiperka bardzo słabo radzi sobie w powietrzu? Pytań, które warto zadać sobie przed poniedziałkowym meczem z Holandią jest bardzo wiele, a czekające nas za trzy dni starcie z gospodyniami EURO 2017 – choć tylko towarzyskie – jest meczem, którego absolutnie nie można lekceważyć. Nie jest bowiem wykluczone, że obie reprezentacje za cztery miesiące spotkają się ponownie, a stawką będzie wówczas awans do najlepszej czwórki na kontynencie. Nie zmarnujmy więc kolejnego dnia, bo jeden niestety właśnie zmarnowaliśmy.