Podsumowanie 8. kolejki

Przez mniej więcej czterdzieści minut rywalizacji na Stadionie Olimpijskim w Sztokholmie, zdecydowanie bardziej efektownie niż piłkarki United prezentowały się białe stroje zawodniczek z Eskilstuny i w zasadzie jedynym zaskoczeniem było to, że gospodynie nie potrafiły przekuć swojej przewagi na jakąkolwiek zdobycz bramkową. Podopieczne Joela Riddeza najbliżej powodzenia były po strzale Hanny Lundqvist, ale uderzona przez skrzydłową Djurgården futbolówka najpierw odbiła się od słupka, a następnie zamiast pod nogi sposobiącej się do dobitki Katrin Schmidt poszybowała w ręce Emelie Lundberg. Nie była to jednak ostatnia bramkowa okazja zawodniczek ze stolicy, które na tle liderek Damallsvenskan absolutnie nie przypominały drużyny z przegranego zaledwie kilka dni temu w fatalnym stylu meczu w Vittsjö. W końcowych fragmentach pierwszej połowy wreszcie obudziły się przyjezdne i trzeba oddać, że w zaledwie pięć minut wypracowały sobie tyle bramkowych sytuacji, co gospodynie w czterdzieści. Gol nie padł jednak ani po indywidualnym rajdzie Larsson (poradziła sobie nawet z Gunnarsdottir, ale sprzed linii bramkowej piłkę wygarnęła ofiarnie interweniująca Ekroth), ani po strzale z dystansu Malin Diaz, ani po żadnej z licznych akcji napędzanych przez niezwykle aktywny duet Schjelderup – Andersson. Do szatni obie ekipy udały się więc przy bezbramkowym remisie, ale jeśli czegoś mogliśmy być pewnym, to tego, że w drugiej połowie gole na Stadionie Olimpijskim w końcu padną. Obu ekipom nie udało się jednak utrzymać niesamowicie wysokiego tempa gry i choć tuż po przerwie obejrzeliśmy między innymi doskonałe sytuacje Brown i Jalkerud, to boiskowa rywalizacja straciła nieco na dynamice. W 67. minucie znów zrobiło się jednak ciekawie, gdyż gospodynie przypomniały sobie, że przecież nie na darmo przez pół okresu przygotowawczego w nieskończoność szlifowały ofensywne stałe fragmenty gry. Dośrodkowała Gisladottir, a Norlin kompletnie zgubiła krycie Viggosdottir i strzałem głową pokonała Lundberg, dając swojej drużynie prowadzenie. Niepokonane w dotychczasowych siedmiu meczach ligowych piłkarki United próbowały oczywiście natychmiast odpowiedzieć, ale dwójkowa akcja Larsson i Schough zakończyła się niecelnym podaniem, a mająca na nodze piłkę na remis Hanna Glas uznała, że z siedmiu metrów trzeba uderzać na siłę i tym sposobem nastrzeliła … Sheilę van den Bulk. Pomimo narastającego zmęczenia, zawodniczki ze stolicy broniły się w końcowych minutach niesamowicie mądrze i pokonując Eskilstunę udowodniły, że tegoroczna Damallsvenskan to liga, której po prostu nie da się nie lubić.

01

Beniaminek z Malmö już kilka razy tej wiosny potrafił pozytywnie zaskoczyć swoich kibiców, ale w Borlänge podopieczne Svena Sjunnessona dobrze prezentowały się jedynie w pierwszych pięciu minutach. W tym okresie miały nawet jedną stuprocentową okazję na zdobycie gola, ale pojedynek z Anną Welin wygrała osiemnastoletnia bramkarka Kvarnsveden Jenny Wahlén i od tego momentu na Ljungbergsplanen w piłkę grała już tylko jedna drużyna. Co równie istotne, po raz pierwszy w sezonie zespół z Dalarny pokazał, że nie musi być w stu procentach zależny od dyspozycji Tabithy Chawingi. Po 30 minutach gospodynie prowadziły bowiem 2-0, a napastniczka z Malawi nie wzięła bezpośredniego udziału w żadnej z bramkowych akcji. Sporych rozmiarów cegiełkę do obu trafień dołożyła za to Agnes Dahlström, która najpierw zabawiła się z defensorkami Limhamn Bunkeflo i dograła idealną piłkę Lovie Lundin, a następnie sama wpisała się na listę strzelczyń, efektowną główką zamykając centrę Julii Roddar spod linii końcowej. Chawinga oczywiście nie mogła pozwolić sobie na to, aby tak dobre spotkanie w wykonaniu całego zespołu zakończyć bez zdobyczy indywidualnej i choć pierwszą dogodną sytuację zmarnowała, posyłając futbolówkę wysoko nad poprzeczką, to w 35. minucie rozpoczęła swoje cotygodniowe show. Jeszcze przed przerwą, po prostopadłej piłce od Elizabeth Addo, podwyższyła na 3-0, a po wznowieniu gry potrzebowała zaledwie szesnastu sekund, aby pozbawić rywalki resztek złudzeń na to, że na Ljungbergsplanen da się jeszcze podjąć walkę. Piłkarki z Malmö nie były w stanie pokusić się choćby o honorowego gola, dzięki czemu Kvarnsveden po raz pierwszy w historii swoich występów w najwyższej klasie rozgrywkowej zagrał na zero z tyłu, a historyczny dla ekipy z Dalarny dzień w najlepszy możliwy sposób spuentowała Chawinga, w doliczonym czasie gry kompletując hat-tricka i ustalając wynik spotkania na 5-0 dla gospodyń.

02

O pierwszej połowie rywalizacji pomiędzy Örebro i Vittsjö można napisać tyle, że się odbyła, nikt nie doznał podczas niej poważnej kontuzji, a gwizdek Laury Rapp oznajmiający przerwę wszyscy neutralni widzowie powitali jak długo wyczekiwanego gościa. Towarzystwo na Behrn Arenie momentami próbowała nieco rozruszać Julia Spetsmark, ale od razu zaznaczmy, że nie były to akcje, które wybralibyśmy do kompilacji mającej przekonać zagranicznych kibiców do szwedzkiej ekstraklasy. Utrzymujący się bezbramkowy remis, który nijak nie mógł satysfakcjonować znajdującej się w strefie spadkowej drużyny Martina Skogmana, dawał nadzieję na nieco bardziej żwawe tempo w drugiej połowie, ale boiskowa rzeczywistość stosunkowo szybko zweryfikowała te przewidywania. Piłkarskiej jakości w grze Örebro wciąż było stosunkowo niewiele, a najlepszą okazję na otwarcie wyniku zmarnowały piłkarki ze Skanii, gdy jeden z ich kontrataków strzałem w poprzeczkę wykończyła Hannah Wilkinson. Przewaga miejscowych uwidoczniła się dopiero w ostatniej fazie meczu, ale z uderzeniami Terry oraz Spetsmark bezbłędnie poradziła sobie Szkotka Shannon Lynn, a w doliczonym czasie gry futbolówki do siatki Vittsjö nie potrafiła wepchnąć De Jongh. Podział punktów na Behrn Arenie oznacza, że gospodynie przedłużyły serię ligowych meczów bez wygranej już do sześciu spotkań, ale tym razem – w przeciwieństwie do niedawnej potyczki w Malmö – pretensje o taki stan rzeczy mogą mieć tylko i wyłącznie do siebie.

03

Jeśli ktoś chciał w niedzielne popołudnie obejrzeć mecz, który rozpoczął się od naprawdę mocnego uderzenia, to warto było wybrać się na LF Arenę. Sympatycy Piteå jeszcze nie zdążyli dobrze zająć swoich miejsc na trybunach, a ich piłkarki już przegrywały 0-1. Całe nieszczęście drużyny z Norrbotten rozpoczęło się od rzutu rożnego dla gości, a dalej wszystko potoczyło się już błyskawicznie. Neto przytomnie wycofała futbolówkę do Eriksson, Lövgren zgubiła krycie, a Arnth przymierzyła idealnie tuż przy słupku. Jak się miało później okazać, był to jedyny tego dnia strzał piłkarek z Linköping na bramkę Carlén, ale – co chyba jeszcze bardziej zaskakujące – wystarczył on do wywiezienia z LF Areny kompletu punktów. W kolejnych minutach inicjatywa należała w zasadzie wyłącznie do gospodyń, lecz pomimo wielu prób nie udało im się nawet wyrównać stanu rywalizacji. Podopieczne Stellana Carlssona starały się urozmaicać grę, atakowały zarówno środkiem, jak i skrzydłami, grały wysokim pressingiem, dzięki czemu długimi fragmentami nie schodziliśmy w zasadzie z połowy mistrzyń Szwecji, ale skala dominacji zawodniczek z Piteå widoczna była we wszystkich meczowych statystykach poza tą najważniejszą. Co więcej, tylko jeden raz – po centrostrzale Lotty Ökvist w poprzeczkę – gościom z Linköping wyraźnie pomogło szczęście; w pozostałych sytuacjach na wysokości zadania stawała dyrygowana przez świetnie dysponowaną Magdalenę Eriksson defensywa LFC. Spowalnianie tempa meczu i nieustanne wybijanie rywalek z uderzenia (Lina Hurtig robiła to chyba nawet aż za bardzo gorliwie) nie było być może najpiękniejszą taktyką, jaką kiedykolwiek mieliśmy okazję obserwować na szwedzkich boiskach, ale entuzjastyczna reakcja sektora gości po ostatnim gwizdku każe przypuszczać, że najprawdopodobniej nie o styl tu chodziło, a długa podróż powrotna do Östergötland upłynie nowym liderkom Damallsvenskan w całkiem przyjemnej atmosferze.

04

Niedzielne derby Skanii anonsowano jako potencjalnie jednostronne widowisko, ale najwyraźniej ktoś zapomniał poinformować o tym zawodniczki z Kristianstad, które nie przyjechały do Malmö jedynie po najmniejszy wymiar kary. W toczącym się niemal bez przerwy w strugach deszczu meczu, podopieczne Elisabet Gunnarsdottir postawiły faworyzowanym rywalkom niesamowicie trudne warunki i naprawdę niewiele brakowało, aby po raz pierwszy w historii udało im się wywieźć ze stadionu FC Rosengård ligowe punkty. Zwycięstwo dziesięciokrotnym mistrzyniom Szwecji w 84. minucie uratował jednak błysk dwóch rozgrywających do tamtego momentu bardzo przeciętne spotkanie gwiazd; Lieke Martens popisała się prostopadłym podaniem między dwójkę stoperek Kristianstad, a w powstałą lukę natychmiast wbiegła Anja Mittag i zrobiła to, co każda klasowa napastniczka powinna w takiej sytuacji zrobić. Warto jednak podkreślić, że wcześniej dwie najlepsze okazje do zdobycia gola stworzyły sobie przyjezdne, a tuż przed końcem pierwszej połowy byliśmy świadkami niemałej kontrowersji, gdy zmierzającą niechybnie do siatki Rosengård futbolówkę z linii bramkowej wybiła Lina Nilsson. Czy zrobiła to zgodnie z przepisami? Powtórki nie dały nam jednoznacznej odpowiedzi, ale prowadząca zawody na Malmö IP Pernilla Larsson nie zdecydowała się sięgnąć po gwizdek. Po przerwie, równie ofiarną interwencją uratowała swój zespół Emma Berglund, a Zecira Musovic musiała pokazać próbkę swych bramkarskich umiejętności po uderzeniu z dystansu Rebecki Edwards. Swoje okazje miały rzecz jasna również gospodynie, które z kolei ruszyły z uzasadnionymi skądinąd pretensjami do pani arbiter, gdy ta jeszcze przy wyniku 0-0 nie zauważyła faulu na wychodzącej na czystą pozycję Elli Masar. Wyrównany bój w derbach Skanii z pewnością nie był jednak czymś, co zaspokajałoby ambicje fanów FCR, których oprócz wyniku cieszyć mogły jedynie kolejny udany występ Lotty Schelin oraz … perspektywa dwutygodniowej przerwy reprezentacyjnej, podczas której będzie można przemyśleć kilka istotnych kwestii przed decydującą fazą rundy wiosennej.

05

Sześć goli, dwadzieścia jeden celnych strzałów, mnóstwo zwrotów akcji i zero boiskowej kalkulacji – tak w liczbach wyglądało starcie dwóch najmłodszych ekip tegorocznej Damallsvenskan. Szalony, piłkarski spektakl na Valhalli ostatecznie zakończył się w pełni sprawiedliwym remisem i choć obie drużyny miały prawo odczuwać w związku z tym delikatny niedosyt, to podniesiony z przesiąkniętej deszczem murawy punkt z całą pewnością bardziej zadowolił gości ze Sztokholmu. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, wszak nie codziennie w piłce nożnej udaje się odrobić trzybramkową stratę, szczególnie jeśli trzeba dokonać tego na boisku wyżej notowanego rywala. Zanim jednak podopieczne Olofa Unogårda rozpoczęły swój niezwykle efektowny powrót, w roli głównej wystąpiła Adelina Engman. Dynamiczna, fińska skrzydłowa miała spory udział przy dwóch golach zdobytych przed przerwą przez drużynę z Göteborga, a ponieważ trzecią (choć patrząc chronologicznie – pierwszą) bramkę dołożyła jeszcze po chytrze rozegranym rzucie wolnym Beata Kollmats wydawało się, że w drugiej połowie nic złego piłkarkom z Västergötland stać się po prostu nie może. Nadzieję głośno dopingującym ekipę ze Sztokholmu kibicom szybko przywróciła jednak Filippa Angeldahl, która urządziła sobie zakończony celnym strzałem rajd między obrończyniami KGFC i od tej chwili oglądaliśmy już prawdziwą jazdę bez trzymanki w wykonaniu zawodniczek beniaminka. Kontaktowe trafienie Sadiku było efektem ogromnego zamieszania w szesnastce Fanny Lund po rzucie rożnym, zaś wyrównujący gol Julii Zigiotti Olme padł po fatalnym błędzie Catrine Johansson przy wyprowadzaniu piłki z własnej połowy. Odrobienie strat najwidoczniej nie do końca satysfakcjonowało ekipę z Södermalm, ale po kolejnym strzale Zigiotti Olme doskonale swoją bramkarkę asekurowała stojąca na linii bramkowej Savannah Levin. Z walki o komplet punktów nie rezygnowały rzecz jasna także gospodynie, którym szczególnie w ostatnich minutach udało się przenieść ciężar gry w pobliże bramki Emmy Holmgren, ale siódmego gola w szalonym widowisku na Valhalli nie zdobył ostatecznie nikt. I chyba całe szczęście, gdyż żadna z drużyn nie zasłużyła na to, aby po takim meczu opuszczać boisko z pustymi rękoma.

06

07

08

09

Przygotowania w cieniu Diazgate

1d0ee529-11f3-4bf8-9349-ddf956b638f4

Fot. Bildbyrån

Na cztery dni przez meczem z mistrzyniami świata na Stadionie Narodowym i jednocześnie na miesiąc przed najważniejszym piłkarskim turniejem roku zdecydowanie najwięcej uwagi powinniśmy poświęcać kwestiom czysto sportowym. Niestety, możemy być pewni, że na rozpoczynającym się za kilkanaście godzin zgrupowaniu w Göteborgu, równie wiele, co o futbolu, rozmawiać będziemy na tematy, które szczególnie na tym etapie przygotowań do imprezy docelowej absolutnie nie powinny nas rozpraszać. Tego, że atmosfera wokół kadry jest prawdopodobnie najgorsza w historii, nikt nie próbuje już nawet ukrywać. Selekcjonerski duet Sundhage – Persson, przedstawiciele federacji, kluby i EFD po raz pierwszy od niepamiętnych czasów mówią jednym głosem; wszyscy są zgodni co do tego, że czas na poszukiwanie porozumień i kompromisów już minął, a jedyne, co nam pozostało, to przeczekać najbliższe dwa miesiące, raz na zawsze zamknąć obecny rozdział i rozpocząć nową – oby lepszą – erę szwedzkiej piłki reprezentacyjnej. Ów plan byłby nawet całkiem sensowny, gdyby nie jeden mały szczegół – podczas wspomnianych dwóch miesięcy przyjdzie nam zagrać w finałach EURO 2017, a patrząc na turniejową drabinkę, taka szansa na awans do strefy medalowej (a nawet finału) wielkiej, piłkarskiej imprezy może się szybko nie powtórzyć.

Ani Pia Sundhage, ani Lilie Persson (nawiasem mówiąc, chyba spokojnie można zacząć traktować je jako równorzędne selekcjonerki), nie wysyłają jednak żadnych sygnałów świadczących o tym, że któraś z nich ma pomysł na wyjście z obecnego kryzysu. Co więcej, obie wydają się być całkowicie pogodzone z zaistniałą sytuacją i zamiast prób scementowania rozbitej jak nigdy wcześniej grupy, formułują opinie, które raczej nie wpłyną na poprawę atmosfery w szwedzkim obozie, a już na pewno nie spowodują, że zawodniczki przystąpią do najważniejszych meczów roku z wiarą we własne umiejętności. Krytyka obu trenerek nie ominęła nawet Caroline Seger i choć ani Sundhage, ani Persson nie potrafiły choćby w przybliżeniu podać liczby minut rozegranych w minionym sezonie przez kapitankę szwedzkiej kadry w barwach Olympique Lyon, to obie stwierdziły, że w jej przypadku brak rytmu meczowego będzie olbrzymim problemem. Oczywiście, nie da się ukryć, że szczególnie w decydującej fazie rozgrywek Seger nie była podstawową zawodniczką w układance Gerarda Precheura, ale zastanawiający jest fakt, że tak dosadne słowa padają na oficjalnej konferencji, która na dodatek ma miejsce jeszcze przed rozpoczęciem zgrupowania, a więc zanim ktokolwiek ze sztabu miał w ogóle okazję przyjrzeć się z bliska aktualnej dyspozycji zawodniczki. Przypadek Sary Thunebro przyjeżdżającej na kadrę z frankfurckich trybun i osiągającej ponadprzeciętne wyniki na testach jest chyba wystarczającym dowodem na to, że – abstrahując na moment od pozostałych, nie mniej istotnych powodów – wypowiedź w takim tonie była zdecydowanie przedwczesna (pomijając, że całkowicie niepotrzebna).

Zostawmy jednak Seger, bowiem od dnia, w którym ogłoszona została kadra na USA i Szkocję, w centrum uwagi nieprzerwanie znajduje się zupełnie inna piłkarka. Pominięcie Malin Diaz odbiło się szerokim echem w ogólnokrajowych mediach, czemu nawet trudno się jakoś szczególnie dziwić, gdyż gdyby brać pod uwagę jedynie aspekt sportowy, filigranowa pomocniczka Eskilstuny na znalezienie się w kadrze zasługiwała jak mało kto. Szybko okazało się jednak, że cała sprawa ma drugie dno; selekcjonerki zgodnie twierdziły, że zawodniczka postanowiła nie skorzystać z powołania, czemu zresztą nie zaprzeczyła również sama Diaz, zaznaczając jednak przy tym, aby nie odbierać tego jako definitywną rezygnację z gry w reprezentacji. Oficjalnym powodem absencji piłkarki Eskilstuny są problemy zdrowotne i ogólne przemęczenie, ale czynniki te nie przeszkadzają jej w rozgrywaniu rekordowej liczby minut w klubie, gdzie tydzień w tydzień należy do najbardziej wyróżniających się zawodniczek United. Co więcej, pamiętamy, że w nie tak odległej przeszłości Diaz potrafiła przyjeżdżać na zgrupowania nawet pomimo poważnych problemów z plecami, a była to “zaledwie” kadra młodzieżowa. O co zatem w tym wszystkim chodzi? Pewną wskazówkę może stanowić deklaracja samej piłkarki, która podkreśla, że w sprzyjających okolicznościach jej powrót do reprezentacji jest możliwy jeszcze w tym roku. Przypomnijmy, że wcześniej z gry dla Sundhage w podobny sposób wypisały się Lina Nilsson oraz Hanne Gråhns, a wciąż niejasny pozostaje status Mariji Banusic, choć akurat ona rzeczywiście wciąż dochodzi do pełni formy po serii mikrourazów. Nieobecność którejkolwiek z wymienionych zawodniczek w kadrze na EURO 2017 byłaby o tyle niefortunna, że do gry na dziesiątce nie mamy na chwilę obecną właściwie nikogo, a żadna z bocznych defensorek nie ma wartościowej dublerki. Wszystko wskazuje jednak na to, że niektóre piłkarki są gotowe poświęcić nawet perspektywę występu na wielkim turnieju, skoro wcześniej dano im do zrozumienia, że nie pasują do koncepcji szwedzkich selekcjonerek.

Sporo wątpliwości wzbudza również niedawna wypowiedź Pii Sundhage, w której selekcjonerka przypuściła kolejny frontalny atak na trenerów klubowych. Tym razem poszło o wystawianie piłkarek na niewłaściwych pozycjach, co – zdaniem Sundhage – może w sposób bardzo negatywny odbić się na lipcowej postawie reprezentacji. Nie ważne, że bezpośrednio przed turniejem wszystkie zawodniczki będą do dyspozycji sztabu szkoleniowego kadry – już dziś wiadomo, że złe nawyki wyniesione wiosną z ligowych boisk będą stanowić podstawową przyczynę ewentualnej słabszej postawy w Holandii. Przyznacie, że już sama teoria jest mocno wątpliwa, ale jeszcze bardziej interesująco robi się, gdy przejdziemy do konkretów. Otóż, według Sundhage, Lisa Dahlkvist regularnie występuje w Örebro na środku defensywy, choć w rzeczywistości nie zagrała na tej pozycji ani minuty (!), a parę stoperek niezmiennie tworzą na Berhn Arenie Svensson oraz Pettersson Engström. W roli obrończyni nasza selekcjonerka widziała również Elin Rubensson, która także nie miała jeszcze w tym roku okazji, aby choć raz sprawdzić się w tej roli. Trochę bardziej trafione były przykłady Berglund oraz Samuelsson, gdyż faktycznie obie rozegrały w tej rundzie po cztery mecze odpowiednio na boku obrony i pomocy, ale jeśli Sundhage twierdzi, że w przypadku tak doświadczonych piłkarek owe 360 minut stanowić będzie aż tak olbrzymi problem, to trudno spoglądać w najbliższą przyszłość z optymizmem. Najzabawniejsze w tej całej historii jest jednak chyba to, że selekcjonerka całkowicie pominęła w swojej wyliczance Kosovare Asllani, która w Manchesterze rzucana była po różnych sektorach boiska, a raz zdarzyło jej się nawet wystąpić w roli wysuniętej napastniczki. Spośród wszystkich kadrowiczek to właśnie Kosse zdecydowanie najlepiej wpisywała się więc w profil nakreślony przez Sundhage. Inna sprawa, że chyba każdy, kto pamięta chociażby niedawne fiasko kompaktowej ofensywy, doskonale zdaje sobie sprawę, że żaden szkoleniowiec w Damallsvenskan nie ma takiego doświadczenia w eksperymentowaniu z wystawianiem piłkarek na nienaturalnych dla nich pozycjach, jak opiekunka najważniejszej drużyny w kraju.

Za cztery dni gramy z USA, za dziewięć dni ze Szkocją, za szesnaście dni poznamy ostateczny kształt kadry na EURO, za trzydzieści siedem dni wylatujemy do bazy w Arnhem. Za ile dni nastąpi wyczekiwane już chyba przez wszystkich nowe otwarcie? Skoro i tak mamy się jeszcze trochę pomęczyć, to chyba nikt nie miałby nic przeciwko temu, żeby stało się to dzień po finale. W obecnej sytuacji brzmi to wprawdzie jak wyjątkowo marnej jakości żart, ale ostatecznie Rio też teoretycznie nie miało prawa się wydarzyć.

Szanujmy się!

RESPECT_Scrabble_Tiles.jpg

Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, że w internecie od czasu do czasu możemy natknąć się na rzeczy, których zdrowym rozsądkiem nijak nie da się ogarnąć. Śledząc polskojęzyczne portale o tematyce piłkarskiej stosunkowo łatwo odkryjemy również istnienie równoległej, futbolowej rzeczywistości, której realia znane są chyba wyłącznie ich twórcom i redaktorom. Nie ukrywam, że to właśnie ich lektura nakłoniła mnie do wystosowania tego apelu i – choć osobiście nie jestem wielkim fanem takich metod komunikacji – mam nadzieję, że dotrę z nim do możliwie najszerszego grona odbiorców, gdyż tylko wówczas zaistnieje szansa, że odniesie on spodziewany efekt.

Na samym początku chciałbym bardzo wyraźnie podkreślić, że moją intencją nie jest wytykanie cudzych błędów. Mylić się jest rzeczą ludzką, a jeśli dodatkowo potrafimy wyciągać z popełnionych przez siebie błędów odpowiednie wnioski, to już w ogóle zasługuje to bardziej na pochwałę niż krytykę. Sam również w żadnym razie nie uważam się za osobę nieomylną i choć dokładam wszelkich starań, aby uczynić moje teksty wolnymi od jakichkolwiek pomyłek, to wiem, że ich całkowite wyeliminowanie jest zadaniem w zasadzie niemożliwym. Ot, nie dalej jak tydzień temu zdarzyło mi się napisać, że Michaela Johnsson strzeliła już w swojej karierze gola Hammarby na Zinkendamms IP, a tymczasem okazało się, że akurat tamto spotkanie drużyna ze Sztokholmu rozgrywała wyjątkowo na Tele2 Arenie. Ktoś powie, że nie miało to aż tak wielkiego znaczenia, ale jednak nie da się zaprzeczyć, że jest to – przynajmniej stosując moje kryteria – całkiem spory błąd merytoryczny. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni w moim wykonaniu. Mam jednak o tyle czyste sumienie, że wiem, iż nie był on wynikiem zbyt pobieżnego zajęcia się tematem, co w moim rozumieniu równałoby się brakowi szacunku do czytelników. Jest dla mnie całkowicie oczywiste, że nie jestem w stanie trafić w gusta wszystkich, ale za każdym razem staram się, aby sygnowane moim nazwiskiem zapowiedzi, relacje i felietony stanowiły pewną wartość zarówno językowo, jak i merytorycznie. Dokładnie tego samego oczekiwałbym więc także od innych. Nie nieomylności, lecz sumienności i rzetelności. Stosuję tu zresztą dokładnie tę samą zasadę, co w przypadku piłkarek, od których również wymagam nie zwycięstw, a solidnej postawy na boisku.

Całkiem niedawno na jednym ze stosunkowo popularnych polskojęzycznych portali przeczytałem, że FC Rosengård jest aktualnym mistrzem Szwecji. Rozumiem, że są na świecie ludzie, dla których Damallsvenskan nie znajduje się w centrum wszechświata, ale ja akurat tymi rozgrywkami oddycham na co dzień i jakoś nie obiło mi się o uszy, żeby Linköping został pozbawiony mistrzowskiego tytułu. Wybaczcie ten drobny sarkazm, ale wychodzę z założenia, że skoro już ktoś decyduje się podjąć szwedzką tematykę, to sprawdzenie tak podstawowych informacji nie powinno stanowić bariery nie do przejścia. Dla porównania – gdy kilkanaście miesięcy temu przyszło mi opracowywać kadrę Mołdawii, udało mi się zdobyć całkiem sporo informacji na temat porywczej Jeleny Porożniuk, nielubiącej wykopywać futbolówki z piątego metra Any Zatuszewskiej, czy też funkcjonowania klubów w tamtejszej lidze na przykładzie wicemistrzowskiego wówczas zespołu Noroc Nimoreni. Robiłem to wszystko z pełną świadomością, że najprawdopodobniej nigdy później żadna z tych informacji nie okaże się mi w żaden sposób przydatna, ale w tamtej chwili nie miało to najmniejszego znaczenia. Jeśli bowiem znalazła się choć jedna osoba zainteresowana kwestią rywalizacji szwedzko-mołdawskiej, to zwyczajnie zasługiwała ona na poważne traktowanie. Tylko tyle i aż tyle.

Pojawiające się w zdecydowanym nadmiarze błędy merytoryczne to jeden problem, całkiem odrębny temat stanowią natomiast teksty opiniotwórcze. Wiosną 2017 zdarzyło mi się między innymi spotkać z opinią, że Wolfsburg to drużyna przechodząca właśnie sporych rozmiarów kryzys, a argumentem stanowiącym potwierdzenie tej niezwykle śmiałej skądinąd tezy miały być słabe wyniki Wilczyc w ostatnich sezonach Ligi Mistrzyń. Muszę przyznać, że przeczytałem to kilka razy, podświadomie szukając jakiegoś ukrytego przekazu, ale gdy takowego nie znalazłem, natychmiast przystąpiłem do analizy. Sezon 2015/16 – porażka w finale z Lyonem po rzutach karnych. Sezon 2016/17 – odpadnięcie w ćwierćfinale po 1-2 w dwumeczu, raz jeszcze z francuskim hegemonem. Wiadomo, dla drużyny celującej w to, aby zostać numerem jeden na świecie nie są to z pewnością wyniki marzeń, ale … bądźmy poważni. Gdyby porażka z Lyonem miała być podstawowym symptomem głębokiego kryzysu, to w trybie natychmiastowym należałoby rozwiązać całą francuską piłkę. Żeby była jasność – nie namawiam nikogo do powstrzymywania się od wygłaszania kontrowersyjnych opinii będących daleko poza głównym nurtem. Co więcej, uważam, że pisane w ten sposób teksty – jeśli oczywiście nie przekraczają granicy dobrego smaku – bardzo często mogą stanowić zaczątek niezwykle interesującej i inspirującej wymiany poglądów. Dlatego, jeśli naprawdę wbrew wszystkim uważasz, że Wolfsburg wpadł w dołek – śmiało, pisz o tym! Pamiętaj jednak, aby zawsze mieć przynajmniej dwa racjonalne argumenty na poparcie swojej teorii. Napisz, że w ostatnich okienkach transferowych częściej niż wcześniej zdarzało im się przeszacować umiejętności pozyskanych piłkarek, pokaż przykłady konkretnych zawodniczek, które w Wolfsburgu regularnie grają poniżej swojego potencjału, poddaj krytycznej analizie grę lub współpracę poszczególnych formacji w meczach przeciwko Essen/Jenie/Hoffenheim tak, aby współgrało to z wybranym przez ciebie założeniem. Zrób cokolwiek, co sprawi, że bez względu na to, czy ostatecznie zgodzę się z tobą, czy nie, i tak zostanę zmuszony do intelektualnego wysiłku. Nie pisz jednak, że symbolem kryzysu Wolfsburga jest fakt, że gdzieś w odległym Reggio Emilia Nilla Fischer źle wykonała rzut karny, dzięki czemu to Wendie Renard wzniosła puchar. Nie tędy droga.

Na koniec, chciałbym raz jeszcze z całą mocą podkreślić, że moją intencją nie jest zniechęcanie nikogo do pisania o piłce. W rzeczywistości jest bowiem dokładnie odwrotnie; pojawienie się każdego nowego serwisu traktuję jako kolejny, mały kroczek we właściwym kierunku. Ponieważ jednak wychodzę z założenia, że wszystkim nam w takim samym stopniu zależy na rozwoju naszej pięknej dyscypliny, raz jeszcze apeluję o solidność i szacunek do czytelników. Bez względu na to, jak liczne jest obecnie grono naszych odbiorców, z pewnością zasługują oni na coś, co Amerykanie zgrabnie nazywają mianem quality content. Tylko wtedy mamy prawo liczyć, że nasz głos w końcu zacznie stawać się coraz bardziej słyszalny. W przeciwnym razie, zawsze będziemy jak restauracja, w której serwuje się przypalone dania, a jej właściciele nieustannie dziwią się, że nie są w stanie pozyskać nowych klientów.

Z piłkarskim pozdrowieniem,

Jared Burzynski