Lizanie ukraińskich ran

Fotboll, Dam, Sverige, TrŠning

Peter Gerhardsson ma nad czym się zastanawiać (Fot. SvFF)

Ta niespodziewana porażka zmniejszyła nasze szanse na awans o więcej niż połowę – tak wyglądały najbardziej łagodne komentarze szwedzkich mediów po wtorkowej klęsce we Lwowie. Wystarczyło zaledwie dziewięćdziesiąt minut, aby wizje roztaczane przed kadrą Petera Gerhardssona zmieniły się o sto osiemdziesiąt stopni. Wzniecone we wrześniu ubiegłego roku w deszczowym Varazdinie i podsycane każdym kolejnym udanym występem coraz bardziej pozytywne emocje, nagle i całkowicie niespodziewanie ustąpiły miejsca smutkowi i rozczarowaniu. Na taki obrót spraw nie był przygotowany absolutnie nikt, co zdecydowanie nie poprawia sytuacji. Wprawdzie w zapowiedzi czerwcowego dwumeczu sam podkreślałem, że ewentualne potknięcie z Chorwacją lub Ukrainą będzie bolało bardziej niż wiele teoretycznie znacznie bardziej prestiżowych porażek z minionych lat, ale przyznaję, że również nie przewidywałem scenariusza, w którym przyjdzie mi poznać smak tego bólu.

Gdyby nie Hedvig Lindahl, ten mecz skończyłby się jeszcze gorzej – zauważają z goryczą niektórzy publicyści. Tak, to prawda i jest to niewątpliwie jeszcze jedna mało przyjemna konstatacja. Starcia we Lwowie nie wygrała drużyna, której wyszedł jeden przypadkowy strzał. Starcie we Lwowie wygrała drużyna tego dnia lepsza, mająca pomysł na grę i potrafiąca go zrealizować. Gdyby nie trzy kapitalne interwencje Lindahl, Ukrainki zwyciężyłyby we wtorek zdecydowanie wyżej i też nie mielibyśmy prawa na ten wynik narzekać. Prawdą jest, że w pierwszych minutach po końcowym gwizdku trudniej byłoby się pogodzić z porażką pechową, poniesioną na skutek braku skuteczności oraz sprzyjającego rywalkom szczęścia, ale z perspektywy dwóch dni po meczu oddałbym bardzo wiele, aby lwowskie fiasko wspominać jako festiwal nieskuteczności, a nie festiwal bezradności szwedzkich piłkarek.

Dania jest faworytem tej grupy – to akurat moje własne słowa, wypowiedziane tuż po losowaniu grup eliminacyjnych. Tak właśnie szacowałem siłę poszczególnych zespołów nieco ponad rok temu, a finały EURO 2017, podczas których Dunki pokazały się z naprawdę dobrej strony, tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Później jednak nastał październik, a wraz z nim nieprawdopodobny zwrot akcji, w wyniku którego Pernille Harder i spółka podały nam na talerzu może nie bilety do Francji, ale rolę zdecydowanego lidera w walce o przepustki na najważniejszą imprezę czterolecia. Decyzji podjętej przez duńskie piłkarki nie oceniałem wówczas i nie zrobię tego również teraz, ale z czysto sportowego punktu widzenia sytuacja wyglądała tak, że wystarczyło jedynie pokonać Chorwację, Ukrainę i Węgry, aby na decydujący mecz do Viborga jechać z trzypunktową przewagą nad najgroźniejszym grupowym rywalem. Niestety, drogę na mundial mocno wydłużyła nam akcja zapoczątkowana przez zawodniczkę Żytłobudu Charków, a wykończona przez piłkarkę, która najlepsze sezony w swojej karierze rozgrywała dekadę temu. Boli? Bardzo.

Bezwzględnie musimy wygrać rewanż z Ukrainą – powiedział na pomeczowej konferencji Peter Gerhardsson, który zauważył, że w kwestii awansu na francuski mundial szwedzka kadra wciąż zależna jest wyłącznie od siebie. Jasne, po takim gongu trudno silić się na optymizm, ale nie zapominajmy, że do końca eliminacji pozostały nam jeszcze dwa mecze i jeśli zdobędziemy w nich przynajmniej cztery punkty (bez względu na to w jakiej konfiguracji), na czerwiec 2019 wcale nie będziemy planować urlopów. Prawdą jest, że ostatni pojedynek zarówno z Ukrainą, jak i z Danią zakończył się dla szwedzkich piłkarek poniesioną w naprawdę marnym stylu porażką, ale kto powiedział, że na przełomie sierpnia i września musi być podobnie? Między słupkami wciąż mamy jedną z najlepszych bramkarek świata, przez nią biega kapitanka Wolfsburga, kapitanka Montpellier oraz duet z Chelsea, za zdobywanie goli odpowiedzialne są między innymi podstawowa zawodniczka monachijskiego Bayernu oraz napastniczka uważana za jeden z największych talentów w Europie. Tak, we Lwowie nic (poza bramkarką) nie funkcjonowało na właściwym dla siebie poziomie, ale w Göteborgu oraz w Viborgu obejrzymy już zupełnie inne mecze, zakończone zupełnie innymi wynikami. Jakimi? Tego nie jestem w stanie przewidzieć, ale na pewno takimi, które dadzą ten upragniony awans. Z tezą, że mundial bez Szwecji nie byłby taki sam, na pewno zgodziliby się wszyscy futbolowi romantycy, ale wiem, że są i tacy, którzy z zaciekawieniem obejrzeliby mistrzostwa bez udziału szwedzkich piłkarek. Nie mam oczywiście o to żadnych pretensji (sam zastanawiam się czasami, jak wyglądałby turniej finałowy na przykład bez Niemek), ale równocześnie mam dla nich złą wiadomość. We Francji w przyszłym roku organizują całkiem grubą imprezę i zamierzamy się na nią wprosić!

Nie tak miało być …

1616161616161206-1-min

Radość ukraińskich piłkarek po końcowym gwizdku (Fot. galinfo)

Mecz we Lwowie miał być zupełnie inny od czwartkowej potyczki z Chorwacją. Tyle wiedzieliśmy już przed pierwszym gwizdkiem Słowaczki Petry Pavlikovej. Nikt chyba jednak nie przypuszczał, że będzie on aż tak diametralnie inny.

Ze względu na popołudniową ulewę, spotkanie na niezwykle efektownej Arenie Lwów rozpoczęło się z trzydziestominutowym opóźnieniem, które ewidentnie nie podziałało na korzyść drużyny Petera Gerhardssona. Grająca w niemal identycznym składzie jak w zwycięskim meczu przeciwko Chorwacji (jedyną zmianą było zastąpienie chorej Hanny Glas Anną Oskarsson) reprezentacja Szwecji w ogóle nie potrafiła znaleźć swojego rytmu, a wolne i schematyczne próby zawiązania ataków pozycyjnych były najczęściej błyskawicznie rozbijane przez bojowo usposobione Ukrainki. Podrażnione wysoką porażką z Danią podopieczne Wołodymira Rewy nie zamierzały jednak ograniczać się wyłącznie do obrony własnego przedpola i już w pierwszym kwadransie wysłały w kierunku Szwedek bardzo poważne ostrzeżenie. Na szczęście dla nas, z bardzo nieprzyjemnym strzałem Olgi Owdijczuk poradziła sobie Hedvig Lindahl, ale ta sytuacja była zapowiedzią tego, że o wywiezienie jakichkolwiek punktów ze Lwowa wcale nie będzie łatwo.

Statystyka posiadania piłki była wprawdzie korzystna dla zespołu Petera Gerhardssona, ale tym razem wynikało z tego naprawdę niewiele. Ze zdwojoną mocą wróciły demony z przeszłości, kiedy to szwedzką ofensywę cechowały przede wszystkim bezradność i frustracja. Dziś było dokładnie tak samo, a jedyny celny strzał oddany przed przerwą na bramkę Kateryny Samson, który był efektem współpracy dwóch piłkarek Linköping, nie sprawił filigranowej golkiperce większych problemów. Podobnie zresztą jak rajd Fridoliny Rolfö, czy też bite przez Asllani oraz Andersson rzuty rożne. Zdecydowanie groźniejsze i bardziej konkretne były natomiast w swoich poczynaniach Ukrainki i taka postawa została nagrodzona w najlepszy możliwy sposób. Tuż przed końcem pierwszej połowy gospodynie zawiązały naprawdę składną akcję, trzema podaniami rozklepały szwedzką defensywę, a legenda miejscowego futbolu, Daryna Apanasczenko, strzałem po ziemi w długi róg pokonała bezradną Lindahl. Piłkarka, która była na Ukrainie absolutną bohaterką zwycięskich eliminacji EURO 2009, dokładnie dekadę później ponownie dała swoim kibicom chwilę radości.

W przerwie mieliśmy jeszcze nadzieję, że chwila ta nie będzie przesadnie długa, gdyż w ostatnich miesiącach szwedzkie piłkarki w drugich połowach prezentowały się zdecydowanie lepiej niż w pierwszych. Jeśli jednak ktoś liczył na to, że po wznowieniu gry obejrzymy nieustanny szturm na bramkę Samson, to srodze się rozczarował. Znów zgadzało się posiadanie piłki, ale oprócz tego we właściwy sposób nie funkcjonowało zupełnie nic. Wprawdzie kilka razy w szesnastce gospodyń zrobiło się gorąco, ale w zasadzie żadna z tych sytuacji nie była bezpośrednim efektem przemyślanej i dobrze skonstruowanej akcji. Szwedkom brakowało dokładności, tempa i cierpliwości, a nawet gdy już któraś z naszych zawodniczek mogła oddać sytuacyjny strzał, to jego jakość pozostawiała wiele do życzenia. Podobnie jak przed przerwą, to Ukrainki były zespołem, którego gra mogła bardziej się podobać, a każde udane zagranie napędzało je do jeszcze lepszej i odważniejszej gry. Wiara w coraz bardziej widoczny na horyzoncie sukces narastała z każdą minutą nie tylko w miejscowych piłkarkach, ale i w coraz bardziej żywiołowo reagujących na boiskowe wydarzenia kibicach, a gdy w 80. minucie Owdijczuk raz jeszcze znalazła się w sytuacji sam na sam z Lindahl, Arena Lwów szykowała się na drugą tego dnia celebrację. Kapitalna interwencja golkiperki Chelsea sprawiła jednak, że gola na 2-0 Ukraińcy się nie doczekali, podobnie zresztą jak kilkadziesiąt sekund później, gdy Lindahl w efektowny sposób (i z niewielką pomocą Fischer) zatrzymała strzał Andruchiw. Sama bramkarka, choć zdecydowanie najlepsza w szwedzkim zespole, meczu nam jednak wygrać nie zdołała, a gdy w jednej z ostatnich akcji Samson doskonale skróciła kąt i poradziła sobie z uderzeniem Asllani, stało się jasne, że punkty pozostaną na Ukrainie. I trudno nawet na taki obrót spraw specjalnie narzekać, wszak zwyciężyła dziś drużyna po prostu lepsza.

Pierwsza porażka kadry za kadencji Petera Gerhardssona nie zamyka nam oczywiście drogi do Francji, ale sprawia, że wyraźnie się ona wydłużyła. Faworytkami grupy znów stają się bowiem znajdujące się ewidentnie w uderzeniu Dunki, co może być o tyle dobrą informacją, że Szwedkom ostatnimi czasy łatwiej występuje się w roli underdoga. Zanim jednak udamy się we wrześniu do Viborga, czeka nas jeszcze sierpniowy rewanż z Ukrainą, który – bez względu na wszystko – trzeba będzie wygrać.

Bez Seger, ale po zwycięstwo

Fotboll, dam, VM-kval, Sverige - Kroatien

Linda Sembrant jutro znów założy kapitańską opaskę (Fot. SvFF)

Misja Ukraina rozpoczęła się dla szwedzkich piłkarek już w czwartek, w chwili zakończenia meczu z Chorwacją. Przygotowania do kolejnej batalii w walce o eliminacyjne punkty póki co przebiegają planowo i bez większych zakłóceń i jeśli do jutrzejszego popołudnia nie wystąpią jakieś zdarzenia losowe, również w wyjściowej jedenastce nie powinniśmy oczekiwać niespodzianek. Podobnie jak w spotkaniu z Chorwatkami, kadra Petera Gerhardssona wystąpi we Lwowie bez swojej kapitanki Caroline Seger, choć jeszcze w sobotę była szansa, że pomocniczka Rosengård będzie gotowa do gry. Ostateczny głos miał jednak w tej sprawie lekarz reprezentacji Houman Ebrahimi, który szybko wykluczył taką ewentualność. Rehabilitacja przebiega zgodnie z harmonogramem, ale po piątkowym treningu i rozmowie z zawodniczką ustaliliśmy, że tak będzie najlepiej – wyjaśnił szef sztabu medycznego.

Wszystko wskazuje więc na to, że opaskę kapitańską założy jutro Linda Sembrant z francuskiego Montpellier, która w ostatnich meczach była centralnym punktem chwalonej za swoją postawę formacji defensywnej. Nasza skuteczność w obronie bierze się przede wszystkim z tego, że gramy niesamowicie kompaktowo. Poza tym, bardzo dobrze się rozumiemy i cały czas ściśle ze sobą współpracujemy, przez co naszym przeciwniczkom trudno jest przedostać się pod naszą bramkę. Ale kluczem jest właśnie ta kompaktowość – wyjaśnia Sembrant, która zauważa także ogromny postęp, jaki szwedzka kadra poczyniła w prowadzeniu gry i konstruowaniu akcji ofensywnych. – Chcemy i potrafimy być zespołem, który wymienia dużo podań i prowadzi grę. W ostatnich miesiącach dużo nad tym pracowałyśmy i bardzo poprawiłyśmy ten element gry. Zarówno jako zespół, jak i indywidualnie – kończy kapitanka Montpellier.

Ze słowami Sembrant naprawdę trudno się nie zgodzić, bo chyba jeszcze wszyscy mamy w pamięci nieudolne próby prowadzenia gry w wykonaniu szwedzkiej kadry w eliminacjach i finałach MŚ 2015 oraz EURO 2017. Za kadencji Petera Gerhardssona wreszcie doczekaliśmy się drużyny, która potrafi rozegrać piłkę na więcej niż jeden sposób i przede wszystkim nie boi się przejąć kontroli nad boiskowymi wydarzeniami. Takiej postawy będziemy zresztą oczekiwali od naszych piłkarek także jutro, gdyż pomimo olbrzymiego szacunku do rywalek, na Ukrainę przyjechaliśmy po szóste, kolejne zwycięstwo w tej kampanii. Żaden inny wynik po prostu nie wchodzi w grę, a jeśli uda się zwyciężyć w sposób przekonujący, to tym lepiej. Choć oczywiście w Szwecji nikt nie bierze pod uwagę scenariusza w którym po wrześniowym meczu z Danią będziemy musieli liczyć bramki.

Mecz Ukraina – Szwecja rozpocznie się jutro o godz. 18:00.

Zaliczony egzamin z angielskiego

ninajakobsson

Nina Jakobsson strzeliła gola na 2-0 (Fot. SvFF)

Jeśli dzisiejszy mecz z Anglią miał być najważniejszym w tym roku testem dla piłkarek stanowiących bezpośrednie zaplecze szwedzkiej kadry, to trzeba przyznać, że wypadł on po prostu znakomicie. Drużyna Ulfa Kristianssona nie tylko pewnie pokonała wyżej notowane rywalki, ale jeszcze dokonała tego w stylu, który musiał zadowolić każdego z sześciuset przybyłych na Sävstaås IP widzów. Rezultat ten jest tym cenniejszy, że warto pamiętać, iż ubiegłoroczne starcie z tym samym przeciwnikiem zakończyło się niemal dokładnie odwrotnym wynikiem. Spotkań tych nie można oczywiście żadną miarą porównywać, ale przebytą w dokładnie dwanaście miesięcy drogę od 0-4 do 3-0 trzeba i warto odnotować.

Spotkanie w Bollnäs nie było rozgrywane na specjalnie dużej intensywności, a gra długimi fragmentami toczyła się od szesnastki do szesnastki. Jeśli już jednak ktoś decydował się przyspieszenie gry lub wysoki pressing, to zawsze były to Szwedki, które przez cały mecz sprawiały wrażenie zespołu zdecydowanie bardziej aktywnego. Świetną partię rozgrywała w środku pola Filippa Angeldahl, która tej wiosny, po transferze z Hammarby do Linköping, nie do końca potrafi odnaleźć swoją ubiegłoroczną formę. Jej dzisiejsza dyspozycja była jednak nawiązaniem do tych najlepszych występów na boiskach Damallsvenskan i trochę szkoda, że to właśnie po jej strzale Baggaley popisała się jedną z niewielu udanych interwencji. Gol w 90. minucie byłby bowiem idealnym podsumowaniem gry Angeldahl, która i bez tego miała bezpośredni udział przy trzech bramkowych akcjach.

Doskonałe efekty przynosiły również stałe fragmenty gry, egzekwowane w zdecydowanej większości właśnie przez Angeldahl. Pomocniczka Linköping najczęściej szukała dośrodkowaniami rosłej Niny Jakobsson, która albo próbowała zaskoczyć Baggaley strzałem głową, albo decydowała się na zgranie futbolówki do jednej z koleżanek i w taki właśnie sposób padły na stadionie w Bollnäs gole numer dwa i trzy. W obu przypadkach wyraźnie nie popisała się raz po raz gubiąca krycie angielska defensywa, ale to akurat nie był dziś nasz problem. Podobnie jak to, że przy pierwszym golu defensorki z Wysp Brytyjskich pozostawiły najpierw Löfwenius, a następnie Angeldahl tyle wolnej przestrzeni, że obie Szwedki przed oddaniem strzału spokojnie zdążyłyby jeszcze zatelefonować do swoich przyjaciół i poinformować ich, że za chwilę spróbują pokonać golkiperkę Bristolu.

O ile angielska defensywa spisywała się dziś bardzo nierówno (zaskakująco niepewna była przede wszystkim rozdająca kolejne prezenty Gabby George), o tyle ta szwedzka najczęściej stanowiła monolit nie do przejścia. Na słowa pochwały zasłużyła absolutnie każda z desygnowanych do gry przez Ulfa Kristianssona obrończyń, a trzymającej w ryzach całą formację Nathalie Björn należy się dodatkowo specjalne wyróżnienie. Angielki, które jak mało która reprezentacja potrafią strzelać gole z niczego, nie wypracowały sobie bowiem nawet jednej klarownej sytuacji. Na skrzydle próbowała szarpać Mannion, z przodu pokazywała się Beth England, ale w starciach z Björn, Karlsson czy Pennsäter, wypożyczona z Chelsea do Liverpoolu napastniczka była kompletnie bezradna (urwać udało jej się tylko raz, ale naciskana przez Henriksson źle przyjęła piłkę). W końcówce nieco ożywienia do gry gości wniosła jeszcze Olivia Fergusson, ale jej również nie udało się poważnie zagrozić bramce strzeżonej przez Emmę Holmgren.

Trzy bramki strzelone Angielkom muszą cieszyć, czyste konto po stronie strat raduje chyba nawet jeszcze bardziej, ale największym pozytywem po dzisiejszym meczu musi być postawa młodych Szwedek na tle niewątpliwie potrafiącego grać w piłkę rywala. Każda z zawodniczek, które wystąpiły dziś na Sävstaås IP może powrócić do klubu z podniesioną głową i olbrzymim zastrzykiem pozytywnej energii na dalszą część rundy wiosennej, co jest chyba najlepszą konkluzją tego rozegranego w czerwcowym, skandynawskim słońcu meczu.

Czwórką w bezbarwne Chorwatki

sverigekroatien1

Piąte zwycięstwo w eliminacjach – radość nie może dziwić (Fot. SvFF)

Powroty do domu zazwyczaj bywają miłe i dzisiejszy wieczór na Gamla Ullevi nie był odstępstwem od tej reguły. Pierwszy od ośmiu miesięcy mecz na szwedzkiej ziemi zakończył się pewnym zwycięstwem kadry Petera Gerhardssona, a test ustawienia z trzema stoperkami i dwiema wahadłowymi wypadł niezwykle obiecująco. Żeby było jeszcze bardziej miło, swoje premierowe gole w reprezentacyjnej koszulce ustrzeliły dziś Elin Rubensson oraz Hanna Folkesson, a Linda Sembrant ze Stiną Blackstenius dwukrotnie pokazały, że współpraca rodem z Montpellier może z takim samym powodzeniem znaleźć zastosowanie w kadrze. Czego zatem zabrakło nam dziś do pełni szczęścia? Nieco bardziej zdecydowanej postawy w pierwszej połowie, lepszej efektywności podczas wykonywania stałych fragmentów, a także … rywala, który chciałby grać w piłkę, gdyż Chorwatki takiej chęci nie wykazywały nawet przez moment.

Jesteśmy oczywiście przyzwyczajeni do tego, że w eliminacjach do wielkich imprez większość drużyn przyjeżdża do Göteborga myśląc przede wszystkim o defensywie, ale podopieczne Bożydara Mileticia zaprezentowały nam antyfutbol, jakiego na Gamla Ullevi nie oglądaliśmy już bardzo dawno. W nieodległej przeszłości gościliśmy na szwedzkim stadionie narodowym między innymi jeszcze niżej notowane kadry Mołdawii, Iranu oraz Wysp Owczych, ale każda z nich przynajmniej spróbowała skonstruować na nim zalążek akcji ofensywnej. Tego samego nie możemy niestety powiedzieć o Chorwatkach, które nie tylko nie potrafiły choć raz zagrozić bramce Hedvig Lindahl, ale miały olbrzymi problem z wyprowadzeniem futbolówki poza linię środkową. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że gdyby golkiperka Chelsea w ogóle nie pojawiła się dziś na murawie, to końcowy wynik brzmiałby dokładnie tak samo, gdyż piłkarkom gości ani razu nie udało się podejść z piłką przy nodze na odległość, z której mogłyby oddać strzał w kierunku szwedzkiej bramki.

Takie nastawienie Chorwatek sprawiło, że mecz długimi fragmentami przypominał bardziej trening niż rywalizację o punkty w eliminacjach do mundialu. Gra toczyła się wyłącznie na jednej połowie, na której skupiło się 21 piłkarek powielających co chwilę podobny schemat rozegrania akcji. Cierpliwe Szwedki próbowały raz skrzydłami, raz środkiem rozerwać chorwacką defensywę, a ta z kolei skupiona była wyłącznie na przeszkadzaniu i … wybijaniu przechwyconej piłki pod nogi Fischer lub Sembrant, które natychmiast inicjowały kolejny atak pozycyjny. Obraz meczu nie był więc przesadnie atrakcyjny dla kibiców, ale nas zdecydowanie bardziej niż brak efektów specjalnych, martwiła zdecydowanie zbyt mała liczba klarownych sytuacji bramkowych. Szwedzka druga linia przez całą pierwszą połowę nie była wystarczająco mobilna, a akcjom – choć budowanym w sposób bardzo przemyślany – brakowało tempa. Nic więc dziwnego, że przed przerwą Doris Bacic tylko raz wyjmowała futbolówkę z siatki, choć Chorwatki momentami wręcz prosiły się o kolejne gole.

Na szczęście, kadra Gerhardssona powoli przyzwyczaja nas do tego, że w drugiej połowie prezentuje się zdecydowanie lepiej, dzięki czemu pomiędzy 46., a 70. minutą obejrzeliśmy tę zdecydowanie bardziej efektowną twarz szwedzkiej reprezentacji. Sporo ożywienia wniosła wprowadzona w miejsce narzekającej na problemy mięśniowe Fridoliny Rolfö Elin Rubensson, a swoją grę na zdecydowanie wyższy poziom wprowadziły niepodzielnie rządzące w środku pola Asllani i Folkesson. Była to niewątpliwie zła wiadomość dla Chorwatek, które takiej nawałnicy przetrwać już po prostu nie miały prawa, a kolejne gole stały się wyłącznie kwestią czasu. Ostatecznie skończyło się na 4-0, a każda z bramek dla Szwecji była efektem misternie zbudowanej, zespołowej kombinacji, spośród których trudno wybrać tę najlepszą. Gdyby Stina Blackstenius dysponowała podobnym wykończeniem akcji co na przykład Ada Hegerberg, to wygrać moglibyśmy dziś zdecydowanie wyżej, ale po tak rozegranej połowie, narzekać najzwyczajniej w świecie nie wypada. Choć z drugiej strony, pomeczowa wypowiedź nie do końca zadowolonego z postawy zespołu selekcjonera niewątpliwie daje nam powody do optymizmu. Tak, jest dobrze, ale wszyscy mamy świadomość, że może być jeszcze lepiej. I z taką myślą przewodnią wybierzemy się teraz na Ukrainę!

Kadra wróciła do domu

Fotboll, Dam, Sverige, TrŠning

Kadra wróciła do domu! Jutro w Göteborgu mecz z Chorwacją (Fot. SvFF)

Choć czerwcowe mecze reprezentacyjne nie rozstrzygną jeszcze kwestii awansu do francuskiego mundialu, piłkarska Szwecja z pewnością nigdy wcześniej nie czekała z takim zainteresowaniem na potyczki z Chorwacją i Ukrainą, a powodów takiego stanu rzeczy jest przynajmniej kilka. Po pierwsze, po prawie ośmiomiesięcznej przerwie i afrykańsko-portugalsko-węgierskich wojażach, najważniejsza drużyna w kraju znów zagra u siebie. Po drugie, reprezentacja Petera Gerhardssona z każdym kolejnym występem przekonuje, że znów doczekaliśmy się kadry, którą ogląda się z niekłamaną przyjemnością. Po trzecie, sytuacja w grupie eliminacyjnej jest niesamowicie dynamiczna, a ewentualne sześć punktów zdobytych na Chorwacji i Ukrainie może stanowić niezwykle istotny krok na drodze do Francji. W takiej sytuacji trudno się dziwić, że nastroje na zgrupowaniu w Göteborgu są dalekie od minorowych, ale trzeba pamiętać o tym, aby w tym całym radosnym wyczekiwaniu ani na moment nie stracić koncentracji, bo bez niej w dzisiejszym futbolu nie da się pokonać absolutnie żadnego rywala.

Nic więc dziwnego, że wagę obu najbliższych spotkań podczas konferencji na Gamla Ullevi podkreślał zarówno sam selekcjoner, jak i asystujący mu Magnus Wikman. Obaj trenerzy zwrócili uwagę na ciągle wyrównujący się poziom europejskiej piłki reprezentacyjnej i choć nikt w szwedzkim obozie nie zamierza uciekać od roli faworyta, to przed pierwszym gwizdkiem w czwartkowy wieczór, sztab szkoleniowy będzie musiał odpowiedzieć na kilka niezwykle istotnych pytań. Kto zastąpi w wyjściowej jedenastce Caroline Seger? Czy ofensywne trio stanowić będą Fridolina Rolfö oraz duet z Montpellier? I wreszcie – czy ustawienie z trzema środkowymi obrończyniami i dwiema wahadłowymi rzeczywiście ma szansę stać się w najbliższych miesiącach znakiem firmowym tej kadry?

Ta ostatnia kwestia jest rzecz jasna przedmiotem najbardziej żywej dyskusji, ale pierwszy dzień zgrupowania nie przyniósł nam co do niej jakiejkolwiek podpowiedzi. Argumentów przemawiających za taką właśnie formacją możemy oczywiście wyliczyć wiele, ale najpewniej dopiero w czwartek dowiemy się, czy Jonna Andersson i Hanna Glas w meczu przeciwko Chorwatkom będą miały nieco więcej zadań ofensywnych niż podczas poprzednich występów w reprezentacyjnej koszulce. Obie wymienione tu zawodniczki w swoich drużynach klubowych z powodzeniem występowały już na wahadle (Glas w Eskilstunie, Andersson w Chelsea), ale kadra przed erą Gerhardssona ewidentnie preferowała ustawienie z czteroosobowym blokiem defensywnym. Obecny selekcjoner dał nam się poznać jako człowiek, który w najmniejszym stopniu nie boi się eksperymentów, więc może nadszedł już czas na szwedzką wersję 3-4-3 w meczu o punkty? Niewykluczone, ale zdecydowanie najważniejsze w tym wszystkim jest to, aby czwartkowy wieczór przyniósł nam szczęśliwe zakończenie. Bo potknięcie się w takim momencie bolałoby zdecydowanie bardziej niż niejedno odpadnięcie z wielkiego turnieju.