Szwedki wśród wyróżnionych

47238d43-1f96-42d6-a9ef-3dd50a903c52

Magdalena Eriksson zyskała najwięcej głosów spośród szwedzkich piłkarek (Fot. SportsBeezer)

Na początek mała zagadka. Z czym kojarzy się kibicom piłki nożnej koniec roku? Ależ oczywiście, że z rankingami, plebiscytami i nagrodami. A ponieważ w ostatnich latach powstaje ich więcej niż teorii spiskowych na temat trwającej wciąż pandemii, to każdy znajdzie sobie takie zestawienie, którego wyniki akurat przypadną mu do gustu. A jeżeli takiego akurat na stanie nie będzie, to zawsze można zorganizować swój własny plebiscyt, wszak o rozrywkę w tym wszystkim tak naprawdę najbardziej chodzi. Już tradycyjnie, w drugiej połowie grudnia na stronie szwedzkapilka.com, znajdziecie tegoroczne zestawienie TOP-50, które podsumuje minione dwanaście miesięcy w wykonaniu szwedzkich piłkarek. Są jednak i tacy, którzy porywają się na plebiscyty o zasięgu zdecydowanie bardziej globalnym, a wśród nich niezwykle ciekawie wygląda głosowanie brytyjskiego Guardiana. Rich Laverty, twórca tego całego zamieszania, w tym roku zaprosił do zabawy niemal dziewięćdziesięcioosobowe jury, które zadecydowało, iż na tytuł najlepszej zawodniczki globu w roku 2021 zasłużyła sobie Alexia Putellas. Oprócz niej, w czołowej dziesiątce znalazło się jeszcze miejsce dla pięciu innych zawodniczek Barcelony (Caroline Hansen, Jennifer Hermoso, Irene Paredes, Lieke Martens, Aitana Bonmati), trzech przedstawicielek londyńskiej Chelsea (Samantha Kerr, Pernille Harder, Francesca Kirby) oraz jednej reprezentantki reszty świata (a przy okazji Arsenalu) w osobie Vivianne Miedemy. Nas jednak przede wszystkim interesuje to, jak w zestawieniu poradziły sobie reprezentantki Szwecji i trzeba jasno powiedzieć, że mamy w tym temacie naprawdę dobre wieści. Na liście znalazło się bowiem aż dziewięć (!) kadrowiczek Petera Gerhardssona i nawet jeśli niektóre z nominacji mogą zaskakiwać, a wpływ turnieju olimpijskiego oraz reputacji konkretnych nazwisk zrobił swoje, to i tak jest to wynik, z którego możemy i powinniśmy być dumni. A pełną listę wyróżnionych, szwedzkich piłkarek, wraz z krótkimi komentarzami oraz lokatami zajętymi przez nie w plebiscycie, znajdziecie oczywiście poniżej:

11. Magdalena Eriksson (Chelsea): W bardzo dużym uproszczeniu można powiedzieć, że gdyby kapituła Guardiana miała w tej kwestii decydujący głos, to Diamentowa Piłka trafiłaby w tym roku właśnie do kapitanki Chelsea. Czy słusznie? Z jednej strony nie da się ukryć, że za Eriksson jeszcze jeden niezwykle udany rok, a statystyki indywidualne niezmiennie plasują ją w ścisłej czołówce stoperek angielskiej FA WSL. Z drugiej jednak strony, dwa poprzednie sezony w jej wykonaniu były jeszcze bliższe perfekcji, a w tym roku konkurencja na krajowym podwórku też wydaje się jakby bardziej wyrównana. Pamiętajmy jednak, że z docenianiem piłkarek defensywnych w plebiscytach jest trochę jak z konkurencją par tanecznych w łyżwiarstwie figurowym, a nikt nie ma chyba wątpliwości, że przynajmniej raz (a pewnie i dwa) defensorka Chelsea jak najbardziej zasłużyła na to, aby znaleźć się w absolutnej, światowej topce. I nawet jeśli niekoniecznie był to akurat rok 2021, to docenienie klasy Eriksson przez świat – nawet jeśli minimalnie spóźnione – niezmiennie cieszy.

17. Stina Blackstenius (Häcken): Magia liczb działa jak widać na wyobraźnię nie tylko graczy gier liczbowych. Siedemnaście goli i dziesięć asyst na boiskach Damallsvenskan (pewne zwycięstwo w obu tych klasyfikacjach), a do tego ważne trafienia w kadrze i Pucharze Szwecji to wynik, którym napastniczka z Hisingen zamyka zdecydowanie najlepszy rok w swojej karierze. Wiele przemawia za tym, iż kolejny rozpocznie już w nowym klubie i niewątpliwie będzie to dla niej prawdziwa próba charakteru. Jeśli jednak jeszcze bardziej poprawi skuteczność i technikę (w obu tych segmentach wciąż są ogromne rezerwy), to za rok będziemy mogli wreszcie z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że niegdysiejsze cudowne dziecko szwedzkiej piłki wyrosło nam na gwiazdę światowych boisk.

24. Kosovare Asllani (Real): Stracony rok? Nie do końca, choć problemy wirusowo-kontuzyjne sprawiły, że niemal całą jesień musiała spisać na straty, a wcześniej także ze zdrowiem nie zawsze było wszystko w porządku. O jej niekwestionowanej klasie najlepiej świadczy jednak fakt, jak bardzo podniosła się jakość gry madryckiego Realu tuż po tym, gdy wróciła na boisko. Na niwie reprezentacyjnej również radziła sobie bardzo dobrze i choć z wiadomych przyczyn musiała opuścić wiele spotkań, to i tak została najlepszą asystentką kadry w roku 2021. To ostatnie wyróżnienie trafia zresztą w jej ręce regularnie, co dwanaście miesięcy, od początku kadencji Petera Gerhardssona.

33. Hanna Glas (Bayern): Amerykanie mówią na to breakthrough sesason! Zdecydowanie najlepsza prawa defensorka niemieckiej Bundesligi (głosowanie na swojej pozycji wygrała z rekordową przewagą!), a także jednak z głównych autorek sukcesu kadry na japońskich Igrzyskach. Prawdziwym popisem w jej wykonaniu był przede wszystkim lipcowy mecz przeciwko USA, za który zasłużyła na najwyższe możliwe noty. Jej historia jest najlepszym przykładem na to, że bariery są wyłącznie w naszych głowach, a każdą przeciwność losu można potraktować jako szansę. I jeśli młodzi adepci futbolu szukają godnej inspiracji, to warto w tym celu zerknąć na prawą flankę defensywy w zespole z Bawarii.

45. Fridolina Rolfö (Barcelona): Powiedzmy sobie szczerze: jeśli któraś Szwedka zasłużyła na to, aby w tym roku zakręcić się koło ścisłej czołówki, to była to właśnie zawodniczka Barcelony. Końcówkę przygody z Wolfsburgiem nieco storpedowały jej kontuzje, ale latem i jesienią dostaliśmy kolejny dowód na to, że jeśli tylko ze zdrowiem wszystko się zgadza, to Rolfö jest piłkarką, która bez trudu poradzi sobie w każdej drużynie świata. Igrzyska w Japonii to był jej turniej i to właśnie ona była największą – obok Ashley Lawrence i Vivianne Miedemy – gwiazdą najważniejszej w tym roku imprezy. Jesienią także ani myślała zwalniać tempa, a komplet punktów w eliminacyjnej kampanii do mundialu to w znacznym stopniu jej zasługa. Wejście do klubu z Katalonii? Równie imponujące i to pomimo faktu, iż w Barcelonie przyszło jej zapoznać się z nowymi, boiskowymi rolami; od wahadłowej po klasyczną dziewiątkę.

62. Sofia Jakobsson (Bayern): Jedno z dwóch największych zaskoczeń w zestawieniu. Wiosną w Madrycie byłą jedną z ważniejszych postaci w zespole wicemistrzyń Hiszpanii, choć nie błyszczała formą w takim stopniu, jak chociażby rok wcześniej. Po transferze do Bayernu nie było już jednak tak dobrze i w zespole z Bawarii przyszło pogodzić się jej z rolą rezerwowej (i to niekoniecznie takiej pierwszej do wejścia). W kadrze prezentowała się zazwyczaj solidnie, ale na tle koleżanek z formacji ofensywnej zabrakło jej zarówno konkretnych liczb, jak i boiskowych fajerwerków.

65. Hedvig Lindahl (Atletico): Drugie duże zaskoczenie w zestawieniu. W kadrze zagrała mniej więcej na zero; wybroniła to, co musiała, puściła to, co mogła. W finale olimpijskim potwierdziła, że dobrze radzi sobie w seriach rzutów karnych, ale na jej nieszczęście koleżanki z pola nie pozwoliły jej zostać bohaterką wieczoru w Jokohamie. W drużynie klubowej wiosną walczyła o miejsce w składzie z Pauline Peyraud-Magnin, a jesienią z Dolores Gallardo i żadnej z tych rywalizacji nie rozstrzygnęła jednoznacznie na swoją korzyść. W obecnych rozgrywkach wystąpiła w zaledwie pięciu meczach madryckiego Atletico, puszczając w nich dwa gole.

77. Caroline Seger (Rosengård): Tutaj naprawdę niełatwo o wyważoną, obiektywną ocenę, gdyż legenda szwedzkiej piłki ma za sobą niezwykle ciekawy rok. Na boiskach Damallsvenskan robiła swoje, choć gdyby zacząć mocniej analizować, to był to chyba jej najmniej spektakularny sezon od momentu powrotu do rodzimej ligi. Z bardzo dobrej strony pokazała się za to na Igrzyskach, a duet z Filippą Angeldal stał się synonimem może nie perfekcji, ale na pewno dużej solidności w środku pola. Jej obecność na liście może jednak mieć związek z jeszcze jednym wydarzeniem, które dokonało się przy okazji towarzyskiego starcia z Australią. Rekordowy, 215. występ w narodowych barwach (więcej meczów w reprezentacji nie zagrała dotąd żadna Europejka!) wyraźnie pokazuje, że mamy tu do czynienia z piłkarką wybitną. I w zasadzie tyle w temacie.

88. Lina Hurtig (Juventus): Wiosną byłą niczym bohaterka legendy, która zamieniała w złoto wszystko, czego dotknęła i gdyby zamykać ten ranking na przykład w kwietniu, to niewątpliwie znalazłaby się w nim zdecydowanie wyżej. Równie imponująca byłą w jej wykonaniu końcówka jesieni, którą podsumowała zresztą kapitalnym, zwycięskim trafieniem przeciwko Finlandii. Rok trwa jednak dwanaście miesięcy i pozostaje życzyć, aby w kolejnym zestawieniu nazwisko Hurtig było wspominane w kontekście równej, wysokiej dyspozycji przez cały ten okres. Bo co do tego, że tę piłkarkę na to stać, wątpliwości nie mamy absolutnie żadnych.

Jeszcze tylko Lyon i wakacje

contentmedium

Takim przykrym obrazkiem Hisingen pożegnało Ligę Mistrzyń. Na jak długo? (Fot. Bildbyrån)

Ostatni domowy mecz piłkarek Häcken w tegorocznej edycji Ligi Mistrzyń miał być dla wielu odpowiedzią na pytanie, czy poprzednie – zdecydowanie odbiegające od oczekiwań – występy powinniśmy traktować jako chwilową niedyspozycję, czy może jako symptomy nieco głębszego kryzysu. Potyczki z Bayernem wyczekiwaliśmy tym bardziej niecierpliwie, że miał być to również pierwszy test funkcjonowania drużyny pod wodzą nowego trenera Roberta Vilahamna, który na dwie kolejki przed końcem ligowych zmagań zastąpił na stanowisku Matsa Grena. Szkoleniowiec oraz jego sztab mieli niemal cztery tygodnie, aby przy pomocy treningów oraz gier towarzyskich odcisnąć na zespole znak jakości, ale czwartkowy wieczór przyniósł nam niezwykle bolesne zderzenie z futbolową rzeczywistością. I trudno nawet mieć pretensje, że część kibiców, którzy pomimo mocno niesprzyjającej aury szczelnie wypełnili trybuny Bravida Areny, zdecydowała się opuścić stadion na długo przed ostatnim gwizdkiem rumuńskiej sędzi. Bo o ile porażkę, szczególnie ze znacznie silniejszym rywalem, wybaczyć oczywiście trzeba, o tyle postawa zawodniczek z Hisingen w drugiej połowie z każdą upływającą minutą napełniała nas coraz większą frustracją. A przecież wcale nie musiało tak być, bo spotkanie zaczęło się dla nas naprawdę obiecująco …

Przez pierwszych trzydzieści minut mistrzyniom Niemiec ani razu nie udało się zmusić Jennifer Falk do poważniejszej interwencji, a nawet jeśli piłkarki Bayernu zapędzały się pod bramkę Häcken, to skutecznie i szczęśliwie radziła sobie z ich atakami szwedzka defensywa. Gospodynie nie ograniczały się jednak wyłącznie do obrony, dzięki czemu oglądaliśmy naprawdę intensywny, wyrównany mecz, a sporo zawodniczek w żółto-czarnych koszulkach naprawdę mogło się podobać. Skutecznymi interwencjami imponowała Luna Gevitz, szczelność drugiej linii gwarantowała Filippa Curmark, a Johanna Kaneryd raz za razem pokazywała próbki swoich technicznych umiejętności. Można było nawet zaryzykować stwierdzenie, że był to najlepszy fragment Häcken w obecnej edycji Ligi Mistrzyń (wyłączając może wyjazdowy mecz eliminacyjny z Vålerengą) i nie było żadnej niesprawiedliwości w tym, że to właśnie podopieczne trenera Vilahamna wyprowadziły pierwszy tego wieczora celny cios. Co więcej, dokonały tego po wspaniałej, zespołowej akcji, w której wzięła aktywny udział ponad połowa wyjściowej jedenastki, a kluczowe odegranie Stine Larsen do Stiny Blackstenius można spokojnie zakwalifikować do kategorii stadiony świata. Najlepsza snajperka Damallsvenskan stanęła zatem oko w oko z Janiną Leitzig i takiej okazji zmarnować po prostu nie mogła. Premierowy gol tej zawodniczki w fazie grupowej Ligi Mistrzyń stał się faktem, a my odruchowo spojrzeliśmy na znajdujący się nad sektorem gości zegar, aby upewnić się, jak wiele czasu dzieli nas od gwizdka kończącego pierwszą połowę.

Było to niespełna dziesięć minut, ale jak się miało za chwilę okazać, piłkarkom z Bawarii wystarczyło to nie tylko na odrobienie całych strat, ale nawet na wyjście na prowadzenie. Zabójcze dla Häcken okazały się dwa stałe fragmenty, czyli element gry, który tej jesieni był dla zawodniczek z Västergötland prawdziwą piętą achillesową. Jak zatem widać, miesiąc czasu na spokojne treningi nie wystarczył, aby podstawowe błędy wyeliminować i nawet jeśli zgodzimy się co do tego, że w obu wspomnianych sytuacjach przyjezdnym sprzyjało szczęście, to jednak od defensywy drużyny aspirującej do gry na topowym, europejskim poziomie musimy oczekiwać zdecydowanie więcej. I tylko szkoda w tym wszystkim Jennifer Falk, która w kapitalny, intuicyjny sposób odbiła futbolówkę po strzale Viggosdottir tylko po to, aby za chwilę wyciągać ją z siatki po dobitce Asseyi. Gol na 1-2, który padł w ostatniej akcji pierwszej połowy, był już wynikiem całkowitego zamieszania w polu karnym Häcken, a nieumiejętność wyekspediowania futbolówki gdziekolwiek przez Beatę Kollmats lub Hannę Wijk w najlepszy możliwy sposób wykorzystała Jovana Damnjanovic.

W pierwszych minutach po przerwie gospodynie spróbowały jeszcze ruszyć do przodu, w miejsce Lotty Ökvist na placu gry pojawiła się nieco bardziej ofensywnie usposobiona Anna Csiki, ale jedna kontra Bayernu skutecznie odebrała im resztkę chęci do gry. Atak mistrzyń Niemiec wzorowo zainicjowała Hanna Glas, z prawego skrzydła zacentrowała Klara Bühl, a całą zabawę zamknęła stojąca na wprost bramki Damnjanovic, która ewidentnie lubi trafiać w meczach przeciwko zespołom z Damallsvenskan. Od tego momentu grający przecież bez kilku podstawowych piłkarek Bayern przejął całkowitą kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami, a Häcken tuż po najlepszych dwóch kwadransach jesiennej przygody z Ligą Mistrzyń zaprezentował nam prawdopodobnie najgorszy moment w całej swojej pucharowej historii. A skoro tak, to nawet grające nie do końca na sto procent przedstawicielki Bundesligi musiały strzelać kolejne gole i już w 74. minucie dokonała tego Linda Dallmann, wykorzystując tak wspaniały prezent od Luny Gevitz, że mamy wielkie wątpliwości, czy reprezentantka Niemiec w tym roku otrzyma jeszcze od kogoś większy podarunek. Trafienie na 5-1 było natomiast wierną kopią trzeciego gola, z tą tylko różnicą, iż tym razem w rolach głównych wystąpiły rezerwowe dziś Rall i Beerensteyn, które w końcówce otrzymały od trenera Scheuera szansę krótkiego, meczowego rozruchu.

Po takiej porażce, jak wczorajsza, naprawdę trudno o jakiekolwiek pokłady optymizmu, a już za tydzień wicemistrzynie Szwecji czeka jeszcze przecież wyjazd na mało gościnny teren do Lyonu. Oczywiście, w futbolu teoretycznie wszystko jest możliwe, ale jednak mając na uwadze ostatnie wydarzenia jakoś trudno wyobrazić sobie, aby osłabione Häcken realnie postawiło się klubowi mocno pretendującemu do miana numeru jeden w Europie. Brak zwycięstwa na francuskiej ziemi oznaczać będzie dla podopiecznych trenera Vilahamna ostatnie miejsce w grupie i chyba do tego właśnie scenariusza powinniśmy się powoli przyzwyczajać. I sparafrazować popularny dowcip słowami: Jeszcze tylko lanie od Lyonu i wakacje. No, chyba że faktycznie czeka nas za kilka dni kolejny, zimowy cud …


09.12.2021.

Liga Mistrzyń 2021/22 – grupa D

BK Häcken 1-5 FC Bayern München

1-0 Blackstenius 36., 1-1 Asseyi 39., 1-2 Damnjanovic 45., 1-3 Damnjanovic 54., 1-4 Dallmann 74., 1-5 Beerensteyn 87.

Häcken: Falk – Wijk, Gevitz, Kollmats (68. Karlernäs), Ökvist (46. Csiki) – Rubensson, Curmark – Kaneryd, Larsen, Gejl (57. Mijatovic) – Blackstenius

Bayern: Leitzig – Glas, Viggosdottir, Kumagai (76. Hegering), Simon – Magull, Zadrazil – Asseyi (63. Rall), Dallmann (76. Vilhjalmsdottir), Damnjanovic (83. Beerensteyn) – Bühl (63. Jakobsson)


W drugim meczu grupy D Olympique Lyon pokonał na wyjeździe portugalską Benfikę Lizbona 5-0. W drużynie francuskiego potentata łupem bramkowym podzieliły się Ada Hegerberg (dwa gole), a także Wendie Renard, Griedge Mbock Bathy oraz Signe Bruun (po jednym trafieniu). Wynik ten oznacza, że Lyon zachował fotel lidera i wraz z Bayernem Monachium już zapewnił sobie awans do ćwierćfinału.

Daleka jest droga po puchar

contentmedium

W poprzedniej edycji Pucharu Szwecji najlepsze okazały się piłkarki z Hisingen (Fot. SvFF)

Choć od głośnej i budzącej wiele emocji reformy Pucharu Szwecji minęły zaledwie trzy lata, to nowy system rozgrywek bardzo szybko stał się nieodłącznym elementem naszego piłkarskiego krajobrazu. Podobnie zresztą jak fakt, iż pierwsza dekada grudnia to czas, w którym szesnastu uczestników fazy grupowej poznaje swoich kolejnych rywali na drodze ku upragnionemu trofeum. Nie inaczej było i w tym roku, a przed samą ceremonia znów podniosły się głosy sprzeciwu wobec geograficznych kryteriów, które rzeczywiście mają stosunkowo niewiele wspólnego z ideą fair play. Inna sprawa, że dzięki naprawdę sensacyjnym rozstrzygnięciom w rundach eliminacyjnych, w tym roku balans pomiędzy Północą i Południem wydaje się być zachwiany w zdecydowanie mniejszym stopniu niż miało to miejsce w latach poprzednich. Choć nie ma co ukrywać, że tradycyjnie głównych faworytek szukać będziemy w grupach oznaczonych cyferkami 1 oraz 2. Tam właśnie znajdują się broniące tytułu piłkarki Häcken, mistrzynie kraju z Rosengård, czy wreszcie zawsze groźny dla obu wymienionych wcześniej ekip Kristianstad. Nie jest jednak wykluczone, że to właśnie na wiosnę 2022, po raz pierwszy od czasu reformy, po puchar sięgnie któraś z drużyn z Północy, a wysokich aspiracji nie ukrywają chociażby stołeczne Hammarby i Djurgården. Jeśli jednak interesuje Was pełen skład wszystkich grup, to znajdziecie go poniżej:


Faza grupowa Pucharu Szwecji 2021-22:

Grupa 1: Rosengård, Linköping, Växjö, Alingsås. Tutaj w roli głównych faworytek wystąpią mistrzynie z Malmö, choć w Linköping mocno wierzą w to, że drużynę z Östergötland stać na pierwszy od czasu reformy awans do półfinału. Na korzyść podopiecznych trenerki Renée Slegers niewątpliwie działa jednak fakt, iż prawdopodobnie decydujący mecz między dwoma przedstawicielami Damallsvenskan zostanie rozegrany w stolicy Skanii. Zanim jednak do niego dojdzie, o niespodziankę w postaci postraszenia pierwszoligowych rywalek postarają się reprezentujące w tym gronie Elitettan ekipy Växjö i Alingsås.

Grupa 2: Häcken, Kristianstad, Örebro, Jitex. Obrończynie tytułu wylosowały bardzo niewdzięczną grupę. Bo nawet jeśli Kristianstad może nie mieć takiej siły rażenia jak przed rokiem, a Örebro zazwyczaj wolno wchodzi w sezon, to łatwych punktów w Hisingen spodziewać się absolutnie nie powinni. Innego typu wyzwaniem będą dla ekipy Roberta Vilahamna derby z występującym o klasę niżej Jitexem. Ostatnie poważne starcie tych drużyn zakończyło się bowiem dwucyfrowym wynikiem, co na pewno będzie stanowiło dla piłkarek z Möldnal sporą motywację.

Grupa 3: Eskilstuna, Djurgården, Piteå, Mallbacken. Zapowiada się nam wyścig trzech koni, z których każdy posiada wystarczającą liczbę argumentów, aby zakończyć go zwycięsko. Kto wie, czy potencjalny faworyt pierwszej z Północnych grup nie wyklaruje się nam dopiero podczas zimowego okienka transferowego, gdyż na ten moment siła rażenia wszystkich wylosowanych tu pierwszoligowców zdaje się być jak najbardziej zbliżona. Czwartym uczestnikiem pucharowej zabawy będzie w tym gronie występujący na zapleczu Damallsvenskan klub z Sunne, który faworytem do awansu nie będzie, ale jedną lub dwie niespodzianki sprawić jak najbardziej może.

Grupa 4: Hammarby, Umeå, Bromma, Bollstanäs. Dla zielono-białej części Sztokholmu losowanie fazy grupowej nie mogło potoczyć się lepiej. Dwójka beniaminków Damallsvenskan to rywale jak najbardziej w zasięgu rewelacyjnej armady Pabla Pinonesa-Arce, choć oczywiście w starciach z Umeå czy Brommą od pierwszej do ostatniej minuty trzeba będzie mieć się na baczności, bo szczególnie piłkarki z Västerbotten są bardzo chętne do sprawienia kolejnej pucharowej niespodzianki. Stawkę zmagań uzupełnia w tej grupie Bollstanäs będący jedynym uczestnikiem fazy grupowej występującym poza szczeblem centralnym. Czy trzecioligowiec zdoła wywalczyć w starciach z wyżej notowanymi rywalami jakiś punkt?

Pierwsze mecze fazy grupowej zostaną rozegrane 26. lutego 2022, a skład półfinałów poznamy 13. marca, tuż po zakończeniu trzeciej kolejki grupowych zmagań.

Niezwyciężone!

222569612_219872946805051_6456570475958598840_n

Fridolina Rolfö stała się niekwestionowaną liderką kadry Petera Gerhardssona (Fot. Getty Images)

Nie ma sensu ukrywać, że są takie teksty, które pisze się po prostu z wielką przyjemnością. I podsumowanie roku 2021 w wykonaniu piłkarskiej reprezentacji Szwecji z całą pewnością się do nich zalicza. Ostatnich dwanaście miesięcy w wykonaniu kadry Petera Gerhardssona przypominało bowiem niekończący się, cudowny sen, z którego to najchętniej nigdy nie chcielibyśmy się budzić. I nawet jeśli gdzieś pośrodku na krotką chwilę pojawiły się łzy, to żadną miarą nie mogą nam one przesłonić wspaniałego, namalowanego przez szwedzkie piłkarki na stadionach całego świata obrazka. I jeśli dwa lata temu, mniej więcej o tej samej porze zastanawialiśmy się, czy rok 2019 był najlepszym w historii szwedzkiego futbolu w wydaniu reprezentacyjnym, to dziś z całą mocą możemy powiedzieć, że nie. A to dlatego, że rok 2021 wyprzedził go przynajmniej o kilka długości i już chyba na zawsze stał się synonimem ogromnego sukcesu, który w teorii nie miał przecież prawa się wydarzyć.

Jasne, przywiezione z dwóch kolejnych imprez mistrzowskich medale nie są może sensacją na miarę tytułu mistrzowskiego dla Piteå, ale patrząc zupełnie na spokojnie, szwedzka kadra dokonała czegoś wyraźnie ponad stan. Drużyna oparta o zawodniczki z mocno ignorowanej przez cały europejski mainstream Damallsvenskan raz jeszcze stanęła na podium wielkiej imprezy, grając przy tym tak piękny futbol, że chyba nawet sami, w tych najbardziej optymistycznych prognozach, nie przewidywaliśmy takiego scenariusza. Ktoś może oczywiście nie bez racji zauważyć, że na japońskich Igrzyskach połowę kadrowiczek stanowiły przecież piłkarki z lig zagranicznych i jest to jak najbardziej słuszna uwaga. Tyle tylko, że poza Magdaleną Eriksson z Chelsea oraz Hanną Glas z Bayernu, o żadnej ze szwedzkich kadrowiczek nie da się powiedzieć, że jest w swojej drużynie klubowej postacią numer jeden. Co więcej, wiele z nich (Lindahl, Musovic, Andersson, Jakobsson, Blomqvist żeby wymienić tylko kilka nazwisk), w ogóle miewa problemy z regularnymi występami, a Linda Sembrant czy Kosovare Asllani ostatnimi czasy więcej minut spędzają w gabinetach lekarskich niż na murawie. Gdy jednak przychodzi do międzynarodowego grania, to wszystko jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle przestaje mieć znaczenie. I jeśli za coś można kadrę Petera Gerhardssona pokochać, to między innymi za to, iż zespół bez gwiazd pokroju Pii Sundhage, Leny Videkull, Hanny Ljungberg, czy Lotty Schelin wykręca wyniki wyraźnie wykraczające ponad jego potencjał. I tak, jak kiedyś zastanawialiśmy się dlaczego niektóre zawodniczki nijak nie potrafią przełożyć dobrej dyspozycji w klubie na mecze kadry, tak teraz z podobnymi dylematami zmagają się trenerzy klubowi. Z perspektywy sympatyka niebiesko-żółtej reprezentacji jest to niewątpliwie przyjemna zmiana.

Przejdźmy jednak powoli do konkretów w postaci liczb, które zresztą przedstawiają się w tym roku nadzwyczaj imponująco. Podczas ostatnich dwunastu miesięcy kadra Petera Gerhardssona rozegrała 18 meczów, spośród których 15 zakończyło się jej zwycięstwem, 3 remisem, a porażek w ogóle nie odnotowaliśmy. Stosunek bramek? 42-9 na plus. Mając przed sobą zestaw tegorocznych rywalek, możemy chyba tylko w tym momencie pokiwać z uznaniem głową. Co ciekawe, jedynie reprezentacje Polski i Australii potrafiły podczas jednego meczu dwukrotnie pokonać szwedzką bramkarkę, ale gdy spojrzymy na nazwiska piłkarek, które tego dokonały (odpowiednio Ewa Pajor oraz Samantha Kerr), to nie jest to absolutnie powód do wstydu. Oprócz wspomnianej dwójki, do naszej siatki trafiały inne wielkie nazwiska, jak chociażby Megan Rapinoe, Jessie Fleming, czy Mina Tanaka, legenda boisk Damallsvenskan Linda Sällström, a także stoperka Frankfurtu Virginia Kirchberger. Po stronie zysków zdecydowanie najmocniej zapisał się natomiast tercet Fridolina Rolfö (9 goli), Stina Blackstenius (8 goli) oraz Lina Hurtig (7 goli). Łatwo obliczyć, że wspomniana trójka była bezpośrednio odpowiedzialna za ponad połowę szwedzkich bramek w minionym roku, a kolejna na liście Caroline Seger zapisała na swoim koncie dokładnie trzy trafienia. Zdecydowanie bardziej równomiernie rozłożyły się za to asysty i tutaj czołówka wewnętrznej klasyfikacji jest zdecydowanie bardziej spłaszczona. Na jej szczycie znajduje się trio Kosovare AsllaniSofia JakobssonOlivia Schough (po 4 asysty), a tuż za ich plecami znajdziemy Filippę Angeldal oraz Fridolinę Rolfö (po 3 asysty).


Reprezentacyjne NAJ – kolekcja 2021:

Najlepszy mecz: Szwecja – USA 3-0. Mecz otwarcia japońskich Igrzysk, a po drugiej stronie aktualne mistrzynie świata i niekwestionowane liderki rankingu FIFA. Czy można było wyobrazić sobie trudniejszą inaugurację turnieju? Zdecydowanie nie, ale to wszystko sprawia, że końcowe zwycięstwo smakowało wybornie jak nigdy! Ale co tam zwycięstwo, przecież w historii kilka meczów przeciwko USA udawało się nam już wygrać. Nigdy wcześniej przeciwko temu rywalowi nie zagraliśmy jednak TAKIEGO meczu. A można pójść przecież jeszcze dalej i stwierdzić, że w całej swojej historii Amerykanki nie rozegrały meczu, w którym byłyby aż tak bezradne i zdominowane. No, może do tego miana kandydować mogłaby pamiętna potyczka z Brazylią na MŚ 2007, ale wtedy całemu światu objawiał się właśnie talent legendarnej Marty. A na boisku w Tokio mieliśmy popis kapitalnej gry zespołowej, na którą podopieczne trenera Andonovskiego nijak nie potrafiły znaleźć odpowiedzi. A wynik 3-0, jakkolwiek surrealistycznie to brzmi, był dla Amerykanek najniższym wymiarem kary. Nic więc dziwnego, że nawet osoby będące ze szwedzką kadrą od połowy lat osiemdziesiątych minionego wieku, jednogłośnie uznały ten mecz za najlepszy w historii szwedzkiej piłki reprezentacyjnej. I trudno z tą opinią jakkolwiek polemizować.

Najgorszy mecz: Słowacja – Szwecja 0-1. Początki nowych rozdziałów pisze się zazwyczaj trudno i jak widać prawidła te funkcjonują nie tylko w literaturze. Pierwszy mecz australijsko-nowozelandzkiej, eliminacyjnej kampanii przyszło nam rozegrać w słowackim Senecu i choć spotkanie to zaczęło się od gola Fridoliny Rolfö, to były to jedynie dobre złego początki. Z każdą upływającą minutą coraz trudniej było dostrzec w szwedzkich piłkarkach zespół, który w poprzednich kwalifikacjach zaaplikował Słowaczkom trzynaście bramek, a gdy po przerwie rywalki coraz śmielej zaczęły dochodzić do głosu, zrobiło się już zupełnie nieciekawie. I choć koniec końców skromne prowadzenie udało się dowieźć do końcowego gwizdka, to był to występ zdecydowanie poniżej oczekiwań, o którym jak najszybciej powinniśmy po prostu zapomnieć.

Najładniejszy gol: Lina Hurtig (na 2-1 z Finlandią). Stratą punktów pachniało zresztą nie tylko w Senecu, ale i w Göteborgu, gdzie pod koniec listopada zawitała reprezentacja Finlandii. Raz jeszcze strzelanie rozpoczęła Rolfö, chwilę później skutecznie odpowiedziała Sällström i długo zanosiło się na to, że nordyckie derby zakończą się remisem. W 79. minucie obudziła się jednak Angeldal, która dorzuciła niemal idealną piłkę na przedpole bramki Korpeli, a tam nieoczekiwanie dla fińskiej defensywy znalazła się Lina Hurtig i uderzając na wślizgu zapewniła swojemu zespołowi bezcenne zwycięstwo.

Piłkarka roku: Fridolina Rolfö. Gdyby nie kontuzje, to zapewne już wiele razy jej nazwisko pojawiłoby się właśnie w tej rubryce. Rok 2021, a szczególnie jego pierwsza połowa, także nie były dla niej czasem bez zmartwień i trosk, ale im dalej w rok, tym bardziej optymistyczne były kolejne wieści. Najlepsza piłkarka japońskich Igrzysk, liderka kadry w jesiennych eliminacjach mundialu, liderka wewnętrznych klasyfikacji strzelczyń i punktowej – to wszystko dobitnie świadczy, że ostatnie miesiące należały właśnie do niej. I jeśli któraś Szwedka zasłużyła na to, aby pretendować w tym roku do największych, światowych laurów, to bez wątpienia jest to właśnie piłkarka, która latem zamieniła niemiecką Bundesligę na cieplejsze, katalońskie klimaty. Pozostaje jednak życzyć, aby w Barcelonie niezmiennie dopisywało jej zdrowie, bo wydaje się, że z pozostałymi problemami poradzi sobie sama.

Rozczarowanie roku: jesienna stagnacja. Fajnie odbiera się medale i zaszczyty, ale jeszcze trudniej się na tym szczycie utrzymać. Kosovare Asllani zwykła mawiać, że wczorajsze zwycięstwa nie dadzą nam jutro medali i jesienią jej słowa dźwięczały nam w uszach nadzwyczaj często. Tym bardziej, że po raz pierwszy za kadencji Gerhardssona lampek alarmowych wokół kadry zaczynało się świecić zdecydowanie zbyt wiele. Co gorsza, światło większości z nich widzieli tylko nieliczni, a mówiąc nieco bardziej konkretnie ci, którzy nie dali się na długo oślepić blaskiem tokijskiego srebra. Doskonale pamiętamy czasy, w których szwedzka kadra stała się zamkniętym kręgiem, którego progi przekroczyć mogły jedynie posiadaczki kart stałego klienta. Nie trzeba nam przypominać, jak duszno zaczęło się wówczas robić wokół reprezentacji. Powrotu tych czasów bardzo byśmy nie chcieli, ale jednak każde kolejne jesienne powołania przekonywały nas, że znów zaczynamy powoli dryfować w tym kierunku. Wciąż jednak jest jeszcze czas, aby przestawić ster i na powrót obrać właściwy kurs. Peterze i drogi sztabie, skorzystajcie proszę z tej szansy!

Największa wygrana: Filippa Angeldal. Pod nieobecność Elin Rubensson oraz Nathalie Björn w szwedzkiej drugiej linii powstała znacząca wyrwa. Bardzo szybko lukę tę wypełniła zawodniczka, która jeszcze nie tak dawno wydawała się mocną kandydatką do miana kolejnego niespełnionego talentu z Damallsvenskan. Progres, jaki piłkarka ta zrobiła przede wszystkim pod względem motorycznym, nie mógł jednak pozostać niezauważony, a Angeldal dziś w niczym nie przypomina piłkarki z czasów AIK. A że poprawa parametrów fizycznych poszła w parze z rozwojem techniczno-taktycznym, to w tym roku zobaczyliśmy wreszcie w akcji produkt kompletny, który okazał się być produktem klasy reprezentacyjnej. I ani trochę nie dziwimy się, że Angeldal jesienią szturmem wywalczyła sobie miejsce w wyjściowej jedenastce Manchesteru City. Historia tej piłkarki może być ponadto inspiracją dla wielu młodych adeptek futbolu, bo pokazuje jak wspaniałe efekty może przynieść połączenie talentu i nieustannej pracy nad sobą.

Najbardziej niedoceniana: Jennifer Falk. W tej kategorii mogłaby rywalizować o prymat z Hanną Glas, ale jednak defensorka Bayernu była na swojej pozycji doceniona zdecydowanie bardziej. A golkiperka Häcken wciąż nie została w hierarchii selekcjonera numerem jeden, choć zarówno postawą w klubie, jak i w reprezentacji dała mnóstwo powodów, aby tym pierwszym wyborem być. Po stronie plusów zapisujemy przede wszystkim kwietniowy mecz przeciwko USA, który był dla niej swoistym egzaminem piłkarskiej dojrzałości, a jej wymiana zdań z blokiem defensywnym tuż przed rzutem karnym dla rywalek stała się niejako symbolem gotowości Falk do gry na najwyższym poziomie. Bezbłędnie zaprezentowała się także w meczach z Nową Zelandią oraz Słowacją, które z bramkarskiej perspektywy okazały się zdecydowanie trudniejsze niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. A wszystko wskazuje na to, że najlepsze lata kariery wciąż przed nią.

Nagroda specjalna: ranking FIFA. Brzmi to może dość oryginalnie, bo przecież jak można nagrodzić ranking? Z drugiej jednak strony, jest to najlepszy sposób, aby uhonorować fakt, iż kadra Petera Gerhardssona zamknęła rok na najwyższej w historii lokacie w klasyfikacji FIFA. A ta, jak doskonale wiemy, jest jedną z bardzo niewielu rzeczy, które się piłkarskiej centrali akurat udały. Na to osiągnięcie składa się przede wszystkim niemal bezbłędny występ na japońskich Igrzyskach, kiedy to passę pięciu kolejnych zwycięstw przerwał nam dopiero remis w wielkim finale. Wynik ten ma znaczenie nie tylko prestiżowe, ale i … całkiem praktyczne. Jeśli bowiem do wiosny 2023 uda nam się zachować lokatę w czołowej szóstce, to podczas losowania grup finałów MŚ 2023 reprezentacja Szwecji znajdzie się w pierwszym koszyku, co w tym wieku nie zdarzyło się jeszcze nigdy.

Zwycięskie pożegnanie roku

contentmedium

Piąty mecz, piąte zwycięstwo – szwedzka kadra wciąż niepokonana w el. MŚ (Fot. Bildbyrån)

Ten mecz był niemal idealnym podsumowaniem jesieni w wykonaniu kadry Petera Gerhardssona. Z jednej strony znów nie obejrzeliśmy bowiem wielkiego futbolu, a z drugiej – piąte kolejne zwycięstwo w eliminacyjnej kampanii sprawiło, że wyjazd na mundial w Australii i Nowej Zelandii wydaje się być dosłownie na wyciągnięcie ręki. Co więcej, uniknięcie poważnych potknięć w starciach ze znacznie niżej notowanymi rywalami sprawiło, że szwedzka reprezentacja zakończy obecny rok jako wicelider rankingu FIFA i nie ma co ukrywać, że jest to osiągnięcie absolutnie historyczne.  Na szczegółowe podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy przyjdzie jednak czas za kilka dni, a póki co skupmy się na tym, co kilkanaście godzin temu wydarzyło się na stadionie w Malmö.

Początek meczu nie przyniósł nam w zasadzie żadnych emocji i choć to szwedzkie piłkarki starały się narzucić rywalkom własne warunki, to konkretów było z tego bardzo niewiele. Wystarczyła jednak zaledwie jedna bramkowa okazja, aby podopieczne trenera Gerhardssona otworzyły wynik spotkania. Mówiąc bardziej konkretnie, dokonała tego Lina Hurtig, która niczym urodzona lisica pola karnego wykorzystała dobre, choć nieco przypadkowe dogranie Johanny Kaneryd. Dla piłkarki Juventusu był to szesnasty gol w narodowych barwach i kolejne potwierdzenie tezy, że sprawdzenie jej na dziewiątce było naprawdę udanym pomysłem szwedzkiego selekcjonera. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ już zmianie, choć blisko pokonania słowackiej golkiperki była chociażby Olivia Schough. Skrzydłowej Rosengård do pełni szczęścia zabrakło jednak centymetrów, a szkoda, bo gol strzelony w wyniku chyba najbardziej ikonicznego zagrania tej piłkarki byłby wspaniałym podsumowaniem zdecydowanie najlepszego sezonu w jej karierze. Swojego szczęścia w tej fazie meczu próbowały szukać także Słowaczki, którym raz udało się nawet uderzyć w światło bramki strzeżonej przez Hedvig Lindahl. Nie da się jednak ukryć, że tym razem rywalki nie sprawiały nam aż takiego zagrożenia jak chociażby przed dwoma miesiącami w Senecu, a większość ich ofensywnych prób udawało się skutecznie zneutralizować jeszcze w stosunkowo bezpiecznej strefie boiska.

Druga połowa to jeszcze większa szwedzka dominacja i ponownie szkoda, że nie udało się podkreślić jej nieco bardziej spektakularną zdobyczą bramkową. Niejako na pocieszenie fani ze stolicy Skanii obejrzeli jednak dwa efektowne gole, choć w przypadku pierwszego z nich Fridolina Rolfö powinna napisać list dziękczynny do słowackiej bramkarki Marii Korenciovej. Strzał zawodniczki Barcelony był oczywiście najwyższej próby, ale gdyby golkiperka Milanu nie była aż tak fatalnie ustawiona, to uderzona przez szwedzką pomocniczkę futbolówka nie miałaby prawa znaleźć drogi do siatki. Trafienie na 3-0 było za to ukłonem w kierunku tych, którzy ostatnimi czasy zaczęli coraz głośniej narzekać na skuteczność przy stałych fragmentach gry. Do tego rozegrania przyczepić się jednak żadną miarą nie sposób; Jonna Andersson zagrała krótko z Filippą Angeldal, piłkarka Manchesteru City dośrodkowała w słowackie pole bramkowe, a tam najwyżej wyskoczyła Amanda Ilestedt i uderzyła tak precyzyjnie, że tym razem żadna bramkarka raczej by tego strzału nie zatrzymała. Jako się rzekło, szwedzkie zwycięstwo mogło być jeszcze bardziej okazałe, ale w ostatniej fazie meczu brakowało nam albo skuteczności, albo szczęścia, jak w sytuacji kiedy to Fischerova ewidentnie faulowała we własnej szesnastce Linę Hurtig.

Listopadowe zgrupowanie kończymy zatem bez strat zarówno punktowych, jak i kartkowo-zdrowotnych i to jest chyba zdecydowanie najlepsza informacja na środowy poranek. Kadrę Petera Gerhardssona w akcji ujrzymy ponownie dopiero w połowie lutego i pozostaje mieć nadzieję, że czas pozostały do następnych powołań zostanie przepracowany w sposób należyty. Bo nawet jeśli w tej chwili cieszymy się z historycznych osiągnięć i przedłużającej się passy meczów bez porażki, to we współczesnym futbolu zmiany zachodzą niezwykle szybko, a pewnych sygnałów ostrzegawczych nie można bagatelizować. Rok 2021 pozostaje nam zatem pożegnać z nadzieją, że – paradoksalnie – nie będziemy do niego zbyt długo wracać wspomnieniami. Byłoby to bowiem równoznaczne z tym, że szwedzka kadra wciąż będzie dawać nam powody do radości i dumy. A czy tak się stanie? Pozostaje zaufać selekcjonerowi oraz sztabowi, który już niejednokrotnie udowodnił, że na to zaufanie zasługuje. Najbliższe miesiące zupełnie nieoczekiwanie mogą jednak okazać się dla wszystkich zainteresowanych okresem najcięższej próby.