














Johanna Kaneryd i Madelen Janogy pozbawiły rywalki z Francji resztek nadziei (Fot. Bildbyrån)
Nordyckie poczucie humoru często bywa postrzegane jako specyficzne, ale mając na uwadze ostatnie wewnętrzne dyskusje w szwedzkim środowisku piłkarskim jak najbardziej tę opinię respektujemy. Pół-żartem doszliśmy bowiem do konkluzji, że już niedługo większość szanujących się federacji dwukrotnie zastanowi się zanim zdecyduje się przyklepać z nami mecz towarzyski. Bo perspektywa gry ze Szwedkami niechybnie oznacza kłopoty i nie chodzi tu wyłącznie o taką błahostkę, że najprawdopodobniej trzeba będzie grać w deszczu, przy akompaniamencie burzy z piorunami. Doskonale pamiętamy przecież duński strajk, który koniec końców pozbawił Pernille Harder i spółkę szans wyjazdu na mundial, liczne problemy natury wirusowo-epidemicznej i zwycięstwa w wyniku walkowera, czy wreszcie niedawną, hiszpańską zawieruchę wokół sztabu szkoleniowego trenera Vildy i skandalicznych metod przez niego stosowanych. W tej sytuacji nie będzie chyba wielkim zdziwieniem fakt, że i we Francji było w ostatnich tygodniach mocno nerwowo i to zarówno w wyniku kolejnych urazów czołowych piłkarek (do nieobecnych od dłuższego czasu Katoto, Majri, czy Mbock Bathy dołączyły chociażby Karchaoui oraz Toletti), jak i raportu odsłaniającego wieloletnie praktyki tuszowania przez federację skandali seksualnych i przemocowych przez federację. A sprawa jest o tyle przykra, że wśród oskarżonych możemy znaleźć między innymi nazwiska byłych reprezentantek kraju Angelique Roujas oraz Elisabeth Loisel. Cóż, pozostaje mieć tylko nadzieję, że w najbliższych dniach futbolowe szambo nie wybije z podobną siłą w Australii. Ani oczywiście nigdzie indziej.
Wróćmy jednak na boisko, gdyż starcie przegranych półfinalistek EURO 2022 zapowiadało się interesująco nie tylko ze względu na fakt, iż była to ostatnia okazja w tym roku do obejrzenia kadrowiczek Petera Gerhardssona na szwedzkiej ziemi. Reprezentacja Francji to bowiem przeciwnik, który nawet bez kilku podstawowych zawodniczek zawsze stanowi poważne wyzwanie taktyczno-motoryczne. I bardzo dobrze, gdyż właśnie takich meczów-weryfikatorów nam na obecnym etapie najbardziej potrzeba. A nie ma chyba na świecie lepszego miejsca na takie sprawdziany niż wypełniony niemal do ostatniego miejsca Gamla Ullevi. Bo kolejny już raz okazało się, że fani utożsamiają się z tą kadrą tak bardzo, że nawet rozgrywany późną jesienią mecz towarzyski może przyciągnąć na trybuny komplet widzów. I to pomimo faktu, że za naszą kadrą nie stoi przecież olbrzymia i sprawnie działająca machina medialna, jak ma to miejsce na przykład w Anglii czy USA.
Wróćmy jednak na murawę, bo to właśnie na niej działy się dziś rzeczy zdecydowanie najważniejsze. Najpierw za piękną, długą i – nie da się tego ukryć – barwną karierę reprezentacyjną podziękowaliśmy Nilli Fischer, a chwilę później rozległ się pierwszy gwizdek ostatniego w tym roku domowego meczu szwedzkiej kadry. I nawet jeśli gdzieś w środku mieliśmy nadzieję na podobnie mocne otwarcie jak w Kordobie, to tak efektownego uderzenia już w pierwszej minucie nie spodziewali się chyba nawet najwięksi optymiści. Elin Rubensson nacisnęła rywalki w środku pola, Jonna Andersson dośrodkowała z lewego skrzydła, Selma Bacha nerwowo wybiła futbolówkę wprost pod nogi Filippy Angeldal, a pomocniczka Manchesteru City uderzyła może nie perfekcyjnie, ale na tyle precyzyjnie, żeby spóźniona z interwencją Pauline Peyraud-Magnin musiała wyciągnąć piłkę z siatki. 1-0 dla Szwecji, choć upłynęło zaledwie 27 sekund meczu! Stadion w Göteborgu eksplodował po raz pierwszy i nawet jeśli na wyciąganie jakichkolwiek wniosków było jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie, to chyba w samych piłkarkach pojawiło się wówczas przekonanie, że w takich okolicznościach i tego dnia nic nie może pójść źle. I jak pokazały kolejne minuty, poczucie to było jak najbardziej słuszne, gdyż rywalki znad Sekwany przez cały mecz tak naprawdę ani razu nie zagroziły bramce Zeciry Musovic. Czujność golkiperki Chelsea najmocniej sprawdziły dziś … Amanda Ilestedt (zbyt słabym wycofaniem piłki) oraz Nathalie Björn (niepotrzebną stratą na trzydziestym metrze), ale w obu tych przypadkach skończyło się tylko na delikatnym strachu. Biorąc pod uwagę, że graliśmy z półfinalistą EURO 2022, a także jednym z kandydatów do medali na przyszłorocznym mundialu, szału nie było. I nawet jeśli weźmiemy poprawkę na to, że Ouleymata Sarr raczej nigdy nie osiągnie poziomu Katoto lub Delie, to już powstrzymanie zawsze groźnych Diani, Geyoro oraz Cascarino zdecydowanie było zadaniem z gatunku tych najtrudniejszych. A nasze reprezentantki poradziły sobie z nim wręcz wzorowo.
Szwedzka dominacja była widoczna także w środku pola, gdzie odbiorami, a także wywieraniem ciągłej presji imponowała zarówno Elin Rubensson, jak i Filippa Angeldal. Na taką postawę gospodyń Francuzki nie potrafiły znaleźć skutecznej odpowiedzi, podobnie zresztą jak na niesamowicie dynamiczne szwedzkie wahadła w osobach Jonny Andersson i Olivii Schough. I gdyby dzisiejszy mecz oglądał ktoś nieco mniej zainteresowany futbolem, to w życiu nie uwierzyłby, że na przykład Selma Bacha jest od kilku sezonów jedną z gwiazd wielkiego Lyonu. Bo jeśli ktoś tego dnia wyglądał jak najwyższej klasy specjalistki od gry na swoich pozycjach, to były to wyłącznie kadrowiczki Petera Gerhardssona. Co więcej, gdy na placu gry zaczęły pojawiać się rezerwowe, to jakość szwedzkiej gry nie tylko nie spadała, ale wręcz rosła. I o ile w przypadku Fridoliny Rolfö było to jak najbardziej spodziewane, o tyle Johanna Kaneryd w roli rezerwowej spisała się przynajmniej o kilka poziomów lepiej niż podczas swoich pierwszych minut w barwach londyńskiej Chelsea. Jeszcze jeden dobry, reprezentacyjny występ dopisała także Stina Blackstenius, gdyż to właśnie po faulu na niej z boiska przedwcześnie wyleciała Aissatou Tounkara. Inna kwestia, że akurat dziś indywidualne laurki moglibyśmy wystawić w zasadzie każdej z naszych zawodniczek i absolutnie nie byłaby to żadna kurtuazja.
Zwycięstwo nad Francją tak naprawdę mogło być jeszcze bardziej okazałe, ale od wyższej porażki w ostatnim kwadransie uratowały rywalki swoimi interwencjami Wendie Renard oraz Pauline Peyraud-Magnin. Po takim występie nie będziemy jednak narzekać, bo to byłoby wręcz nietaktem w stosunku do naszych reprezentantek i sztabu szkoleniowego. Plan na ostatni domowy mecz w bieżącym roku został bowiem zrealizowany w niemal stu procentach i jeśli kiedyś miał nam się przytrafić taki występ, to trafiło chyba na najlepszy możliwy moment. Wyprzedana arena, klasowy rywal, odliczanie do mundialu: właśnie takiej reklamy potrzebowała ta kadra po dłuższym, poolimpijskim okresie stagnacji. A za miesiąc czas na pierwszy, australijski rekonesans, na który reprezentantki Szwecji zapewne udadzą się w całkiem niezłych nastrojach.


Tak efektownie prezentowała się wyjściowa jedenastka reprezentacji Szwecji w Kordobie (Fot. SvFF)
Piłkarskie losy ułożyły się tak, że dzisiejsza hiszpańsko-szwedzka konfrontacja była pierwszym bezpośrednim starciem tych zespołów od … ponad dwudziestu lat! Co więcej, w oficjalnym meczu o punkty obie reprezentacje spotkały się ostatnio jeszcze w poprzednim stuleciu. I choć historyczny bilans tej rywalizacji jest z naszej perspektywy niezwykle korzystny, to konkretnych wniosków z oczywistych względów nie wyciągniemy z tego absolutnie żadnych. Potyczka w Kordobie miała być zatem nowym otwarciem hiszpańskiego rozdziału, ale życie raz jeszcze napisało nam nieoczekiwany scenariusz, w wyniku którego zdecydowanie więcej niż o aspektach sportowych mówiło się o konflikcie w trójkącie Jorge Vilda – zawodniczki – federacja. Z szacunku do reprezentantek Hiszpanii tego problemu dotykać jednak nie będziemy, skupiając się wyłącznie na tematach boiskowych. Myślę jednak, że wszyscy całkowicie podzielamy opinię wyrażoną podczas konferencji prasowej przez Fridolinę Rolfö, że tak utalentowana grupa piłkarek zwyczajnie zasługuje na zdecydowanie lepsze traktowanie, a winni zaistnienia takiej sytuacji poniosą za swoje zachowanie odpowiednie konsekwencje. Nawiasem mówiąc, to doprawdy trudne do uwierzenia, że w kraju mającym chyba najbardziej utalentowaną młodzież na kontynencie, co i raz wybuchają afery pokazujące kompletny brak profesjonalnego podejścia związku do reprezentantek kraju. Przecież wcale nie tak dawno byliśmy świadkami serialu z Ignacio Queredą w roli głównej, ale sytuacja ta najwyraźniej nikogo nic nie nauczyła. A szkoda.
Wracając jednak do spraw szwedzkich, dzisiejszy mecz był zdecydowanie najpoważniejszym reprezentacyjnym testem w karierze Zeciry Musovic. 26-letnia golkiperka nie przeżywa bynajmniej w swojej drużynie klubowej gwiezdnego czasu, ale mając na uwadze kłopoty konkurentek, dość szybko stała się jak najbardziej realną alternatywą do regularnych występów w wyjściowej jedenastce kadry Petera Gerhardssona. Nic więc dziwnego, że każdemu zagraniu bramkarki ze Skanii przypatrywaliśmy się dziś ze szczególną uwagą i trzeba uczciwie przyznać, że ten surowy test wypadł ostatecznie mocno niejednoznacznie. Bo z jednej strony po przerwie Musovic dosłownie utrzymała nas w meczu efektownymi, choć nieco instynktownymi interwencjami w sytuacjach sam na sam z Albą Redondo oraz Esther Gonzalez, a na plus z pewnością należy zapisać jej także dwa pewne i skuteczne wybicia piłki po zawsze groźnych i dobrze celowanych strzałach z dystansu. Tyle tylko, że w pierwszej połowie golkiperka Chelsea pewnością absolutnie nie imponowała, a jej mało przekonująca gra na przedpolu i w powietrzu mogły nas kosztować bardzo drogo gdyby nie asekuracja Amandy Ilestedt i Magdaleny Eriksson. Paradoksalnie, mamy więc do czynienia z jedną z niewielu szwedzkich piłkarek (jeśli nie w ogóle jedyną), której nota za dzisiejszy występ z każdą upływającą minutą rosła. Bo przy sytuacji bramkowej Musovic była całkowicie bez szans i stracony gol żadną miarą nie obarcza jej konta.
Zwyciężczynią nie tylko dzisiejszego wieczora, ale i pierwszej połowy październikowego zgrupowania może za to ogłosić się Rebecka Blomqvist. Napastniczka Wolfsburga, która w swojej drużynie klubowej od początku sezonu uzbierała zaledwie nieco ponad trzydzieści minut gry, imponowała na treningach do tego stopnia, że selekcjoner znalazł dla niej miejsce w wyjściowej jedenastce. I był to wybór ze wszech miar trafiony! To właśnie Blomqvist otworzyła wynik spotkania, pięknie finalizując perfekcyjną, zespołową akcję w kwadracie z Sembrant, Rolfö oraz Asllani, ale nie była to bynajmniej jedyna sytuacja, w której hiszpańska defensywa miała spory problem z rozczytaniem i skutecznym powstrzymaniem piłkarki aktualnego mistrza Niemiec. Na duży plus możemy zapisać jej także doskonałą współpracę z Johanną Kaneryd, która szczególnie w początkowej fazie meczu bezkarnie hasała na prawym skrzydle, co i raz nękając swoimi przebojowymi rajdami nie do końca pewną i zdyscyplinowaną obronę gospodyń. I gdyby dzisiejszy mecz zakończył się na przykład po 25 minutach, to zarówno Blomqvist, jak i Kaneryd otrzymałyby za swój występ oceny bliskie perfekcji. A skoro jesteśmy już przy napastniczkach, to warto odnotować także naprawdę dobre, zadaniowe zmiany zarówno Stiny Blackstenius, jak i Liny Hurtig, które pojawiły się na placu gry w naprawdę trudnym fragmencie meczu i z powierzonych im zadań wywiązały się lepiej niż poprawnie. Szkoda jedynie, że żadnej z nich nie udało się lepiej wykończyć choćby jednego spośród wyprowadzonych w końcówce kontrataków, bo przecież naprawdę były realne szanse na to, aby powrotna podróż z Andaluzji upłynęła nam w jeszcze przyjemniejszych nastrojach.
Hanna Bennison to kolejny plus meczu, bo choć dziewiętnastolatce z Evertonu tu i ówdzie zdarzyła się na przykład niepotrzebna strata lub faul, to jednak całościowo był to prawdopodobnie jej najlepszy jak dotąd występ w reprezentacyjnych barwach. Z podobnego założenia wyszedł chyba także selekcjoner Gerhardsson, trzymając młodą piłkarkę na placu gry aż do 90. minuty. I słusznie, bo był to dzień, w którym to właśnie Bennison mogła popisać się zagraniem na wagę zwycięstwa. Prawdziwą piłkę meczową aż dwukrotnie miała jednak na głowie rezerwowa Julia Zigiotti, ale akurat gra w powietrzu nigdy nie była mocną stroną pomocniczki Brighton, więc trudno winić ją o to, że już w doliczonym czasie gry nie udało się zmusić Misy Rodriguez do większego wysiłku. Choć pewien niedosyt oczywiście pozostał, ale tak to już w tym naszym kochanym futbolu bywa.
Co do defensywy, to Gerhardsson raz jeszcze zdecydował się na grę przeciwko solidnemu rywalowi z trójką stoperek i plan ten zakończył się częściowym powodzeniem. Jedynego gola straciliśmy po stałym fragmencie, co teoretycznie nie powinno się nam przytrafić, ale był on akurat wypadkową błędów w przekazaniu krycia, indywidualnych umiejętności Hiszpanek oraz szczypty szczęścia, które w tej konkretnej sytuacji było po ich stronie. Zdecydowanie trudniejsze do wytłumaczenia będą już jednak zbyt często przegrywane pojedynki powietrzne, bo akurat w tym konkretnym elemencie Eriksson czy Sembrant powinny górować nad Gonzalez oraz nabiegającą z głębi pola Zornozą. A przecież nawet Albie Redondo zdarzyło się wygrać z naszymi stoperkami kluczową główkę. Nieco bardziej wyrozumiali będziemy natomiast przy ocenie neutralizacji zagrożenia ze skrzydeł, gdyż nie od dziś wiadomo, że jest to bardzo silny punkt programu w wykonaniu hiszpańskiej kadry. I tak, notująca kapitalny występ Athenea del Castillo kilka razy zakręciła naszymi wahadłowymi, ale na szczęście ani razu nie niosło to za sobą najpoważniejszych możliwych konsekwencji. Choć trzeba przyznać, że w sytuacji, w której ratował nas słupek, ani Musovic, ani żadna ze szwedzkich obrończyń nie zrobiłyby nic, aby zapobiec utracie gola. Z defensywnego tercetu na najlepszym procencie w najbardziej istotnych statystykach raz jeszcze zaprezentowała się Ilestedt, która w kilku newralgicznych momentach pokazała swoją przydatność pod obiema bramkami. I gdyby tylko jedno z jej przytomnych dograń udało się w końcówce nieco lepiej sfinalizować …
Dzisiejszym meczem już oficjalnie rozpoczęliśmy Misję Sydney. Zaczęła się ona właśnie w Kordobie, a gdzie i kiedy się zakończy – tego nie będziemy wiedzieć aż do sierpnia 2023. Ale jeśli dzisiejszy wieczór w jakikolwiek sposób miał zmienić ogólny nastrój panujący wokół kadry, to jest to niewątpliwie zmiana na lepsze. I warto zadbać o to, aby tą drogą kroczyć aż do samych finałów. A okazji na doskonałe przetestowanie swoich umiejętności przed najważniejszą imprezą czterolecia z pewnością nam nie zabraknie. Szkolne granie oficjalnie na jakiś czas mamy za sobą, a na horyzoncie już pojawia się wtorkowy mecz przeciwko Francji. A skoro tak, to do zobaczenia na Gamla Ullevi!


Tak prezentuje się w obrazku skład wszystkich grup tegorocznej Ligi Mistrzyń (Graf. UEFA)
Przed losowaniem fazy grupowej Ligi Mistrzyń doszliśmy do jakże trafnego wniosku, że oto Rosengård znalazł się w dokładnie identycznym położeniu, co Häcken przed kilkoma tygodniami. Zdecydowanie najwięcej emocji towarzyszyło bowiem kulkom znajdującym się w drugim koszyku, w którym to spotkały się Arsenal, Bayern, Slavia oraz PSG. Czyli w komplecie te same ekipy, z którymi potencjalnie w poprzedniej fazie rozgrywek mogła rywalizować ekipa wicemistrzyń Szwecji. Raz jeszcze głośno wyrażaliśmy nadzieję na czeski los, choć gdzieś w środku nie mieliśmy również nic przeciwko temu, aby ponownie skonfrontować siłę czołowego klubu Damallsvenskan na tle paryskiej potęgi. Ewentualne starcie z Arsenalem nęciło konfrontacją z duetem Stina Blackstenius – Lina Hurtig, a także – co chyba jeszcze bardziej pikantne – perspektywą powrotu do Skanii Jonasa Eidevalla. Manon Melis oraz Nadine Kessler postanowiły jednak oszczędzić nam takich emocji, przydzielając ostatecznie do naszej grupy D monachijski Bayern. I choć również będzie to starcie, do którego bez trudu można dorobić wspaniałą otoczkę, to chyba zgodzimy się co do tego, że mając na uwadze wszystkie względy, był to zdecydowani najmniej pożądany rywal z tego zestawu. Szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę kontuzję Hanny Glas.
Z pierwszego koszyka trafiła się Barcelona. Nie doczekamy się więc powrotu do Malmö Zeciry Musovic i Jeleny Cankovic, a defensorek Rosengård nie postraszy znów Sveindis Jane Jonsdottir. W zamian za to dostaniemy jednak możliwość obejrzenia na żywo prawdopodobnie najbardziej efektownie grającego zespołu w Europie, a z dużym prawdopodobieństwem możemy założyć, że w wyjściowej jedenastce Dumy Katalonii wybiegnie na murawę Fridolina Rolfö. Co więcej, starcie z dysponującym niemal zabójczą ofensywą rywalem może dać nam jasną odpowiedź co do rzeczywistej wartości formacji obronnej FCR. W meczach ligowych mamy sporo zastrzeżeń zarówno do postawy Teagan Micah, jak i trójki stoperek z Malmö, ale prawdą jest to, że większość przeciwniczek na krajowym podwórku nie zmusza ich do nadmiernego wysiłku, a na koniec dnia sytuacja punktowa w tabeli i tak się zgadza. W Lidze Mistrzyń poprzeczka będzie jednak wisiała zdecydowanie wyżej, a każdy błąd może okazać się niezwykle kosztowny w skutkach. A skoro tak, to już zacieramy ręce na myśl o jesiennej konfrontacji z doskonale naoliwioną, katalońską maszyną.
Grupę uzupełniła nam Benfica, o której wiemy znacznie więcej niż rok wcześniej, kiedy to mistrzyniom Portugalii przyszło na tym samym etapie rywalizować z Häcken. Wówczas zarówno w bezpośrednim dwumeczu, jak i w końcowej tabeli, minimalnie lepsze okazały się piłkarki z Lizbony i ani trochę nie zdziwimy się, jeśli ten scenariusz miałby się powtórzyć. Tegoroczny Rosengård nie wydaje się bowiem zespołem bardziej kompletnym od ubiegłorocznej ekipy z Hisingen, która miała w swoim składzie takie nazwiska jak Falk, Kullberg, Rubensson, Kaneryd, Gejl, Larsen, czy Blackstenius. Z drugiej jednak strony, szwedzko-portugalska para wydaje się na tyle wyrównana, że każdy wynik jest w tym zestawieniu absolutnie możliwy. A punkty zbierać warto, gdyż nasza przewaga nad ligą czeską w krajowym rankingu UEFA wynosi na chwilę obecną zaledwie 1.5 punktu. I choć na ten moment jest to dystans względnie bezpieczny, to jednak warto zadbać o to, aby przynajmniej w najbliższej przyszłości za bardzo się on nie zmniejszał. Bo mając na uwadze dalekosiężne plany UEFA, lokatę w czołowej szóstce jak najbardziej warto szanować.

Gol Pauliny Nyström mocno skomplikował ligową sytuację Kristianstad (Fot. Emma Wallskog)
Momenty 22. kolejki:
Ostatnia seria zmagań przed reprezentacyjną przerwą przyniosła nam namiastkę tego, to czeka nas już w listopadzie. Niedzielne popołudnie nie upłynęło nam wprawdzie pod znakiem klasycznej multiligi (nie wszystkie mecze rozpoczynały się o tej samej porze), ale natężenie futbolowych emocji i tak niezmiennie utrzymywało się zdecydowanie powyżej tegorocznej średniej. A najwięcej i najbardziej efektownie wcale nie działo się tam, gdzie oczekiwano hitu kolejki i być może kluczowego starcia w walce o pozycje medalowe. Na Linköping Arenie byliśmy bowiem świadkami starcia wyjątkowo jednostronnego, w którym to przyjezdne z Hisingen po mistrzowsku wypunktowały właściwie wszelkie deficyty w grze największej rewelacji tegorocznych rozgrywek. Fani LFC wciąż mogą się jednak pocieszać tym, że zawsze lepiej raz przegrać 1-5 niż pięć razy po 0-1, a wyszarpane w poprzednich tygodniach punkty cały czas utrzymują ekipę trenera Jeglertza w wyścigu o czołową trójkę. Co więcej, terminarz okazał się być na tyle łaskawy, że w Linköping będą mieli aż dwa tygodnie na wyciągnięcie z dzisiejszej porażki właściwych wniosków i odbudowanie niezbędnego na finiszu rozgrywek morale w klubowej szatni. A materiału do analizy będzie naprawdę sporo, bo Elin Rubensson do spółki z Filippą Curmark absolutnie zdominowały rywalizację w środku pola, a mocno odmłodzona defensywa Häcken na pierwsze zagrożenie pod bramką Jennifer Falk pozwoliła dopiero przy wyniku 0-4.
Zanim jednak na boiska wybiegły zespoły walczące o medale, w stolicy o bezcenne punkty rywalizowali za sobą dwaj tegoroczni beniaminkowie. I ich mecz naprawdę mógł się podobać, aczkolwiek z jednym istotnym zastrzeżeniem: gdyby jego stawką było utrzymanie w Elitettan. Jasne, emocje były, kontrowersje sędziowskie również, a Brommie prawie udał się nieprawdopodobny comeback, ale jednak pierwszoligowej piłki na Grimsta IP wiele nie uświadczyliśmy. A gdy pomyślimy sobie, że oba te zespoły mogą za rok znów rywalizować na boiskach Damallsvenskan, to … robi się jeszcze mniej miło. Oddajmy jednak zawodniczkom ze Småland, co im należne; raz jeszcze udało im się wyjść zwycięsko z potyczki z bezpośrednimi rywalkami z dołu tabeli, a Amanda Persson dzisiejszy dzień z pewnością zapamięta na długo. Nawiasem mówiąc, jeśli Kalmar doprowadzi do szczęśliwego końca misję utrzymanie, to będzie to chyba pierwszy w historii naszej dyscypliny przypadek, kiedy to degradacji z poważnej ligi (no, stosunkowo poważnej) uniknie drużyna grająca tak naprawdę bez bramkarki. Postawę Kariny Krok kolejny już raz najlepiej podsumować bowiem wymownym milczeniem, choć jej vis-a-vis w osobie Lovisy Koss po przeciwnej stronie boiska puszczała równie kuriozalne piłki. Zasady gry są jednak takie, że punkty ktoś tu zdobyć musiał i ostatecznie padło na Kalmar.
Komplet punktów zdobyły też liderki z Rosengård, zdecydowanie przybliżając się tym samym do obrony tytułu. Nie da się jednak ukryć, że w tym sezonie zespół z Malmö jest w dużym stopniu silny słabością całej ligi, bo skoro można kontynuować passę zwycięstw, bezkarnie tracąc po dwa gole na mecz, to nie jest to najlepszy prognostyk na jesień z Ligą Mistrzyń. Tak, czy inaczej, za dzisiejsze widowisko zdecydowanie bardziej niż ekipę Renée Slegers należy pochwalić ambitnie walczące zawodniczki z Örebro, bo gdyby nie dwa głupie (choć jak najbardziej słusznie podyktowane) rzuty karne, to kto wie, czy mistrz nie straciłby w Närke punktów. O ile jednak Rosengård ostatecznie się nie potknął, o tyle Kristianstad zaledwie zremisował z Eskilstuną na Tunavallen. Do przerwy podopieczne Elisabet Gunnarsdottir planowo prowadziły po akcji tych, co zawsze, ale piłkarki United ani myślały przedwcześnie godzić się z porażką. Dzięki temu mogliśmy obejrzeć żywy, wyrównany mecz, w którym to najpierw stan rywalizacji wyrównała Paulina Nyström, a następnie to gospodynie były bliższe tego, aby skutecznie powalczyć o pełną pulę. Szczęście było jednak tego dnia przy Kristianstad, gdyż Sara Wiinikka zdecydowała się nie używać gwizdka ani po ostrym wejściu Emmy Petrovic w Felicię Rogic, ani po kolizji Meliny Loeck z Mają Alvin. Skoro jesteśmy już przy remisach, to takim rezultatem zakończył się również mecz na LF Arenie, dzięki czemu Piteå wciąż pozostaje jedyną niepokonaną drużyną w rundzie jesiennej. I to jest doprawdy konkretny news!
Komplet wyników:

Przejściowa tabela:

Klasyfikacje indywidualne:






