Finałowe odliczanie

f0078893-b910-4970-9e28-621572c4cd1a

21. lipca 2021 – pamiętacie ten dzień? (Fot. Daniel Stiller)

Od chwili, w której na dobre rozpoczęliśmy wspólne, mundialowe odliczanie, zdecydowanie najważniejsza była dla nas niezmiennie jedna data. I wbrew pozorom nie był to ani dzień meczu otwarcia, ani termin ewentualnego finału, lecz kompletnie niepozorny 6. sierpnia. Od początku było bowiem jasne, że to właśnie wtedy albo szeroko otworzą się przed nami wrota prowadzące wprost do najlepszej czwórki turnieju, albo sen o złotym medalu dla złotego pokolenia już na zawsze pozostanie jedynie niezrealizowanym nigdy marzeniem. I choć bez względu na końcowe rozstrzygnięcie będę upierał się, że najbardziej utalentowana w historii generacja szwedzkich piłkarek i tak zejdzie ze sceny spełniona, to brak tego najbardziej pożądanego w futbolowych realiach tytułu może po latach stanowić poważny argument dla tych, którzy będą próbowali podważyć jej wyjątkowość. Póki co o zapisywaniu się w annałach nikt jednak specjalnie nie myśli, bo tu i teraz do wykonania jest robota. Całkiem zresztą poważna, gdyż nie ma ani krzty przypadku w tym, że jutro na murawę Rectangular Stadium w australijskim Melbourne z zaciekawieniem spoglądać będą nie tylko zagorzali kibice, ale również ci, którzy na co dzień niekoniecznie interesują się tym, że Vittsjö ograło Kristianstad, a Racing Louisville zremisował z Houston Dash. Piłkarskie reprezentacje Szwecji oraz USA to jednak na tyle uznane marki, że ten fakt nikogo chyba już nie dziwi. Podobnie jak to, że w wielu szwedzkich domach leniwy, niedzielny poranek upłynie nie tylko pod znakiem kawy, cynamonki czy owsianki, ale i krótkiej choćby dyskusji na temat szans kadrowiczek Gerhardssona w rywalizacji z obrończyniami tytułu. A te wydają się być… mocno nieoczywiste.

Jasne, gdyby wsłuchać się w media zza Atlantyku, ze szczególnym uwzględnieniem tych branżowych, to można odnieść wrażenie, że Amerykanki w ogóle nie mają po co wychodzić jutro na boisko. Jedni grzmią, że najjaśniejszym punktem kadry USA na mundialu jest póki co słupek, inni domagają się honorowej dymisji selekcjonera Andonovskiego, a Carli Lloyd zdążyła już chyba zroastować każdego, kto w ostatnich dniach znalazł się w jej polu widzenia. Swoją drogą, wyobrażacie sobie rzeczywistość, w której Lloyd i Kosovare Asllani łączą siły i wspólnie otwierają w mediach społecznościowych kanał w konwencji soccer commentary? Okej, pojawiające się na nim treści nie mieściłyby się raczej w widełkach family friendly, ale hałas niewątpliwie byłby regularnie robiony. Niekoniecznie rzecz jasna w słusznej sprawie i niekoniecznie w zgodzie z niepisanymi zasadami etyki, ale obie panie doskonale zdają się rozumieć realia showbizu, który nota bene z zadziwiającą łatwością zdarza się im krytykować. Oczywiście wyłącznie wtedy, kiedy jest to z ich perspektywy wygodne. Wróćmy jednak może do sportu, bo o ile bohaterka finału MŚ sprzed ośmiu lat swoim koleżankom na boisku już niestety nie pomoże, o tyle w przypadku Kosse mocno trzymamy kciuki za występ godny bycia jedną z naszych liderek. Rekonwalescentka z włoskiego Milanu za kadencji Gerhardssona jak dotąd zaliczała bowiem wyłącznie niezwykle udane turnieje, a faza grupowa mundialu w Nowej Zelandii okazała się w jej wykonaniu mocno rozczarowująca. Jak już jednak się przełamywać, to właśnie w takich chwilach, bo akurat Asllani wielkie mecze lubi i jak najbardziej potrafi w nich grać. Podobnie zresztą jak Stina Blackstenius, której amerykański styl pasować powinien zdecydowanie bardziej niż chociażby ten argentyński. I są to informacje jak najbardziej pozytywne, choć nie na tyle, abyśmy na dzień przed mieli czuć się jakoś szczególnie spokojnie.

Prawda jest bowiem taka, że choć Portugalki rzeczywiście miały w rywalizacji przeciwko USA piłkę meczową na nodze Any Capety, to przez ponad dziewięćdziesiąt minut nie udało im się oddać choćby jednego celnego strzału na bramkę Alyssy Naeher. I nawet jeśli bez jakichkolwiek polemik zgadzamy się z tym, że czterokrotne mistrzynie świata na Antypodach jak dotąd głównie rozczarowują, to jednak w starciach zarówno z Holandią, jak i z Portugalią to one były zdecydowanie bliżej sięgnięcia po komplet punktów niż ich rywalki. Tak, skala dominacji nie była nawet bliska obrazkom, które pamiętamy sprzed dekady, ale nazywanie Amerykanek mianem one trick pony lub głośne sugerowanie, że poza fizycznością i wybieganiem nie mają one absolutnie nic do zaoferowania jest równie nierozsądne, co niesprawiedliwe. Zostawmy już nawet wciąż potrafiące pozytywnie zaskoczyć doświadczone liderki, bo wystarczy obejrzeć kilka meczów z udziałem Naomi Girmy, Sophii Smith, czy nawet nastoletniej Alyssy Thompson, aby zrozumieć, z jak gigantycznym potencjałem mamy tu do czynienia. Ta drużyna nieprzypadkowo znalazła się dokładnie tam, gdzie jest i nawet jeśli miłość przyzwyczajonych do mniej lub bardziej gładkiego wygrywania fanów została aktualnie wystawiona na niezwykle trudną próbę, to maszyna o nazwie USWNT wciąż potrafi w dowolnym momencie wskoczyć na naprawdę wysokie obroty. Tak może być również i jutro, a my musimy nie tylko być na to gotowi, ale mieć w zanadrzu swoją, równie konkretną odpowiedź. Bo w przeciwnym razie to dla nas ta cudowna, mundialowa podróż może zakończyć się przedwczesnym zjazdem do bazy.

Pewną nowością jest to, że chyba po raz pierwszy w historii tuż przed rywalizacją z USA większość futbolowej społeczności to w naszych piłkarkach upatruje faworytek tej potyczki, choć w sumie nie wiadomo właściwie dlaczego. Bo czy podopieczne Gerhardssona dały swoimi ostatnimi występami realny impuls uprawniający do wyciągnięcia właśnie takich wniosków? Mocno wątpliwe. Mecz przeciwko RPA to niepewna Musovic, gol stracony po kompletnie nieodpowiedzialnym zachowaniu obrończyń, nieporadność i niedokładność drugiej linii i wreszcie sławetne już trzynaście wrzutek na głowę Ilestedt. Włochy? Fajnie, że udało się odpowiednio zareagować na boiskowe wydarzenia w okolicach dwudziestej minuty, a że tego dnia wpadało nam prawie wszystko, to skończyło się wysokim i nawet przyjemnym dla oka zwycięstwem. Spotkanie z Argentyną było za to klasyczną grą na zaliczenie i uniknięcie niepotrzebnych problemów i ten cel udało się ostatecznie osiągnąć, strzelając przy okazji niezwykle efektywnego gola na 1-0. Podsumowując, nie była to absolutnie faza grupowa, której powinniśmy się wstydzić, ale zbyt wielu podstaw do przesadnego triumfalizmu czy hurraoptymizmu również nam ona nie dostarczyła. Podobnie zresztą było w meczach przygotowawczych, bo o ile w Duisburgu Rolfö i spółka zagrały nam przepiękny koncert, o tyle kwietniowe, skandynawskie derby sprawiły, że pytań znów pojawiło się zdecydowanie więcej niż odpowiedzi. Prawda jest jednak taka, że rolę faworytek niedzielnej potyczki Szwedki zawdzięczają nie tyle sobie, co… Amerykankom. Obrończynie tytułu to kadra znajdująca się na świeczniku przez 365 dni w roku, a media z USA stanowią w świecie soccera znaczącą siłę i nierzadko skutecznie narzucają reszcie globu swoją narrację. A ta obecna wygląda tak, że drużyna wieloletnich dominatorek znajduje się w tej chwili w najgłębszym w całej swojej dotychczasowej historii kryzysie i sprawia przy tym wrażenie zespołu, który nie bardzo ma pojęcie jak ten stan rzeczy zmienić. W Ameryce dyskutuje się więc nie tyle o tym, że to Szwedki są tak mocne (choć nasze stałe fragmenty są oczywiście odpowiednio doceniane), a o poważnych kłopotach obrończyń tytułu, które zdaniem wielu mocno szczęśliwie w ogóle doczłapały na ostatnich nogach do fazy pucharowej. Czy są to opinie realnie oddające stan faktyczny? Cóż, wszyscy oglądamy mundial, każdy z nas ma swoje przemyślenia, więc niech każdy sam odpowie sobie na to pytanie. Pamiętając, że w zasadzie nie ma tu odpowiedzi poprawnych i niepoprawnych.

Mistrzostwa świata generują emocje, a w emocjach jak wiadomo często potrafimy wyciągać mocno pochopne wnioski. Pamiętacie jeszcze nagłówki i wypowiedzi większości ekspertów po pierwszej kolejce fazy grupowej? Brzmiały one mniej więcej tak: Niemki jako jedyne z faworytek przyjechały tu w formie, a Brazylijki grają najlepszy futbol od ponad dekady i najpiękniej tańczą z piłką przy nodze. Od tamtego czasu minęło zaledwie kilkanaście dni, podczas których Niemki zdążyły już wyłapać dwa gongi od Kolumbii i jeden od Korei i wraz z powstrzymanymi przez Jamajkę Brazylijkami spakować się na powrotną podróż do domu. Angielki natomiast były ze wszystkich stron krytykowane, a 1-0 po powtórzonym rzucie karnym z Haiti w połączeniu z plagą mniejszych lub większych problemów zdrowotnych dawało obraz ekipy, która staje się poważnym kandydatem do miana największego rozczarowania finałów. Dwa kolejne tygodnie znów odwróciły jednak optykę o sto osiemdziesiąt stopni i dziś Lauren James jeśli do czegoś kandyduje, to do tytułu MVP mundialu, a Mary Earps wyrasta na jedną z faworytek wyścigu o Złotą Rękawicę. Piszę o tym nie przez przypadek, bo czy aż tak bardzo nieprawdopodobny jest scenariusz, w którym akurat jutro Sophia Smith i Trinity Rodman przypomną sobie, że to właśnie one zanotowały najbardziej spektakularne wejście do NWSL w ostatnich latach, Lindsey Horan potwierdzi słowa ze słynnego transparentu kibiców z Portland, a na koniec wkroczy na plac Megan Rapinoe i w sobie tylko znanym stylu postawi na kapitalnym występie USWNT efektowny wykrzyknik. Jasne, to wszystko wcale nie musi się wydarzyć, ale z drugiej strony jak najbardziej może, a wtedy będziemy ze wszystkich stron bombardowani tekstami i podcastami o tym, jaką to Amerykanki są fantastyczną drużyną turniejową. I taka narracja utrzyma się… aż do ćwierćfinału, który na nowo nam to od góry do dołu przewartościuje. W tym trybie doczekamy zresztą wielkiego finału i bardzo dobrze, bo sport bez emocji zdecydowanie nie byłby tym samym. Choć, jak doskonale wiadomo, we wszystkim zdecydowanie wskazany jest umiar i zdrowy rozsądek.

Tę przydługą zapowiedź (ale chyba wybaczycie, bo i moment szczególny) nieprzypadkowo opatrzyłem kadrem z pewnego meczu. Nie będę oczywiście pytał z którego, gdyż liczba poprawnych odpowiedzi kręciłaby się zapewne w okolicach stu procent. Co więcej, mam poczucie graniczące z pewnością, że wielu z was bez trudu przypomniałoby sobie, co tamtego dnia robiliście, gdzie i w jakich okolicznościach oglądaliście ów mecz, czy wreszcie, jakie emocje wam wtedy towarzyszyły. Nie będzie chyba wielkiego przekłamania w stwierdzeniu, że był to najlepszy pojedynczy występ szwedzkiej kadry w całej jej historii, choć w dniach go poprzedzających niewiele na taki obrót spraw wskazywało. Dziś życzę wam zatem przede wszystkim tego, aby 6. sierpnia 2023 także nie był po latach jedynie niewiele znaczącą datą. Wiadomo, futbol nie zawsze jest wymierny, ale naprawdę warto zagrać tak, aby z perspektywy czasu po prostu mieć co wspominać. Bo na to akurat wpływ zdecydowanie mamy. Dobrej zabawy, słyszymy się po meczu!

******

I na koniec jeszcze jedna kwestia, która sprawia, że jutrzejszy mecz przeciwko USA może okazać się naprawdę szczególny. Aktualizowany przeze mnie na bieżąco ranking FIFA mówi jasno, że jakiekolwiek zwycięstwo kadrowiczek Gerhardssona w regulaminowym czasie gry lub po dogrywce sprawi, że reprezentacja Szwecji po raz pierwszy w historii zostanie numerem jeden na świecie. Przynajmniej na kilka dni, bo nie jest przecież powiedziane, że taką lokatę udałoby się utrzymać do końca mistrzostw. Mimo wszystko, nawet gdyby to całe liderowanie miało okazać się wyłącznie przejściowe i nieodnotowane w oficjalnych statystykach, to z pewnością byłoby one symbolicznym podsumowaniem sześcioletniej kadencji obecnego selekcjonera. Przypomnijmy, że Gerhardsson obejmował zespół będący w rozsypce, a atmosfera wokół Blågult była latem 2017 wyjątkowo duszna. Doprowadzenie tego zespołu na sam szczyt stanowiłoby zatem potwierdzenie, że właśnie dane nam było przeżyć czas absolutnie niezwykły. A ewentualny awans smakowałby tym bardziej wyjątkowo, że wszystko odbyłoby się według zasad doskonale znanych chociażby miłośnikom sportów walki. Tam jedyną drogą prowadzącą do mistrzowskiego pasa jest pokonanie w bezpośredniej rywalizacji urzędującego czempiona i właśnie przed taką szansą staną jutro w Melbourne nasze kadrowiczki. Zainteresowanym statystycznymi wyliczeniami przedstawiam aktualny dorobek czołowej ósemki po zakończeniu fazy grupowej (wszystkie wartości zostały zaokrąglone do liczb całkowitych) i skoro jesteśmy już w klimatach klatek i ringów, to zostawiam was z nadzieją, że jutro z pełną świadomością będziemy mogli zakrzyknąć: And New!

ranking fg

Skromnie, lecz efektownie

F2g1ljYa8AAfai0
Jak już strzelać, to najlepiej właśnie po takich akcjach (Fot. svenskfotboll.se)

To zdecydowanie nie był mecz, który zapamiętamy na długo. Ale też od początku nie miał on takim być. Wybranki Petera Gerhardssona swoje i tak jednak zrobiły, dzięki czemu jako trzecia ekipa na tym mundialu zakończyły fazę grupową z kompletem punktów. I nawet jeśli tuż po losowaniu taki scenariusz wydawał się czymś absolutnie oczywistym, to zdecydowanie warto ten fakt podkreślić i docenić. Bo turniej w Australii i Nowej Zelandii pokazał, że pewne zwycięstwa faworytek wcale nie są już czymś tak oczywistym, jak jeszcze dekadę temu.

O pierwszej połowie starcia w chłodnym i deszczowym Hamilton możemy w zasadzie napisać tyle, że… się odbyła. Jeden celny strzał Olivii Schough w środek bramki, czy kilka szarpnięć w wykonaniu Anny Sandberg oraz Madelen Janogy nie były czymś, co wprowadziłoby realny popłoch w szeregi argentyńskiej defensywy. Nasze piłkarki nie pressowały na takiej intensywności, co w niedawnej rywalizacji z Włoszkami, a pojedyncze próby przyspieszenia lub nieschematycznego rozegrania futbolówki kończyły się najczęściej na dobrych chęciach. Kilka okazji na to, aby sprawdzić się przy dośrodkowaniach ze stojącej piłki miała także Schough, ale efekty jej starań były zdecydowanie dalekie od tych, które pamiętamy chociażby z wiosennych występów na boiskach Damallsvenskan. Brak konkretnych, boiskowych bodźców sprawił, że zdecydowanie więcej uwagi mogliśmy poświęcić wątkom pobocznym, a takim był niewątpliwie występ Caroline Seger z kapitańską opaską. 38-letnia pomocniczka ze Skanii stała się tym samym pierwszą Szwedką w historii, która wyprowadzała swój zespół z tunelu na czterech kolejnych mundialach i już teraz możemy założyć, że osiągnięcie to będzie niezwykle trudno wyrównać, o przebiciu nie wspominając. I nawet jeśli dzisiejszy mecz tylko potwierdził, że legenda Rosengård nie jest na ten moment gotowa do gry na reprezentacyjnym poziomie w większym wymiarze czasowym, to na całość jej dokonań spoglądać możemy wyłącznie z szacunkiem.

Na drugą połowę Seger już jednak nie wyszła, a jej miejsce w środku pola zajęła Elin Rubensson. Efekty? Błyskawiczne! Bo choć tempo rozgrywania szwedzkich akcji nie wzrosło jakoś znacząco, to piłkarka Häcken w kreacji czuje się zdecydowanie lepiej, co niemal od razu dało się zauważyć. Jest to o tyle dobra informacja, że sama Rubensson także straciła sporą część sezonu ligowego z powodu kontuzji i ją również możemy spokojnie zaliczyć do niezwykle licznego w tym roku grona kadrowiczek-rekonwalescentek. Braku rytmu meczowego nijak nie dało się jednak u niej zaobserwować, a najbardziej skorzystała z tego Hanna Bennison, która u boku bardziej doświadczonej koleżanki z drugiej linii z minuty na minutę czuła się na placu gry coraz pewniej. I to właśnie duet środkowych pomocniczek rozkręcił w 66. minucie akcję, dzięki której marznący na trybunach Waikato Stadium kibice mogli się wreszcie trochę rozgrzać. Nasza Golden Girl z Evertonu przytomnie rozszerzyła do prawego skrzydła, tam podłączyła się do gry Sofia Jakobsson, a nabiegająca na wprost argentyńskiej bramki Rebecka Blomqvist skutecznie dołożyła głowę. I nie był to bynajmniej ostatni raz, kiedy napastniczka niemieckiego Wolfsburga zachowała się w szesnastce rywalek dokładnie tak, jak klasyczna dziewiątka zachować się powinna. Tuż przed końcem regulaminowego czasu gry Blomqvist dała się bowiem sfaulować jednej z rywalek w polu karnym i choć samo przewinienie nie było jakieś oczywiste, to jednak decyzja pani Salimy Mukasangi o podyktowaniu jedenastki zdecydowanie się obroni. Dzięki temu szansę na przypieczętowanie szwedzkiego zwycięstwa dostała Rubensson, która – podobnie zresztą jak przed czterema laty przeciwko Tajlandii – próbę nerwów wytrzymała wręcz wzorowo.

Trochę szkoda, że fazy grupowej nie udało się nam zakończyć bez kar indywidualnych, ale zdecydowanie ważniejsze było dziś uniknięcie niepotrzebnych kontuzji i ten cel udało się na szczęście zrealizować. Teraz Gerhardsson i jego sztab mogą już całą swoją uwagę skupić na kolejnym wyzwaniu, a to czeka nas już w niedzielę. I chyba nie przesadzę zbytnio, jeśli powiem, że tego dnia na australijskie Melbourne z zaciekawieniem spoglądać będzie absolutnie cały, piłkarski świat. Póki co zamknijmy jednak oficjalnie fazę grupową, gratulując przy okazji historycznego i w stu procentach zasłużonego osiągnięcia reprezentantkom RPA, które tego poranka niewątpliwie skradły całe mundialowe show. Wyczyn Kgatlany, Magai i pozostałych bohaterek Banyana Banyana sprawi najpewniej, że nieco mniej będzie się dziś mówić o kapitalnej akcji poprzedzającej trafienie Rebecki Blomqvist, ale jesteśmy w stanie to zaakceptować. Licząc oczywiście na to, że niedzielne serwisy informacyjne będą już należeć do nas.

argswe

Portret rywalek – Argentyna

arg-1

Choć Argentyna z oczywistych względów kojarzy się przede wszystkim z wpływami hiszpańskimi, to patrząc na historię piłkarskiej reprezentacji tego kraju, można odnieść wrażenie, że akurat w tej dziedzinie przykład szedł raczej z Włoch. A jak ustaliliśmy dosłownie kilka dni temu, nie jest to bynajmniej najbardziej pożądana inspiracja. O ile jednak na Półwyspie Apenińskim na przestrzeni lat mogliśmy obserwować przynajmniej jakieś chwilowe zrywy entuzjazmu i słomianego zapału szefów krajowej federacji, o tyle w Argentynie bardzo długo nikt nie zamierzał nawet udawać, że losy tej drużyny kogokolwiek specjalnie interesują. Swój pierwszy oficjalny mecz La Albiceleste rozegrały wprawdzie na początku lat dziewięćdziesiątych, ale przez kolejne dwie dekady przyszło im funkcjonować w trybie, który ma niewiele wspólnego nie tylko z profesjonalnym, ale nawet i z poważnym, amatorskim uprawianiem sportu, za to bardzo wiele z najgorzej rozumianą prowizorką. Kadrę a to rozwiązywano, a to zakładano na nowo tylko po to, aby wystąpiła w jakimś turnieju, ale o takich słowach jak plan, strategia, czy rozwój nikt nad Paraną najwidoczniej nie słyszał. W tej sytuacji mocno zaskakiwać może fakt, że jesienią 2006 piłkarki grające w charakterystycznych biało-błękitnych strojach sięgnęły po swój zdecydowanie najcenniejszy jak dotąd międzynarodowy skalp, sensacyjnie zwyciężając w rozgrywanych na argentyńskich boiskach finałach Copa America. Jak do tego doszło? Nie wiem. I najpewniej nigdy się nie dowiem, gdyż decydujący o mistrzowskim tytule mecz z udziałem gospodyń oglądało z trybun stadionu w Mar del Plata niespełna 300 widzów. I nie, nie zapomniałem dopisać na końcu dwóch zer. Cóż, widocznie kadra hokeistek na trawie musiała tamtego dnia rozgrywać w okolicy jakiś ważny sparing.

arg-2

Domyślam się, że w pierwszej chwili wielu z was mogło się właśnie mocno zdziwić. Bo przecież nieczęsto za gwiazdę kadry robi piłkarka, która dwa poprzednie mecze rozpoczynała na ławce rezerwowych. Ale spokojnie, w tym szaleństwie naprawdę jest metoda. Reprezentująca na co dzień barwy brazylijskiego Palmeiras 25-latka dysponuje bowiem cechami, których niestety próżno szukać u większości jej koleżanek. Jasne, na samej determinacji i woli walki nie zajedziesz na poziom Lyonu czy Barcelony, ale szczególnie w tych nieco słabszych jakościowo zespołach są to wartości niezwykle pożądane i to właśnie one najczęściej potrafią zrobić różnicę między porażką, remisem, a zwycięstwem. Wielokrotnie mogliśmy przekonać się o tym chociażby podczas ubiegłorocznego Copa America, gdzie Rodriguez była postacią absolutnie pierwszoplanową i bez jej wkładu prawdopodobnie nie oglądalibyśmy teraz argentyńskich piłkarek na boiskach Nowej Zelandii. A o tym, jak ważny był dla samej zawodniczki wyjazd z kadrą na wielki turniej, świadczyć może chociażby przygotowana na tę okazję nowa, patriotyczna fryzura. Choć oczywiście możemy być pewni, że jeśli tylko Rodriguez otrzyma wreszcie realną szansę od selekcjonera, to na boisku wyróżniać będzie ją nie tylko charakterystyczny wygląd.

Przez wiele lat nazwisko Banini było pierwszym i nierzadko jedynym skojarzeniem z argentyńskim futbolem. I to nie tylko w kwestiach sportowych, bo o konflikcie najbardziej rozpoznawanej piłkarki La Albiceleste z rodzimą federacją głośno było swego czasu daleko poza granicami Ameryki Południowej. 33-letnia dziś ofensywna pomocniczka swoje argumenty skutecznie pokazywała jednak nie tylko przy stole negocjacyjnym, ale także, a może i przede wszystkim na zielonej murawie. Bo nawet jeśli obiektywnie stwierdzimy, że amerykańskiej NWSL podbić jej się nie udało, a spośród czterech sezonów spędzonych w Waszyngtonie udany był tak naprawdę jeden (2016), to jednak żadnym sposobem nie da się zanegować faktu, że przez kilka lat udawało jej się dość regularnie zaznaczać swoją obecność w najbardziej wymagającej (przynajmniej na tamten moment) lidze świata. A gdyby nie nawracające kontuzje, to bilans ten mógłby być jeszcze bardziej imponujący. W podobnych słowach moglibyśmy także scharakteryzować trwający zresztą do dziś hiszpański etap jej kariery. Bo Banini zdecydowanie nie została postacią numer jeden ani w Levante, ani w Atletico, ale w obu tych klubach bez wątpienia zrobiła wystarczająco dużo, aby trwale zapisać się w świadomości fanów futbolu z Walencji i Madrytu.

Mało piłkarek może powiedzieć, że ich mundialowy debiut odbił się szerokim echem daleko poza futbolową bańką. Argentyńska bramkarka Vanina Correa do tego nielicznego grona się jednak zalicza, choć nie przypuszczamy, aby akurat z tego powodu czerpała przesadną satysfakcję. Bo to naprawdę wątpliwa przyjemność, gdy kolejny raz musisz odpowiadać na pytanie, co czułaś w historycznej chwili, gdy przyjmowałaś jedenastego gola od Niemek. Nawet tak katastrofalny start wcale nie musi jednak oznaczać końca świata, a sama zainteresowana cierpliwie czekała na okazję do rewanżu i po dwunastu długich latach taka się rzeczywiście nadarzyła. Doświadczona już Correa znów pojechała na finały MŚ jako golkiperka numer jeden i na francuskich boiskach zebrała sporo w pełni zasłużonych pochwał za bardzo przyzwoite występy przeciwko Japonii i Anglii. Turniej w Nowej Zelandii jest dla niej okazją do ustanowienia kolejnych rekordów, choć my akurat trochę żałujemy, że w środę w szwedzkiej bramce nie stanie ani Tove Enblom, ani Hedvig Lindahl. W pierwszym przypadku doczekalibyśmy się bowiem starcia dwóch golkiperek, które w jednym z kluczowych momentów swoich karier doświadczyły porażki w stosunku 0-11, w drugim zaś nadarzyłaby się okazja do mundialowej konfrontacji dwóch czterdziestolatek. Tak się ostatecznie nie stanie, ale historia Vaniny Correi i tak jest już wyjątkowo inspirująca.

arg-3

Z Włoszkami nasze drogi przecięły się jak dotąd aż 25 razy, ale historia potyczek z Argentyną jest zdecydowanie krótsza. Nic jednak w tym dziwnego, bo doprawdy trudno o nawiązanie trwałych relacji z kadrą, która co i rusz pojawia się i znika. Wspomniane już złote medale z Copa America ’06 poskutkowały jednak zaproszeniem La Albiceleste na Igrzyska w Chinach, gdzie los – podobnie jak teraz – skojarzył nas w jednej grupie. Na boisku w Tiencinie sensacji nie było, choć rozmiary szwedzkiego zwycięstwa mogły, a nawet powinny być zdecydowanie bardziej okazałe. Nasze piłkarki już przed piętnastoma laty doskonale potrafiły jednak zadbać o nadprogramowe emocje, dzięki czemu skuteczne sforsowanie defensywy ówczesnych mistrzyń konfederacji CONMEBOL zajęło nam aż godzinę.

arg-4

Turniej na boiskach Nowej Zelandii (możemy spokojnie założyć, że do Australii raczej nie dojadą) jest dla reprezentacji Argentyny już czwartą imprezą tej rangi, ale póki co piłkarki z Ameryki Południowej swoje mundialowe przygody konsekwentnie sprowadzają do realizowania słynnej myśli barona de Coubertina, że najważniejszy jest sam udział. Zero wygranych meczów, czterdzieści straconych goli, pamiętna dwucyfrówka od Niemek – to wszystko daje nam namacalny obraz tego, jak wielki dystans dzielił przez lata argentyński futbol od światowej czołówki. Pewną ciekawostką może być jednak fakt, iż podczas trzech dotychczasowych startów w finałach mistrzostw świata, La Albiceleste za strzelanie goli (nie wliczając tych samobójczych, bo te zdarzały im się akurat w całkiem sporej ilości) zawsze brały się dopiero w trzecim meczu fazy grupowej. Czy powinniśmy się zatem obawiać, że w najbliższą środę czeka nas zderzenie z żądną rewanżu błękitno-białą nawałnicą? No, niekoniecznie, wszak za każdym razem to argentyńskie strzelanie zaczynało się dopiero przy wyniku 0-3 lub 0-4 na korzyść rywalek. I akurat w tym aspekcie historia jak najbardziej może się powtórzyć, gdyż przynajmniej kilku szwedzkim piłkarkom mocno przydałby się klasyczny mecz na przełamanie. A patrząc na rozkład turniejowej drabinki, kolejnej ku temu okazji może już po prostu nie być.

arg-5

Skoro nie tak dawno nazwaliśmy Włoszki reprezentacją zawieszoną gdzieś pomiędzy światową pierwszą i drugą ligą, to Argentynki idealnie nadawałyby się jako przykład drużyny plasującej się na futbolowej piramidzie o jeden szczebel niżej. Ot, taka spokojna czwarta dziesiątka rankingu, gdzieś na poziomie aspirujących, europejskich nacji z Ligi Narodów B. Obserwacja ta znalazła zresztą niejako potwierdzenie w październiku 2022, kiedy to La Albiceleste zmierzyły się w meczu towarzyskim z reprezentacją Polski. Na boisku w hiszpańskim Jerez padł wówczas remis 2-2, ale z perspektywy wyraźnie opadających z każdą upływającą minutą z sił podopiecznych trenera Portanovy, był to rezultat mocno szczęśliwy. Niedostatki motoryczne argentyńskich piłkarek uwidoczniły się zresztą także przy okazji konfrontacji z Kanadą czy Włochami, gdzie po w miarę wyrównanych pierwszych połowach, druga faza meczu toczyła się pod coraz większą kontrolą ze strony rywalek. O starciu z Hiszpanią nie ma chyba nawet co wspominać, bo tam akurat mieliśmy totalną deklasację w zasadzie od pierwszej do dziewięćdziesiątej czwartej minuty. Ewidentne braki fizyczne i techniczne (pod tym względem zestawianie Argentynek na przykład z Brazylijkami nie ma najmniejszego sensu) zawodniczki występujące w biało-błękitnych strojach starają się nadrabiać agresją ocierającą się momentami o zwykłą, boiskową brutalność i trzeba im oddać, że akurat w tym względzie niezmiennie przynależą do wąskiej, światowej czołówki. Czy jest to powód do dumy? Cóż, nie mi oceniać, w końcu każdy ma swoje ścieżki i cele w życiu. Ale takie Mayorga, Rodriguez czy Chavez z pewnością charakterologicznie odnalazłyby się w szatni Vittsjö, a ich starcia z Nellie Persson lub Clarą Markstedt z miejsca stałyby się dodatkową atrakcją wielu treningowych gierek.

Stosunkowo długo opowiadaliśmy głównie o negatywach, więc przyzwoitość nakazywałaby wspomnieć także o tych zielonych prostokącikach w rekordzie argentyńskiej kadry. Dwa zwycięstwa nad Peru raczej nikogo nie przestraszą, ale kto wie, czy przy okazji tegorocznej, towarzyskiej potyczki ze zdecydowanie niżej notowanym rywalem największym sukcesem nie jest fakt, iż na żywo oglądało ten mecz… kilkadziesiąt razy więcej fanów niż przywoływany tu wielokrotnie finał Copa America ’06. Nie będziemy jednak wyciągać z tego zbyt pochopnych wniosków, gdyż jednorazowy strzał to zdecydowanie zbyt mało, aby mówić o trendzie, a coś podpowiada nam, że w przypadku tej kadry żadnego wielkiego przełomu jeszcze w tej chwili się nie doczekamy. Wracając jednak do kwestii sportowych, piłkarki trenera Portanovy pochwalić należy za zakończoną dwoma zwycięstwami lutową eskapadę do Nowej Zelandii, a także za… końcówkę ubiegłorocznego starcia z Paragwajem, dzięki któremu Argentynę w ogóle na mundialu oglądamy. Na kwadrans przed końcem było wówczas 0-1, po upływie dziewięćdziesięciu minut na tablicy wyników mieliśmy remis, ale trafienia Bonsegundo oraz Rodriguez w doliczonym czasie gry ostatecznie załatwiły sprawę. Wtedy jednak La Albiceleste mierzyły się jednak z przeciwniczkami znajdującymi się na podobnym poziomie przygotowania motorycznego, a w najbliższą środę – przynajmniej w teorii – czeka je w tym zakresie nieporównywalnie trudniejsze wyzwanie.

arg-6

Francuskim tropem do celu

wikman

Magnus Wikman zapowiada roszady na Argentynę, a my mu wierzymy (Fot. Sportbladet)

Dziś nie będzie dużo o Argentynie, ale to tylko z tego powodu, że… o niej akurat całkiem sporo będzie jutro. Dziś będzie za to o roszadach. Ale nie tych szachowych, lecz tych kadrowych, zapowiedzianych właśnie przez Magnusa Wikmana. Asystent Petera Gerhardssona przyznał w wywiadzie, że skoro sytuacja po drugiej kolejce fazy grupowej jest niezwykle podobne do tej sprzed czterech lat, to czas sięgnąć po sprawdzone metody i mocno zamieszać wyjściową jedenastką. Wtedy przyniosło to pożądany efekt, gdyż podczas dwóch kluczowych meczów turnieju (druga runda oraz ćwierćfinał) szwedzka kadra okazywała się najlepszą wersją siebie, wysyłając do domu kolejno przyszłe i aktualne na tamten moment mistrzynie olimpijskie. Czyli jak, powtórka z rozrywki? Cóż, wiemy jak przedstawia się potencjalna drabinka fazy pucharowej, ale skoro sami możemy sobie trochę pomóc, to czemu właściwie mielibyśmy tego nie robić? Tym bardziej, że na przykład Anna Sandberg z całą pewnością zapamięta takie wyjście z tunelu na mistrzostwach świata na długie lata. A my, wraz ze sztabem szkoleniowym, przekonamy się, czy ta dodatkowa presja podziała na nią mobilizująco, czy może wprost przeciwnie. Rywalizacji z PSG nasza utalentowana defensorka nie przestraszyła się ani trochę, ale jednak w takich chwilach reprezentacyjna koszulka zdaje się znaczyć nieporównywalnie więcej. Choć barwy w sumie całkiem podobne.

Co do roszad i defensorek, to jedną z zawodniczek z nieco mniejszymi szansami na występ wydaje się być Linda Sembrant, która została chwilowo odizolowana od reszty zespołu ze względu na objawy infekcji wirusowej. Weterance szwedzkiej formacji obronnej należy oczywiście życzyć szybkiego powrotu do zdrowia, ale pod względem czysto sportowym w zasadzie trudno nazywać jej nieobecność osłabieniem szwedzkiej kadry. Wiem, brzmi to brutalnie, ale mając w pamięci nawet dwa ostatnie sezony zwyczajnie nie sposób ocenić sytuację inaczej. Choć prawdę mówiąc, przeciwko Argentynie Sembrant wystąpić jak najbardziej by mogła. A to dlatego, że 36-latka z Juventusu wykształciła u siebie niesamowicie rzadką umiejętność regularnego wpisywania się na listę strzelczyń podczas wielkich turniejów, często w najbardziej nieoczywistych momentach. A rywalki z Ameryki Południowej wydają się wręcz skrojone pod to, aby tę imponującą statystykę podtrzymać. Pełną gotowość do gry zgłasza za to Stina Blackstenius, która oczywiście rozumie konieczność rotowania składem, ale gdyby coś, to ona na środowy wieczór innych planów nie robi i po zielonej murawie stadionu w Hamilton chętnie sobie pobiega. I w te zapowiedzi wierzymy akurat bezgranicznie, gdyż ta zawodniczka już wielokrotnie pokazywała, że im więcej gry, tym lepiej dla niej. Pamiętacie jak tuż po przylocie z brazylijskich Igrzysk Blackstenius zagrała w meczu fazy wstępnej Pucharu Szwecji wyłącznie po to, aby podtrzymać meczowy rytm? A podobnych przykładów bez trudu znajdziemy przecież więcej. Inna kwestia, że konkretnie na Argentynę lepszą stylistycznie opcją wydaje się chociażby Rebecka Blomqvist i to nie tylko ze względu na konieczność odpoczynku najbardziej eksploatowanych jak dotąd piłkarek. Kusząco przedstawia się także perspektywa przesunięcia na dziewiątkę Madelen Janogy, która podobnie jak napastniczka Wolfsburga mogłaby się całkiem przyjemnie z defensorkami rywalek trochę pościgać. To znaczy, przyjemnie dla siebie samej i dla nas, bo już dla argentyńskiej defensywy niekoniecznie.

Wiem, przed nami jeszcze trzeci grupowy mecz, ale nic nie zrobimy z tym, że myśli coraz bardziej uciekają nam w kierunku niedzieli. Brak profesjonalizmu? Być może, ale nie po to od prawie roku odliczamy dni do 6. sierpnia, żeby teraz nagle rozpocząć narrację, że to w zasadzie dzień jak każdy inny. No nie bardzo, skoro właśnie wtedy zdecyduje się, czy nasze piłkarki czeka powrót do kraju, czy może… powrót do Nowej Zelandii. Spotkanie drugiej rundy reprezentacja Szwecji rozegra bowiem w australijskim Melbourne, ale w razie powodzenia aż do ewentualnego finału rywalizować będzie na stadionie w Auckland. Nic więc dziwnego, że starcie Amerykanek z Holenderkami oglądaliśmy z niemałym zaciekawieniem nie tylko dlatego, że po boisku biegały finalistki poprzedniego turnieju. To właśnie tamten mecz mógł dać nam odpowiedź na pytanie z kim podopieczne Petera Gerhardssona zagrają o ćwierćfinał, ale remis 1-1 sprawił, że na jakiekolwiek definitywne odpowiedzi musimy poczekać jeszcze dzień. W teorii możliwy jest nawet scenariusz, w którym z drugiego miejsca w grupie E wychodzą debiutantki z Portugalii, ale to chyba byłoby już zbyt wiele nawet na ten mundial. Ja wiem, Kolumbia dopiero co klepnęła Niemcy, Linda Caicedo z uśmiechem powiedziała światu ¡Hola!, ale tutaj mówimy przecież o USA, czyli ostatnim bastionie starego, futbolowego porządku. Czyżby i on miał za chwilę rozpaść się na naszych oczach? Wydaje się to całkowicie nierealne, ale z drugiej strony Japonia też nie miała prawa wygrać mundialu w Niemczech, a Piteå zostać mistrzem Szwecji. I między innymi dlatego jutro także będziemy śledzić wydarzenia na Eden Park z wielkim zainteresowaniem, a nasza uwaga skupiać się będzie nie tylko na obrończyniach tytułu. No, przynajmniej do momentu, w którym nie zagwarantują one sobie awansu do kolejnej fazy turnieju, ale mamy nadzieję, że nastąpi on jednak możliwie jak najpóźniej.

Na koniec jeszcze taka krótka ogólna refleksja: mam wrażenie, że wielkimi krokami zbliża się w naszej dyscyplinie czas, kiedy czynnikiem numer jeden decydującym o wyniku pojedynczego meczu stanie się dyspozycja dnia. Znacząco zwiększy się przy tym rola trenerów, gdyż właściwe decyzje taktyczne, a nawet psychologiczne mogą nagle otworzyć niżej notowanym klubom i reprezentacjom drzwi, które dotąd były dla nich zatrzaśnięte bez względu na okoliczności. Kilkanaście lat temu, oczekując na mecze USA – Portugalia, Dania – Haiti, czy Brazylia – Jamajka, zastanawialibyśmy się czy padnie w nich dwucyfrówka i kwestia ta byłaby tak naprawdę jedyną niewiadomą. Dziś również nie mamy żadnych problemów ze wskazaniem faworytek, ale jednak coraz wyraźniej dopuszczamy już do siebie ewentualność, że futbolowy cud może się jednak wydarzyć. Bo skoro Jamajka dopiero co zremisowała z Francją, Maroko z Włochami i Szwajcarią, Zambia pokonała Niemcy, a Filipiny Nową Zelandię, to liczba rozstrzygnięć absolutnie niemożliwych kurczy się nam szybciej niż Johanna Renmark rozpędza się do trzydziestu na godzinę. I wiecie co? I fajnie jest doczekać takich czasów, zdecydowanie warto było o to walczyć. Trzymajcie się, do następnego razu!

PS. to już tak całkowicie pół-żartem. Szwedzkie kadrowiczki przekonują, że tego lata trenowanie schematów do ofensywnych stałych fragmentów zajmuje im więcej czasu niż kiedykolwiek wcześniej. Jako osoba, która miała okazję podpatrzeć coś tam, coś tam podczas poprzednich zgrupowań w Båstad czy Göteborgu, coraz bardziej zastanawiam się, czy w takim razie czasu wystarcza im na cokolwiek innego. Bo wałkowanie niemal do nieprzytomności rzutów rożnych i wolnych to od początku kadencji niezmiennie największy taktyczny konik Gerhardssona. Swoją drogą, przy okazji pandemicznego meczu Polska – Szwecja zadałem nawet dość szczegółowe, poparte konkretnymi liczbami pytanie o stałe fragmenty polskiej selekcjonerce, ale ostatecznie podczas samej konferencji ono nie wybrzmiało. Może zresztą nawet i lepiej wyszło, bo jeszcze zwróciłbym niepotrzebnie na coś szczególną uwagę. A tak to jak w masełko wpadły dwa gole, z czego jeden po schemacie trenowanym podczas tamtego zgrupowania kilkadziesiąt razy.

No i piąteczka!

sweita

Miało być lepiej niż na otwarcie? No to było! (Fot. Getty Images)

Gdy są powody do krytyki – trzeba krytykować. Gdy są powody do zadowolenia – trzeba się cieszyć i jak najbardziej chwalić postawę kadrowiczek Petera Gerhardssona. Dziś na szczęście zwyciężyła ta druga opcja, choć przez nieco ponad dwadzieścia minut niewiele wskazywało na to, że za moment przyjdzie nam obejrzeć najbardziej okazałe zwycięstwo szwedzkich piłkarek w finałach mistrzostw świata od pamiętnego 8-0 z Japonią. Groźny strzał Sofii Cantore, niezwykle aktywna postawa Lucii Di Guglielmo na prawej flance, czy wreszcie niepewne wejście w mecz Zeciry Musovic mogły nawet trochę niepokoić, ale zanim na dobre zdążyliśmy się zestresować, całą sytuację udało się błyskawicznie uspokoić. A Amanda Ilestedt wysłała przy tym jasny sygnał, że tego lata zamierza pójść śladami Nilli Fischer, która równo dekadę temu do samego końca rywalizowała o miano najlepszej strzelczyni EURO 2013. Indywidualne wyróżnienie ostatecznie trafiło wówczas w ręce Lotty Schelin, ale przypuszczam, że nikt spośród czytających te słowa nie miałby nic przeciwko, aby w podobnych rolach wystąpiły na boiskach Nowej Zelandii i Australii na przykład Ilestedt oraz Stina Blackstenius.

Wróćmy jednak na boisko, bo tam działo się dziś naprawdę sporo. I nawet jeśli cała futbolowa społeczność znów będzie zachwycać się szwedzką szkołą rzutów rożnych, to trzeba wyraźnie podkreślić, że tym razem nie był to bynajmniej jedyny element, za który podopiecznym Gerhardssona należą słowa uznania. Bo dobrze na Regional Stadium zaczęło dziać się jeszcze przed golem na 1-0, a zmiana obrazu meczu była bezpośrednim następstwem skutecznie egzekwowanego wysokiego pressingu szwedzkiej drugiej linii, na który Włoszki nijak nie potrafiły znaleźć odpowiedzi. Jasne, precyzyjne centry Jonny Andersson na głowę Ilestedt wydatnie pomogły nam osiągnąć cel, ale warto podkreślić chociażby ogromną pracę wykonaną w środku pola przez duet Angeldal – Rubensson, bo bez niej trudno byłoby aż w takim wymiarze zdominować ten niewątpliwie newralgiczny sektor boiska. Swoje zrobiła także Kosovare Asllani, która póki co nie pełni na tym turnieju aż tak wiodącej roli jak chociażby przed czterema laty we Francji, ale jej osoba ewidentnie skupiała dziś na sobie uwagę rywalek doskonale znających ją z boisk włoskiej Serie A. To z kolei sprawiało, że więcej przestrzeni miały momentami na przykład Fridolina Rolfö czy Stina Blackstenius, a nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że akurat te zawodniczki z takich udogodnień korzystać potrafią. Przypadek Rolfö jest jednak o tyle charakterystyczny, że choć drugi raz schodzi z boiska z golem, to zdecydowanie najbardziej możemy pochwalić ją za konkrety… defensywne, ze szczególnym uwzględnieniem liczby wymuszonych przez nią strat i niecelnych podań po stronie rywalek. W ofensywie jak dotąd więcej dzieje się natomiast na prawej flance, gdzie niepodzielnie rządzi Johanna Kaneryd. Skrzydłowa Chelsea w swoim drugim mundialowym występie nie była wprawdzie aż tak efektowna, jak przed tygodniem w starciu z RPA, ale wystarczył dosłownie jeden moment nieuwagi włoskich piłkarek, aby w doliczonym czasie pierwszej połowy Kaneryd do spółki z Asllani i Blackstenius zrobiły nam gola na 3-0, w zasadzie zamykając tamtym zagraniem cały mecz.

Po stronie plusów zapisujemy również impuls z ławki, którego tym razem nie zabrakło. Trafienie numer pięć było bowiem w stu procentach dziełem zawodniczek rezerwowych; całą akcję rozpoczęła jednym, prostopadłym podaniem Olivia Schough, zagraną przez nią futbolówkę przedłużyła jeszcze Sofia Jakobsson, a Rebecka Blomqvist wygrała pojedynek biegowy, na pełnej szybkości wbiła się we włoską szesnastkę i nie dała Francesce Durante jakichkolwiek szans na skuteczną interwencję. Sytuacja ta nie zmieniła może wiele w ocenie meczu, ale była ona jego najlepszym możliwym podsumowaniem i swego rodzaju pieczątką na pewnym zwycięstwie, odniesionym przez drużynę zdecydowanie tego dnia lepszą piłkarsko. A kompletnie rozbite Włoszki mogą chyba tylko dziękować Argentynkom, że te wczoraj postanowiły zagrać do końca i odrobiły dwubramkową stratę w rywalizacji z RPA. Bo gdyby tego nie zrobiły, to aktualnym mistrzyniom Afryki w ostatniej serii spotkań do pełni szczęścia wystarczałby remis i wcale nie jestem przekonany, czy w takiej sytuacji to w podopiecznych trenerki Bertolini należałoby upatrywać faworytek do awansu do 1/8 finału. Dla nas jednak najważniejsze jest to, że w fazie pucharowej już oficjalnie zameldowała się właśnie reprezentacja Szwecji, choć od chwili ogłoszenia terminarza finałów MŚ niezmiennie odliczaliśmy dni nie do meczu otwarcia, lecz właśnie do 6. sierpnia. To wtedy czeka nas najważniejszy sprawdzian i to wtedy – na przestrzeni dziewięćdziesięciu lub stu dwudziestu minut – na dobre zdefiniuje się dla nas ten turniej. Dziś żegnamy się jednak w całkiem dobrych nastrojach, a żeby stały się one jeszcze lepsze, to warto podkreślić, że od kilkudziesięciu minut ponownie jesteśmy wiceliderkami aktualizowanego na bieżąco rankingu FIFA. I bardzo dobrze, oby tak dalej!

sweita2

Portret rywalek – Włochy

ita-1

Kojarzycie może bajkę o sympatycznym Bobie Budowniczym? Od razy przyznaję, iż nie mam pojęcia, jakimi umiejętnościami w swoim fachu dysponował tytułowy bohater tej animowanej serii, ale w ciemno zakładam, że były one na zdecydowanie wyższym poziomie niż u szefów włoskiej federacji piłkarskiej. Oni bowiem za budowanie futbolowej potęgi w swoim kraju dziarsko zabrali się już ponad pół wieku temu i od tego czasu budują, budują, dalej budują, ale końca tej konstrukcji nie widać. Owszem, na przestrzeni lat kilka razy udało im się postawić całkiem solidne fundamenty, czasami ponad powierzchnię ziemi wzbiła się nawet pierwsza czy druga kondygnacja, ale w momencie decydującej próby zawsze brakowało a to konsekwencji, a to determinacji i cały projekt szedł w odstawkę. A gdy sobie o nim przypominano, to trzeba było rozpoczynać zabawę w zasadzie on początku. Ostatnią próbę, oczywiście przy dźwiękach szumnych i głośnych zapowiedzi, podjęto zresztą całkiem niedawno, a pełna profesjonalizacja krajowej ligi piłkarskiej była póki co jej najważniejszym elementem. I choć – jak to zwykle w tym pięknym skądinąd zakątku świata bywa – bez turbulencji i kłótni się nie obyło, tę część planu udało się ostatecznie zrealizować. Pozornie wydaje się więc, że tym razem tego procesu nic już nie zatrzyma, ale pomni poprzednich doświadczeń, gratulacje i prezenty zaczniemy wysyłać dopiero wtedy, gdy zobaczymy, że w Rzymie, Turynie i Mediolanie na poważnie zabierają się do konstrukcji dachu. A póki co, choć sprawy niewątpliwie idą we właściwym kierunku, moment ten wciąż jest stosunkowo odległy.

ita-2

Włoska kadra jest o tyle interesująca, że w przeciwieństwie do wielu innych uczestniczących w tegorocznym mundialu reprezentacji, trudno znaleźć w niej jedną, wyraźnie wybijającą się na tle koleżanek gwiazdę. Ostateczny wybór pada jednak na 25-letnią Giugliano i jest to przede wszystkim forma uhonorowania kapitalnego sezonu klubowego, który dopiero co stał się jej udziałem w barwach AS Roma. Dysponująca kapitalnym podaniem, a także niebezpiecznym strzałem z dystansu pomocniczka była jedną z trzech (obok Brazylijki Andressy Alves oraz Norweżki Emilie Haavi) kluczowych postaci historycznej, mistrzowskiej kampanii drużyny ze stolicy Włoch. Teraz, po raz pierwszy w karierze, przyjdzie jej pełnić funkcję głównej kreatorki także na poziomie reprezentacyjnym i absolutnie nie mamy żadnych wątpliwości, że jest w stanie temu zadaniu podołać. Bo szczyt jej piłkarskich możliwości cały czas wydaje się znajdować przed nią, a z każdym upływającym miesiącem sufit ten wydaje się wręcz podnosić, co tylko wzmaga oczekiwania fanów z żółto-czerwonej części Rzymu.

W temacie potencjalnej game changerki wybór także nie był oczywisty, gdyż w tej rubryce moglibyśmy równie dobrze umieścić na przykład super-rezerwową z meczu otwarcia Cristianę Girelli lub równie niepokorną, co niezniszczalną Valentinę Giacinti. Wtedy przypominają się jednak pamiętny triumf sprzed czterech lat nad Australią oraz sensacyjna kampania Juventusu w Lidze Mistrzyń zwieńczona największym sukcesem włoskiej piłki klubowej i już mamy pewność, że Barbara Bonansea to marka sama w sobie. Zawodniczka ta na co dzień prezentuje styl mocno odmienny od tego, który stereotypowo przywoływałby skojarzenia z włoskim futbolem, a dynamika, przyspieszenie i umiejętność znalezienia się we właściwym miejscu i czasie przez wiele lat były jej podstawowymi znakami firmowymi. Dziś nasza bohaterka ma już 32 lata, kontuzje jej bynajmniej nie oszczędzały, ale jeśli w kadrze pani Bertolini jest ktoś, kto będzie potrafił zrobić gola z niczego, to z duża dozą prawdopodobieństwa typujemy, że może być to właśnie zawodniczka oznaczona na tym turnieju numerem osiem. Bo ona po prostu ma w sobie to coś.

O ile obecność szwedzkich piłkarek w kadrach włoskich klubów nie była niczym zaskakującym ani w latach osiemdziesiątych, ani dziś, o tyle podróże w przeciwnym kierunku nie są już zjawiskiem równie częstym. Na tegorocznym mundialu znajdziemy jednak jedną przedstawicielkę Azzurre, która ze Szwecją, a konkretniej z jedną Szwedką, postanowiła związać się zdecydowanie bliżej. 14. lutego 2023 Lisa Boattin oraz Linda Sembrant ogłosiły bowiem, że łączy je znacznie więcej niż jedynie wspólna przynależność klubowa. Informacja ta na szczęście nie skutkowała uruchomieniem medialnego pierdolnika, jak miało to miejsce przy okazji relacji Eriksson & Harder, a to z kolei może być nieśmiałym sygnałem, że chyba powoli zaczynamy wreszcie dojrzewać jako społeczność. Co ciekawe, wielu włoskich ekspertów przewidywało, że pozycję na lewej flance bloku defensywnego okupować będzie młodsza od Boattin o dwa lata Beatrice Merlo, ale obrończyni Interu Mediolan w kadrze na mundial ostatecznie w ogóle się nie znalazła, a urodzona w Wenecji piłkarka Juventusu zapisała na swoim koncie niezwykle udany mecz otwarcia z Argentyną, podczas którego była jedną z najlepszych na boisku, walnie przyczyniając się do wyszarpanego w ostatnich minutach zwycięstwa. To po jej dośrodkowaniu Girelli mogła w decydującym momencie skutecznie dostawić głowę, a intensywne starcie z Miryam Mayorgą dodatkowo utwierdziło nas w przekonaniu, że Boattin nie przestraszy się absolutnie żadnej, boiskowej sytuacji.

ita-3

Zdecydowanie najbardziej intensywnie graliśmy ze sobą w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego wieku i choć ogromną większość tych spotkań dość pewnie rozstrzygaliśmy na swoją korzyść, to z oczywistych względów nie będziemy przykładać do tego zbyt wielkiej wagi. Dzisiejszy futbol od tego, który był udziałem Caroliny Morace czy Leny Videkull, dzielą bowiem lata świetlne i nawet jeśli trzy dekady temu rywalizacja wymienionych tu zawodniczek niewątpliwie rozbudzała emocje, to w odniesieniu do rozgrywanego właśnie na boiskach Australii i Nowej Zelandii mundialu nie znaczy ona kompletnie nic.

Ostatnia dekada przyniosła nam za to zaledwie cztery szwedzko-włoskie konfrontacje i tutaj – co może zaskakiwać – ich bilans wypada zdecydowanie na korzyść naszych rywalek. W tym okresie Blågult pokonały bowiem przeciwniczki z Półwyspu Apenińskiego zaledwie raz, a miało to miejsce w ćwierćfinale niezapomnianego z naszej perspektywy EURO 2013. Mecze domowych finałów sprzed dekady stały się chyba na tyle ikoniczne, że nie trzeba ich szczegółowo przypominać, ale najmłodszym kibicom przypominamy, iż absolutną bohaterką starcia na Örjans Vall w Halmstadzie okazała się wówczas obecna dyrektorka sportowa FC Rosengård Therese Sjögran, która pierwotnie na tamten turniej miała w ogóle nie jechać. Kolejne mecze to już jednak jeden remis i dwa włoskie zwycięstwa, z których najbardziej bolesne było to na koniec fazy grupowej EURO 2017. Inna sprawa, że akurat tamtego wieczora w Doetinchem powodów do radości nie miał absolutnie nikt. My chyba na dobre przekonaliśmy się, że produkt pod tytułem kadra Pii Sundhage jest już produktem wybitnie przeterminowanym, zaś Włoszki, choć grały wtedy najbardziej atrakcyjny futbol w grupie B, finiszowały na ostatniej pozycji w tabeli wskutek dwóch poniesionych wcześniej w niezwykle pechowych okolicznościach porażek. Ostatni oficjalny kontakt obu reprezentacji na najwyższym szczeblu miał miejsce podczas ubiegłorocznego turnieju towarzyskiego o Puchar Algarve i choć w drugiej połowie nasze piłkarki całkowicie zdominowały boiskowe wydarzenia, to remis udało się uratować jedynie dzięki bezbłędnie wykonanemu przez Caroline Seger rzutowi karnemu. Już tradycyjnie w przypadku takich zapowiedzi macie możliwość cofnięcia się to tamtych chwil i przypomnienia sobie emocji, które na żywo nam wówczas towarzyszyły. Potrzebne odnośniki znajdziecie tutaj (EURO ’17), tutaj (tow. ’18) oraz tutaj (tow. ’22). ita-4

Wyniki zdecydowanie lepsze niż gra? Chyba właśnie w ten sposób powinno rozpocząć się obiektywne podsumowanie dotychczasowych osiągnięć włoskiej kadry w finałach piłkarskich mistrzostw świata. Aż dwa z trzech startów w najważniejszej imprezie czterolecia Azzurre kończyły bowiem w najlepszej ósemce, a sukces ten był wypadkową bardzo wielu czynników. Trzydzieści dwa lata temu w Chinach jednym z nich było bez wątpienia szczęśliwe losowanie, połączone dodatkowo z najbardziej korzystnym układem gier, który pozwolił Włoszkom zainaugurować turniej potyczkami z kolejno Tajwanem i Nigerią. Podopieczne trenera Sergio Guenzy stanęły wówczas na wysokości zadania, a komplet punktów wywalczony w dwóch pierwszych meczach z miejsca otworzył im autostradę do fazy pucharowej. Tam czekała już Norwegia i choć kibice na Półwyspie Apenińskim mocno liczyli na kolejny udany występ jednej z największych gwiazd tamtej imprezy Caroliny Morace, to w zderzeniu z solidną, skandynawską defensywą napastniczka Milanu nie miała tym razem aż tak wiele do powiedzenia.

Równie udanie rozpoczął się dla Azzurre mundial 2019 we Francji, podczas którego najpierw w niesamowicie dramatycznych okolicznościach udało się odprawić faworyzowaną Australię, a następnie – już w zdecydowanie bardziej spokojnym rytmie – Jamajkę. Porażka na koniec fazy grupowej z Brazylią skomplikowała sytuację o tyle, że do uszeregowania aż trzech ekip w grupie C potrzebna była mała tabelka, ale tutaj fortuna znów uśmiechnęła się do Włoszek. A zrobiła to na tyle szeroko, że w 1/8 finału na podopieczne trenerki Bertolini czekały nie gospodynie mundialu, a zdecydowanie niżej notowane Chinki, dzięki czemu drugi w historii awans do ćwierćfinału nagle stał się nie tyle marzeniem, co konkretnym celem, który z niesamowitą precyzją udało się zresztą zrealizować. Jedynie w 1999 roku w USA Włoszki miały prawo narzekać na niefart, gdyż wystarczyłoby nieco inne rozstrzygnięcie rywalizacji Niemek z Brazylijkami, a i tym razem udałoby przedłużyć turniejową przygodę poza fazę grupową.

Póki co zauważamy jednak taką prawidłowość, że dwa zwycięstwa na początek oznaczają mocną perspektywę awansu do ósemki. Jeśli więc Szwedki mają w planach popsucie lub przynajmniej porządne zakłócenie włoskiej fiesty, doskonale wiedzą, jakie zadanie czeka je w najbliższą sobotę.

ita-5

Zbyt silne na pierwszą ligę, zbyt mocne na drugą – tak moglibyśmy w telegraficznym skrócie scharakteryzować profil włoskiej kadry na przełomie drugiej i trzeciej dekady XXI wieku. Czyli, upraszczając nieco temat, taka reprezentacyjna wersja stołecznego AIK. Postraszyć tę ścisłą czołówkę również im się oczywiście zdarza, choć w ostatnich miesiącach najcenniejszymi skalpami kadry Mileny Bertolini trzeba chyba nazwać pokonanie kolejno Danii i Norwegii w pierwszej połowie 2022 roku. Od wspomnianego okresu minęło już jednak osiemnaście miesięcy i nie dość, że od tamtego czasu podobnych wyników nie udało się już powtórzyć, to po drodze przytrafiły się jeszcze nieco wstydliwe wpadki z Belgią, Irlandią Północną i Marokiem, a chwilę wcześniej zakończone całkowitą klęską EURO ’22 na boiskach Anglii. Co równie istotne, włoska kadra w zdecydowanej większości z tych spotkań prezentowała raczej toporny i nieco archaiczny futbol, który niekoniecznie wzbudzał entuzjazm neutralnych fanów futbolu. Jak jednak widać, jeżeli Azzurre od czasu do czasu zagrają już coś ponad swój potencjał, to stosunkowo często ma to miejsce w konfrontacjach z rywalkami ze Skandynawii i już samo to powinno stanowić dla naszych kadrowiczek poważną wskazówkę przed sobotnim starciem. Bo jeśli podopieczne Gerhardssona znów wyjdą na murawę z przeświadczeniem, że mecz sam się wygra, to w najbliższy weekend może czekać nas naprawdę nieprzyjemna niespodzianka. A takiej z wielu mniej lub bardziej istotnych powodów zdecydowanie wolelibyśmy jeszcze na tym etapie turnieju uniknąć.

ita-6