Skromnie, ale bez strat

Cztery tysiące widzów na trybunach, fantastyczna oprawa i historyczne zwycięstwo – tak w największym skrócie wyglądał czwartkowy wieczór na Tunavallen. Eskilstuna United przywitała się z piłkarską Europą i trzeba przyznać, że na każdej płaszczyźnie zrobiła to w stylu, który musi budzić szacunek. Pewnym zaskoczeniem była być może wysoka nawet jak na tak rozkochane w futbolu miasto frekwencja, która spowodowała utrudnienia w dojeździe na stadion, ale ostatecznie niemal wszystkim zainteresowanym szczęśliwie udało się dotrzeć na pierwszy gwizdek i w pełnym wymiarze obejrzeć piękny, piłkarski spektakl.

Od pierwszych minut to gospodynie były na Tunavallen stroną przeważającą, ale dobrze zorganizowana szkocka defensywa okazała się zaporą na tyle szczelną, że doświadczona Gemma Fay wcale nie musiała co kilka sekund ratować swej drużyny przed utratą gola. Co więcej, zadowolone z utrzymującego się coraz dłużej bezbramkowego remisu piłkarki gości coraz śmielej próbowały odgryzać się groźnymi kontrami i przynajmniej w jednym przypadku trybuny Tunavallen zamarły, gdy przed niezłą szansą na pokonanie Lundberg stanęła Leanne Ross. Podopieczne Viktora Erikssona wciąż zdecydowanie częściej utrzymywały się przy piłce i starały się poprzez cierpliwe jej rozgrywanie skruszyć szkocki mur, ale ten do końca pierwszej połowy przetrwał w nienaruszonym stanie.

Po przerwie gra Eskilstuny zrobiła sie nieco bardziej nerwowa, gdyż widać było, że grające w niebieskich strojach piłkarki z coraz większym zniecierpliwieniem szukają pierwszego w historii występów w Lidze Mistrzyń gola. Paradoksalnie, właśnie z delikatnego chaosu urodziła się akcja, która w końcu przyniosła powodzenie. Schjelderup dośrodkowała wprost na głowę Larsson, a najlepsza snajperka United uszczęśliwiła nie tylko licznie wypełnione trybuny Tunavallen, ale pewnie i całą Eskilstunę. W kolejnych minutach, gospodynie w dalszym ciągu nie ustawały w dążeniu do poprawy wyniku, okazję na jego podwyższenie miała zresztą nawet sama Larsson, ale im bliżej końca meczu, tym bardziej widoczne było szanowanie jednobramkowej zaliczki, która w perspektywie rewanżu – szczególnie przy zachowaniu czystego konta – dawała całkiem niezłą pozycję wyjściową. Taktyka ta mogła się zemścić, gdyż w ostatnich minutach niebezpiecznie rozszalała się doskonale znana ze szwedzkich boisk Hayley Lauder, ale ostatecznie grająca nie tylko uważnie, ale momentami również szczęśliwie defensywa United ani razu nie dała się zaskoczyć i cudowny wieczór na Tunavallen okazał się magicznym w pełnym tego słowa znaczeniu. Rewanż w Szkocji już za tydzień i pozostaje tylko życzyć, aby w tym sezonie Eskilstuna mogła przeżyć jeszcze niejedną pucharową przygodę, gdyż to miasto zwyczajnie na nią zasługuje.

******

Nie było tajemnicą, że pucharowy mecz na Islandii stanowi dla piłkarek FC Rosengård jedynie próbę generalną przed niedzielnym starciem z Linköping. Nawet Lotta Schelin nie ukrywała, że plan na mecz w Kopavogurze jest tylko jeden i zakłada on szybkie zdobycie gola, a następnie spokojne kontrolowanie boiskowych wydarzeń. Pomimo wyjątkowo niekorzystnej aury (silny deszcz i mocny wiatr ewidentnie nie sprzyjały tego dnia grze w piłkę nożną), zrealizować udało się go już po siedmiu minutach, a na listę strzelczyń wpisała się właśnie Schelin. Była piłkarka Lyonu, jak przystało na klasyczną napastniczkę, musiała jedynie dostawić nogę, a większą część roboty wykonała w tej sytuacji Lieke Martens.

Szybko strzelony przez mistrzynie Szwecji gol rzeczywiście ustawił mecz i – jeśli wierzyć zapewnieniom przedstawicieli klubu z Malmö – zwycięstwo na Islandii ani przez moment nie było zagrożone. Trzeba jednak zaznaczyć, iż Islandki potrafiły stworzyć sobie jedną stuprocentową sytuację, kiedy to stojąc oko w oko z Musovic fatalnie pomyliła się Arnarsdottir. Znacznie więcej działo się oczywiście pod bramką Breidabliku, ale żadnej z piłkarek Rosengård nie udało się po przerwie udokumentować kolejnym trafieniem zarysowującej się przewagi. Inna sprawa, że w ostatnim kwadransie wiejący z coraz większą siłą boczny wiatr skutecznie uniemożliwiał próby konstruowania czegokolwiek. Dla ekipy z Malmö najważniejszymi informacjami były jednak samo zwycięstwo i brak poważniejszych urazów, które mogłyby skutkować wykluczeniem którejś z zawodniczek na kluczowy mecz przeciwko LFC. Jackowi Majgaardowi humor popsuły jedynie niepotrzebnie złapane trzy żółte kartki, które w kolejnych rundach mogą okazać się poważnym problemem. Póki co nikt w Skanii nie zaprząta sobie jednak nimi głowy, wszak oficjalnie rozpoczęła się operacja Linköping.

mimmi-larsson-770x513

Fot. Jim Ahlerup

Kadra na Iran i Norwegię

Niech podniosą rękę wszyscy, którzy po ogłoszeniu kadry na nadchodzący dwumecz z Iranem i Norwegią zerknęli odruchowo w kalendarz, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie mamy dziś 1. kwietnia. Takich ludzi na pewno było sporo i trudno się temu dziwić, bo choć od wielu miesięcy domagaliśmy się powołań dla piłkarek, które swoją boiskową postawą najzwyczajniej w świecie na nie zasłużyły, zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że nasze selekcjonerki niezależnie od okoliczności zawsze wi(e)dzą lepiej. Wszystko wskazuje jednak na to, że poniesiona w fatalnym stylu porażka w Viborgu sprawiła, że tandem Sundhage – Persson postanowił w końcu nieco przewietrzyć reprezentacyjną szatnię i dać szansę tym, które mogą wnieść do niej nowy, pozytywny impuls.

Mowa tu przede wszystkim o czterech zawodniczkach, które tydzień w tydzień pretendują do jedenastki kolejki, a dotychczas były konsekwentnie pomijane w selekcji. Tym razem Lina Nilsson, Mimmi Larsson, Malin Diaz i – uwaga, uwaga – Jennifer Falk (!) w komplecie otrzymały zaproszenie od Pii Sundhage na najbliższe zgrupowanie i będą miały kilka dni, aby już na miejscu w Göteborgu przekonać do siebie sztab szkoleniowy. Owszem, można byłoby się czepiać, że w kadrze nie znalazła się znajdująca się ostatnio w życiowej formie Julia Spetsmark, że w jednym z meczów towarzyskich można byłoby sprawdzić Mimmi Löwfenius, ale są to tak naprawdę jedyne dwa nazwiska, których nieobecność na liście można kontestować i poprzeć racjonalnymi argumentami. W porównaniu z poprzednimi powołaniami, które zazwyczaj niosły za sobą lawinę absolutnie słusznej krytyki, jest to rzecz jasna olbrzymi krok do przodu. Oczywiście, z euforią należy się wstrzymać jeszcze przynajmniej dwa tygodnie, gdyż nie jest wykluczone, że udział wymienionych piłkarek w irańsko-norweskiej próbie będzie miał wymiar wyłącznie symboliczny, ale gdzieś w tyle głowy kołacze się nadzieja, że skoro zaprasza się kogoś na zgrupowanie, to jest szansa, że pobyt wspomnianych zawodniczek w stolicy Västergötland nie ograniczy się do zrobienia zakupów w Nordstanie. Zresztą, bądźmy szczerzy (i myślę, że mówię to w imieniu sporej części szeroko pojętego środowiska) – ostatni raz z taką niecierpliwością czekaliśmy na to, aby zobaczyć w akcji reprezentację jeszcze przed EURO 2013, czyli na samym początku kadencji obecnej selekcjonerki. A nie zapominajmy, że był to ostatni turniej, na którym gra szwedzkiej kadry (nie patrząc na wynik) dostarczyła nam naprawdę sporo powodów do dumy i radości.

Szkoda tylko, że otwarcie nowego rozdziału w historii reprezentacji (uparcie trzymamy się tej narracji w nadziei, że raz jeszcze przyniesie to efekt!) odbędzie się w atmosferze skandalu towarzyszącego meczowi z Iranem. Coraz więcej organizacji zajmujących się na co dzień problemami Bliskiego Wschodu domaga się bowiem bojkotu spotkania na Gamla Ullevi ze względu na rażące łamanie praw człowieka w kraju naszych najbliższych rywalek. Przypomnijmy, że chodzi tu przede wszystkim o obowiązujące na terenie Iranu prawo szariatu, które kwestionuje między innymi równość płci, wolność wyznania i piętnuje obywateli utożsamiających się z środowiskiem LGBTQ. Zwrócenie uwagi na tragedię setek tysięcy mieszkanek i mieszkańców Persji to bezsprzecznie bardzo istotna kwestia, ale zasadne wydaje się pytanie, czy nieobejrzenie meczu piłkarskiego, który – nie oszukujmy się – władze Islamskiej Republiki Iranu i tak interesuje raczej średnio – jest najlepszym gestem na wyrażenie solidarności. Mi akurat wydaje się, że więcej okazji na bezpośrednie przekazanie wsparcia będą mieli ci, którzy na Gamla Ullevi się ostatecznie pojawią, ale oczywiście tę kwestię każdy musi rozsądzić w zgodzie z własnym sumieniem.


Kadra na Iran i Norwegię:

Bramkarki: Hilda Carlén (Piteå), Jennifer Falk (Göteborg), Hedvig Lindahl (Chelsea), Emelie Lundberg (Eskilstuna)

Obrończynie: Jonna Andersson (Linköping), Emma Berglund (Rosengård), Magdalena Eriksson (Linköping), Nilla Fischer (Wolfsburg), Hanne Gråhns (Örebro), Amanda Ilestedt (Rosengård), Lina Nilsson (Rosengård), Jessica Samuelsson (Linköping), Linda Sembrant (Montpellier)

Pomocniczki: Petra Andersson (Eskilstuna), Emilia Appelqvist (Djurgården), Kosovare Asllani (Manchester), Lisa Dahlkvist (Örebro), Malin Diaz (Eskilstuna), Irma Helin (Piteå), Lina Hurtig (Umeå), Josefin Johansson (Piteå), Elin Rubensson (Göteborg), Caroline Seger (Lyon)

Napastniczki: Pauline Hammarlund (Göteborg), Sofia Jakobsson (Montpellier), Mimmi Larsson (Eskilstuna), Lotta Schelin (Rosengård), Olivia Schough (Eskilstuna)

* Powołanie otrzymałaby ponadto Stina Blackstenius (Linköping), ale w ramach umowy między sztabem kadry A oraz U20 będzie ona w tym okresie przebywała na zgrupowaniu przygotowującej się do turnieju w Papui-Nowej Gwinei reprezentacji młodzieżowej, która także rozegra w październiku sparing z Norwegią.

680

Fot. Nils Jakobsson

Lista pucharowych wpadek

Już tylko godziny dzielą nas od chwili, w której szwedzkie kluby rozpoczną kolejny sezon w europejskich pucharach i zarówno FC Rosengård, jak i Eskilstuna United są w swoim pierwszym dwumeczu zdecydowanymi faworytkami. Wprawdzie współczynnik, z którym przystępuje do rywalizacji ekipa z Glasgow robi wrażenie, ale nie zapominajmy, że mówimy o drużynie, w której czołową piłkarką była chociażby dość brutalnie zweryfikowana przez Damallsvenskan Lee Alexander. Do rywalizacji z mistrzem Szkocji oczywiście należy podejść na Tunavallen z szacunkiem, ale też bez przesadnego respektu, który w obozie Eskilstuny mógłby pojawić się chociażby z tego powodu, że drużyna Viktora Erikssona jest na międzynarodowej arenie absolutnym beniaminkiem. Znacznie większe pucharowe doświadczenie ma rzecz jasna udający się w podróż do Islandii FC Rosengård i w przypadku mistrza kraju chyba wszyscy spodziewamy się bezproblemowego awansu. Historia zna jednak przypadki, w których nasze kluby także przystępowały do rywalizacji z pozycji mniej lub bardziej zdecydowanego faworyta, a końcowy efekt był odwrotny do oczekiwanego. Dlatego, niejako ku przestrodze, w wigilię wigilii kolejnego sezonu piłkarskiej Ligi Mistrzyń prezentujemy listę meczów, które tworzyły tę nieco mniej chlubną część historii szwedzkiej piłki klubowej. Oczywiście, mamy nadzieję, że ani za tydzień, ani za miesiąc nie będziemy mieli okazji, aby dopisać do niej kolejne pozycje.


5. Kolbotn IL – Malmö FF 1-0 (30.11.2003., ćwierćfinał)

Po losowaniu wybuchła euforia, gdyż rywal z Norwegii wydawał się na tym etapie rozgrywek wręcz wymarzonym przeciwnikiem. Więksi optymiści zaczęli nawet snuć wizję szwedzkiego finału, a tymczasem niewiele brakowało, aby drużyna z Malmö wyłożyła się już na pierwszej poważniejszej przeszkodzie. Na hali w Oslo (czy nie był to przypadkiem jeden z ostatnich meczów pod dachem w europejskich pucharach?) znacznie lepiej czuły się jednak gospodynie, które od pierwszych minut nie pozwalały piłkarkom z Malmö na zbyt wiele. Dzięki dobrej dyspozycji Caroline Jönsson, dwubramkowej straty z pierwszego meczu nie udało się jednak Norweżkom odrobić i tylko z tego powodu spotkanie to nie znalazło się w rankingu na wyższej pozycji, gdyż dyspozycja przedstawicielek szwedzkiej ekstraklasy pod dachem Vallhall Areny pozostawiała bardzo dużo do życzenia.

4. Linköpings FC – Brøndby IF 0-1 (22.03.2015., ćwierćfinał)

Historia najbardziej świeża, więc wielu z was z pewnością ten mecz doskonale pamięta. Analogii do przywoływanego powyżej spotkania Malmö z Kolbotn jest aż nadto; znów ćwierćfinał, znów derby Skandynawii, znów rywal znajdujący się nie tyle w zasięgu, co po prostu do ogrania i znów w ewentualnym półfinale czekał Frankfurt. Niestety, tym razem pechowa w sumie porażka 0-1 (na dodatek po samobójczym trafieniu legendy Linköping Charlotte Rohlin) oznaczała wyeliminowanie z rozgrywek, gdyż z Kopenhagi – pomimo przygniatającej wręcz przewagi LFC w końcówce meczu – udało się przywieźć zaledwie remis.

3. Olympique Lyon – LdB Malmö 5-0 (20.03.2013., ćwierćfinał)

Umieszczanie na tej liście meczu z Lyonem może na pierwszy rzut oka dziwić, ale prawda jest taka, że na Stade de Gerland dokonała się brutalna weryfikacja ówczesnego wicemistrza Szwecji. Pomimo ciężkiego losowania, w Skanii szumnie zapowiadano walkę o przełamanie niemocy w starciach z czołowymi klubami Europy, ale odważne wypowiedzi nijak nie przełożyły się na to, co widzieliśmy na boisku. Po dwudziestu minutach pierwszego meczu było już całkowicie jasne, która z drużyn jest po prostu lepsza, a później nastąpiła już tylko nieuchronna egzekucja, którą zawodniczki z Lyonu kontynuowały zresztą w najlepsze także w Malmö.

2. Zwiezda Perm – Umeå IK 2-0 (29.03.2009., półfinał)

Awans do trzeciego z rzędu finału wydawał się może nie formalnością, ale na pewno obowiązkiem. Wyprawa w głąb Rosji przyniosła jednak całkowicie niespodziewane rozstrzygnięcia. Trafienia Zinczenki oraz Diateł (tej samej, która wiele lat później występowała z powodzeniem na szwedzkich boiskach) mocno skomplikowały sytuację klubu z Västerbotten, a otwartą wydawałoby się na oścież bramę do finału ostatecznie zamknął remis 2-2 w rewanżu na Gammliavallen. Okazało się, że również w Azji nie ma już słabych drużyn.

1. Apollon Limassol – Umeå IK 3-0 (07.08.2010., runda eliminacyjna)

Niekwestionowany zwycięzca naszego rankingu. Przed 2010 rokiem Cypr kojarzył się nam z wieloma rzeczami, ale piłka nożna znajdowała się raczej gdzieś na końcu tej listy. Okazało się jednak, że na wyspę Afrodyty można pojechać nie tylko na wakacje, ale także po to, aby odpaść w przedbiegach z europejskich pucharów. Rzecz jasna, rodowitych Cypryjek w składzie Apollonu nie było zbyt wiele, ale bycie wkręconym w ziemię przez Bułgarkę i Rumunki to dla drużyny mającej w swoim składzie między innymi Jönsson, Berglund czy Jakobsson marne pocieszenie. Strat poniesionych w tym pojedynku odrobić się już nie udało, w związku z czym to mistrz Cypru awansował do głównej drabinki Ligi Mistrzyń, a w Umeå już w pierwszej dekadzie sierpnia mogli skupić się wyłącznie na lidze.

1511336_w2

Apollon Limassol świętuje zwycięstwo nad Umeå (Fot. UEFA)

Ekipa Skogmana dziś niepokonana

Drużyna z Linköping przez lata znana była między innymi z tego, że nikt inny nie potrafił tak efektownie gubić punktów w najbardziej niespodziewanych momentach. Jeszcze kilka godzin temu wydawało się, że w tym roku tendencja odwróci się o sto osiemdziesiąt stopni, gdyż to piłkarki Martina Sjögrena kilka razy w niezwykle dramatycznych okolicznościach wydzierały kolejnym rywalkom zwycięstwa. Każda passa ma jednak swój kres i w przypadku LFC wypadł on właśnie na spotkanie z drużyną, która jesienią nie wygrała jeszcze meczu.

Aż chciałoby się napisać, że oto na Behrn Arenie byliśmy świadkami wielkiej sensacji i opatrzyć to dodatkowo krzykliwym tytułem, ale czy aby na pewno ten podział punktów należy rozpatrywać w tych kategoriach? Jasne, obie ekipy dzieli w tabeli przepaść, ale po pierwsze wystarczy jeden rzut oka na kadrę Örebro, aby przekonać się, że ta drużyna dysponuje potencjałem, który uprawniałby ją do walki nawet o ligowe podium, a po drugie każdy, kto oglądał ostatnie mecze Linköping doskonale zdawał sobie sprawę, że zawodniczkom z Östergötland najzwyczajniej w świecie zaczyna brakować paliwa. Od początku sezonu wiedzieliśmy, że wobec nadzwyczaj krótkiej ławki rezerwowych Martin Sjögren będzie musiał obracać się w kręgu czternastu – piętnastu piłkarek, a natężenie meczów na przełomie września i października budziło w Linköping spory niepokój. Z Djurgården jeszcze udało się strzelić w ostatnich minutach, w Göteborgu jeszcze udało się przetrwać do końcowego gwizdka, ale widocznie gdyby udało się i dziś, to tego szczęścia byłoby już zbyt wiele. Jedenaście piłkarek z Linköping (brak choćby jednej zmiany najlepiej podsumowuje sytuację kadrową LFC) walczyło bardzo ambitnie, ale tym razem uratować udało się tylko remis.

Drużyna Martina Sjögrena rozpoczęła mecz w Örebro od szturmu na bramkę Caroli Söberg, jakby zdając sobie sprawę, że najłatwiej o gola będzie na początku spotkania, gdy nie brakuje jeszcze sił. Napór gości opłacił się o tyle, że już w siódmej minucie Janni Arnth dała swojej ekipie prowadzenie, a chwilę później strzał tej samej zawodniczki zatrzymał się na słupku. Przewaga Linköping w pierwszej połowie nie podlegała zresztą dyskusji, ale o dziwo tuż przed przerwą pierwszy ofensywny wypad gospodyń przyniósł im wyrównanie. Spetsmark wykorzystała fakt, iż Jonna Andersson wraca za nią w tempie takim, jakby właśnie wybierała się na wieczorny jogging i dośrodkowała na głowę Tancredi, która bez większych problemów pokonała Cajsę Andersson. Kanadyjska napastniczka miała w tej sytuacji komfort o tyle, że kryjąca ją Samuelsson postanowiła stanąć … za jej plecami i zobaczyć, co się wydarzy. Jak już wspomniano, wydarzył się gol na 1-1 i był to dopiero zwiastun prawdziwych kłopotów liderek. Na początku drugiej połowy kolejny raz w tym spotkaniu do protokołu meczowego wpisała się Arnth, ale ponieważ tym razem był to gol samobójczy (jeszcze jedna świetna asysta Spetsmark) – na prowadzeniu znalazły się piłkarki z Örebro. Podopieczne Martina Sjögrena miały jeszcze wprawdzie do dyspozycji ponad czterdzieści minut, ale w tym okresie tylko raz – i to w dość szczęśliwych okolicznościach – znalazły sposób na Söberg. Szanse na to, aby zdobyć zwycięskiego gola oczywiście były: Jonna Andersson trafiła w słupek, Harder także pomyliła się o kilka centymetrów, a Blackstenius na pięć minut przed końcem spotkania zmarnowała kolejną w obecnych rozgrywkach setkę (kto wie, czy nie najważniejszą w swojej krótkiej jeszcze karierze), ale z drugiej strony naprawdę niewiele brakowało, aby Linköping wracało do domu z niczym. Sytuacja z pierwszej doliczonej minuty, kiedy to najlepsza na placu gry Spetsmark stanęła oko w oko z Cajsą Andersson i ten pojedynek przegrała, z pewnością może przyśnić się skrzydłowej Örebro dzisiejszej nocy.

Podział punktów – jak to najczęściej bywa – nie był spełnieniem marzeń dla żadnej z drużyn, ale nie zapominajmy, że Linköping wciąż ma sprawę mistrzowskiego tytułu w swoich rękach. Kluczowy dla jego losów mecz czeka nas już w najbliższą niedzielę, a najlepszą wiadomością dla sztabu szkoleniowego i medycznego LFC jest to, iż w tym tygodniu nie będzie trzeba grać co trzy dni. Strata punktów na Behrn Arenie oczywiście boli, ale niewykluczone, że przy korzystym wyniku w najwazniejszym bez dwóch zdań meczu sezonu, za tydzień już nikt nie będzie o niej pamiętał. Szwedzką wersję gry o tron uważamy tym samym za rozpoczętą.

2361231

Fot. NWT

Ta cudowna niedziela

Trudno znaleźć odpowiednie słowa, aby opisać to, co wczesnym, niedzielnym popołudniem wydarzyło się na sztokholmskim Stadionie Olimpijskim. Przebieg meczu Djurgården z Eskilstuną był bowiem tak niewiarygodny, że najlepiej po prostu obejrzeć go jeszcze raz, ale koniecznie w całości, bo w innym wypadku bardzo łatwo coś przeoczyć. Zresztą, prawda jest taka, że nawet najlepiej zmontowany skrót nie odda nawet namiastki tego, co zobaczyliśmy dziś w stolicy.

Obie drużyny wciąż pozostają w grze o ligowe podium, więc można było się spodziewać, że nikt nie będzie miał zamiaru bawić się w kalkulacje. Każdej ze stron ewidentnie zależało na pełnej puli, więc gole wydawały się być wyłącznie kwestią czasu. Na pierwszego z nich czekaliśmy ostatecznie niespełna dziesięć minut; Lundqvist zagrała prostopadłą piłkę do Rytting Kaneryd, a młodzieżowa reprezentantka Szwecji położyła na murawie Lundberg i było 1-0 dla miejscowych. Odpowiedź Eskilstuny była jednak równie efektowna – tym razem perfekcyjną, czterdziestometrową asysta popisała się Diaz, a Larsson urwała się obrończyniom ze Sztokholmu i z zimną krwią wyrównała stan rywalizacji. Wydawało się, że obie ekipy zejdą do szatni przy wyniku 1-1, ale w ostatnich sekundach pierwszej połowy Djurgården odzyskało prowadzenie. Jalkerud wykorzystała fakt, że Lundberg kompletnie bezsensownie wyszła do dośrodkowania, na dodatek źle obliczając tor lotu piłki i strzałem głową wpakowała futbolówkę do opuszczonej przez golkiperkę Eskilstuny bramki.

Po przerwie, jeśli to w ogóle możliwe, tempo meczu jeszcze wzrosło, a obustronna wymiana ciosów była jeszcze bardziej efektowna niż podczas pojedynku Holly Holm z Rondą Rousey. Po jednej stronie boiska Schmidt i Jalkerud szukały gola, który bardzo przybliżyłby ich drużynę do zwycięstwa, po drugiej – piłkarki wicemistrza kraju nie ustawały w dążeniu do wyrównania strat. Tym razem najpierw udało się gościom; akcję znów zapoczątkowała Diaz, która dobrze dostrzegła wprowadzoną chwilę wcześniej na boisko Schough, a ta zrobiła świetny użytek ze swojej szybkości, dobrze dostrzegła nabiegającą środkiem Larsson i ponownie mieliśmy remis. Dwa gole nie zaspokoiły jednak ambicji byłej gwiazdy Mallbacken, która na nieco ponad kwadrans przed końcem skompletowała hat-tricka, zamieniając na bramkę akcję Schjelderup. Eskilstuna po raz pierwszy tego dnia znalazła się na prowadzeniu, ale taki mecz musiał zakończyć się klasycznym grande finale. O to zadbała już Sheila van den Bulk, która w 90. minucie atomowym strzałem z niemal trzydziestu metrów zaskoczyła nieprzygotowaną do interwencji Lundberg, a po chwili wraz z resztą drużyny odtańczyła przy linii bocznej taniec zwycięstwa.

Koniec emocji? Ależ skąd! Wszak Tess Olofsson nie po to przedłużała mecz o trzy minuty, aby spokojnie wyczekiwać na końcowy gwizdek. W doliczonym czasie gry zawodniczki gości miały jeszcze dwie stuprocentowe okazje na to, aby jednak wyjechać ze Sztokholmu w roli zwyciężczyń, ale najpierw Gunnarsdottir fenomenalną interwencją zapobiegła czwartemu trafieniu Larsson, a kilkadziesiąt sekund później Frida Svensson posłała futbolówkę w trybuny. Najwyższej jakości spektakl na Stadionie Olimpijskim zakończył się więc w pełni sprawiedliwym podziałem punktów, który jednak usatysfakcjonował dziś wyłącznie neutralnych obserwatorów. Dla obu zainteresowanych klubów była to bowiem przede wszystkim strata dwóch niezwykle istotnych oczek.

******

Równo pół godziny zajęło zawodniczkom z Piteå rozmontowanie mało stabilnej defensywy Mallbacken. Szanse na zdobycie gola gospodynie miały wprawdzie wcześniej, ale dopiero trójkowa akcja Johansson – Norlin – Jakobsson z trzydziestej minuty przyniosła bramkowy efekt. Przez większą część drugiej połowy drużyna Stellana Carlssona wydawała się panować nad boiskowymi wydarzeniami, a gol Felicii Karlsson na 2-0 miał zagwarantować licznie przybyłym na LF Arenę kibicom nieco spokojniejszą końcówkę. Tym bardziej, że Piteå tak naprawdę powinno w tym momencie prowadzić zdecydowanie wyżej, a jedynie indolencja strzelecka napastniczek sprawiła, że Lee Alexander jedynie dwa razy musiała wyciągać piłkę z bramki.

Piłkarki z Norrland najwyraźniej stwierdziły jednak, że skoro widownia zjawiła się licznie, to trzeba zapewnić jej odpowiedni poziom emocji i mniej więcej od 75. minuty oddały rywalkom inicjatywę. Zawodniczki z Värmland, które wcześniej wprawdzie także atakowały, ale jakoś bez przesadnej wiary w powodzenie swoich prób, szybko zwietrzyły szansę i coraz śmielej zaczęły przedostawać się w okolice pola karnego gospodyń. Efekty? Całkiem niezłe – gol kontaktowy autorstwa Janogy, przyzwoity strzał Ness i wreszcie okazja Karlernäs, która w 95. minucie mogła w sekundę popsuć humor przynajmniej dwóm tysiącom mieszkańców Piteå. Na posterunku była jednak Carlén, która końcami palców sięgnęła piłki i (zgarniając przy okazji nagrodę za interwencję tygodnia) uratowała swojej drużynie bezcenne punkty. Być może brzmi to jak bajka, która nie miała prawa się wydarzyć, ale mamy październik, a Piteå właśnie awansowało na trzecie miejsce w ligowej tabeli. Tego, co w ostatnich dwóch sezonach wyprawia ta drużyna, po prostu nie sposób autentycznie nie podziwiać.