Dumni po remisie

Eyor_y9XMAAAMZ8

Tak prezentuje się kadra, z której można (a nawet wypada!) być dumnym (Fot. SvFF)

Sześć minut i kilkanaście sekund – tak niewiele zabrakło, aby na Friends Arenie w Sztokholmie reprezentacja USA doznała pierwszej od 38 spotkań porażki. Imponującą serię mistrzyń świata celnym strzałem z rzutu karnego przedłużyła ostatecznie niezawodna Megan Rapinoe, ale w niczym nie zmienia to faktu, że z postawy szwedzkiej kadry możemy być dziś po prostu dumni. I choć wypuszczone niemal w ostatniej chwili zwycięstwo zawsze generuje pewien niedosyt, to nie zapominajmy, że moment największej próby czeka nas dopiero za trzy miesiące. To właśnie na przełomie lipca i sierpnia gra będzie toczyć się o medale i miejsce w historii, a zakończony przed kilkoma godzinami mecz dobitnie pokazał nam, że drużyna prowadzona przez Petera Gerhardssona doskonale wie, dokąd i w jakim celu zmierza.

Przed pierwszym gwizdkiem długo analizowaliśmy ustawienie szwedzkiej formacji defensywnej. Porzucenie klasycznego, czteroosobowego bloku na rzecz trójki stoperek i wahadłowych w osobach Andersson i Glas wydawało się niezwykle odważnym posunięciem. Mierzyliśmy się wszak z najlepszą drużyną świata, która zwykła w sposób bezlitosny wykorzystywać każdy, nawet najmniejszy błąd po stronie rywalek. Zgłaszane wątpliwości dodatkowo potęgował fakt, że Fischer, Sembrant oraz Eriksson w swoich klubach także grają najczęściej czwórką z tyłu. Im dłużej jednak trwał mecz, tym bardziej docierało do nas, że wszelkie obawy były tym razem mocno przesadzone. Owszem, Amerykanki dochodziły do sytuacji strzeleckich, momentami efekty przynosił będący znakiem firmowym USWNT wysoki pressing, ale w grze szwedzkich obrończyń trudno było dostrzec panikę lub zdenerwowanie. Fischer i Eriksson wygrywały zdecydowaną większość kluczowych pojedynków powietrznych, a ustawiona między nimi Sembrant bez zarzutu wywiązywała się z roli ostatniej defensorki, dobrze czyszcząc przedpole. Stoperkę turyńskiego Juventusu pochwalić możemy ponadto za doskonałe czytanie gry, dzięki czemu raz po raz amerykańskie napastniczki łapane były na spalonym. To wszystko imponuje tym bardziej, że napędzające ofensywę mistrzyń świata Lindsey Horan i Rose Lavelle długimi fragmentami rozgrywały naprawdę niezłe zawody, a gra toczyła się na stosunkowo wysokiej intensywności. To wszystko nie wystarczało jednak na skruszenie solidnej, szwedzkiej defensywy, na której pojawiały się jedynie niewielkie rysy. Ale w tych właśnie chwilach do akcji wkraczała Jennifer Falk, dla której dzisiejszy mecz był prawdziwym egzaminem dojrzałości.

27-letnia golkiperka Häcken w seniorskiej kadrze debiutowała zaledwie rok temu i choć kibice Damallsvenskan od lat doceniają jej umiejętności, to na niwie reprezentacyjnej jedynym poważnym testem była dla niej jak dotąd rewanżowa potyczka przeciwko Islandii. Dziś miało być jeszcze bardziej wymagająco i Amerykanki rzeczywiście zadbały o to, aby Falk między słupkami nie musiała się nudzić. Efektownych parad w jej wykonaniu doliczyliśmy się dwóch, ale sposób gry mistrzyń świata sprawiał, że szwedzka bramkarka znajdowała się pod niemal ciągłą presją, nie mogąc pozwolić sobie choćby na chwilę dekoncentracji. Na takim poziomie napięcia zdecydowanie nie gra się łatwo, ale zawodniczka z Göteborga podjęła wyzwanie i spisała się niemal bezbłędnie. Nie przytrafiały się jej ani puste przeloty, ani niepewne interwencje, po których Amerykanki mogłyby starać się wykorzystać zamieszanie w szwedzkim polu karnym. A gdy do ustawionej na jedenastce futbolówki w 87. minucie podchodziła Rapinoe, Falk raz jeszcze głośno przypomniała swoim koleżankom, aby uważały na dobitkę. Zupełnie jakby była przekonana, że uderzoną przez MVP francuskiego mundialu piłkę uda jej się odbić. I trzeba przyznać, że w swoich przewidywaniach pomyliła się bardzo niewiele, gdyż od skutecznej interwencji dzieliły ją centymetry.

Tyle o defensywie, ale szwedzkich bohaterek nie brakowało także wśród piłkarek zdecydowanie bardziej ofensywnych. Tu na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Lina Hurtig, czyli zimowe odkrycie Petera Gerhardssona na dziewiątce. Dziś ponownie mieliśmy przyjemność oglądać zawodniczkę Juventusu w pierwszej linii, a obserwując jej zachowanie na boisku naprawdę trudno uwierzyć, że do niedawna zarówno w klubie, jak i w kadrze, grywała ona niemal wyłącznie na skrzydle. Trzeba było jednak dopiero Gerhardssona (do spółki z Ritą Guarino), aby piłkarka nazywana przez turyńskich kibiców Stelliną wróciła do korzeni, ponownie stając się prawdziwym postrachem każdej defensywy świata. Coś o tym wiedzą już w Lyonie, dziś swoją lekcję odrobiła Tierna Davidson, a wydaje się, że nie jest to jeszcze ostatnie słowo pochodzącej z Avesty napastniczki. Warto podkreślić, że to od przechwytu Hurtig rozpoczęła się akcja, po której na pustą bramkę nie trafiła Fridolina Rolfö. Dla przedstawicielki Wolfsburga miniony wieczór okazał się o tyle frustrujący, że była to już druga zmarnowana przez nią stuprocentowa wydawałoby się sytuacja. Tuż przed przerwą indywidualny rajd Rolfö skuteczną interwencją zatrzymała bowiem Alyssa Naeher. Co ciekawe, w samej końcówce przed równie wielką szansą na rozstrzygnięcie meczu na korzyść Szwedek stanęła Hanna Glas, ale jej również nie udało się oddać czystego strzału na amerykańską bramkę. O ile jednak w obrazku wszystkie te okazje wydawały się stosunkowo łatwe do wykończenia, o tyle w rzeczywistości wymagały one niesamowitego refleksu i przewidywania. Na poziomie reprezentacyjnym, szczególnie w takich meczach, oczekujemy jednak, aby przynajmniej jedną z nich udało się zamienić na gola.

Jak zatem padła bramka dla Szwecji? Oczywiście, po stałym fragmencie! Gdybyśmy szukali ostatniego meczu, w którym kadra Petera Gerardssona nie strzeliła przynajmniej jednego gola po rzucie wolnym lub rożnym, musielibyśmy cofnąć się do czasów sprzed pandemii! Tym razem w głównych rolach wystąpiły w bramkowej akcji aktorki zdecydowanie pierwszoplanowe: z narożnika boiska dośrodkowała Kosovare Asllani, a Lina Hurtig wyskoczyła tak wysoko, jak potrafi jedynie ona i bezbłędnie zmieściła futbolówkę tuż przy słupku bramki gości. Amerykanie jak najbardziej mogą zwracać uwagę na mało przekonującą postawę Naeher, a także na przestrzeń, jaką w tym sektorze boiska zostawiono piłkarce Juventusu, ale my widzieliśmy te schematy tak wiele razy, że doskonale wiemy, iż nawet wzorowa postawa defensywy USA niekoniecznie zapobiegłaby utracie gola. Fraza världens bästa på fasta (najlepsze na świecie w stałych fragmentach) nie wzięła się w końcu znikąd. Na Friends Arenie gole padały zresztą wyłącznie po stałych fragmentach, gdyż mistrzynie świata do remisu doprowadziły po bezbłędnie wykonanym rzucie karnym. Szarżującą na prawej flance Kelley O’Harę nieprzepisowo powstrzymała jedna z najlepszych piłkarek na boisku Sofia Jakobsson i choć przewinienie zawodniczki madryckiego Realu nie podlegało dyskusji, to wydaje się, że miało ono miejsce jeszcze przed polem karnym. Trójka sędziowska z Finlandii widziała to jednak inaczej, a dalszy ciąg tej historii doskonale pamiętamy. Skoro jesteśmy już przy pani Linie Lehtovaarze i jej asystentkach, to pół-żartem możemy powiedzieć, że większy żal niż o 87. minutę, powinniśmy chyba mieć o sytuację, która miała miejsce dosłownie kilkadziesiąt sekund później. Szwedzkiej kadrze należał się wówczas rzut rożny, ale arbiter główna zarządziła, że grę od własnej bramki wznowi Alyssa Naeher. I choć na placu gry nie było już wówczas Liny Hurtig, to Sembrant czy Eriksson też lubią sobie w szesnastce poskakać. Z całkiem przyzwoitymi zresztą efektami.

We wtorek czeka nas kolejny ważny sprawdzian i możemy spodziewać się, że w zdecydowanie większym wymiarze czasowym szansę otrzymają w nim zawodniczki występujące na co dzień w Damallsvenskan. I dobrze, gdyż przegląd kadr wciąż trwa, miejsc w samolocie do Tokio pozostaje niezmiennie osiemnaście, a Schough, Angeldal, Blackstenius, czy Kaneryd ani myślą oddawać pola bez walki. Tym bardziej, że wyjściowa jedenastka z dzisiejszego meczu w komplecie wykonała właśnie olbrzymi krok w kierunku znalezienia się w wąskiej kadrze na japońskie Igrzyska.

Znamy finalistów

20200725-163049-001-3813

Eskilstuna United po raz pierwszy awansowała do finału Pucharu Szwecji (Fot. WSO)

To była piękna pucharowa przygoda drugoligowca z Umeå, ale półfinałowe starcie z Eskilstuną okazało się dla podopiecznych Samuela Fagerholma ostatnim jej przystankiem. Choć trzeba uczciwie przyznać, że również w sobotniej potyczce z wyraźnie faworyzowanym rywalem, zawodniczki z Västerbotten zadbały o to, aby zapewnić widzom kapitalne emocje, a samym sobie kolejną porcję jak najbardziej pozytywnych wspomnień. Bo przecież nieczęsto zdarza się, aby golkiperka klasy Emmy Holmgren w jednym meczu musiała aż dwukrotnie wyciągać piłkę z siatki. I choć dwa strzelone gole tym razem do awansu nie wystarczyły, to dzięki nim jego losy ważyły się w zasadzie do końcowego gwizdka. Pieczętujące zwycięstwo gości trafienie Fanny Andersson padło bowiem już w doliczonym czasie gry, gdy podbudowane kontaktowym golem piłkarki z Umeå rzuciły niemal wszystkie siły do ataku. Bohaterką numer jeden w zespole United bez wątpienia możemy nazwać Loretę Kullashi, która jeszcze w pierwszej połowie otworzyła wynik meczu, a już po przerwie – w najbardziej newralgicznym momencie – wywalczyła dla swojej ekipy rzut karny, który z kolei na gola pewnie zamieniła Felicia Rogic. Różnicę na plus w drużynie gości zrobiły jednak nie tylko uznane nazwiska w formacji ofensywnej, ale i znacznie bardziej stabilna niż u gospodyń defensywa. W zespole z Västerbotten z bardzo dobrej strony pokazała się natomiast Rosa Herreros i wiele wskazuje na to, że filigranowa pomocniczka rodem z Hiszpanii może być w najbliższych miesiącach jedną z największych gwiazd boisk Elitettan. W Umeå mogą już bowiem skupić się wyłącznie na lidze, natomiast w Eskilstunie niebawem rozpoczną się przygotowania do pierwszego w historii klubu finału Pucharu Szwecji. I wszyscy na Tunavallen mają nadzieję, że w pełnym wymiarze czasowym zagra w nim Kullashi, która wczoraj z powodu kontuzji opuściła murawę nieco wcześniej niż pierwotnie planowała.

A kto będzie finałowym przeciwnikiem zespołu prowadzonego przez Magnusa Karlssona? BK Häcken! Obrończynie tytułu po niezwykle intensywnym i wyrównanym meczu w najskromniejszych rozmiarach pokonały FC Rosengård, w efekcie czego piłkarki z Malmö w niespełna trzy dni odpadły z dwóch rozgrywek pucharowych. Choć jak na ironię, w obu przypadkach dokonało się to po naprawdę niezłym występie w ich wykonaniu. W futbolu zdecydowanie najbardziej liczą się jednak gole, a jedyne trafienie na Bravida Arenie padło dziś łupem Stiny Blackstenius. Przyjezdne odpowiedziały dwoma strzałami w poprzeczkę, rajdami niezmordowanej Olivii Schough i okazją niezwykle aktywnej Hanny Bennison, która w końcówce mogła za sprawą jednego kopnięcia piłki stać się ulubienicą całej Skanii (no, a przynajmniej tej jej części, która sympatyzuje z Rosengård). Osiemnastoletnia reprezentantka Szwecji zamiast do siatki trafiła jednak w Jennifer Falk i w ten sposób to bramkarka z Göteborga zebrała po zakończeniu meczu w pełni zasłużone pochwały. W Malmö natomiast raz jeszcze mogą zastanawiać się, dlaczego pomimo naprawdę niezłej gry, znów przytrafił się mecz na zero z przodu. A dzisiejsza porażka boli tym bardziej, że w Pucharze nie ma okazji do nadrobienia poniesionych wcześniej strat, a na kolejną okazję gry o to trofeum przyjdzie poczekać aż do jesieni. W majowym finale mogła bowiem zagrać wyłącznie jedna z rywalizujących dziś na Bravida Arenie drużyn i miejsce to – po naprawdę wyrównanej i ciężkiej walce – wywalczyły sobie podopieczne trenera Matsa Grena.

UWAGA: W wyniku losowania to BK Häcken będzie gospodarzem finału rozgrywek o Puchar Szwecji przeciwko Eskilstunie United. Dla klubu z Göteborga będzie to piąty w historii finał i jednocześnie szansa na wywalczenie czwartego tytułu. Co ciekawe, w dotychczasowej historii zawodniczki z Västergötland trzykrotnie rozgrywały decydujący mecz w swoim mieście i za każdym razem wychodziły z tej konfrontacji zwycięsko. Jedyną jak dotąd finałową porażkę zaliczyły dziewiętnaście lat temu, na stadionie w Sztokholmie.

Z honorem

fcr

Nic się nie stało! Rosengård żegna się z Ligą Mistrzyń po dobrym występie przeciwko Bayernowi (Fot. Johan Nilsson)

W całkiem niezłym stylu i w naprawdę godnym towarzystwie pożegnały się z tegoroczną edycją Ligi Mistrzyń piłkarki FC Rosengård. Siląc się na żart można nawet zauważyć, że podopieczne Jonasa Eidevalla pozostały w grze o dzień dłużej niż takie potęgi europejskiego futbolu jak Wolfsburg czy Manchester City, a już zupełnie poważnie warto podkreślić, że druga połowa rewanżowego starcia z Bayernem to zdecydowanie najlepsze trzy kwadranse w wykonaniu szwedzkiego klubu w pucharach od czasu wizyty w Monachium ekipy z Göteborga. O tym, jak dobrze zaprezentowały się wczorajszego wieczora zawodniczki z Malmö, najlepiej świadczy fakt, że naprawdę niewiele dzieliło nas od tego, aby właśnie w stolicy Skanii przerwana została zwycięska passa liderek niemieckiej Bundesligi. I choć do tego ostatecznie nie doszło, to ambitnie szukające przynajmniej wyrównującego gola piłkarki Rosengård naprawdę zostawiły na murawie swojego stadionu mnóstwo zdrowia. A nie zapominajmy, że już w niedzielę czeka je niełatwe przecież starcie w półfinale Pucharu Szwecji z broniącym trofeum Häcken.

Wróćmy jednak do Ligi Mistrzyń, gdyż to właśnie tym rozgrywkom poświęcaliśmy w ostatnich dniach zdecydowanie najwięcej uwagi. Oglądane z nieco bardziej neutralnej perspektywy potyczki Wolfsburga z Chelsea oraz Barcelony z Manchesterem dobitnie uzmysłowiły nam, jak wysoki poziom reprezentują obecnie najlepsze kluby na kontynencie. I z jedną z tych drużyn wicemistrzynie Szwecji rozegrały naprawdę wyrównane 45 minut, potrafiąc momentami zepchnąć rywalki do naprawdę głębokiej defensywy. Oczywiście, niektórzy nie bez racji zauważą, że działo się to w chwili, gdy dwumecz był już absolutnie rozstrzygnięty, a Bayern świadomie zwolnił tempo gry, oszczędzając siły i energię na mecz z Wolfsburgiem. Tyle tylko, że … Rosengård miał pełne prawo zrobić dokładnie to samo, a jednak z tej furtki nie skorzystał. W mocno okrojonym składzie i w cokolwiek eksperymentalnym ustawieniu zawodniczki ze Skanii rzuciły wyżej notowanym przeciwniczkom wyzwanie i zabrakło naprawdę niewiele, aby na zakończenie europejskiej przygody udało im się sprawić bardzo miłą niespodziankę. Raz jeszcze przekonaliśmy się, jak wielki potencjał drzemie w Jelenie Cankovic, która bez wątpienia była wczoraj najlepsza na placu gry. Reprezentantka Serbii imponowała nie tylko kapitalnym przeglądem pola, ale również technicznymi sztuczkami, wobec których klasowe przecież rywalki były z reguły całkowicie bezradne. To właśnie po jednym z typowych dla Cankovic zagrań w sytuacji sam na sam z Laurą Benkarth znalazła się ustawiona tym razem wyjątkowo na szpicy Olivia Schough, ale golkiperka z Bawarii bez trudu poradziła sobie ze strzałem byłej zawodniczki Djurgården. Swoją wartość potwierdziła wczorajszym występem również Caroline Seger, która mistrzynią szybkości może już nie zostanie (z czego raz po raz skwapliwie korzystała zresztą Lineth Beerensteyn), ale na pozycji między szóstką a ósemką daje drużynie mnóstwo tak bardzo potrzebnych spokoju i pewności. Dziewięćdziesiąt minut na poziomie ćwierćfinału Ligi Mistrzyń było także nie lada wyzwaniem dla osiemnastoletniej Hanny Bennison, która swój indywidualny egzamin zdała może nie z wyróżnieniem, ale na delikatny plus. Choć od zawodniczki o tej charakterystyce na pewno możemy w przyszłości oczekiwać nieco więcej konkretów z przodu, a także nieco bardziej zdecydowanej postawy w pojedynkach stricte fizycznych. Wiele wskazuje jednak, że w rozgrywkach Damallsvenskan Bennison będzie ustawiana nieco wyżej, co najpewniej przełoży się na zdecydowanie bardziej imponujące, ofensywne liczby. Te ostatnie z reguły zgadzają się w przypadku Mimmi Larsson, która wczorajsze starcie rozpoczęła dość nieoczekiwanie na ławce, ale w samej końcówce miała szansę wyrównać stan rywalizacji, stając się tym samym bohaterką dnia w Malmö. Ku rozpaczy fanów ze Skanii, ta sztuka nie udała się jednak ani jej, ani żadnej z klubowych koleżanek.

A w jaki sposób padł jedyny tego wieczora gol na Malmö IP? Bayern zagrał to, co potrafi najlepiej, czyli najpierw wyraźnie zwiększył intensywność, a następnie perfekcyjnie rozklepał defensywę Rosengård. Mówiąc bardziej konkretnie dokonał tego tercet Dallmann – Simon – Schüller, a ta ostatnia – w niełatwej przecież sytuacji – przymierzyła pod poprzeczkę tak precyzyjnie, że Stephanie Labbe nie miała w zasadzie czasu na skuteczną reakcję. Tuż przed przerwą piłkarkom z Monachium raz jeszcze udało się umieścić futbolówkę w siatce gospodyń, ale gol zdobyty po efektownym uderzeniu Beerensteyn zza pola karnego nie został ostatecznie uznany. Na szczęście dla wicemistrzyń Szwecji piłka kilkanaście sekund wcześniej całym obwodem przekroczyła bowiem linię boczną boiska. Nie ma więc najmniejszych wątpliwości co do tego, że Bayern zameldował się w półfinale w pełni zasłużenie i pozostaje jedynie życzyć piłkarkom Jensa Scheuera powodzenia w pokonywaniu kolejnej przeszkody na drodze do Göteborga. Gratulując zwyciężczyniom, tym razem trzeba jednak wyraźnie docenić także pokonane, gdyż właśnie takie występy przedstawicielek Damallsvenskan w europejskich pucharach najbardziej lubimy oglądać. 1. kwietnia 2021 szwedzki futbol oficjalnie pożegnał się z tegoroczną edycją Ligi Mistrzyń, a następna próba jej zawojowania odbędzie się już na nowych, bardziej sprawiedliwych, ale z naszej perspektywy zdecydowanie trudniejszych zasadach. I choć doskonale zdajemy sobie sprawę, że na wiosenne, pucharowe emocje przyjdzie nam być może poczekać nieco dłużej, to gorąco wierzymy, że latem i jesienią Häcken, Rosengård oraz Kristianstad dostarczą nam swoimi występami w Europie wielu pozytywnych emocji. Awans do fazy grupowej przynajmniej jednego ze szwedzkich klubów będzie oczywiście nie lada sukcesem, gdyż piłkarska Liga Mistrzyń już za chwilę stanie się wreszcie naprawdę elitarna. I bardzo dobrze, bo ewentualne zwycięstwa smakują tym lepiej, im więcej wysiłku trzeba było włożyć w ich osiągnięcie. A zatem: do zobaczenia, Europo! Do następnego razu!

Kadra na USA i Polskę

peter

Peter Gerhardsson nie zaskoczył powołaniami na kwietniowe mecze kadry (Fot. Bildbyrån)

Drugie w tym roku zgrupowanie kadry i … właściwie zero zaskoczeń podczas powołań. I słusznie, bo ostatnie miesiące przed wielkim turniejem to zdecydowanie nie jest czas na eksperymenty na masową skalę. Podczas wtorkowej konferencji Peter Gerhardsson zaakcentował jednak bardzo wyraźnie, że selekcja żadną miarą nie została jeszcze zakończona i absolutnie nie możemy zakładać, że osiemnastka na Igrzyska w Tokio zostanie wyłoniona wyłącznie spośród doskonale znanych nam nazwisk. Choć niewątpliwie to właśnie piłkarki powołane na kwietniowy obóz są na chwilę obecną najbliżej wywalczenia sobie miejsc w samolocie do Japonii.

Na uwagę zasługuje z pewnością powrót do reprezentacji Madelen Janogy, która od czasu ubiegłorocznego turnieju o Puchar Algarve przeżywała niezwykle trudny okres w swojej karierze. Wydaje się jednak, że najgorsze chwile są już daleko za 25-letnią skrzydłową, na którą mocno liczą nie tylko sympatycy reprezentacji, ale również – a może przede wszystkim – niezwykle liczni fani beniaminka ze Sztokholmu. A trzeba w tym miejscu podkreślić, że przedsezonowe sparingi znacząco rozbudziły apetyty kibiców z biało-zielonej części szwedzkiej stolicy. Wracając jednak do kadry, na 25-osobowej liście powołań zabrakło tym razem miejsca między innymi dla Julli Zigiotti oraz Julii Roddar, choć obie jak najbardziej wciąż znajdują się w orbicie zainteresowań selekcjonera. Zgodnie z przewidywaniami, na reprezentacyjne zgrupowanie nie wybierze się także jedna z bohaterek fazy grupowej Pucharu Szwecji Emma Holmgren, co tylko cementuje ustaloną już wcześniej hierarchię wśród bramkarek. Przeciwko USA i Polsce nie zagrają ponadto dwie rekonwalescentki z Rosengård Nathalie Björn oraz Anna Anvegård i mamy dziwne przeczucie, że szczególnie nieobecność tej drugiej raczej nie zmartwiła amerykańskich fanów soccera. A przynajmniej tych, którzy mają jeszcze w pamięci szalony mecz w Columbus.

Podczas krótkiego wystąpienia Gerhardsson nawiązał do meczu przeciwko USA na francuskim mundialu, podkreślając że odbył się on w sytuacji, w której obie ekipy były już pewne awansu do kolejnej fazy rozgrywek. Zapewnił także, że ewentualne starcie w finale wielkiej imprezy wyglądałoby zdecydowanie inaczej, choć oczywiście nie obyło się bez podkreślenia ogromnej, sportowej klasy USWNT, która zdaniem selekcjonera (i chyba nie tylko jego) jest obecnie numerem jeden na świecie. Zawsze chcemy grać przeciwko najlepszym, bo to dla nas najciekawsze wyzwania. Za każdym razem, gdy nadchodzi taki mecz, mamy tę nadzieję i wiarę, że tym razem stawimy im czoła i je pokonamy. Tak, to jest cudowne wyzwanie – podsumował Gerhardsson. A od siebie możemy dodać tyle, że Amerykanki nie wiedzą jeszcze jaką różnicę potrafi zrobić ustawiona na dziewiątce Lina Hurtig, ani jaką moc mają legendarne, szwedzkie stałe fragmenty. Choć – po chwili zastanowienia – nie obrazimy się, jeśli dowiedzą się tego nie 10. kwietnia, a na przykład cztery miesiące później.


Kadra na USA i Polskę:

Bramkarki: Jennifer Falk (Häcken), Hedvig Lindahl (Atletico), Zecira Musovic (Chelsea)

Obrończynie: Jonna Andersson (Chelsea), Magdalena Eriksson (Chelsea), Nilla Fischer (Linköping), Hanna Glas (Bayern), Amanda Ilestedt (Bayern), Emma Kullberg (Häcken), Josefine Rybrink (Kristianstad), Linda Sembrant (Juventus), Jessica Wik (Rosengård)

Pomocniczki: Filippa Angeldal (Häcken), Kosovare Asllani (Real), Hanna Bennison (Rosengård), Filippa Curmark (Häcken), Johanna Kaneryd (Häcken), Fridolina Rolfö (Wolfsburg), Olivia Schough (Rosengård), Caroline Seger (Rosengård)

Napastniczki: Stina Blackstenius (Häcken), Rebecka Blomqvist (Wolfsburg), Lina Hurtig (Juventus), Sofia Jakobsson (Real), Madelen Janogy (Hammarby)


Terminarz kadry:

10. kwietnia, godz. 19:10: Szwecja – USA (Sztokholm)

13. kwietnia, godz. 18:30: Polska – Szwecja (Łódź)

Umeå pisze historię

Exf5sIBWUAcuJdk

Piłkarki z Umeå dokonały czegoś, czego nie dokonał wcześniej żaden drugoligowiec (Fot. Umeå IK)

Jedno sobotnie popołudnie i cztery mecze, które miały wyłonić komplet półfinalistów Pucharu Szwecji – tak przedstawiało się niesamowicie apetyczne, piłkarskie menu na pierwszy wiosenny weekend. Nic więc dziwnego, że stęsknieni wielkiego grania kibice mieli nadzieję na ogromną dawkę futbolowych emocji, a zawodniczki postanowiły wyjść tym oczekiwaniom naprzeciw, tworząc widowiska, których bez wątpienia szybko nie zapomnimy. W zasadzie każde ze spotkań, którego stawką było zwycięstwo w grupie, miało swoją indywidualną dramaturgię, a losy wielu z nich ważyły się niemal do ostatniego gwizdka. Nasza dyscyplina sportu skonstruowana jest jednak tak, że na końcu musimy oddzielić zwycięzców od pokonanych, a dziś zaszczyt znalezienia się w gronie tych pierwszych przypadł zespołom z Göteborga (a konkretnie z Hisingen), Malmö, Eskilstuny oraz Umeå. Na szczególną uwagę zasługuje oczywiście awans drugoligowca z Västerbotten, który w niesamowitych okolicznościach odwrócił losy rywalizacji z Djurgården, stając się w ten sposób pierwszym klubem spoza najwyższej klasy rozgrywkowej, który zameldował się w tej fazie rozgrywek.

Zacznijmy jednak od grup południowych, w których ostatecznie z tarczą zakończyli grupowe zmagania faworyci. Suchy wynik wskazywałby na to, że Häcken bez większych problemów odprawiło na własnym boisku Linköping, ale … nic bardziej mylnego! Starcie na Bravida Arenie rzeczywiście rozpoczęło się od mocnego uderzenia gospodyń, gdyż już w drugiej minucie akcję znajdującej się obecnie w kapitalnej dyspozycji Johanny Kaneryd skutecznie zamknęła Julia Zigiotti. Końcówka pierwszej połowy to już jednak zdecydowanie lepszy fragment w wykonaniu podopiecznych Andreé Jeglertza i gdy tuż po wznowieniu gry do remisu doprowadziła Uchenna Kanu, wszyscy ostrzyliśmy sobie zęby na trzy kwadranse niesamowicie zaciętej, boiskowej rywalizacji. Właśnie wtedy nastąpił jednak moment, w którym obrończynie tytułu włączyły wyższy bieg i w siedemnaście minut rozwiały wątpliwości co do tego, kto zasługuje tu na awans. Bohaterką numer jeden w zespole Matsa Grena jak najbardziej słusznie okrzyknięto Filippę Angeldal, która nie tylko zapisała na swoim koncie dwa gole i asystę, ale niemal każdym swoim kontaktem z piłką wprowadzała niemały popłoch w defensywnych poczynaniach LFC. Choć trzeba przyznać, że akurat być może najważniejsze w całym meczu trafienie na 2-1 było bezpośrednim efektem fatalnego zagrania Cajsy Andersson, a lekcję tego, jak wielką różnicę mogą stanowić we współczesnym futbolu pojedyncze błędy, dopiero co dał nam przecież Bayern.

Skoro nawiązaliśmy już do Rosengård, to piłkarki Jonasa Eidevalla także wywalczyły przepustkę do półfinału, ale sukces ten nie przyszedł im bynajmniej bez walki. Wszystko zaczęło się jednak zgodnie z oczekiwaniami kibiców z Malmö, gdyż do trzydziestej minuty wicemistrzynie Szwecji aż czterokrotnie zdołały umieścić piłkę w siatce Brett Maron. I choć jeden z tych goli nie został uznany (sędzia jak najbardziej słusznie dopatrzyła się spalonego), to dyspozycja ćwierćfinalistek tegorocznej edycji Ligi Mistrzyń musiała budzić podziw. Doskonale naoliwionej maszynie z Malmö przewodziła doświadczona Dunka Sanne Troelsgaard, która miała bezpośredni udział we wszystkich trzech (a wliczając nieuznanego gola – nawet czterech) akcjach bramkowych. Gdy jednak fani Rosengård zaczęli się po cichu zastanawiać, czy może odrobienie strat w czwartkowym starciu z Bayernem jest możliwe, na ziemię w nieco ponad trzy minuty sprowadziła ich Therese Åsland. Reprezentantka Norwegii najpierw popisała się kapitalnym uderzeniem z dystansu, a następnie wkręciła piłkę do siatki bezpośrednio z narożnika boiska i z komfortowego 3-0 błyskawicznie zrobiło się niebezpieczne 3-2. Po przerwie Kristianstad absolutnie nie zamierzał składać broni, a gdy Jutta Rantala wykorzystała rzut karny podyktowany za zagranie ręką Katrine Veje, podopiecznym Elisabet Gunnarsdottir do najbardziej spektakularnego powrotu w historii szwedzkiej piłki klubowej brakowało już tylko jednego gola. Na jego zdobycie nie wystarczyło jednak czasu, w efekcie czego derby Skanii zakończyły się remisem, z którego cieszyć mogli się wyłącznie w Malmö.

Długimi fragmentami zanosiło się na to, że najmniej emocji będzie dziś na Behrn Arenie w Örebro. Przyjezdne z Eskilstuny dość szybko uzyskały optyczną przewagę, a gdy w 34. minucie rajd Lorety Kullashi i sprytne przepuszczenie piłki przez Fanny Andersson na gola zamieniła Anna Oskarsson, kwestia awansu wydawała się być rozstrzygnięta. Tym bardziej, że zawodniczki United w kilku sytuacjach były całkiem bliskie podwyższenia wyniku. Po przerwie oglądaliśmy już jednak zupełnie inny mecz, a sama Sara Lilja-Vidlund miała dwie doskonałe okazje na pokonanie Emmy Holmgren. Młoda golkiperka z Uppsali kolejny raz została jednak bohaterką swojej drużyny, kapitulując tylko raz, po rzucie karnym Karin Lundin. W samej końcówce piłkę na wagę zwycięstwa miała jeszcze na nodze Hellstrom, ale Eskilstuna dowiozła satysfakcjonujący ją wynik do końca, zapewniając sobie w ten sposób miejsce w najlepszej czwórce pucharowych zmagań.

Grupę szczęśliwców zamyka beniaminek z Umeå, który na kameralnym stadionie Stadshagens IP dokonał rzeczy absolutnie historycznej. Piłkarki z Västerbotten starcie z grającym o klasę wyżej rywalem rozpoczęły niezwykle bojowo i choć Monice Jusu Bah wyniku otworzyć się nie udało, to kilkadziesiąt sekund później z powodzeniem uczyniła to Henna-Riikka Honkanen. Korzystny dla gości wynik utrzymał się do 54. minuty, kiedy to mierzone dośrodkowanie Fanny Lång skutecznie wykorzystała Gudrun Arnardottir. Na kwadrans przed końcem sprawy przybrały jeszcze mniej korzystny obrót dla drugoligowca, gdyż ekipę ze stolicy na prowadzenie wyprowadziła niezawodna w takich sytuacjach mistrzyni Europy 2017 Sheila van den Bulk. Gol byłej reprezentantki Holandii zdawał się definitywnie przesądzać sprawę awansu Djurgården, ale dzielne piłkarki z Umeå najwyraźniej o tym nie wiedziały i postanowiły zaszokować całą sportową Szwecję. W 86. minucie gry do remisu doprowadziła Sarah Mellouk, a już w doliczonym czasie upragnionego gola na wagę awansu zapisała na swoim koncie rezerwowa Alexandra Sandström, korzystając z niezwykle przytomnego wycofania piłki przez Vilmę Koivisto. Tym samym, po raz pierwszy w historii zmagań o Puchar Szwecji, na etapie półfinałów witamy drużynę grającą na drugim poziomie rozgrywkowym i mocno liczymy na to, że w Västerbotten nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa!


3. kolejka fazy grupowej Pucharu Szwecji:

Grupa 1: Häcken – Linköping 5-2, Växjö – Lidköping 4-0

Grupa 2: Rosengård – Kristianstad 3-3, Vittsjö – Alingsås 1-0

Grupa 3: Örebro – Eskilstuna 1-1, Hammarby – Sundsvall 7-1

Grupa 4: Djurgården – Umeå 2-3, Uppsala – Morön 1-2

Błędy kosztowały drogo

fcb

Radość piłkarek Bayernu nie dziwi. Od półfinału Ligi Mistrzyń dzieli je już tylko dziewięćdziesiąt minut.

Oczywistym jest to, że piłkarki z Malmö nie były faworytkami w ćwierćfinałowym starciu z monachijskim Bayernem. Nie tak dawno wyliczaliśmy jednak argumenty przemawiające za tym, że drużyna prowadzona przez Jonasa Eidevalla – nawet w tak okrojonym składzie – jak najbardziej jest w stanie sprawić swoim kibicom przyjemną niespodziankę. Owszem, ekipa z Bawarii wydaje się być silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej, ale w kadrze Rosengård też nie brakuje przecież piłkarek doskonale znających smak wielkich zwycięstw i potrafiących grać o wysoką stawkę. Do wieczornego starcia podchodziliśmy zatem z nie bez powodu rozbudzonymi nadziejami, a pierwsze sześćdziesiąt sekund potyczki w Monachium jeszcze bardziej utwierdziło nas w przekonaniu, że wicemistrzynie Szwecji rzeczywiście mogą dziś z niepokonanymi od ponad pół roku wicemistrzyniami Niemiec realnie powalczyć. Niestety, były to jedynie miłe złego początki i choć absolutnie nie byliśmy później świadkami piłkarskiej deklasacji, to jednak Bayern ani przez moment nie pozostawiał wątpliwości co do tego, która z drużyn już w pierwszym meczu wykona ogromny krok w kierunku półfinału.

Końcowy wynik rzecz jasna redukuje szanse awansu Rosengård do minimum, choć gdyby przyjrzeć się bliżej, to podopieczne trenera Eidevalla wcale nie musiały ponieść w Bawarii aż tak dotkliwej porażki. Jeśli jednak sprawia się rywalkom takie prezenty, jak dziś robiły to piłkarki z Malmö, to naprawdę trudno oczekiwać cudów. Szczególnie, że rzeczone rywalki to zespół najwyższej klasy, który z takich podarunków po prostu korzysta. O ile w dwumeczu z austriackim Sankt Pölten można było na własną prośbę zainkasować dwa szybkie gole, a następnie odwrócić losy rywalizacji, o tyle dokonanie podobnej sztuki przeciwko Bayernowi jest już zadaniem z gatunku tych prawie niemożliwych. I choć prawdą jest, że każda z trzech zdobytych dziś przez wicemistrzynie Niemiec bramek była poprzedzona efektownym zagraniem którejś z piłkarek FCB, to nie da się nie zauważyć, że w każdej z tych sytuacji całe nieszczęście zaczynało się od zupełnie niezrozumiałego błędu po stronie Rosengård. W pierwszym przypadku była to kompletnie niepotrzebna strata Troelsgaard w newralgicznym sektorze boiska, po której przytomnym zgraniem futbolówki popisała się Bühl, zaś Dallmann pognała na szwedzką bramkę, finalizując akcję mierzonym strzałem przy słupku. Gol na 2-0 to chyba największe kuriozum i niezwykle istotny materiał do analizy, gdyż wszystko zaczęło się od … rzutu rożnego dla Rosengård. Zamiast okazji do wyrównania stanu meczu mieliśmy jednak błyskawiczną kontrę: znajdująca się we własnej szesnastce Dallmann doskonale obsłużyła Beerensteyn, reprezentantka Holandii podciągnęła z piłką kilkadziesiąt metrów, a cały ofensywny wypad w najlepszy możliwy sposób spuentowała Bühl. I wreszcie 65. minuta, czyli jeszcze jedna strata w okolicach linii środkowej, którą tym razem bezbłędnie wykorzystała Beerensteyn, bez większych problemów radząc sobie najpierw z Viggosdittir, a następnie posyłając piłkę obok zbyt późno interweniującej Labbe. Trzy błędy i trzy gole pozwalające podopiecznym trenera Scheuera na całkowite kontrolowanie boiskowych wydarzeń. Oczywiście, nie możemy wykluczyć, że gdyby w przywołanych tu sytuacjach zawodniczki ze Skanii zachowały się nieco bardziej roztropnie, Bayern także rozstrzygnąłby mecz na swoją korzyść. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że zwycięstwo to przyszło przedstawicielkom Bundesligi zdecydowanie zbyt łatwo. I chyba właśnie o to mogą mieć w tej chwili w Malmö największy żal.

W przedmeczowej zapowiedzi wspominaliśmy, że Rosengård musi liczyć dziś na niemal bezbłędną postawę bramkarki oraz całej formacji defensywnej. Tego warunku spełnić się niestety nie udało i choć ani Berglund, ani Viggosdottir nie zagrały w Monachium jednoznacznie źle, to jednak obie wielokrotnie udowadniały nam, że stać je na zdecydowanie więcej. Podobne słowa można byłoby skierować pod adresem Stephanie Labbe, która niby nie zawaliła w sposób jednoznaczny żadnej z bramek, ale też swoimi interwencjami nie dała drużynie nic ekstra. A na tym etapie rozgrywek i przeciwko takiemu rywalowi jest to niestety niezbędne, jeśli marzy się o sprawieniu sensacji, o której dyskutować miałaby cała piłkarska Europa. Nie sposób nawet wyróżnić dziś na plus jednej piłkarki Rosengård, gdyż każda z nich po ostatnim gwizdku najpewniej opuszczała murawę z poczuciem, że dało się zrobić coś więcej. I gdyby bawić się w wystawianie indywidualnych cenzurek w najbardziej klasycznej skali 1-10, to cała dwunastka z Malmö (do wyjściowej jedenastki dołączamy jeszcze rezerwową Bennison) załapałaby się na notę pomiędzy czwórką i szóstką. Począwszy od wspomnianej już Labbe, a skończywszy na Mimmi Larsson, która nieustannie starała się szarpać i rozrywać bawarską defensywę, ale największym tego pożytkiem były dwa wywalczone przez nią rzuty rożne i jeden rzut wolny. Możemy oczywiście zastanawiać się co byłoby gdyby Berglund lepiej przymierzyła głową, Troelsgaard zaskoczyła Benkarth strzałem z ostrego kąta, a fińska sędzia podyktowała jedenastkę za faul Ilestedt na Viggosdottir. To wszystko w niczym nie zmienia jednak faktu, że zwyciężyła dziś drużyna po prostu lepsza, bardziej poukładana i popełniająca mniej błędów. A na koniec dnia, to właśnie o to w futbolu chodzi. Pozostaje zatem pogratulować Bayernowi i nie zapominać, że za tydzień gra toczyć się będzie nie tylko o awans, ale również o niezwykle cenne, rankingowe punkty. A te ostatnie są klubowi ze Skanii potrzebne po to, aby w najbliższych latach fani w Malmö niezmiennie mogli emocjonować się starciami swojej ulubionej drużyny z europejskimi potentatami. Bo jeśli pobierać naukę, to tylko od najlepszych.