Co wiemy po Chorwacji?

bigOriginal

Fot. Jessica Gow

Pierwszy mecz, pierwsze zwycięstwo i pierwsze wątpliwości. Długi marsz na francuskie mistrzostwa świata reprezentacja Szwecji rozpoczęła od wywalczenia kompletu punktów na boisku w Varazdinie, ale styl zaprezentowany przez reprezentację Petera Gerhardssona nie mógł zadowolić licznych sceptyków. Nie jest zatem chyba specjalnie wielkim zaskoczeniem, że jeszcze zanim zawodniczki zdążyły na dobre rozjechać się do swoich klubów, na nowego selekcjonera oraz jego sztab spadła całkiem spora fala krytyki. Czy słusznie?

Aby w ogóle rozpoczynać jakąkolwiek polemikę w tym temacie, warto najpierw odpowiedzieć na dwa niezwykle istotne pytania:

Czy w Varazdinie gra szwedzkich piłkarek wyglądała gorzej niż podczas kadencji Sundhage? Nie.

Czy w Varazdinie gra szwedzkich piłkarek wyglądała lepiej niż podczas kadencji Sundhage? Nie.

Biorąc pod uwagę wyłącznie styl i jakość gry, trudno dopatrzeć się większych różnic w porównaniu z tym, co z niezwykłą regularnością oglądaliśmy przez cztery ostatnie lata. Znów brakowało kreatywności w drugiej linii, znów konstruowanie ataków pozycyjnych odbywało się w wielkich mękach, znów szwankowała współpraca środkowych pomocniczek ze skrzydłowymi i wreszcie znów najwięcej zagrożenia pod bramką rywalek stwarzaliśmy po stałych fragmentach, indywidualnych rajdach lub wrzutkach spod linii końcowej. Warto jednak mieć na uwadze to, że o ile za czasów Sundhage i Persson bezradność szwedzkich kadrowiczek była stałym elementem programu, o tyle w chorwackim basenie sporo dołożyła od siebie pogoda. Jasne, że kompletnie niepotrzebnych strat Fischer czy Seger, a także zbyt dużej liczby niedokładnych podań nie da się wytłumaczyć jedynie padającym deszczem, ale z drugiej strony trudno było oczekiwać, że na tak fatalnie przygotowanej płycie obejrzymy wspaniały, futbolowy spektakl. Tym bardziej, że po drugiej stronie biegała drużyna zainteresowana przede wszystkim wybijaniem Szwedek z uderzenia i maksymalnym spowalnianiem tempa gry.

Podczas wielu nieformalnych rozmów Peter Gerhardsson zapowiadał, że interesuje go stworzenie reprezentacji, w której potencjał każdej zawodniczki będzie wykorzystany na sto procent, gdyż taką kadrę każdy będzie oglądał z przyjemnością. Nie ma sensu udawać, że ów cel udało się zrealizować już w Chorwacji, ale nawet pomijając wyjątkowo niesprzyjającą aurę, warto najzwyczajniej w świecie dać nowemu selekcjonerowi czas. Podczas pierwszego mini-zgrupowania wiele piłkarek bardzo pozytywnie oceniało pracę Gerhardssona oraz jego sztabu i pozostaje mieć nadzieję, że już niebawem wspomniane pozytywy dostrzegać będziemy także na boisku. Margines błędu jest rzecz jasna stosunkowo niewielki, gdyż już za miesiąc czeka nas mecz, od którego w największym stopniu może zależeć kwestia pierwszego miejsca w grupie eliminacyjnej, ale tęskniącym za dawnym ładem przypominam, że to właśnie pod wodzą Pii Sundhage reprezentacja Szwecji rozegrała swój zdecydowanie najgorszy mecz w skądinąd całkiem długiej historii potyczek z Danią. Kto widział Viborg, ten doskonale wie, o czym mówię. Kto nie widział, niech się cieszy, bo tak wielka trauma pozostawia trwały ślad. Jestem jednak dziwnie spokojny, że bez względu na wynik październikowego starcia (a nie muszę chyba przypominać, kto będzie w nim faworytem) obędzie się bez powtórki z ubiegłorocznej żenady i na poparcie tej tezy mam nawet kilka argumentów.

Przede wszystkim, w końcu na ławce trenerskiej zasiadają ludzie, którzy żyją podczas trwania meczu. Od razu spieszę z wyjaśnieniem, że przez życie rozumiem nie nadmiernie ekspresyjną radość po wymęczonym 1-0 ze Szkocją czy Meksykiem, lecz odpowiednią reakcję na boiskowe wydarzenia, czyli coś, czego niewątpliwie brakowało nam przez ostatnie lata. Zostawiając już nawet nieszczęsny Viborg, obraz Marty i Andressy raz po raz w identyczny sposób wkręcających w ziemię nasze defensorki, na zawsze stał się symbolem tamtej epoki. Podobnie zresztą jak przegrany w dużej mierze przez brak właściwego impulsu z ławki mecz z Włoszkami. Nikt nie zaprzeczy, że w Chorwacji zobaczyliśmy pod tym względem nową jakość, a każdą ze zmian taktycznych lub personalnych dało się w logiczny sposób uzasadnić. I to nawet w przypadku, gdy z częścią z nich nie do końca mogłem się zgodzić.

Bardzo podoba mi się również system stosowany przez Gerhardssona podczas powołań i mam nadzieję, że akurat w tej kwestii bez względu na okoliczności selekcjoner wytrwa w swoim postanowieniu. Wybór dokładnie dwóch zawodniczek na każdą pozycję broni się sam i zapewnia nam odpowiednią głębię w każdym sektorze boiska. Oczywiście, w kadrze mamy przynajmniej kilka piłkarek wszechstronnych, które mogą z powodzeniem stanowić dodatkową alternatywę w sytuacji awaryjnej, ale taki system powołań niejako gwarantuje nam, że nigdy więcej nie przytrafi nam się sytuacja, w której nie posiadamy naturalnej opcji rezerwowej dla kontuzjowanej na rozgrzewce lewej obrończyni.

Nie mam rzecz jasna żadnej pewności, że październikowy dwumecz analizować będziemy w dobrych humorach, ale myślę, że naprawdę warto dać tej kadrze szansę. Ponownie doczekaliśmy się bowiem reprezentacji, w której chęć gry wyrażają wszystkie piłkarki oraz sztabu szkoleniowego, który rozumie, że z drużynami klubowymi warto współpracować, a nie toczyć bezsensowne wojny. Czy to okaże się wystarczającym kapitałem, aby zatrzymać Pernille Harder? Przekonamy się szybciej, niż komukolwiek się wydaje, ale na wypadek ewentualnego potknięcia warto pamiętać, że czas wystawiania końcowych ocen nadejdzie po zakończeniu eliminacji. Tym bardziej, że ostatni udany mundial zaliczyliśmy, kwalifikując się na niego po barażach.

Trzy punkty podniesione z błota

Fot. Jessica Gow

Fot. Jessica Gow

Na debiut Petera Gerhardssona w roli selekcjonera reprezentacji Szwecji czekaliśmy z wielkimi oczekiwaniami, ale pogoda kolejny raz postanowiła zostać pierwszoplanową bohaterką rywalizacji szwedzkich i chorwackich piłkarek. Na około godzinę przed meczem, w Varazdinie rozpadało się tak bardzo, że przez moment zastanawialiśmy się, czy spotkanie w ogóle uda się rozegrać. Chęć gry wyraziły jednak oba zespoły i choć murawa z minuty na minutę znajdowała się w coraz gorszym stanie, zawodniczki obu ekip nie tylko rozpoczęły mecz, ale nawet dzielnie dotrwały na płycie boiska do końcowego gwizdka.

Z oczywistych względów, ciężko było liczyć dziś na piłkarskie fajerwerki, ale nawet mając na uwadze obiektywne trudności, nie sposób pochwalić szwedzkich piłkarek za grę w pierwszej połowie. Przewaga w posiadaniu piłki była oczywiście niepodważalna, ale próby rozegrania ataku pozycyjnego okazały się zdecydowanie zbyt schematyczne, a dobrze zorganizowane Chorwatki bez większego trudu wybijały nasze zawodniczki z uderzenia. Przed przerwą, bramce Doris Bacic tak naprawdę udało się zagrozić zaledwie raz i to w sposób stosunkowo przypadkowy, gdy po próbie dośrodkowania w wykonaniu Samuelsson futbolówka wylądowała na poprzeczce. Co gorsza, szwedzkiej defensywie, a konkretniej Nilli Fischer oraz Caroline Seger, przytrafiły się kompletnie niepotrzebne straty w okolicach linii środkowej, po których przed szansą na poważniejsze przetestowanie Lindahl mogły stanąć kolejno Sundov i Rudelic. Na szczęście, chorwackim piłkarkom w decydującym momencie ewidentnie brakowało konceptu i w obu przypadkach skończyło się jedynie na delikatnym ostrzeżeniu.

W drugiej części gry zdecydowanie bardziej ofensywnie ustawione zostały Samuelsson oraz Carlsson, co pozwoliło nam korzystać z nieco większej liczby wariantów w ofensywie. Wydaje się jednak, że najbardziej kluczową rolę w ustaleniu końcowego wyniku odegrało jednak narastające zmęczenie Chorwatek, które – może z wyjątkiem Ivy Landeki – w okolicach sześćdziesiątej minuty miały już ewidentnie dość gry w takich warunkach. Większe doświadczenie i lepsze przygotowanie motoryczne Szwedek sprawiło, że podopieczne Petera Gerhardssona z coraz większą łatwością radziły sobie ze sforsowaniem defensywy gospodyń i w końcu umieściły futbolówkę w bramce strzeżonej przez Doris Bacic. Na listę strzelczyń jako pierwsza wpisała się Lina Hurtig, ale trzeba podkreślić, że gola wypracowała jej efektowną, indywidualną akcją Stina Blackstenius, która urwała się prawym skrzydłem i spod linii końcowej wycofała do nabiegającej na bliższy słupek skrzydłowej Linköping. W kolejnych minutach nie brakowało okazji ku temu, aby zwycięstwo w Varazdinie uczynić nieco bardziej efektownym, ale najpierw Rolfö, a następnie Asllani myliły się z najbliższej odległości. Była piłkarka Manchesteru zrehabilitowała się jednak w doliczonym czasie gry, skutecznie dobijając strzał Rolfö i wykorzystując całkowitą bierność chorwackiej formacji obronnej.

Przed rozpoczęciem mini-zgrupowania w Chorwacji Peter Gerhardsson zapowiadał, że zrobi wszystko, aby grę prowadzonej przez niego reprezentacji oglądało się z przyjemnością. Mecz w Varazdinie z pewnością do takich nie należał, ale podniesione z chorwackiego błota trzy punkty na początek eliminacji warto docenić. Doskonale wiemy, że w tak nietypowych dla piłki nożnej warunkach niespodzianki zdarzają się stosunkowo często, a nam – jak by nie patrzeć – udało się pokonać zespół z kraju mającego wspaniałe tradycje w waterpolo. Prawdziwa próba sił czeka nas jednak za miesiąc w Göteborgu, gdyż Dunki udowodniły dziś, że to one wciąż pozostają faworytkami grupy 4 i nawet bezpośrednio po strajku stanowią siłę trudną do powstrzymania.

Biało-czerwona szachownica bez tajemnic

Allison_S

Fot. Croatia Week

Mistrzostwa Europy to turniej, którego zazdroszczą nam wszystkie pozostałe kontynenty, ale jednak z przyczyn oczywistych nie może wystąpić w nim wiele reprezentacji ze światowej czołówki. Igrzyska Olimpijskie to zdecydowanie największa impreza sportowa, ale jednak z przyczyn równie oczywistych przedstawicielki naszej dyscypliny nie są na niej pierwszoplanowymi aktorkami. Raz na cztery lata – za sprawą piłkarskich mistrzostw świata – mamy jednak możliwość delektować się globalnym futbolowym świętem na najwyższym poziomie. Czekający nas w czerwcu 2019 mundial we Francji już teraz zapowiada się na najlepszy w historii, więc nic dziwnego, że każda z 35 europejskich reprezentacji zaczynających właśnie decydującą fazę eliminacji wierzy, że to właśnie jej przypadnie jedno z ośmiu zaproszeń na docelową imprezę. Taki cel ma również prowadzona od niedawna przez Petera Gerhardssona kadra Szwecji, która niełatwą walkę o awans rozpocznie już w najbliższy wtorek na boisku w Varazdinie. Losowany z ostatniego, piątego koszyka rywal na papierze wydaje się jak najbardziej w zasięgu, ale w związku ze zbliżającym się wielkimi krokami meczem warto zastanowić cię, co tak naprawdę wiemy o chorwackiej piłce.

Jak dotąd, szwedzko-chorwackie kontakty w futbolu należały do rzadkości, o czym najlepiej świadczy fakt, że czekający nas za kilka dni pojedynek będzie pierwszym w historii seniorskich reprezentacji obu krajów. O tym, jak radzić sobie z zawodniczkami znad Adriatyku doskonale wiedzą za to w Göteborgu, gdyż to właśnie klub z Västergötland kilka lat temu bez większych problemów poradził sobie z Osijekiem w pierwszej fazie pucharowej Ligi Mistrzyń, zwyciężając w dwumeczu 11-0. Rewanżowa potyczka na Valhalli do historii przeszła jednak przede wszystkim ze względu na to, że po zaledwie ośmiu minutach została ona przerwana na niemal godzinę ze względu na padający nad stadionem … grad ze śniegiem. Sytuacja zrobiła się wówczas na tyle poważna, że nawet Johanna Almgren po wznowieniu gry zdecydowała się założyć koszulkę z długim rękawem, a jak doskonale wiemy, nie był to ulubiony strój meczowy późniejszej trenerki Kungsbacki. Meteorolodzy uspokajają jednak, że tym razem w Varazdinie nie powinniśmy spodziewać się podobnych anomalii pogodowych, w związku z czym będziemy mogli skupić się wyłącznie na wydarzeniach boiskowych.

Domyślam się, że dla wielu z was pierwszym skojarzeniem ze słowami „Chorwacja” oraz „piłka nożna” jest prawdopodobnie Iva Landeka. Kapitankę reprezentacji naszych najbliższych rywalek możemy bowiem regularnie podziwiać na boiskach Damallsvenskan, gdzie w barwach FC Rosengård walczy o odzyskanie mistrzowskiej korony dla klubu z Malmö. O tym, że 27-letnia Chorwatka cieszy się coraz większym zaufaniem Jacka Majgaarda dobitnie przekonaliśmy się w minioną niedzielę, gdyż to właśnie ona wykonywała wszystkie stałe fragmenty gry podczas starcia na szczycie szwedzkiej ekstraklasy z Linköping. Jedno z jej dośrodkowań przyniosło ekipie ze Skanii gola autorstwa Elli Masar, a gdyby Sanne Troelsgaard i – przede wszystkim – Anja Mittag miały tego dnia lepiej nastawiony celownik, to niewykluczone, że właśnie Landeka odebrałaby po ostatnim gwizdku nagrodę dla najbardziej wartościowej zawodniczki meczu. Miejmy nadzieję, że sztab Petera Gerhardssona poczynił na Malmö IP odpowiednie notatki, gdyż materiału do analizy można było zebrać naprawdę sporo.

Choć w chorwackiej kadrze nie ma już między innymi weteranki niemieckich i amerykańskich boisk Allison Scurich, Landeka nie jest bynajmniej jedyną piłkarką, na którą będziemy musieli zwrócić w najbliższy wtorek baczną uwagę. W kadrze Bozidara Mileticia nie znajdziemy może zawodniczek, których nazwiska automatycznie rozpalają wyobraźnię kibiców, ale biorąc pod uwagę, że mówimy tu o drużynie z piątego koszyka, każda formacja prezentuje się w niej naprawdę solidnie. W bramce mamy wicemistrzynię Belgii z brukselskim Anderlechtem Doris Bacic, która jednak w drużynie klubowej najczęściej występuje w roli zmienniczki Ines Fernandez. Obrona to przede wszystkim podstawowa defensorka niemieckiej Jeny Sandra Zigic oraz występująca na co dzień w lokalnym hegemonie z Osijeku Kristina Nevrkla. Niekwestionowaną liderką drugiej linii jest oczywiście Landeka, ale nie sposób nie wspomnieć tu także o największej nadziei chorwackiej piłki Ivanie Slipcevic, która w marcu tego roku w wieku zaledwie siedemnastu lat zadebiutowała w pierwszej drużynie monachijskiego Bayernu. W ataku Miletic może postawić na doświadczoną Kristinę Sundov ze szwajcarskiej Bazylei, Ivanę Rudelic z Jeny lub najmłodszą w tym gronie Monikę Conjar ze Splitu i ma ten luksus, że każdy z tych wyborów zagwarantuje pewną jakość.

Jak widać, istnieją więc realne przesłanki, aby słowa Petera Gerhardssona mówiące o trudnym wyzwaniu na początek eliminacji traktować jak najbardziej poważnie. Nie zmienia to jednak w niczym faktu, że w pierwszym w historii szwedzko-chorwackim starciu chętnie obejrzelibyśmy pierwsze zwycięstwo i to najlepiej takie odniesione w naprawdę dobrym stylu. Każdy inny wynik znacząco oddaliłby nas bowiem od Francji, a przecież nie po to przystępuje się do zawodów, aby potykać się już na pierwszym płotku.


Kadra Chorwacji na mecz ze Szwecją:

Bramkarki: Nensi Adamovic (Osijek), Doris Bacic (Anderlecht, Belgia)

Obrończynie: Isabella Dujmenovic (Erlaa, Austria), Mihaela Horvat (Split), Ana Jelencic (Łęczna, Polska), Maria Kunstek (Osijek), Kristine Nevrkla (Osijek), Sandra Zigic (Jena, Niemcy)

Pomocniczki: Ana Dujmovic (Split), Iva Landeka (Rosengård, Szwecja), Anela Lubina (Split), Ivana Maltasic (Osijek), Carina Roscic (Grasshoppers, Szwajcaria), Ivana Slipcevic (Bayern, Niemcy)

Napastniczki: Mateja Andrlic (Osijek), Matea Bosnjak (Leverkusen, Niemcy), Monika Conjar (Split), Ivana Rudelic (Jena, Niemcy), Kristina Sundov (Bazylea, Szwajcaria)

Göteborg i Örebro – historia upadku

at1.jpg

Fot. Örebro Tribune / Line Skaugrud

Göteborg i Örebro to miasta, w których jeszcze nie tak dawno gościła piłkarska Liga Mistrzyń. Drużyna z Västergötland dwukrotnie zameldowała się w ćwierćfinale tych niezwykle prestiżowych rozgrywek, tocząc w nich wyrównane, choć minimalnie przegrane boje z angielskim Arsenalem oraz francuskim Juvisy, zaś zespół z Behrn Areny zapamiętaliśmy przede wszystkim z niezapomnianego dwumeczu przeciwko PSG w listopadzie 2015 (dwa remisy i awans paryżanek dzięki bramce strzelonej na wyjeździe). Niestety, te całkiem świeże przecież wspomnienia, w obu wspomnianych klubach wyglądają z dzisiejszej perspektywy jak fragment jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Choć ani w Göteborgu, ani w Örebro nie obserwowaliśmy wielkiego kryzysu finansowego, czy też masowego exodusu kluczowych piłkarek, zespoły te w zupełnie niewytłumaczalny sposób przebyły błyskawiczną drogę w dół futbolowej hierarchii i z bywalczyń europejskich salonów stały się ekipami desperacko walczącymi o pierwszoligowy byt. Na siedem kolejek przed zakończeniem sezonu 2017 oba kluby zajmują w tabeli Damallsvenskan miejsca oznaczające degradację i nawet jeśli ostatecznie uda im się – kosztem chociażby Hammarby lub Kvarnsveden – rzutem na taśmę uniknąć spadku do Elitettan, to skala ich sportowego upadku i tak jest w pewnym stopniu bezprecedensowa. Jasne, historia szwedzkiej piłki zna przypadki zespołów, które niedługo po odniesieniu historycznego sukcesu spadały w przepaść (Jitex, Tyresö), ale jednak wówczas stosunkowo łatwo można było podać konkretną przyczynę takiego, a nie innego rozwoju wypadków. W Göteborgu oraz w Örebro mamy natomiast do czynienia z sytuacją, która zaskoczyła nawet osoby na co dzień znajdujące się bardzo blisko klubu. W nieoficjalnych rozmowach można bowiem usłyszeć, że scenariusza, w którym być może do ostatniej kolejki przyjdzie drżeć o pierwszoligowy byt, nie zakładał w żadnym z obozów absolutnie nikt. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, gdyż podczas tradycyjnego, przedsezonowego spotkania sami prędzej widzieliśmy te ekipy w roli potencjalnych czarnych koni niż największych rozczarowań. Co zatem poszło nie tak i w którym miejscu popełniony został błąd?

W poszukiwaniu odpowiedzi, na początek zajrzymy do Västergötland. Region ten był w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych minionego stulecia niekwestionowaną stolicą szwedzkiej piłki nożnej, ale od tej pory systematycznie tracił na znaczeniu. Szansa na powrót do lat świetności pojawiła się zimą roku 2004, kiedy to firma Kopparberg postanowiła odważniej postawić na futbol, otaczając swoją opieką pierwszoligowy klub z Göteborga. W największym mieście zachodniej Szwecji pojawiły się Hope Solo, Lotta Schelin oraz Ingvild Stensland, a w późniejszym okresie charakterystyczną, czarną koszulkę zakładały podczas ligowych meczów między innymi Mjelde, Dahlkvist, Press, Melis i Martens. Zwieńczeniem wieloletniego procesu budowania nowej, piłkarskiej marki miało być oczywiście wywalczenie przynajmniej jednego tytułu mistrzowskiego, ale pomimo tego, że nadzwyczaj ambitnego celu ostatecznie nie udało się zrealizować, klub znany od tej pory jako KGFC skutecznie ugruntował swoją pozycję w krajowej czołówce. Nic więc dziwnego, że gdy Göteborg stał się najpoważniejszym kandydatem do zorganizowania finału Ligi Mistrzyń 2021, Peter Bronsman odważnie zapowiadał, że jego drużynę stać nawet na to, aby zagrać na Gamla Ullevi. W tym celu, przed startem sezonu 2015 wdrożono w klubie nową strategię rozwoju, bliźniaczo podobną do tej, która w Linköping pozwoliła rozbłysnąć gwiazdom Harder, Blackstenius czy Rolfö. Szybko okazało się jednak, że w futbolu nie istnieje coś takiego, jak uniwersalna recepta na sukces, a metoda przynosząca fantastyczne efekty w jednym środowisku, niekoniecznie musi okazać się równie skuteczna w innych okolicznościach.

Zdecydowanie największym problemem Göteborga okazało się jednak to, że w klubie ewidentnie nie pomyślano o ciągłości i płynności podczas dokonywania, jak się później okazało, nieco zbyt radykalnych zmian. Perspektywa budowy zespołu, który w maju 2021 znajdzie się w szczytowym punkcie swoich możliwości pochłonęła wszystkich do tego stopnia, że całkowicie zapomniano, iż wcześniej trzeba będzie rozegrać kilka sezonów na poziomie ekstraklasy. Wprawdzie jeszcze jesienią ubiegłego roku właściciel znajdującego się wówczas w środku ligowej tabeli klubu zapowiadał, że wszystko jest pod kontrolą, ale kolejnego radykalnego odmłodzenia kadry nie udało się już przejść równie bezboleśnie. Do tegorocznych rozgrywek zgłoszono bowiem zespół o najniższej średniej wieku w Damallsvenskan, a za największą weterankę uchodziła w nim … 24-letnia Elin Rubensson. Podziękowanie za grę takim piłkarkom jak chociażby Ahlstrand czy Lindén i zastąpienie ich utalentowanymi nastolatkami z okolicznych klubów wyraźnie zachwiało równowagą między młodością i doświadczeniem, a – jak doskonale wiemy – bez niej trudno liczyć na sukcesy w poważnej lidze. Przykłady AIK czy Dalsjöfors pokazały, że w seniorskiej piłce nie da się zaistnieć korzystając wyłącznie z młodzieży i Göteborg także przekonał się o tym na własnej skórze. W końcu przyznał to nawet sam Peter Bronsman, który po wiosennym fiasku najwyraźniej zorientował się, że grając w Elitettan ciężko będzie zakwalifikować się do Ligi Mistrzyń. W trybie awaryjnym ściągnięto więc do Västergötland Dunkę Line Johansen oraz Amerykankę Taylor Leach, ale dopiero w listopadzie przekonamy się, czy zmiana obranego dwa lata wcześniej kursu nie nastąpiła przypadkiem zbyt późno.

Nieco inaczej miały się sprawy w Örebro, gdzie po wywalczonym w wielkim stylu wicemistrzostwie w sezonie 2014 (pamiętne 4-0 na Arenie Linköping), nie do wszystkich w porę dotarło, że lepsze najczęściej jest wrogiem dobrego. Osiągnięte rok później piąte miejsce przyjęto więc na Behrn Arenie ze sporym rozczarowaniem i nawet więcej niż przyzwoity występ w Lidze Mistrzyń nie stanowił jakichkolwiek okoliczności łagodzących. Przy takim podejściu włodarzy klubu rewolucja wydawała się nieunikniona i rzeczywiście nie ominęła ona ani kadry, ani ławki trenerskiej. W Örebro zbudowano przez zimę piłkarską Wieżę Babel, a opiekę nad nią powierzono greckiemu trenerowi George’owi Papachristou. Niestety, śródziemnomorska myśl szkoleniowa w połączeniu z afrykańsko-kanadyjsko-meksykańsko-nowozelandzką mieszanką na murawie w ogóle nie zdała egzaminu, a charyzmatyczny Grek zasłynął głównie tym, że podczas mało udanej rundy wiosennej więcej razy oglądał czerwoną kartkę niż zwycięstwo swoich podopiecznych. Latem podziękowano mu więc za współpracę, a sprowadzony w jego miejsce Martin Skogman z Eskilstuny w roli strażaka spisał się przyzwoicie, utrzymując drużynę w Damallsvenskan z dziesięciopunktową zaliczką nad strefą spadkową. Za zgodą nowego szkoleniowca, w zimowym okienku transferowym przez Örebro raz jeszcze przeszedł jednak wiatr zmian, którego bezpośrednim następstwem były wymiana dwóch trzecich kadry i rezygnacja z koncepcji wielonarodowościowej. Wbrew oczekiwaniom, drużyna oparta niemal wyłącznie na zawodniczkach krajowych, wśród których nie brakuje byłych i obecnych reprezentantek Szwecji (Söberg, Andersson, Dahlkvist, Pettersson-Engström, Spetsmark, Hjohlman), nie zaczęła jednak wygrywać, a kolejne porażki w końcu zepchnęły ją na samo dno ligowej tabeli. Oczywiście, trzeba wyraźnie podkreślić, że zespół z Behrn Areny zdecydowanie nie jest najsłabszą piłkarsko ekipą w tegorocznej Damallsvenskan, ale w związku z tym jeszcze bardziej nielogiczny wydaje się być jego aktualny dorobek punktowy. Drużyna mająca w składzie tak doświadczone i ograne w wielkim futbolu zawodniczki powinna bowiem częściej odwracać pozornie przegrane mecze niż wypuszczać zwycięstwa w ostatnich sekundach doliczonego czasu gry. Z niewiadomych przyczyn, jest jednak dokładnie odwrotnie.

W Örebro wciąż wierzą, że skuteczny finisz pozwoli niedawnemu uczestnikowi Ligi Mistrzyń uniknąć tego najmniej oczekiwanego scenariusza, a misję uratowania wielkiej piłki na Behrn Arenie powierzono tym razem Elin Magnusson. Wprawdzie do końca rozgrywek wieloletnia zawodniczka i legenda klubu będzie formalnie pełnić funkcję asystentki Skogmana, ale nikt nie ma wątpliwości, że ewentualne utrzymanie zespołu na pierwszoligowej powierzchni byłoby w dużym stopniu jej zasługą. 35-letnia Magnusson z oczywistych względów nie ma póki co bogatego doświadczenia w pracy szkoleniowej, ale jej trenerskie statystyki w seniorskiej piłce jak najbardziej budzą szacunek: jeden sezon, awans z pierwszego miejsca,  osiemnaście zwycięstw, trzy remisy i zaledwie jedna porażka w oficjalnym meczu. Jedyną wątpliwość może stanowić fakt, że tak wspaniałe wyniki udało jej się osiągnąć prowadząc męską drużynę. Czy w klubie, w którym podczas swojej kariery spędziła szesnaście niezwykle udanych lat, będzie w stanie je powtórzyć? Jeśli tak, to jeszcze bardziej utrwali swoją legendę. Jeśli nie, to niewykluczone, że otrzyma szansę przeprowadzenia klubu przez okres największych od ponad dwóch dekad turbulencji. Póki co, całe Örebro ma jednak nadzieję, że po kończącym sezon meczu z … Göteborgiem przynajmniej gospodynie będą miały okazję do świętowania.

Podsumowanie 15. kolejki

Jeśli któraś z drużyn Damallsvenskan może w tym roku narzekać na brak szczęścia do warunków atmosferycznych, to z pewnością jest to Limhamn Bunkeflo. Niezwykle istotny z punktu widzenia tabeli mecz z Göteborgiem był kolejnym, który piłkarki beniaminka z Malmö musiały rozegrać przy rzęsiście padającym deszczu, a ten szczególnie w pierwszej połowie mocno utrudniał boiskowe poczynania zawodniczkom obu ekip. W tym mało piłkarskim klimacie nieco lepiej radziły sobie bardziej zaprawione w pierwszoligowych bojach podopieczne Stefana Rehna, ale wystarczył moment nieuwagi, aby to gospodynie cieszyły się z pierwszego tego popołudnia gola. Na listę strzelczyń wpisała się młodzieżowa reprezentantka Szwecji Nellie Lilja, strzałem głową wykańczając składną akcję duetu Persson – Björklund. Stan rywalizacji przyjezdnym udało się wyrównać jeszcze przed przerwą i tym razem również wszystko, co najważniejsze wydarzyło się w powietrzu. Ze stojącej piłki dośrodkowała Rubensson, a w szesnastce Limhamn Bunkeflo najlepiej odnalazła się Kollmats. Drugą połowę piłkarki beniaminka rozpoczęły od bardzo mocnego uderzenia; Parikka urwała się prawym skrzydłem, dojrzała ustawioną na dwudziestym metrze Annę Welin, a defensywa z Västergötland tylko biernie przyglądała się, jak pomocniczka LB przekłada sobie futbolówkę i precyzyjnym strzałem pokonuje Line Johansen. Gol ten zapewnił ostatecznie drużynie Svena Sjunnessona trzy punkty, choć oba zespoły stworzyły sobie jeszcze przynajmniej dwie świetne okazje na podreperowanie strzeleckiego dorobku. Żałować mogły ich szczególnie przyjezdne, gdyż ani Hammarlund, ani Teegarden nie potrafiły wepchnąć piłki do siatki, mając przed sobą jedynie pustą bramkę. Czas pokaże, jak bardzo kosztowne okażą się te pomyłki, z których póki co najbardziej ucieszyli się w obozie beniaminka z Malmö.

01

W deszczowym Kristianstad piłkarki z Örebro bardzo chciały sięgnąć po pierwsze w rundzie jesiennej zwycięstwo, ale pomimo całkiem obiecującego początku, znów przyszło im opuszczać Skanię z poczuciem wypuszczonej w ostatniej chwili szansy. Po pierwszym kwadransie nic nie zapowiadało jednak dramatu przyjezdnych, które zdecydowanie lepiej weszły w mecz i po chytrym strzale Michelle De Jongh z narożnika pola karnego objęły prowadzenie. Kolejne minuty to już coraz większa przewaga Kristianstad i będące jej bezpośrednim następstwem zamieszanie w szesnastce gości po kolejnych rzutach rożnych dla gospodyń. Za pierwszym razem skończyło się na niefortunnym zderzeniu i kontuzji stopy Caroli Söberg, za drugim – na nieuznanym golu Chikwelu po rzekomym faulu Alice Nilsson, a za trzecim Therese Ivarsson w końcu doprowadziła do wyrównania. Stracony gol sprawił, że zawodniczki z Örebro znów zaczęły grać nieco odważniej, ale ani Spetsmark, ani Terry nie potrafiły wykorzystać fatalnych błędów Maron, która dwukrotnie źle obliczyła tor lotu podążającej w jej kierunku piłki. Równie wyrozumiała dla Söberg nie była Sif Atladottir i to właśnie islandzka defensorka na niespełna dwadzieścia minut przed końcem wyprowadziła Kristianstad na prowadzenie, wykorzystując centrę Rebecki Holm i niepewną interwencję doświadczonej golkiperki ze Skanii.  Gości z Örebro stać było na jeszcze jeden zryw i zdobycie w niezwykle kontrowersyjnych okolicznościach gola na 2-2, ale trenerski instynkt Elisabet Gunnardsottir w połączeniu z najbardziej nietypowym centrostrzałem kolejki w wykonaniu rezerwowej Tine Schryvers nie pozwolił im zabrać na Behrn Arenę choćby jednego punktu, który przynajmniej w minimalnym stopniu poprawiłby nastroje przed przerwą reprezentacyjną.

02

Pierwsza połowa starcia na Zinkendamms IP przebiegła według bardzo ciekawego schematu. W inauguracyjnym kwadransie atakowały wyłącznie piłkarki Kvarnsveden, w drugim – gospodynie, zaś w trzecim oglądaliśmy klasyczną wymianę ciosów. Pomimo wielu prób, żadnemu z zespołów nie udało się jednak znaleźć sposobu na przełamanie defensywy rywalek, w związku z czym na gole musieliśmy czekać do drugiej części gry. W niej przypomniała o sobie Chawinga, która w najbardziej charakterystyczny dla siebie sposób urwała się obrończyniom Hammarby i strzałem po ziemi wyprowadziła ekipę z Dalarny na prowadzenie. W kolejnych minutach można było odnieść wrażenie, że piłkarki Jonasa Björkgrena mają mecz pod całkowitą kontrolą i jedynie kolejne interwencje świetnie dysponowanej Emmy Holmgren sprawiają, że sztokholmianki przegrywają tylko 0-1, ale wtedy gospodynie postanowiły sięgnąć po swoją zdecydowanie najsilniejszą broń, która – wbrew przedmeczowym obawom – zafukncjonowała właściwie nawet pod nieobecność Filippy Angeldahl. W narożniku boiska ustawiła się Olga Ekblom, Lindberg wygrała główkę z Hermansson i zupełnie niespodziewanie zrobiło się 1-1. W tym momencie grające wcześniej bez pomysłu piłkarki Hammarby najwyraźniej uwierzyły, że ten mecz jest jeszcze do wygrania i w 85. minucie dopięły swego. Ponownie w roli asystentki wystąpiła Ekblom, a wprowadzona chwilę wcześniej na boisko osiemnastoletnia Astrid Larsson pierwszym w karierze ekstraklasowym golem zapewniła swojej drużynie bezcenne punkty. W doliczonym czasie gry remis gościom z Borlänge mogły jeszcze zapewnić kolejno Roddar oraz Salander, ale – pomimo niezwykle dramatycznej końcówki – sztokholmiankom udało się dowieźć skromne prowadzenie do końcowego gwizdka, co pozwoliło im przynajmniej na dwa tygodnie opuścić strefę spadkową.

03

W Damallsvenskan mamy okazję oglądać mecze wybitne, dobre, średnie oraz takie jak niedzielna potyczka Vittsjö – Piteå. Jeden celny strzał przez dziewięćdziesiąt minut (Amandy Persson z około czterdziestu metrów), poprzeczka Okobi, nieco przypadkowa okazja gości po rzucie rożnym Aronsson i wreszcie kilka pozbawionych wykończenia ataków pozycyjnych z obu stron to wszystko, czym piłkarki obu ekip uraczyły kibiców przybyłych na stadion w północnej Skanii. Przez większą część meczu stroną sprawiającą wrażenie bardziej zainteresowanej odniesieniem zwycięstwa były gospodynie, ale ponieważ jakość kompletnie nie szła w parze z chęciami, bezbramkowy remis był logicznym i jednocześnie najbardziej sprawiedliwym rozstrzygnięciem tego nadzwyczaj mało pasjonującego widowiska, o którym za kilkanaście godzin zapomną najpewniej nawet sympatycy obu zespołów. Nie będzie chyba żadnej przesady w stwierdzeniu, że jedyną trwałą pamiątką niedzielnego popołudnia w Vittsjö pozostanie punkt, który po jego rozegraniu oba kluby dopisały sobie w ligowej tabeli.

04

Zapowiadać starcie Rosengård i Linköping można było na tysiąc różnych sposobów, ale i tak kończyło się to konstatacją, że na ten mecz czekała absolutnie cała, piłkarska Szwecja. Choć do bezpośredniego pojedynku aktualne mistrzynie kraju przystępowały z czteropunktową zaliczką, zdecydowana większość obserwatorów była przekonana, że zwycięzca z Malmö IP stanie się automatycznie głównym pretendentem do mistrzowskiej korony. Plan Jacka Majgaarda zakładał, że od pierwszych minut to gospodynie ruszą do odważnych ataków na bramkę Cajsy Andersson, ale niespodziewanie to gościom udało się wykreować zdecydowanie najlepszą okazję w początkowej fazie meczu. Strzał Nicoline Sørensen z dystansu zatrzymał się jednak na słupku, więc patrząc od strony kibiców Rosengård skończyło się na stosunkowo łagodnym wymiarze kary za brak dyscypliny w kryciu duńskiej skrzydłowej. Tyle szczęścia piłkarki ze Skanii nie miały już jednak nieco ponad 20 minut później, kiedy to w szesnastce FCR bezkarnie hasała sobie Kristine Minde, której Asante i Viggosdottir pozwoliły nawet dobić swój własny strzał. Trafienie reprezentantki Norwegii było jedynym, jakie obejrzeliśmy przed przerwą, choć gospodynie miały kilka naprawdę dogodnych okazji, aby do szatni udać się przy nieco bardziej korzystnym dla nich wyniku. Najlepszą z nich był podyktowany za rzekomy faul Jonny Andersson na Anji Mittag rzut karny, ale z jedenastu metrów pomyliła się Caroline Seger. Trudno powiedzieć, o czym w przerwie rozmawiał ze swoimi zawodniczkami trener Majgaard, ale cokolwiek to było, przyniosło efekt odwrotny od zamierzonego. Na samym początku drugiej połowy dwójkowa akcja Hurtig – Banusic sprawiła bowiem, że piłkarki z Östergötland podwyższyły prowadzenie, a Rosengård znalazł się w tym momencie w niezwykle trudnym położeniu. Nieprzypadkowo jednak w drużynie z Malmö występuje Ella Masar, która niczym swego czasu Pernille Harder w LFC wzięła na siebie odpowiedzialność za wynik i swoją postawa przekonała klubowe koleżanki, że jeszcze nie wszystko stracone. Jej gol na 1-2 przywrócił w Skanii nadzieję, a gdy tuż przed końcem regulaminowego czasu gry Viggosdottir doprowadziła do remisu, wydawało się, że gospodynie mają jeszcze mnóstwo czasu na to, aby dobić coraz bardziej słaniającego się na nogach rywala. Pomimo całkowitej dominacji Rosengård oraz kilku naprawdę wybornych strzeleckich okazji, nie udało się jednak zdobyć zwycięskiego gola, ale podział punktów także gwarantuje nam niesamowicie ekscytując końcówkę sezonu. I tylko szkoda, że kolejny już raz w tak ważnym meczu najsłabszą ocenę trzeba było wystawić prowadzącej go trójce sędziowskiej, która momentami zupełnie nie panowała nad boiskowymi wydarzeniami, myląc się w obie strony.

05

Kibice na Tunavallen nie zdążyli jeszcze dobrze zająć swoich miejsc, a Eskilstuna już przegrywała z Djurgården. Autorką najszybszego jak dotąd gola w tegorocznej Damallsvenskan została Mia Jalkerud, korzystając nieco na pechowym rykoszecie od Björn po strzale Wörner. Stracona w cokolwiek nietypowych okolicznościach bramka zmobilizowała piłkarki United do bardziej zdecydowanych ataków, ale pomimo olbrzymiej przewagi w posiadaniu piłki, ze strony Larsson czy Kullashi zdecydowanie brakowało konkretów. Te pojawiły się za to u zawodniczek ze Sztokholmu gdy Jalkerud postanowiła odwdzięczyć się Wörner za sytuację z pierwszej minuty, ale tym razem od pełni szczęścia niemiecką pomocniczkę dzieliło kilkanaście centymetrów. Obraz gry nie uległ zmianie po przerwie, a jedyna różnica polegała na tym, że podopiecznym Viktora Erikssona w końcu udało się wepchnąć futbolówkę do siatki gości. W ogromnym zamieszaniu w szesnastce Djurgården najwięcej przytomności umysłu zachowała rozkręcająca się z akcji na akcję Fiona Brown i to właśnie ona jako pierwsza tego dnia pokonała Gudbjörg Gunnarsdottir. Na więcej, wybiegane, ale zaskakująco mało kreatywne piłkarki United nie mogły już jednak liczyć i pomimo wymienienia rekordowej liczby podań w ostatnim kwadransie, nie udało im się tym sposobem sięgnąć po zwycięstwo. Mając jednak na uwadze fakt, że to przyjezdne po jednym z kontrataków strzeliły jak najbardziej prawidłowego gola na 2-1 (dokonała tego Stegius, trochę przypadkowo trafiona piłką przez Rytting Kaneryd), na remis nikt na Tunavallen narzekać nie powinien. Planem minimum było bowiem zachowanie przewagi nad dowodzonym przez Djurgården ligowym peletonem i pomimo dość dużych kontrowersji ostatecznie został on przez zespół trenera Erikssona zrealizowany.

06

07

08

09

15. kolejka – zapowiedź

Seriefinal i cała reszta – w taki właśnie sposób większość mediów zapowiada nadchodzącą kolejkę w Damallsvenskan i trudno właściwie robić z tego zarzut. Jest bowiem całkowicie jasne, że to właśnie w najbliższą niedzielę odbędzie się kluczowy dla losów mistrzostwa Szwecji mecz, a od jego wyniku w dużym stopniu zależy, czy znajdziemy się bliżej, czy dalej odpowiedzi na najważniejsze pytanie sezonu 2017. Wiadomo, że obie ekipy przystąpią do decydującego boju na stadionie w Malmö mocno osłabione, choć sztaby medyczne robią absolutnie wszystko, aby maksymalnie największa liczba zawodniczek była na czas gotowa do gry. Mając jednak w pamięci chociażby niedawny finał krajowego pucharu, możemy być pewni, że bez względu na to, kto wybiegnie w wyjściowych jedenastkach, możemy spodziewać się ogromnych emocji od pierwszego do ostatniego gwizdka. Stawka meczu jest bowiem najwyższa z możliwych i choć na papierze Linköping ma obecnie cztery punkty przewagi, to w obu klubach zdają sobie sprawę, że porażka z najgroźniejszym rywalem może oznaczać początek większych kłopotów, w które w tak ważnym momencie sezonu nikt świadomie nie chce się pakować. Do niedzielnej potyczki na szczycie przygotowują się nie tylko piłkarki, ale i szkoleniowcy obu ekip, gdyż przy założeniu, że mecz będzie wyrównany, to właśnie ich odpowiednie reakcje na boiskowe wydarzenia mogą okazać się w końcowym rozrachunku kluczem do zwycięstwa. Komu tym razem uda się wygrać tę swego rodzaju taktyczną batalię? Przekonamy się już za kilkadziesiąt godzin.

Nieco w cieniu wielkiego hitu, Eskilstuna i Djurgården zmierzą się w meczu, którego stawką może okazać się miejsce na podium Damallsvenskan. Obecnie znajdują się na nim podopieczne Viktora Erikssona, ale do meczu z liderkami grupy pościgowej przystąpią one bez kontuzjowanej Petry Andersson. Czy jej nieobecność może zwiększyć szanse gości ze Sztokholmu na wywiezienie z Tunavallen korzystnego wyniku? Niewykluczone, tym bardziej, że Joel Riddez będzie mógł już skorzystać z pauzującej ostatnio za kartki Petronelli Ekroth. Postawa United w wysoko wygranym pojedynku z Limhamn Bunkeflo każe jednak upatrywać delikatnych faworytek w gospodyniach, które po serii rozczarowujących występów zdają się w końcu wracać na właściwe tory, w czym spory udział ma między innymi fenomenalna jokerka w osobie Lorety Kullashi.

Już tradycyjnie, niezwykle ciekawie będzie także w dolnych rejonach tabeli, gdzie aż w trzech spotkaniach zetrą się zespoły bardzo potrzebujące ligowych punktów. Rywalizacja Hammarby z Kvarnsveden, Limhamn Bunkeflo z Göteborgiem oraz Kristianstad z Örebro to zdecydowanie najlepsza możliwa propozycja na sobotnie popołudnie i gwarantuję, że jeśli postanowicie z niej skorzystać, nie będziecie później składać reklamacji. Równie zaskakująco może być w niedzielę w Vittsjö, gdzie sprawczynie największej sensacji minionego tygodnia tym razem zmierzą się z kompletnie nieobliczalnym Piteå i absolutnie każde rozstrzygnięcie jest tu możliwe. Czyli co, widzimy się w weekend?

omg15_1

omg15_2

omg15_3

omg15_4

omg15_5

omg15_6