The Chester Report (II)

sheffield

W Sheffield zagraliśmy na remis; na boisku i poza nim (Fot. Pontus Orre)

I co, jak się czujecie na ostatnim miejscu w grupie po pierwszej kolejce? Nie tak źle, prawda? To super, bo spędzimy na nim jeszcze trzy najbliższe noce. I ani jednej więcej, bo tak grający zespół najzwyczajniej w świecie zasługuje na zdecydowanie inną lokatę w przejściowej tabeli. Ten fakt mamy zresztą nadzieję udowodnić już w najbliższą środę, ale póki co wróćmy myślami do tego, co już za nami. A emocji i wrażeń dzisiejszy dzień dostarczył nam pod dostatkiem.

Szwedzko – holenderskie starcie w gościnnym Sheffield rozpoczęło się wiele godzin przed tym, gdy na murawie stadionu Bramall Lane wybrzmiał pierwszy gwizdek walijskiej sędzi Cheryl Foster. Licznie obecni na Wyspach Brytyjskich sympatycy obu ekip rozpoczęli bowiem dzień od klasycznej bitwy na głosy i choć to w tym pomarańczowym chórze śpiewało nieco więcej gardeł, to pod względem decybeli nieco bardziej konkretnie brzmiał ten żółty. Był on także zdecydowanie lepiej zorganizowany, ale Holendrzy nie zamierzali ogłaszać w tej rywalizacji przedwczesnej kapitulacji i sięgnęli po niesamowicie efektywną broń w postaci instrumentów dętych. Można zatem uznać, że to nader ciekawe starcie zakończyło się ostatecznie polubownym remisem, po którym obie delegacje mogły w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udać się do upatrzonych wcześniej klubów, aby tam zbierać siły na wieczór. A te okazały się naprawdę niezbędne, gdyż piłkarki także mocno postarały się o to, aby nikt spośród obecnych na trybunach nie nudził się ani przez chwilę. Z perspektywy osoby mocno zaangażowanej po jednej ze stron nie sposób ocenić, jak zakończony właśnie mecz odbierali kibice neutralni, ale wydaje się, że i oni docenili zarówno intensywność gry, jak i przygotowanie motoryczne obu zespołów. Bo nawet podczas fragmentów nieco uboższych w dogodne okazje bramkowe, na murawie, a zwłaszcza w środku pola, toczyła się nieustanna rywalizacja. I w niej także trudno było wskazać jednoznacznego zwycięzcę, co chyba w przypadku sportowego widowiska zazwyczaj jeszcze podnosi jego jakość. Swoimi momentami radości i nerwów solidarnie zostały więc obdarowane wszystkie sektory, choć w okolicach siedemdziesiątej minuty jednocześnie wydaliśmy z siebie okrzyk radości, gdy okazało się, że oto wspólnymi siłami ustaliliśmy nowy rekord piłkarskich mistrzostw Europy. Otóż to właśnie dziś, po raz pierwszy w historii EURO, mecz fazy grupowej bez udziału gospodyń imprezy oglądało na żywo ponad dwadzieścia tysięcy widzów! Brzmi dumnie, co nie?

Jeżeli chodzi o zaskoczenia, to w tej kategorii pewną nominację wywalczył sobie Peter Gerhardsson, bo o ile szwedzkiego ustawienia z trójką stoperek się podczas turnieju spodziewaliśmy, o tyle na pewno nie od pierwszego gwizdka rywalizacji z Holandią. Tym bardziej, że od japońskich Igrzysk tę formację w warunkach meczowych testowaliśmy zaledwie jeden raz – w zremisowanym starciu z Włoszkami – i bynajmniej nie byliśmy po tamtej próbie wolni od pytań i wątpliwości. Dziś także nie udało nam się zresztą zagrać na zero z tyłu, a gdyby nie kapitalny wślizg Magdaleny Eriksson już przy stanie 1-1 (czy to nie aby jak dotąd interwencja turnieju?), to mogliśmy zakończyć sobotni wieczór w zdecydowanie bardziej minorowych nastrojach. Tym bardziej, że ani występująca wreszcie na swojej nominalnej pozycji Nathalie Björn, ani szczególnie Amanda Ilestedt, nie należały dziś do najpewniejszych punktów szwedzkiej jedenastki. Ta swego rodzaju elektryczność może dziwić przede wszystkim w przypadku mającej za sobą kapitalną wiosnę zawodniczki PSG, ale turnieje reprezentacyjne już wiele razy uczyły nas, że forma ligowa to jedno, a letnie granie w kadrze to już całkiem inna historia. Choć oczywiście mamy jak najbardziej uzasadnione nadzieje, że w przypadku Ilestedt to jedynie pojedyncza wpadka (no podwójna, jeśli doliczymy jeszcze Brazylię) i niebawem wszystko wróci do normy.

Inna sprawa, że Vivianne Miedema raz jeszcze pokazała co to znaczy być jedną z najwybitniejszych piłkarek na świecie. I jeśli ktoś po piątkowej, duńskiej katastrofie próbował bronić występu Pernille Harder przeciwko Niemkom, to napastniczka Arsenalu w 45 minut wytrąciła mu z ręki wszystkie argumenty. Największa gwiazda holenderskiej kadry była długimi minutami doskonale odcinana od gry, ale szwedzki problem polegał na tym, że sama zainteresowana … niewiele sobie z tego robiła, z każdą upływającą minutą wywalczając sobie coraz więcej przestrzeni do gry. To po jej asyście (choć tylko nieoficjalnej ze względu na niefortunną interwencję Rolfö) wyrównującego gola dla Holandii strzeliła Roord, a gdyby nie wspomniana już wcześniej Eriksson to Miedema mogła mieć na koncie dwa wypracowane gole. I o ile z wyborami piłkarki meczu w wykonaniu UEFA zazwyczaj możemy mocno polemizować, o tyle w Sheffield statuetka jak najbardziej powędrowała w godne ręce. Choć po stronie rywalek na osobne wyróżnienie zasłużył także nieustannie harujący w drugiej linii duet Groenen – Spitse, a zaskakująco udane wejście w mecz zaliczyła nieco z konieczności zastępująca Nouwen Marisa Olislagers.

A kogo możemy wyróżnić po szwedzkiej stronie? W pierwszej połowie koncert (który to już raz za kadencji Gerhardssona!) niewątpliwie dała Kosovare Asllani, ale reprezentująca do niedawna barwy madryckiego Realu piłkarka po przerwie dokonywała już w analogicznych sytuacjach nieco gorszych wyborów. W tej samej fazie meczu mocno na plus ocenić możemy oba wahadła w osobach Hanny Glas oraz Jonny Andersson, które swoją grą raz po raz dawały się we znaki holenderskiej defensywie. I choć kadrowiczki Gerhardssona nie stosowały bardzo agresywnego pressingu (to też jeszcze w wykonaniu Szwedek na tym EURO zobaczymy), to jednak ofensywne usposobienie obu bocznych obrończyń spełniało swoje zadanie i przynosiło nam długo wymierne korzyści w postaci przewagi w kluczowych sektorach. Holenderski sztab w porę się jednak z tym wszystkim połapał, blokując nam po przerwie nasze ulubione korytarze. Przygotowani na taki obrót wydarzeń błyskawicznie przeszliśmy więc na częstszą grę długimi, prostopadłymi podaniami, ale pomimo mobilności i chęci do gry najpierw Hurtig, a następnie Blackstenius, dziś brakowało nam w nich nieco dokładności. A szkoda, bo gdyby jedno z takich zagrań doszło celu, to teraz rozmawialibyśmy o tym meczu z pozycji liderek grupy. Tak się jednak nie stało, ale nie jest to absolutnie powód do rozpaczy. Licznik dni bez porażki wciąż bije, a my słyszymy się już z Chester. I trzymamy kciuki za pozytywny raport medyczny, bo za nami prawdziwy mecz walki, w najbardziej klasycznym znaczeniu tego sformułowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s