The Chester Report (III)

chester

Otwarty trening szwedzkiej kadry w bazie w Chester (Fot. Pontus Orre)

Nie, to nie będzie kolejny z tekstów o wczorajszej klęsce reprezentacji Norwegii. A przynajmniej nie tylko. Choć podopieczne Martina Sjögrena naprawdę mocno postarały się, aby we wtorkowe popołudnie stać się bohaterkami numer jeden każdego piłkarskiego nagłówka. A konkurencję miały sporą, bo przecież zarówno grające wspaniały koncert Angielki, jak i całkowicie bezużyteczny i ponownie oblewający egzamin futbolowej dojrzałości system VAR także zrobiły w tym celu naprawdę wiele. Tyle tylko, że całkowicie niespodziewana bezradność, mieszająca się momentami z kompletnie nieuzasadnioną agresją (starcie Celin Bizet Ildhusøy z Leah Williamson) w wykonaniu norweskiego zespołu stała się obrazkiem, który już na zawsze pozostanie z nami jako jeden z symboli EURO 2022. I nie zmaże go ani ewentualne zwycięstwo nad Austrią, ani nawet dobrze zagrany ćwierćfinał, choć w ten ostatni scenariusz w Oslo, Trondheim, czy Bergen nie wierzy już chyba nikt. Bądźmy szczerzy, gdyby ktoś przypadkowo włączył wczorajsze starcie, to mógłby pomyśleć, że w czerwono-granatowych strojach biegają po murawie w Brighton Łotyszki, Macedonki lub reprezentantki Luksemburga. Ale o ile w przypadku tych amatorskich reprezentacji klęska w rywalizacji z drużyną Sariny Wiegman była niejako wliczona w koszty, o tyle w przypadku trenujących na co dzień w naprawdę wielkich klubach Norweżek o żadnych okolicznościach łagodzących nie może być mowy. I choć wciąż mamy ogromny szacunek do fantastycznej kadencji trenera Sjögrena w Linköping, to musimy jasno stwierdzić, że ten związek przyszłości zdecydowanie nie ma i w sztabie szkoleniowym kadry naszych sąsiadek czas na radykalne zmiany. A moment na to o tyle dobry, że tamtejsza reprezentacja do lat dziewiętnastu właśnie była o kilkanaście sekund od dogrywki w finale EURO w swojej kategorii wiekowej. Wracając jednak do Anglii i spraw bieżących, nie da się ukryć, że pierwszy tydzień turnieju upłynął nam pod znakiem kompromitacji Dunek, a na początek drugiego ich niechlubny wyczyn o dwie długości (dosłownie i w przenośni!) postanowiły pobić Norweżki. Ech, i kto znów musi bronić honoru Skandynawii?

No właśnie, remis na otwarcie za nami, ale wszyscy czekają już na pierwsze podczas tej imprezy trzy punkty, aby wreszcie stworzyć sobie okazję do pełnowymiarowej celebracji. Przygotowania do misji Szwajcaria ruszyły już na dobre, choć poniedziałek upłynął naszym kadrowiczkom pod znakiem testowania i otwartego treningu. A na ten ostatni nadspodziewanie licznie zjechali się do Chester szwedzcy sympatycy, którzy na swoją bazę wypadową podczas EURO wybrali Sheffield, Manchester, czy Wigan. Dobrą wiadomością była z pewnością ta o braku zarówno poważnych kontuzji, jak i problemów natury wirusowej. A trzeba uczciwie przyznać, że zarówno jedne, jak i drugie skutecznie zdążyły już zdziesiątkować w ostatnich dniach niejeden zespół. Zdecydowanie najmniej fortunny los na loterii wyciągnęły jednak Szwajcarki, które najpierw przez pierwsze dwa dni nie mogły przeprowadzać regularnych jednostek treningowych ze względu na fatalny stan murawy w Leeds, następnie wypuściły w rąk komplet punktów w wydawałoby się kontrolowanym przez siebie meczu z Portugalią, a następnie nabawiły się poważnych problemów żołądkowych, co sprawiło, że przez krótką chwilę środowy mecz stanął pod wielkim znakiem zapytania. Nastroje uspokoił nieco oficjalny komunikat szwajcarskiej federacji, ale nie da się ukryć, że Helwetki udadzą się do Sheffield mocno poturbowane i to bez względu na to, na jakie ustawienie zdecyduje się ostatecznie Nils Nielsen. A problemy grenlandzkiego szkoleniowca w tym miejscu się tak naprawdę dopiero zaczynają, gdyż prowadzony przez niego zespół ewidentnie nie przeżywa w ostatnich miesiącach gwiezdnego czasu. Szwajcarki dopiero co przyjęły siedem goli od Niemek, cztery od Angielek, trzy od Austriaczek, a chwilę wcześniej nie potrafiły pokonać rywalek pokroju … Rumunii czy Irlandii Północnej. Z w miarę poważnych przeciwniczek raz udało im się ograć jedynie Włoszki, choć z zaznaczeniem, że wywalczoną z trudem i mozołem w sycylijskim Palermo zaliczkę i tak koncertowo roztrwoniły w starciu rewanżowym. Na uwagę zasługują przede wszystkim stosunkowo mało ekskluzywne statystyki defensywne, gdyż Helwetki w obecnym roku kalendarzowym zdążyły już stracić dwadzieścia goli. Na usta sama ciśnie się w tym momencie kąśliwa uwaga o dziurawym serze, ale mając na uwadze szczególne okoliczności, nie będziemy tym razem kopać leżącego. Tym bardziej, że właśnie trzy filary defensywy naszych środowych rywalek znalazły się wśród najmocniej dotkniętych leżącym u źródła poważnych kłopotów gastrycznych nieszczęsnym norowirusem.

W szwedzkim obozie wczoraj na pytania dziennikarzy odpowiadały Johanna Kaneryd i Fridolina Rolfö, ale spora część konferencji została zdominowana właśnie przez wspomniane już zakażenia w obozie szwajcarskim. Nic więc dziwnego, że nieco więcej spokoju miał tym razem selekcjoner Gerhardsson, a ekspercką wiedzą mógł popisać się główny lekarz kadry Houman Ebrahimi. Wygłoszone zostało zapewnienie o ciągłym monitorowaniu sytuacji oraz o ścisłym przestrzeganiu wszelkich zasad higieny w najbliższym otoczeniu reprezentantek Szwecji. Choć oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nasze rywalki także nie spodziewały tak soczystego ciosu wyprowadzonego tuż przed kluczowym dla nich meczem na angielskim turnieju. Słowa wsparcia i pocieszenia w kierunku Szwajcarek zgodnie słały zresztą również wspomniane Rolfö i Kaneryd. Gwiazda Barcelony zauważyła, że obecna sytuacja nie ułatwia także zadania Szwedkom, zaznaczając jednak szybko, że z dwóch szykujących się do meczu na Bramall Lane ekip to Helwetki mają na tę chwilę zdecydowanie większy problem. Raport medyczny zakończyliśmy jeszcze informacją, że jutro do gry od pierwszej minuty gotowa będzie Stina Blackstenius, a decyzja o tym, w jakim wymiarze ujrzymy na placu gry napastniczkę Arsenalu, zależeć będzie wyłącznie od sztabu szkoleniowego. Ofensywne piłkarki londyńskiego klubu jak dotąd ewidentnie mają podczas trwającego EURO dobre statystyki, więc ani trochę nie obrazilibyśmy się za kontynuację. Tym bardziej, że okazja do ich podreperowania wydaje się być wprost wyśmienita. Ale zanim to, czeka nas jeszcze jedna noc w roli outsidera turniejowej grupy C. I jeśli upłynie nam ona względnie spokojnie i bez turbulencji w wersji last minute, to jutro wieczorem słyszymy się w już w zupełnie innych rolach. A za to warto trzymać kciuki, gdyż ta impreza zaledwie po kilku dniach trwania już zdążyła przynieść nam wysyp nieoczywistych i niełatwych wyzwań. A kolejnym, które możemy dopisać do listy, będzie nadchodząca właśnie nad Anglię fala upałów. O niej więcej już jednak następnym razem.

The Chester Report (II)

sheffield

W Sheffield zagraliśmy na remis; na boisku i poza nim (Fot. Pontus Orre)

I co, jak się czujecie na ostatnim miejscu w grupie po pierwszej kolejce? Nie tak źle, prawda? To super, bo spędzimy na nim jeszcze trzy najbliższe noce. I ani jednej więcej, bo tak grający zespół najzwyczajniej w świecie zasługuje na zdecydowanie inną lokatę w przejściowej tabeli. Ten fakt mamy zresztą nadzieję udowodnić już w najbliższą środę, ale póki co wróćmy myślami do tego, co już za nami. A emocji i wrażeń dzisiejszy dzień dostarczył nam pod dostatkiem.

Szwedzko – holenderskie starcie w gościnnym Sheffield rozpoczęło się wiele godzin przed tym, gdy na murawie stadionu Bramall Lane wybrzmiał pierwszy gwizdek walijskiej sędzi Cheryl Foster. Licznie obecni na Wyspach Brytyjskich sympatycy obu ekip rozpoczęli bowiem dzień od klasycznej bitwy na głosy i choć to w tym pomarańczowym chórze śpiewało nieco więcej gardeł, to pod względem decybeli nieco bardziej konkretnie brzmiał ten żółty. Był on także zdecydowanie lepiej zorganizowany, ale Holendrzy nie zamierzali ogłaszać w tej rywalizacji przedwczesnej kapitulacji i sięgnęli po niesamowicie efektywną broń w postaci instrumentów dętych. Można zatem uznać, że to nader ciekawe starcie zakończyło się ostatecznie polubownym remisem, po którym obie delegacje mogły w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udać się do upatrzonych wcześniej klubów, aby tam zbierać siły na wieczór. A te okazały się naprawdę niezbędne, gdyż piłkarki także mocno postarały się o to, aby nikt spośród obecnych na trybunach nie nudził się ani przez chwilę. Z perspektywy osoby mocno zaangażowanej po jednej ze stron nie sposób ocenić, jak zakończony właśnie mecz odbierali kibice neutralni, ale wydaje się, że i oni docenili zarówno intensywność gry, jak i przygotowanie motoryczne obu zespołów. Bo nawet podczas fragmentów nieco uboższych w dogodne okazje bramkowe, na murawie, a zwłaszcza w środku pola, toczyła się nieustanna rywalizacja. I w niej także trudno było wskazać jednoznacznego zwycięzcę, co chyba w przypadku sportowego widowiska zazwyczaj jeszcze podnosi jego jakość. Swoimi momentami radości i nerwów solidarnie zostały więc obdarowane wszystkie sektory, choć w okolicach siedemdziesiątej minuty jednocześnie wydaliśmy z siebie okrzyk radości, gdy okazało się, że oto wspólnymi siłami ustaliliśmy nowy rekord piłkarskich mistrzostw Europy. Otóż to właśnie dziś, po raz pierwszy w historii EURO, mecz fazy grupowej bez udziału gospodyń imprezy oglądało na żywo ponad dwadzieścia tysięcy widzów! Brzmi dumnie, co nie?

Jeżeli chodzi o zaskoczenia, to w tej kategorii pewną nominację wywalczył sobie Peter Gerhardsson, bo o ile szwedzkiego ustawienia z trójką stoperek się podczas turnieju spodziewaliśmy, o tyle na pewno nie od pierwszego gwizdka rywalizacji z Holandią. Tym bardziej, że od japońskich Igrzysk tę formację w warunkach meczowych testowaliśmy zaledwie jeden raz – w zremisowanym starciu z Włoszkami – i bynajmniej nie byliśmy po tamtej próbie wolni od pytań i wątpliwości. Dziś także nie udało nam się zresztą zagrać na zero z tyłu, a gdyby nie kapitalny wślizg Magdaleny Eriksson już przy stanie 1-1 (czy to nie aby jak dotąd interwencja turnieju?), to mogliśmy zakończyć sobotni wieczór w zdecydowanie bardziej minorowych nastrojach. Tym bardziej, że ani występująca wreszcie na swojej nominalnej pozycji Nathalie Björn, ani szczególnie Amanda Ilestedt, nie należały dziś do najpewniejszych punktów szwedzkiej jedenastki. Ta swego rodzaju elektryczność może dziwić przede wszystkim w przypadku mającej za sobą kapitalną wiosnę zawodniczki PSG, ale turnieje reprezentacyjne już wiele razy uczyły nas, że forma ligowa to jedno, a letnie granie w kadrze to już całkiem inna historia. Choć oczywiście mamy jak najbardziej uzasadnione nadzieje, że w przypadku Ilestedt to jedynie pojedyncza wpadka (no podwójna, jeśli doliczymy jeszcze Brazylię) i niebawem wszystko wróci do normy.

Inna sprawa, że Vivianne Miedema raz jeszcze pokazała co to znaczy być jedną z najwybitniejszych piłkarek na świecie. I jeśli ktoś po piątkowej, duńskiej katastrofie próbował bronić występu Pernille Harder przeciwko Niemkom, to napastniczka Arsenalu w 45 minut wytrąciła mu z ręki wszystkie argumenty. Największa gwiazda holenderskiej kadry była długimi minutami doskonale odcinana od gry, ale szwedzki problem polegał na tym, że sama zainteresowana … niewiele sobie z tego robiła, z każdą upływającą minutą wywalczając sobie coraz więcej przestrzeni do gry. To po jej asyście (choć tylko nieoficjalnej ze względu na niefortunną interwencję Rolfö) wyrównującego gola dla Holandii strzeliła Roord, a gdyby nie wspomniana już wcześniej Eriksson to Miedema mogła mieć na koncie dwa wypracowane gole. I o ile z wyborami piłkarki meczu w wykonaniu UEFA zazwyczaj możemy mocno polemizować, o tyle w Sheffield statuetka jak najbardziej powędrowała w godne ręce. Choć po stronie rywalek na osobne wyróżnienie zasłużył także nieustannie harujący w drugiej linii duet Groenen – Spitse, a zaskakująco udane wejście w mecz zaliczyła nieco z konieczności zastępująca Nouwen Marisa Olislagers.

A kogo możemy wyróżnić po szwedzkiej stronie? W pierwszej połowie koncert (który to już raz za kadencji Gerhardssona!) niewątpliwie dała Kosovare Asllani, ale reprezentująca do niedawna barwy madryckiego Realu piłkarka po przerwie dokonywała już w analogicznych sytuacjach nieco gorszych wyborów. W tej samej fazie meczu mocno na plus ocenić możemy oba wahadła w osobach Hanny Glas oraz Jonny Andersson, które swoją grą raz po raz dawały się we znaki holenderskiej defensywie. I choć kadrowiczki Gerhardssona nie stosowały bardzo agresywnego pressingu (to też jeszcze w wykonaniu Szwedek na tym EURO zobaczymy), to jednak ofensywne usposobienie obu bocznych obrończyń spełniało swoje zadanie i przynosiło nam długo wymierne korzyści w postaci przewagi w kluczowych sektorach. Holenderski sztab w porę się jednak z tym wszystkim połapał, blokując nam po przerwie nasze ulubione korytarze. Przygotowani na taki obrót wydarzeń błyskawicznie przeszliśmy więc na częstszą grę długimi, prostopadłymi podaniami, ale pomimo mobilności i chęci do gry najpierw Hurtig, a następnie Blackstenius, dziś brakowało nam w nich nieco dokładności. A szkoda, bo gdyby jedno z takich zagrań doszło celu, to teraz rozmawialibyśmy o tym meczu z pozycji liderek grupy. Tak się jednak nie stało, ale nie jest to absolutnie powód do rozpaczy. Licznik dni bez porażki wciąż bije, a my słyszymy się już z Chester. I trzymamy kciuki za pozytywny raport medyczny, bo za nami prawdziwy mecz walki, w najbardziej klasycznym znaczeniu tego sformułowania.

The Chester Report (I)

sembrant

Linda Sembrant w drodze na konferencję prasową w Chester (Fot. Pontus Orre)

Gdy jutro na stadionie Bramall Lane w Sheffield wybrzmi pierwszy gwizdek, reprezentacja Szwecji będzie mogła pochwalić się passą 854 dni bez porażki. Już sama ta liczba, nawet bez jakiegokolwiek kontekstu, robi ogromne wrażenie, ale gdy dodamy, że we wspomnianym okresie kadrowiczki Petera Gerhardssona rozegrały aż 29 spotkań (23 zwycięstwa, 6 remisów), to historyczny rekord wygląda jeszcze bardziej imponująco. I choć kolejnym pokoleniom naszych piłkarek życzymy wszystkiego co najlepsze, to wydaje się, że poprawienie tego wyniku może przez dekady okazywać się zadaniem nie do wykonania. Nieprzypadkowo mówi się jednak, że epokowe wydarzenia najbardziej docenia się z dystansu, więc najpewniej dopiero za wiele lat w pełni dotrze do nas, jak wyjątkowa była kadra z początku lat dwudziestych. I jak wielkim zaszczytem była możliwość oglądania jej na żywo, a także opisywania jej sukcesów.

Skoro jednak to nam przypadł w pokoleniowej loterii los pozwalający delektować się grą złotej generacji szwedzkiego futbolu w czasie rzeczywistym, to dobrze byłoby wykorzystać tę szansę do maksimum. Tym bardziej, że pierwsze dni w bazie w Chester upłynęły na tyle spokojnie, że dawno nie mieliśmy w przededniu wielkiej imprezy tak spokojnych głów. Oczywiście, nie wszystkie zawodniczki są na 24 godziny przed meczem otwarcia w pełni gotowe do gry, ale musimy przyznać, że w ostatnich dniach ominęły nas problemy, które bynajmniej nie oszczędzały innych reprezentacji. Oczywiście, porównywanie się do innych nie ma większego sensu, ale jednak instynktownie nie zamienilibyśmy się na okres przygotowawczy ani z Hiszpankami, ani z Niemkami, ani nawet z sąsiadkami z Norwegii i Finlandii. Na drobne urazy narzekają wprawdzie Linda Sembrant oraz Stina Blackstenius, ale na dziś wiele wskazuje na to, że obie będą do dyspozycji selekcjonera już podczas fazy grupowej. A napastniczka Arsenalu podczas jednej z konferencji prasowych osobiście zapowiadała nawet gotowość do gry przeciwko Holandii. Zdecydowanie bardziej enigmatyczna była natomiast broniąca do niedawna barw turyńskiego Juventusu defensorka, która po dodatkowe odpowiedzi odsyłała do przedstawicieli sztabu medycznego. Powściągliwość Sembrant nie może jednak dziwić, jeśli przypomnimy sobie jej poprzednie doświadczenia z finałami dużych turniejów. Tak, czy inaczej, w obu sektorach boiska Gerhardsson ma w kim wybierać i możemy być pewni, że jutro na murawę stadionu w Sheffield wybiegnie najsilniejsza na ten moment szwedzka jedenastka. A przecież nie tak dawno wcale nie było to aż taką oczywistością, o czym doskonale pamiętają wszyscy, którzy towarzyszyli tej kadrze na przykład w przygotowaniach do EURO ’17. Dziś, choć od tamtych chwil minęło zaledwie pięć lat, obracamy się w całkowicie innej rzeczywistości i niektórzy na dobre zdążyli już zapomnieć o dusznej atmosferze i reprezentacyjnych rezygnacjach. I bardzo dobrze, niech te smutne zjawiska na zawsze należą do przeszłości, a tematem numer jeden w zakulisowych dyskusjach pozostaje aktualna kondycja łydki i stopy jednej z naszych stoperek.

Sporo czasu, co zrozumiałe, poświęcamy także na rozmowy o formacji, którą zaproponuje nam w sobotę Gerhardsson. Od początku kadencji naszego obecnego selekcjonera jednym z największych atutów szwedzkich piłkarek była wszechstronność i wymienność pozycji, ale wiele wskazuje na to, że planem A na podbicie angielskich boisk będzie ustawienie, które na potrzeby tego tekstu nazwijmy płynnym 1-4-2-3-1. Na grafice często prezentowane jest ono jako 1-4-3-3, ale w moim odczuciu ten uproszczony zapis nie do końca oddaje role przypisane poszczególnym zawodniczkom formacji ofensywnych. Jeszcze podczas obozu w Båstad duży nacisk kładliśmy także na przechodzenie na grę trójką środkowych obrończyń i nie jest wykluczone, że podczas któregoś ze spotkań EURO będzie okazja, aby przetestować i ten wariant. Szczególnie, jeśli trafi się sytuacja, w której przyjdzie nam akurat gonić wynik. W lutym, przeciwko Portugalii, rozpoczęliśmy mecz w klasycznym 1-4-4-2, ale raczej mało prawdopodobne, aby w identyczny sposób szwedzki sztab przygotował się do lipcowego starcia z tym samym rywalem. Póki co w głowie nam jednak nie Portugalia, a Holandia, która niewątpliwie ma swoje problemy i słabości. I choć urzędującego mistrza Europy respektować trzeba, to skrzydła Pomarańczowych Lwic nie wydają się aż tak groźne jak przed pięcioma laty, a defensywa rywalek monolitu absolutnie nie stanowi. O klasie Vivianne Miedemy w detalach opowiadała wczoraj Magdalena Eriksson, ale my także mamy po swojej stronie wiele atutów i nie zawahamy się ich użyć. I na godziny przed meczem otwarcia jesteśmy naprawdę dobrej myśli. Obyśmy w podobnych nastrojach spotkali się również i po nim, planując kontynuację pięknej, letniej, angielskiej przygody.

Zabawę czas zacząć!

FWCRmDzXgAkkWn5

Szwedzka kadra w dobrych nastrojach. Oby podobne towarzyszyły nam do końca lipca (Fot. SvFF)

Kończmy odliczanie, zacznijmy zabawę! Oto nadszedł tak bardzo wyczekiwany przez wszystkich europejskich sympatyków futbolu dzień. Oczywiście, nie ma co ukrywać, że akurat my jeszcze bardziej czekamy na sobotę, ale już dosłownie za kilka godzin starcie Anglii z Austrią zapoczątkuje nam największe w tym roku święto piłki. I aż do 31. lipca, to właśnie wydarzenia na angielskich stadionach, salach konferencyjnych i w bazach szesnastu reprezentacji będą niezmiennie wyznaczać nam rytm dnia.

Bardzo życzylibyśmy sobie, aby szwedzkie kadrowiczki pozostały w tym turniejowym rytmie jak najdłużej, a gdyby udało się dotrwać w nim aż do londyńskiego finału, to byłoby już w ogóle fantastycznie. Faza pucharowa nie od dziś rządzi się jednak własnymi prawami, a granica między powodzeniem, a jego brakiem często staje się w niej niesamowicie płynna. Ot, weźmy na przykład ostatni mundial we Francji i pamiętny, zakończony dramatyczną dogrywką półfinał z Holandią. Po latach neutralni obserwatorzy pamiętają z tego meczu przede wszystkim efektowne (to akurat trzeba oddać) trafienie Jackie Groenen, a my cały czas zastanawiamy się, jak inaczej mogłaby potoczyć się futbolowa rzeczywistość, gdyby dosłownie chwilę wcześniej uderzona przez Nillę Fischer futbolówka poleciała kilkanaście milimetrów bliżej światła bramki lub gdyby chociaż odgwizdano ewidentne przewinienie na Linie Hurtig w holenderskiej szesnastce. Albo weźmy ten słynny półfinał EURO 2013 na Gamla Ullevi i anulowane ostatecznie wyrównujące trafienie Lotty Schelin, po którym stadion w Göteborgu autentycznie eksplodował. Czy to mógł być ten moment, w którym szwedzka piłka napisałaby najpiękniejszą od lat historię? Mógł, ale starcie ówczesnej gwiazdy Lyonu z Annike Krahn było klasyczną sytuacją 50/50 i szwajcarska sędzia miała pełne prawo zinterpretować je jako przewinienie naszej najskuteczniejszej w historii snajperki. Ale zauważmy od razu, że to absolutnie nie jest tak, iż fortuna zawsze odwraca się przeciwko nam. Przecież istnieje spora szansa, że nigdy nie przeżywalibyśmy z takimi emocjami finału mundialu 2003, gdyby Sofia Lundgren wyleciała z boiska jeszcze przed przerwą ćwierćfinału z Brazylią. A i w drugiej połowie piłkarkom z Ameryki Południowej należała się przecież przynajmniej jedna jedenastka. Albo turniej z roku 1991 i wspaniały popis Elisabeth Leidinge, która w wymykający się jakimkolwiek schematom sposób niemal w pojedynkę powstrzymała chińską nawałnicę, eliminując faworyzowane gospodynie jeszcze przed strefą medalową, ku rozpaczy niemal sześćdziesięciu tysięcy widzów w Guangzhou. Tak pokrętne bywały te nasze piłkarskie losy i nie mamy wątpliwości, że za chwilę w Anglii napisze się kolejna historia, do której będziemy po latach po wielokroć wracać.

Aby jednak walczyć o awans do najlepszej czwórki, najpierw należy – cóż za zaskoczenie – wyjść z grupy. I nie ma co ukrywać, że cel ten jest w przypadku szwedzkich kadrowiczek absolutnym planem minimum, tym bardziej, że wylosowane przez nas rywalki wcale nas swoimi ostatnimi boiskowymi popisami nie onieśmielały. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że i kadrowiczki Gerhardssona od zakończenia japońskich Igrzysk także nie kolekcjonowały bynajmniej spektakularnych występów, ale jednak Holenderki czy Szwajcarki wypadały w swoich meczach … równie mało przekonująco. Weźmy takie obrończynie mistrzowskiego tytułu, które szczególnie w defensywie wydają się mieć naprawdę gigantyczne problemy. Tak, Dominique Janssen to stoperka z absolutnej, światowej topki, ale oprócz niej formacja ta nie jest w przypadku Pomarańczowych Lwic monolitem. Liczba traconych przez Holenderki goli nie jest żadną miarą przypadkowa i nawet jeśli nazwy klubów, w których na co dzień występują Aniek Nouwel czy Lynn Wilms budzą szacunek, to obu tym zawodniczkom daleko do pozycji, jaką w Londynie i Wolfsburgu wyrobiły sobie chociażby Eriksson i Fischer. W jeszcze większym dołku wydaje się być Szwajcaria, która tylko w tym roku kalendarzowym została już brutalnie przeczołgana przez Austriaczki i Niemki, a w eliminacyjnym dwumeczu z Rumunią i Włochami zapisała na swoim koncie zaledwie jeden punkt. U Helwetek również jednym z najbardziej poważnych problemów wydaje się dyspozycja formacji defensywnej, co mając na uwadze nazwiska szwajcarskich obrończyń może nawet nieco dziwić. A już na pewno zaskakuje skala tego kryzysu, z którego Nils Nielsen i jego sztab będą musieli znaleźć wyjście podczas trwania turnieju, co trudno nazwać sytuacją komfortową. Na koniec zostaje nam jeszcze Portugalia i choć historia piłki nożnej zna przypadki, w których dokooptowany w ostatniej chwili do stawki uczestników zespół potrafił zadziwić świat, to akurat tutaj historii tego typu nie przewidujemy.

Podsumowując, łatwo nie będzie na pewno, ale ten jeden raz naprawdę wejdźmy w wielki turniej bez strachu, bo los póki co nam sprzyja. Cieszmy się futbolem, delektujmy się następującymi po sobie meczami i oklaskujmy kolejne udane zagrania szwedzkich piłkarek. Życzę sobie i Wam, aby okazji ku temu było jak najwięcej, a po trzecim meczu widzimy się w ćwierćfinale! I tam zabawa zacznie się od nowa. Anglio, Austrio, czyńcie honory i zaczynajcie rozkręcać tę imprezę!

EUROtypowanie 2022

TELEMMGLPICT000136743275_trans_NvBQzQNjv4Bqnj5f55R6XEVcLbfHVgP9-mI_voTPiZ9y98UHewUTz8w

Pięć lat temu po tytuł najlepszej drużyny Europy sięgnęły Holenderki (Fot. Getty Images)

Skoro kolejna wielka piłkarska impreza za pasem, to nie może się obyć bez tradycyjnego typowania. Bo przecież nie od dziś wiadomo, że zdecydowanie najlepszym sposobem na umilenie sobie niełatwego przecież wyczekiwania na pierwszy gwizdek jest dogłębna analiza tego, co już za moment wydarzy się na angielskich boiskach. A że wszystkie typy i przewidywania najpewniej zostaną niebawem błyskawicznie zweryfikowane? Nic nie szkodzi, a może nawet tym lepiej, bo będzie to wówczas gwarantem jeszcze większych emocji. Oczywiście tych pozytywnych, gdyż innych absolutnie nie przewidujemy. A skoro tak, to rozpocznijmy zabawę od pytania najprostszego, a następnie stopniowo zwiększajmy poziom trudności.

Kto zostanie mistrzem Europy? Anglia.

Podopieczne Sariny Wiegman mają po swojej stronie absolutnie wszystkie atuty, żeby to właśnie rok 2022 stał się prawdziwym przełomem w historii futbolu na Wyspach Brytyjskich. I choć podbój Europy nie do końca powiódł się w piłce klubowej, to na niwie reprezentacyjnej wiele przemawia za tym, że okres oczekiwania na pierwszy, wielki triumf właśnie dobiega końca. A okoliczności są nader sprzyjające, wszak decydujący mecz rozegrany zostanie na doskonale znanym każdemu kibicowi (i nie tylko) stadionie Wembley. Angielska kadra wydaje się być całkowicie pozbawiona słabych punktów (niektórzy, trochę na siłę, doszukują się ich w bramce lub w środku pola), a popisy siły w starciach z Niemcami, Belgią czy Holandią dają jasno do zrozumienia, że ta grupa jest gotowa, aby swój najważniejszy dotychczas egzamin zdać z wyróżnieniem tu i teraz. Wiemy oczywiście, że nawet w tak zespołowym sporcie jak futbol nie da się odnieść sukcesu bez zawodniczek potrafiących w najważniejszych momentach zrobić różnicę, ale kandydatek na potencjalne gwiazdy w kadrze Lwic zdecydowanie nie brakuje. I wiele wskazuje na to, że nazwiska Hemp, Toone, czy Kelly w przeciągu kilkunastu najbliższych dni staną się częścią piłkarskiego mainstreamu w podobny sposób, jak niedawno miało to miejsce w przypadku Alexii Putellas. A przecież tę wyliczankę moglibyśmy kontynuować niemal w nieskończoność, bo holenderska selekcjonerka kłopoty bogactwa ma w zasadzie w każdej formacji.

Kto zostanie MVP turnieju? Lauren Hemp.

Kontuzje i urazy jej nie oszczędzały, ale w ostatnich tygodniach skrzydłowa Manchesteru City zdecydowanie złapała formę życia. I jeśli tylko utrzyma ją do końca lipca, to właśnie jej nazwisko może stać się synonimem największego sukcesu w historii angielskiej piłki. A warto zaznaczyć, że cały czas mówimy tu o zawodniczce 21-letniej, co mogłoby sugerować, iż wciąż nie poznaliśmy jeszcze pełnego wachlarza jej umiejętności. Oj, zdecydowanie nie zazdrościmy defensorkom z Austrii, Norwegii i Irlandii Północnej tego, co czeka je w fazie grupowej!

Kto zostanie królową strzelczyń? Marie-Antoinette Katoto.

Angielki zapewne będą wysoko w klasyfikacji drużynowej, Hiszpanki urządzą sobie przynajmniej jeden trening strzelecki, a Hegerberg, czy Miedema także zaznaczą swoją obecność na turnieju. Ostatecznie typ idzie jednak w kierunku napastniczki kontrowersyjnej, nieobliczalnej, ale mającej swój piłkarski sufit na poziomie dostępnym wyłącznie dla największych gwiazd futbolu. I jeśli tylko wszystko będzie się tym razem zgadzać zarówno na boisku, jak i poza nim, to wieloletnia liderka ofensywy PSG może w Anglii rozegrać swój turniej. Tym bardziej, że zarówno terminarz fazy grupowej, jak i ewentualna drabinka ćwierćfinałowa mogą okazać się w tej kwestii jej sprzymierzeńcami.

Kto wygra klasyfikację asyst? Kosovare Asllani.

Początkowo w tej rubryce miało pojawić się nazwisko Aitany Bonmati, z adnotacją, że sprawę załatwi tu starcie ćwierćfinałowe, w którym zawodniczka Barcelony wypracuje trzy gole. To byłby jednak zdecydowanie zbyt dokładny i obarczony sporym ryzykiem błędu typ, na czym skorzystała ostatecznie Kosse. Bo stawianie na jej asysty podczas kadencji Petera Gerhardssona to typ niemal najbezpieczniejszy na świecie. I nie tu znaczenia, czy mówimy o stałych fragmentach, prostopadłych podaniach, czy centrach w szesnastkę. Poza tym, czy jakiekolwiek poważne typowanie byłoby pełne bez przynajmniej jednego patriotycznego wskazania?

Kto zostanie odkryciem turnieju? Sveindis Jane Jonsdottir.

Jasne, moglibyśmy pójść na łatwiznę i wpisać tu nazwiska Lauren Hemp, Claudii Piny, Jule Brand, czy Leny Oberdorf. One wszystkie jak najbardziej spełniają kryteria wiekowe, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że w przypadku kogokolwiek z tego kwartetu EURO 2022 może być co najwyżej potwierdzeniem ogromnej sportowej klasy i nieprzeciętnego talentu. A każda z wymienionych tu piłkarek odkryta została już dawno. Nordycka solidarność każe więc postawić na kogoś, kto jeszcze nie tak dawno robił prawdziwą furorę na boiskach Damallsvenskan i kto wie, czy gdyby nie przykra kontuzja, to Kristianstad nie biłoby się o mistrzowski tytuł do ostatnich kolejek. Islandzka ofensywa zdecydowanie doczekała się perły z prawdziwego wrażenia i mamy wielką nadzieję, że jej blask mocno rozświetli nam piłkarskie, lipcowe wieczory.

Kto będzie najlepszą bramkarką? Sandra Panos.

Ostatnie turnieje zadały kłam wielu tezom o bramkarkach i wielkich imprezach, bo ani Manuela Zinsberger przed EURO 2017, ani Sari van Veenendaal przed francuskim mundialem nie były bynajmniej pewniaczkami w swoich drużynach klubowych. Nieoczywiste bohaterki kreowała nam także historia nieco bardziej odległa, bo przecież momenty wielkiej chwały miały przecież na przykład Finka Satu Kunnas (EURO 2005), czy Nigeryjka Precious Dede (MŚ 2007). Czy tym razem boisko napisze nam kolejny zaskakujący scenariusz? I tak, i nie, bo postawienie na golkiperkę Barcelony wydaje się wskazaniem równie bezpiecznym, co ryzykownym. Mówimy wszak o zawodniczce, która z jednej strony poczyniła w ostatnich latach naprawdę spory postęp, a z drugiej wciąż przytrafiają się jej bardzo nieprzyjemne wpadki. Oby podczas turnieju udało się ich uniknąć!

Który mecz będzie hitem fazy grupowej? Holandia – Szwecja.

Zaklinanie rzeczywistości? No, może troszkę! Z jednej strony niezwykle rzadko mamy do czynienia z hitami w pierwszej kolejce grupowych zmagań, a potencjał na fajerwerki zdecydowanie większy widzimy w zestawieniach grup B oraz D. Choć i w angielskiej grupie A wcale nie musi być nudno, szczególnie jeśli ktoś zdecyduje się rzucić gospodyniom realne wyzwanie.  Wciąż nie zapominamy jednak o kapitalnym otwarciu podopiecznych Gerhardssona w Japonii, a tym razem o jeszcze bardziej efektowną otoczkę meczu zadbają przecież kibice, którzy niewątpliwie pomalują trybuny stadionu w Sheffield na żółto i na niebiesko pomarańczowo. Czyli co, hit już czwartego dnia turnieju? Prosimy bardzo!

Czy turniej będzie najlepszym EURO w historii? Tak.

Piłkarsko nie ma co do tego wątpliwości, a i pozostałe aspekty wydają się grać na korzyść angielskich organizatorów. I choć poprzeczka po imprezach w 2013 oraz 2017 wisi naprawdę wysoko, to jest ona jak najbardziej do przeskoczenia. Pozostaje tylko życzyć sobie, aby radości z przeżywania turnieju nie popsuły nam czynniki losowe w postaci kolejnej fali epidemicznej lub chaosu lotniskowo-stadionowego. Ale wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze? Że nawet jeśli lipiec 2022 spełni wszystkie nasze oczekiwania, to z prawdopodobieństwem bliskim pewności już teraz możemy stwierdzić, że EURO 2025 i tak przebije go o kilka długości. Ekscytujące czasy, nie ma co!

Zwycięska próba generalna

jubel2

Johanna Kaneryd i Stina Blackstenius wpisały się dziś na listę strzelczyń (Fot. SvFF)

Angielki z Holenderkami, Belgijki z Irlandkami z Północy, Niemki ze Szwajcarkami, Hiszpanki z Australijkami, Japonki z Serbkami. I wreszcie Szwedki z Brazylijkami. Tak się składa, że zdecydowana większość hitowych meczów czerwcowego okienka reprezentacyjnego przebiegała według bardzo zbliżonego do siebie schematu. Przez mniej więcej sześćdziesiąt minut wynik utrzymywał się na styku, a w końcowej fazie spotkania do głosu dochodziła drużyna lepsza motorycznie, dokumentując to kilkoma efektownymi golami. A ponieważ na murawie Friends Areny w tej roli występowały podopieczne Petera Gerhardssona, to na finały EURO 2022 do Anglii udamy się w całkiem niezłych humorach. Choć do pewnego momentu absolutnie nic tego nie zapowiadało.

O pierwszej połowie sztokholmskiego widowiska można powiedzieć tyle, że się odbyła. No, może byłaby to ocena nieco zbyt surowa, ale nie da się ukryć, że w czerwcowym upale żadna z ekip nie raczyła nas spektaklem szczególnie wysokiej próby. Zdecydowanie więcej konkretów pokazały jednak Brazylijki i to one były bliżej tego, aby udać się na przerwę z korzystnym dla siebie wynikiem. Naszym piłkarkom sprzyjało jednak szczęście, gdy centrostrzał Tamires zatrzymał się na wewnętrznej stronie słupka bramki kompletnie zaskoczonej takim obrotem spray Hedvig Lindahl, a także wówczas gdy kombinacyjną, dwójkową akcję Debinhi i Kerolin przerwała podniesieniem chorągiewki sędzia liniowa. Po szwedzkiej stronie zdecydowanie najwięcej zamieszania stwarzały, co nie jest chyba przesadnie wielkim zaskoczeniem, stałe fragmenty gry oraz niesygnalizowane, prostopadłe piłki grane przez Filippę Angeldal lub Kosovare Asllani. Żadna z nich nie przełożyła się jednak na bezpośrednie zagrożenie pod bramką Loreny, gdyż brazylijskie defensorki broniły nadspodziewanie cierpliwie i wystrzegały się będących ich zmorą głupich błędów indywidualnych. A gdy taki przytrafił się w końcu Rafaelle, to nie potrafiła skorzystać z tego faktu Fridolina Rolfö.

Początek drugiej połowy nie przyniósł nam zmiany obrazu gry, a jedyna różnica polegała na tym, że piłkarki z Ameryki Południowej jeden ze swoich ataków zamieniły tym razem na gola. Fernanda skutecznie wypuściła w bój Debinhę, a największa obecnie gwiazda brazylijskiej kadry bez problemów zmieściła futbolówkę między interweniującą Lindahl, a lewym słupkiem jej bramki. Radość gości nie trwałą jednak długo, a wszystko za sprawą zmian przeprowadzonych przez szwedzkiego selekcjonera. Trzeba bowiem przyznać, że tym razem powiedzieć, że rezerwowe odmieniły losy meczu, to tak naprawdę nie powiedzieć nic. Trafienie wyrównujące to indywidualny popis Johanny Kaneryd, która na boisku pojawiła się zaledwie sześćdziesiąt sekund wcześniej, a po niespełna dwóch minutach Szwedki już prowadziły, gdy bramkową akcję zapoczątkowała Olivia Schough. Mało? Ależ prosimy bardzo! W 89. minucie przysłowiową kropkę nad i postawiła w klasyczny dla siebie sposób Stina Blackstenius, wykorzystując kapitalne zagranie Rebecki Blomqvist. Co najważniejsze, trzeba przyznać, że wszystkie te gole były naprawdę przedniej urody i nawet jeśli przytomnie zauważymy, że z minuty na minutę brazylijska defensywa pozwalała naszym zawodniczkom na coraz więcej, to jednak trzy koronkowe, zespołowe i – co niezwykle istotne – różne od siebie schematy wyprowadzenia ataku zafunkcjonowały wręcz wzorowo. A to w takim momencie może jedynie dodać szwedzkim kadrowiczkom tak bardzo potrzebnej teraz pewności siebie.

Do odnotowania na plus pozostaje jeszcze brak poważnych urazów, a także nowy, domowy rekord frekwencji na Friends Arenie. Ten ostatni nie był zresztą żadnym zaskoczeniem, choć upalna pogoda paradoksalnie nie zachęcała we wtorkowe popołudnie do przyjścia na stadion. Kto jednak zdecydował się spędzić dzisiejszy dzień z reprezentacją, ten z pewnością tego nie żałował. Wszak nie codziennie można oglądać niepokonaną od ponad ośmiuset dni (!) drużynę w swoim ostatnim oficjalnym występie przez najpoważniejszą tegoroczną próbą. Teraz przed nami już wyłącznie mecze istotne i … jeszcze bardziej istotne, ale jeśli wierzyć transparentowi wywieszonemu dziś przez grupę najwierniejszych fanów, to 31. lipca widzimy się na Wembley. To nawet brzmi jak całkiem ciekawy plan, prawda?

swebra