Następny przystanek – Papua

Próba generalna przed wielką, piłkarską imprezą ma najczęściej na celu przede wszystkim poprawę morale w drużynie przed czekającymi ją najważniejszymi meczami. Doskonale wiedzą o tym selekcjonerzy, którzy nierzadko na tym etapie przygotowań wolą mierzyć się z teoretycznie słabszymi rywalami tylko po to, aby uniknąć negatywnych skutków ewentualnej porażki. Calle Barrling oraz Anneli Andersén najwyraźniej nie uznają jednak drogi na skróty, w związku z czym zaledwie kilka tygodni po niezwykle prestiżowym zwycięstwie nad rówieśniczkami z Niemiec, formę przygotowującej się do finałów Młodzieżowych Mistrzostw Świata reprezentacji Szwecji sprawdził kolejny wymagający przeciwnik. Trudny, norweski test udało się jednak zaliczyć w naprawdę dobrym stylu, a postawa naszych piłkarek na boisku w Hamar sprawia, że na niespełna miesiąc przed rozpoczęciem turnieju w Oceanii, możemy spoglądać w przyszłość z ostrożnym optymizmem.

W swoim ostatnim meczu przed wylotem na drugi koniec świata, podopieczne duetu Barrling – Andersén pokonały Norwegię 2-1, ale nie brakowało okazji, aby rozmiary szwedzkiej wiktorii były jeszcze bardziej okazałe. Sama Stina Blackstenius dwukrotnie obijała poprzeczkę bramki strzeżonej przez Josefine Ervik, a w dwóch innych sytuacjach norweskie defensorki ratowały się przed utratą gola wybiciem z linii bramkowej. Swoje szanse, choć w nieco mniejszej ilości, miały oczywiście również gospodynie, ale solidny występ zaliczyła golkiperka IK Sirius Emma Holmgren, która popisała się między innymi dwiema interwencjami po próbach z dystansu Reiten oraz Hansen. Bramkarka z Uppsali bezradna była jedynie wobec strzału Synne Jensen, ale piłkarka Wolfsburga (obecnie na wypożyczeniu w Stabæk) uderzała z naprawdę bliskiej odległości, skutecznie wykańczając ładną akcję całego zespołu. Warto jednak podkreślić, iż oba gole dla Szwecji również były efektem widowiskowych i kombinacyjnych zagrań. W 15. minucie efektowny rajd Blackstenius Norweżki powstrzymały dopiero przewinieniem w obrębie własnej szesnastki, a rzut karny pewnie wykonała Angeldahl, zaś po przerwie z kolejnej asysty napastniczki Linköping (tym razem w postaci niezwykle przytomnego wycofania piłki na dwunasty metr) skorzystała jej klubowa koleżanka Tove Almqvist.

O ile boiskowa dyspozycja naszych młodych piłkarek pozwala nam oczekiwać turnieju w Oceanii ze spokojem, o tyle znacznie bardziej dynamicznie przedstawiają się kwestie pozasportowe. Wciąż nie poznaliśmy bowiem oficjalnego składu szwedzkiej kadry na mistrzostwa i nie jest wielką tajemnicą, że jego kształt uzależniony jest przede wszystkim od efektów rozmów na linii Sztokholm – Malmö (a mówiąc nieco bardziej dokładnie: na linii SvFF – FC Rosengård). Czasu na podjęcie ostatecznych decyzji selekcjonerski duet ma jednak coraz mniej, gdyż już 6. listopada reprezentacja rocznika 1996 wyruszy w kierunku Papui-Nowej Gwinei, gdzie równo tydzień później – meczem przeciwko Korei Północnej – zainauguruje najważniejszy i jednocześnie ostatni turniej w historii swojego istnienia.

norswe

Fot. Thomas Brekke Sæteren

Reklamy

Jedyny taki mecz

Stadion Gamla Ullevi widział już naprawdę wiele, ale zakończony właśnie mecz – choć jedynie towarzyski – był pod wieloma względami absolutnie wyjątkowy. Niezwykle rzadko mamy bowiem do czynienia z wydarzeniem sportowym, które zdecydowanie największe emocje wzbudza przed jego rozpoczęciem, a dokładnie tak było w tym przypadku. Już w dniu, w którym w ogóle pojawił się pomysł zorganizowania takiego pojedynku, wielu nazywało tę ideę mocno kontrowersyjną, a potem nastąpił szereg zdarzeń, który szybko przeistoczył się w szwedzko-irańską, piłkarską telenowelę, a jej najważniejsze wątki prezentowały się tak:

Wątek społeczno-polityczny – o tym, że Iran nie jest krajem, który moglibyśmy stawiać za wzór w kwestii respektowania praw człowieka, wiemy nie od dziś. Jeszcze większą wiedzę mają na ten temat organizacje zajmujące się na co dzień problemami Bliskiego Wschodu oraz jego mieszkańców i to właśnie one wystąpiły z inicjatywą bojkotu spotkania na Gamla Ullevi. Końcowy efekt był taki, że w miejscu, w którym zaledwie trzy lata temu znajdowała się podczas EURO 2013 strefa kibica, miała miejsce pikieta mająca na celu między innymi zniechęcenie ludzi do przyjścia na stadion. Trudno jednoznacznie oszacować, w jakim stopniu wpłynęła ona na frekwencję, ale nawet jeśli jej rola była marginalna, to jednak zawsze wolelibyśmy być świadkami happeningów nakłaniających do wspierania reprezentacji.

Wątek wizowy – kadra Iranu jeszcze nigdy wcześniej nie grała oficjalnego meczu w Europie i długo wydawało się, że ten stan rzeczy może szybko nie ulec zmianie. Szwedzka ambasada w Teheranie jeszcze kilka dni temu donosiła bowiem, że nikt z federacji piłkarskiej nie wystąpił o wizę i dopiero kontakt ze strony SvFF sprawił, że w Iranie rozpoczęto – oczywiście w trybie last minute – przygotowania do europejskiej wyprawy, ale wszyscy chyba przyznamy, że nie brzmi to specjalnie profesjonalnie.

Wątek kalendarzowy – spotkanie pierwotnie miało odbyć się w czwartkowy wieczór, ale na niespełna 24 godziny przed planowanym rozpoczęciem przesunięto je na piątek, aby … dać rywalkom czas na dotarcie do Göteborga. Nie dość, że taka sytuacja trochę zaburzyła plan przygotowań do czekającego nas już w poniedziałek wyjazdowego meczu z Norwegią, to jeszcze niemal do ostatniej chwili nie byliśmy pewni, kto tak właściwie wsiądzie na pokład samolotu lecącego w kierunku Szwecji. Strona irańska cały czas utrzymywała bowiem, że zamierza posłać w bój … kadrę do lat 19, a o tym, że jednak dostąpimy zaszczytu zmierzenia się z pierwszą nieco starszą wiekowo reprezentacją poinformowała nas ambasada.

Trudno się więc dziwić, że w tym wszystkim wątek sportowy zszedł na dalszy plan i – pomimo momentów niezwykle efektownej gry naszych piłkarek – już na nim pozostał. Trzeba oczywiście odnotować najlepszy występ Olivii Schough w jej reprezentacyjnej karierze, gdyż bez względu na wszystko, trzy gole i cztery asysty w zaledwie 45 minut to bilans, który zawsze budzi uznanie. Trzeba się cieszyć, że w końcu wymierne efekty przyniosły ćwiczone niemal do znudzenia stałe fragmenty gry, gdyż to wyłącznie dzięki nim Magdalena Eriksson zakończyła mecz z hat-trickiem na koncie. Ale za każdym razem gdzieś z tyłu głowy pojawia się wątpliwość, że przecież kadra Pii Sundhage mierzyła się z montowaną w pośpiechu reprezentacją Iranu, która na dodatek była wyczerpana 24-godzinną podróżą do Szwecji, a z murawą Gamla Ullevi zapoznała się dopiero na rozgrzewce. Ponadto, widać było, że chociażby pojęcie krycia przy rzutach rożnych jest dla naszych dzisiejszych rywalek czystą abstrakcją, gdyż w przeciwnym razie raczej nie dałyby się trzykrotnie zaskoczyć w identyczny sposób. Piłkarkom z Persji należą się za to pochwały za niesamowicie ambitną postawę po przerwie, dzięki której udało im się zachować w drugiej połowie czyste konto i po ostatnim gwizdku słowackiej sędzi zebrać zasłużone owacje od licznie przybyłej na stadion irańskiej diaspory. Inna sprawa, że gra Szwedek w ostatniej fazie meczu była daleka od oczekiwań, ale w perspektywie fatalnych warunków atmosferycznych, wysokiego prowadzenia i czekającego nas już za trzy dni meczu z Norwegią, także i z niej nie powinniśmy wysuwać zbyt daleko idących wniosków, wszak śrubowanie strzeleckich rekordów nie znajdowało się dziś na pierwszym miejscu listy priorytetów.

Podsumowując wydarzenia ostatnich tygodni, na pewno musimy oddać Håkanowi Sjöstrandowi, że udało mu się na stałe zapisać w historii irańskiej piłki nożnej. Od samego początku było wiadomo, że w tej całej historii zdecydowanie największym wyzwaniem będzie ściągnięcie Iranek na europejską ziemię i trzeba przyznać, że nasza federacja spisała się w tym aspekcie znacznie lepiej niż kilka lat temu Niemcy, którzy również mieli w głowach podobną inicjatywę. Oczywiście, nie możemy zapominać, że rozegranie historycznego meczu odbyło się kosztem utraty jednego terminu w przygotowaniach do EURO 2017, ale o tym, czy była to właściwa decyzja, w pełni przekonamy się dopiero za kilka, a może i kilkadziesiąt lat.

45snnj-felch9qp_ku6aek69smc

Fot. Thomas Johansson

Siedem lat z życia LFC

Jest 1. listopada 2009, godzina 15:50. Piłkarki Linköping, które dzień wcześniej w imponującym stylu pokonały w pojedynku na szczycie Damallsvenskan Umeå, na ekranie komputera należącego do Kosovare Asllani śledzą ostatnie minuty meczu w Sztokholmie. Do końca pozostały już tylko sekundy, a Djurgården wciąż sensacyjnie prowadzi z Göteborgiem 1-0. Nikomu z zainteresowanych tym spotkaniem nie trzeba tłumaczyć, co oznacza taki właśnie rezultat, ale zawodniczki ze stolicy muszą jeszcze utrzymać korzystny wynik do końcowego gwizdka, a ten – ku uciesze wszystkich zebranych – w końcu rozbrzmiewa. W tak nietypowych i w pewnym sensie niespodziewanych okolicznościach Linköpings FC po raz pierwszy w historii zdobywa tytuł mistrza Szwecji w piłce nożnej, który zawodniczkom LFC przyszło świętować nie na boisku, a w restauracji. Najbardziej wzruszony całą sytuacją wydaje się być dobry duch klubu z Linköping, Rolf Gustavsson, który ze łzami w oczach powtarza, że oto właśnie przeżył najpiękniejszą chwilę swojego życia. W tym momencie nie ma jeszcze pojęcia, że dokładnie siedem lat później wypowie niemal identyczne słowa, a stanie się to w równie niecodziennych okolicznościach.

Nie trzeba eksperckiej wiedzy, aby stwierdzić, że tytuł w 2016 roku wywalczyła całkiem inna drużyna od tej, która swój moment chwały przeżyła siedem lat wcześniej. Z pierwszej mistrzowskiej kadry w klubie z Linköping ostała się jedynie Jonna Andersson, a i jej wkład w sukces z roku 2009 był wyłącznie symboliczny i wynosił dokładnie 39 minut rozegranych w meczu przeciwko Piteå. Warto więc uruchomić machinę czasu i krok po kroku prześledzić losy drużyny znad Stångån od chwili, kiedy poprzednio udało jej się zdobyć piłkarski szczyt.

01-hector-alejo

Fot. Hector Alejo

 Rok pierwszy

Radosny nastrój w Linköping nie zdążył jeszcze dobrze opaść, a zarząd już musiał zmierzyć się z nową, pomistrzowską rzeczywistością, której realia okazały się nadzwyczaj brutalne. Wiadomo było, że dobra postawa w rozgrywkach ligowych przełoży się na zainteresowanie klubów z potężniejszych lig czołowymi zawodniczkami LFC, w związku z czym zachowanie trzonu kadry szybko stało się zadaniem z gatunku tych absolutnie niewykonalnych. W Linköping nigdy nie tworzono kominów płacowych, ani nie wydawano ponad stan, więc konkurowanie z największymi graczami na europejskim i amerykańskim rynku było po prostu niemożliwe. Z mistrzowskiej drużyny odeszły więc między innymi Seger, Larsson, Paaske oraz Landström, a kilka miesięcy później ich śladem podążyła także uważana za największy talent szwedzkiej piłki Asllani. Oczywiście, nie zabrakło także zimowych wzmocnień, chociażby w postaci Lindy Sällström (co ciekawe, to właśnie ona była autorką gola w meczu Djurgården – Göteborg, który to zapewnił LFC tytuł), ale w końcowym rozrachunku bilans zysków i strat z pewnością nie wyszedł na zero. Tym bardziej, że do roszady doszło także na stanowisku trenera, miejsce Magnusa Wikmana zajął Peter Johansson, który musiał bardzo szybko znaleźć sposób na drużynę przystępującą do obrony tytułu w kompletnie odmienionym składzie.

Sezon rozpoczął się dla LFC nawet całkiem obiecująco, bo od zwycięstwa nad mocnym i nieobliczalnym Göteborgiem. Niestety, wiosenna seria czterech meczów bez wygranej (w tym domowe porażki z beniaminkiem z Tyresö oraz Jitexem) stosunkowo szybko zweryfikowała mocarstwowe plany. Peter Johansson starał się wprawdzie zachowywać spokój i często powtarzał, że dziennikarze i eksperci skreślają jego drużynę zdecydowanie przedwcześnie, ale okazało się, że ci którzy przewidywali, że walka o tytuł odbędzie się bez udziału aktualnych mistrzyń kraju, tym razem mieli rację. Już na półmetku rozgrywek strata do liderek z Malmö wynosiła dwanaście punktów, a w drugiej części sezonu wciąż sukcesywnie rosła. Rozczarowujące wyniki przełożyły się także na wyraźny w porównaniu z poprzednim sezonem spadek frekwencji, a kibicom w Östergötland niezbyt radosną jesień osłodził nieco jedynie awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzyń, choć trzeba oddać, że rywalki w poprzednich rundach (słoweńska Krka i czeska Sparta) nie były przesadnie wymagające.

Rok drugi

Choć najważniejszy mecz w dotychczasowej historii klubu (ćwierćfinał LM z londyńskim Arsenalem) trzeba było zagrać w Åtvidabergu, wczesną wiosną w Linköping powiało delikatnym optymizmem. Po średnio udanej amerykańskiej przygodzie do klubu wróciła Asllani, spokój w drugiej linii zapewnić miała mająca już niemałe doświadczenie Gajhede, a na czołową defensorkę ligi zaczęła wyrastać Norweżka Nora Holstad Berge. Do dwumeczu z mistrzyniami Anglii przystępowano więc w Östergötland bez niepotrzebnego lęku, a gdy z Londynu udało się przywieźć całkiem niezły w perspektywie rewanżu remis 1-1, awans do najlepszej czwórki w Europie stał się nagle niespodziewanie realny. Niestety, choć ambitnie grające piłkarki z Linköping dwukrotnie obejmowały na Kopparvallen prowadzenie (gole Sällström oraz Asllani), trafienie Katie Chapman z 80. minuty sprawiło, że to piłkarki z Wysp Brytyjskich dzięki większej liczbie bramek strzelonych na wyjeździe wywalczyły sobie prawo do gry z Lyonem o finał piłkarskiej Ligi Mistrzyń.

Jeszcze gorzej miały się sprawy na krajowym podwórku, gdzie grająca bardzo nierówno i na dodatek bez własnego stylu drużyna zamiast bić się o puchary, znalazła się w bezpośrednim sąsiedztwie strefy spadkowej. Do rundy rewanżowej LFC przystępował z zaledwie czternastoma punktami na koncie, a słabsza dyspozycja niedawnych mistrzyń kraju nie uszła uwadze Thomasa Dennerby’ego, który w powołanej przez siebie kadrze na – jak się miało okazać – niezwykle udany dla reprezentacji Szwecji mundial nie znalazł miejsca między innymi dla Kosovare Asllani. Nieobecność napastniczki Linköping na najważniejszej piłkarskiej imprezie czterolecia była rzecz jasna szeroko komentowana, ale trzeba przyznać, iż wiosna 2011 była najprawdopodobniej najsłabszą rundą rozegraną przez tę zawodniczkę na boiskach Damallsvenskan. Jesień, podobnie jak w przypadku wielu innych piłkarek LFC, była już nieco lepsza, ale pomimo czterech kolejnych zwycięstw na zakończenie rozgrywek, tym razem trzeba było się zadowolić miejscem w środku ligowej stawki.

02

Fot. Johan Rydén

Rok trzeci

Nowy rok, nowe nadzieje. Z takim właśnie nastawieniem przywitano w Linköping nadejście roku 2012. Drużyna wzmocniona między innymi Nillą Fischer, Manon Melis i Lisą de Vanną (z kluczowych piłkarek odeszła jedynie Asllani) miała wymazać z pamięci kibiców dwa lata rozczarowań i przywrócić klubowi należne miejsce w krajowej hierarchii. Tyle tylko, że zanim cała zabawa zdążyła się na dobre rozkręcić, LFC już został z niej wyproszony. Zaledwie jedno zwycięstwo w pierwszych siedmiu kolejkach było wynikiem z pogranicza rozczarowania i kompromitacji i nawet poważne urazy Rohlin oraz Sällström w najmniejszym stopniu nie usprawiedliwiały tak fatalnej postawy ekipy z Östergötland. Nie najlepiej działo sie także w kwestiach pozasportowych. Wprawdzie nad Linköping nie zawisła wizja bankructwa klubu, ale wyglądający gorzej z sezonu na sezon bilans finansowy zmusił włodarzy LFC do wdrożenia nowej strategii polegającej na sprowadzaniu wyłącznie młodych, perspektywicznych piłkarek, które – jeśli oczywiście wypalą – będą w dłuższej perspektywie mogły dać drużynie wiele, nie drenując przy tym budżetu.

Rewolucja w zasadach funkcjonowania klubu nie byłaby pełna bez roszady na ławce trenerskiej, w związku z czym misję budowania nowego Linköping powierzono Martinowi Sjögrenowi, który wcześniej dwukrotnie doprowadził do mistrzostwa zespół z Malmö. Równocześnie z nowym szkoleniowcem w mieście nad Stångån pojawiła się Pernille Harder, niezwykle utalentowana nastolatka z Viborga, która miała być symbolem wspomnianej właśnie strategii. Pierwsza runda Sjögrena w nowym klubie nie rozpoczęła się wprawdzie spektakularnie, ale szalony, okraszony sześcioma kolejnymi zwycięstwami finisz sprawił, że Linköping dosłownie rzutem na taśmę załapał się na najniższy stopień podium, choć na półmetku rozgrywek strata LFC do medalowych pozycji wynosiła aż dziewięć punktów.

Rok czwarty

Eriksson, Lennartsson, Slegers, Beckmann, Hammarlund oraz nazywana przez wielu nową Asllani szesnastoletnia Stina Blackstenius – tak przedstawiał się zestaw nowych nabytków ekipy z Linköping przez rozpoczęciem kolejnego sezonu. Z klubem pożegnały się za to między innymi Melis i de Vanna, które wprawdzie sportowo prezentowały się bardzo solidnie, ale nijak nie wpisywały się w oszczędnościową strategię klubu. Na tym jednak nie koniec zmian, gdyż fanów w Östergötland czekała jeszcze jedna, niezwykle miła niespodzianka. Do użytku oddano bowiem budowaną z myślą o EURO 2013 Arenę Linköping, która od teraz stała się siedzibą i domem LFC. Debiut nowego stadionu wypadł jednak wyjątkowo blado (1-1 z najsłabszym w lidze Sunnanå), a kolejne mecze tylko potwierdziły, że na ten moment Sjögren absolutnie nie przezwyciężył wiosennej klątwy, z którą wcześniej nie potrafili sobie poradzić Johansson oraz Petersson. Marzenia o odzyskaniu tytułu (zakładając, że takowe w ogóle były) znów trzeba było odłożyć na kolejny sezon zanim jeszcze w kraju na dobre zdążyło się ocieplić.

Skoro mieliśmy mieć do czynienia z klasycznym deja vu, to jesień w wykonaniu LFC powinna być wyraźnie lepsza niż wiosna. I była! I to pomimo tego, że po niezwykle udanym dla siebie EURO z klubem pożegnała się Nilla Fischer. Piłkarki z Linköping raz jeszcze postanowiły nam jednak zaprezentować finisz, którego nie powstydziłaby się sama Shelly-Ann Fraser i wygrywając tym razem siedem (!) ostatnich spotkań obroniły wywalczone rok wcześniej brązowe medale. Niezwykle udany sezon zaliczyła Harder, która okazała się absolutnym strzałem w dziesiątkę, bardzo dobrze prezentowała się Samuelsson, a Blackstenius wysłała pierwsze sygnały, że być może stać ją nawet na większą karierę niż ta, która stała się udziałem jej wybitnej poprzedniczki w klubie z Östergötland.

03

Fot. Leo Sellén

Rok piąty

Ludzie, ile jeszcze tak można? – mniej więcej w ten sposób myśleli z pewnością sympatycy Linköping oglądający popisy swoich ulubienic wiosną 2014. Nowymi twarzami w klubie były perspektywiczne Minde, Nordin, Almqvist czy Rolfö, ale tym razem nie był to koniec przedsezonowych wzmocnień. Następczynią wieloletniej podstawowej golkiperki LFC Sofii Lundgren została Amerykanka Fraine, a w miejsce Fischer sprowadzono nie schodzącą poniżej pewnego poziomu Dunkę Arnth. Nie zabrakło nawet miejsca na szczyptę egzotyki w postaci Portugalek Neto oraz da Silvy, a także Japonki Noguchi. To wszystko nie zmieniło jednak faktu, że początek rozgrywek – zgodnie z tradycją – upłynął pod znakiem niepotrzebnie pogubionych punktów. Zaczęło się od pechowej i kompletnie niespodziewanej porażki z Piteå, następnie przyszły remisy z Kristianstad i Eskilstuną, a tuż po nich domowa klęska (0-4) z Örebro, które jako pierwszy w historii zespół potrafiło zwyciężyć na Arenie Linköping. Po takiej serii, walka o coś więcej niż lokata na najniższym stopniu podium znów stała się całkowicie wykluczona.

Tym razem ostatecznie nie udało się jednak sięgnąć nawet po brązowe medale, gdyż zamiast spodziewanego ataku na wyższe pozycje, oglądaliśmy ciąg dalszy gry w przysłowiową kratkę. Z mistrzem z Malmö udało się nawet wygrać (i to aż dwukrotnie!), ale wobec porażki z Kristianstad czy straty punktów z niemal każdym możliwym rywalem (nie wyłączając beznadziejnego AIK!), nie zdało się to na wiele. Kiepską postawę w lidze piłkarki z Linköping nieco powetowały sobie wygrywając w dobrym stylu Puchar Szwecji, a także pokazując się z niezłej strony w Europie. Podopieczne Martina Sjögrena w Lidze Mistrzyń zagrały w zastępstwie wykluczonego z pucharów Tyresö, ale nie przeszkodziło im to w awansie do ćwierćfinału kosztem angielskiego Liverpoolu oraz – po jednym z najdziwniejszych dwumeczów w historii – rosyjskiej Zwiezdy Perm. W rewanżowym meczu z drużyną z miasta Beatlesów hat-trickiem popisała się Fridolina Rolfö, co do dziś przy każdej możliwej sposobności wspominają komentatorzy z całego świata, więc w ciemno można założyć, iż wzmianka o tym wyczynie trafiła nawet do wikipedii.

Rok szósty

Los okazał się niezwykle łaskawy i o pierwszy w historii klubu półfinał Ligi Mistrzyń przyszło piłkarkom Linköping rywalizować z duńskim Brøndby. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że tym razem już na pewno musi się udać, ale sprawę najpierw skomplikował samobójczy gol Rohlin i wynikająca z niego domowa porażka 0-1, a następnie fatalna skuteczność w rewanżu, gdzie – pomimo przygniatającej przewagi – udało się ugrać jedynie niewiele dający remis. Choć jedyną nową twarzą w drużynie była Ukrainka Wiera Diateł, Martin Sjögren odważnie zapowiadał walkę o najwyższe cele, a przekaz idący z Linköping był jasny – każde miejsce poniżej drugiego z pewnością nie usatysfakcjonuje nikogo. Apetyty jeszcze bardziej rozbudził fakt, że tak nielubianą pierwszą część sezonu udało się w końcu przetrwać bez większych turbulencji, a letnią przerwę zespół z Östergötland spędził w wygodnym fotelu wicelidera, z pięciopunktową stratą do FC Rosengård.

Niestety, tym razem delikatne załamanie formy przyszło na przełomie sierpnia i września, a jego skutki okazały się niezwykle bolesne w skutkach. Wprawdzie walka w górnej połówce ligowej tabeli była bardziej wyrównana niż kiedykolwiek wcześniej, a Linköping szanse na mistrzostwo stracił dopiero w przedostatniej kolejce, ale koniec końców znów cieszyli się inni, a piłkarkom LFC pozostały łzy żalu i poczucie niewykorzystanej szansy. Jakimś pocieszeniem znów było zwycięstwo po niesamowitym finale w Pucharze Szwecji (jego bohaterką była Diateł, dla której był to … ostatni poważny mecz w barwach Linköping), ale jednak rozczarowanie zaledwie czwartą lokatą w lidze było znacznie silniejsze. Najbardziej szkoda było nam kończącej długą i pełną sukcesów karierę wychowanki LFC Charlotte Rohlin, która przez niemal trzydzieści lat gry w piłkę reprezentowała tylko jeden klub. Po definitywnie przekreślającym szanse bezbramkowym remisie z Eskilstuną doskonale widzieliśmy, jak bardzo tej doświadczonej zawodniczce zależało na tym, aby pożegnać się z murawą mistrzowskim tytułem.

04

Fot. Thomas Johansson

Rok siódmy

Pomimo braku sukcesu w poprzednich rozgrywkach, a także niepokojąco wąskiej kadry zdecydowano, że Linköping nie będzie aktywnym graczem podczas zimowego okienka transferowego. Po części wynikało to z czynników ekonomicznych, a po części z zaufania do własnych, podejmowanych w poprzednich latach wyborów. Sprowadzane na początku kadencji Sjögrena piłkarki wchodziły bowiem w wiek, w którym przeistaczały się z obiecujących talentów w zawodniczki potrafiące już w tym momencie wziąć na siebie odpowiedzialność za drużynę i wprowadzić ją na wyższy poziom. Już pierwsze mecze pokazały, że ten rok od poprzednich różnić będzie się przede wszystkim … osiąganymi wynikami. Owszem, poprawiła się także piłkarska jakość, ale zdecydowanie największy i być może najtrudniejszy skok dokonał się w sferze mentalnej. Prowadzone do boju przez niezmordowaną Pernille Harder piłkarki Linköping wykształciły w sobie bowiem gen zwycięstwa, a on pozwolił im rozstrzygnąć na swoją korzyść mecze, które we wcześniejszych sezonach skończyłyby się najpewniej stratą punktów. Nie będzie wielkiej przesady, jeśli powiemy, że sytuacja odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i teraz to drużyna Martina Sjögrena była tą, która zamiast gubić, nauczyła się wyszarpywać bezcenne punkty, o czym brutalnie przekonali się między innymi w Piteå oraz w Borlänge.

Kolejne wpadki zaliczały z kolei mistrzynie kraju z Malmö, w efekcie czego Linköping z tygodnia na tydzień stawał się coraz poważniejszym kandydatem do tytułu. Zakończony remisem w Örebro wrześniowo-październikowy maraton sprawił jednak, że kwestia mistrzostwa miała się ostatecznie rozstrzygnąć w bezpośrednim starciu z Rosengård. Przed pierwszym gwizdkiem trudno było wskazać faworyta, ale eksperci zgodnie twierdzili, że większe doświadczenie zespołu ze Skanii może okazać się czynnikiem decydującym. Akcja z 81. minuty – od przechwytu Rolfö, przez zwód i centrę Harder, aż do przesądzającej o zwycięstwie główki Minde – pokazała jednak, że ciągłe nazywanie Linköping drużyną niezdolną do wygrywania rzeczy wielkich nie ma już dziś większego sensu. Ta ekipa, która przez ostatnie cztery lata powstawała i dojrzewała na naszych oczach, jest już na ten moment produktem absolutnie kompletnym, co udowodniła zresztą także podczas niedzielnego meczu w Vittsjö, po którym Rolf Gustavsson mógł w końcu powtórzyć swoje słowa sprzed siedmiu lat. I trudno oprzeć się wrażeniu, że tym razem brzmiały one jeszcze bardziej dumnie.

05

Fot. Stefan Jerrevång

Niemiecko-czeska droga do ćwierćfinału

Jeszcze dobrze nie zdążyły opaść emocje po weekendowych rozstrzygnięciach w Damallsvenskan, a nowy tydzień już przyniósł nam kolejne, równie interesujące wieści. Tym razem nadeszły one ze Szwajcarii, gdzie odbyło się losowanie par 1/8 finału piłkarskiej Ligi Mistrzyń. Dla szwedzkich klubów okazało się ono średnio udane, bo o ile w Malmö na to, co przyniósł los nie powinni narzekać, o tyle w Eskilstunie mieli prawo liczyć na znacznie korzystniejszy rozwój wypadków. Tym bardziej, że pierwotnie ubiegłoroczne wicemistrzynie Szwecji miały zmierzyć się z Rossijanką, ale ze względu na obowiązujący na tym etapie rozgrywek klucz krajowy zagrają ostatecznie z niemieckim Wolfsburgiem i nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że wyeliminowanie dwukrotnych triumfatorek Ligi Mistrzyń z pewnością nie będzie łatwym zadaniem. Awans jest za to obowiązkiem w przypadku FC Rosengård, który zmierzy się ze Slavią Praga. Mistrzynie Czech rok temu doszły wprawdzie aż do ćwierćfinału, ale na swojej pucharowej drodze napotykały one wówczas drużyny znacznie ustępujące klasą ekipie z Malmö.

Co słychać w pozostałych parach? Nie zabraknie w nich spotkań dobrych znajomych (Barcelona – Twente, Brescia – Fortuna), a także dwumeczów, w których faworyt jest tylko jeden (Lyon – Zürich). Szczęście tym razem dopisało również PSG. Piłkarki wicemistrza Francji, które w poprzedniej rundzie (nie bez pomocy Sary Persson) uporały się z Lillestrøm, w listopadzie wybiorą się do Kazachstanu. Przed sporą szansą na to, aby po raz pierwszy w historii dotrwać w pucharach do wiosny stanie również monachijski Bayern, który o ćwiercfinał powalczy w Moskwie.


Zestaw par 1/8 finału Ligi Mistrzyń:

Paris Saint-Germain – BIIK-Kazygurt

FC Barcelona – FC Twente

SK Slavia Praga – FC Rosengård

Manchester City WFC – Brøndby IF

ACF Brescia – Fortuna Hjørring

Olympique Lyon – FC Zürich Frauen

Eskilstuna United DFF – VfL Wolfsburg

FC Bayern Monachium – FC Rossijanka

Linköping w mistrzowskiej koronie!

Z tabeli jasno wynikało, że już dziś możemy poznać nowego mistrza Szwecji, ale taki scenariusz wydawał się mimo wszystko stosunkowo mało prawdopodobny. Po pierwsze, piłkarki z Linköping musiały wywieźć komplet punktów z Vittsjö, gdzie nigdy nie gra się łatwo, a tym razem trzeba było jeszcze stawić czoła trudnym warunkom atmosferycznym, które z pewnością nie ułatwiały drużynie Martina Sjögrena zadania. Po drugie, Rosengård nie mógł poradzić sobie na własnym boisku z rywalem, z którym wygrał wszystkie dotychczasowe potyczki w historii. Trudno zatem dziwić się, że większość ekspertów zgodnie twierdziła, że najważniejsze rozstrzygnięcia na szczycie ligowej tabeli poznamy dopiero po przerwie reprezentacyjnej. W futbolu zawsze trzeba jednak być przygotowanym na niespodziewane rozstrzygnięcia i to właśnie one stały się w niedzielne popołudnie naszym udziałem. Dokładnie o godzinie 16:55 gwizdek Laury Rapp oznajmił, iż od tej chwili to Linköping jest siedzibą najlepszej piłkarskiej drużyny w kraju!

Wcześniej rozpoczął się mecz w Vittsjö i od pierwszych minut to piłkarki LFC sprawiały wrażenie zespołu nieco bardziej zainteresowanego zwycięstwem. O ile z przejęciem inicjatywy większych problemów nie było, o tyle stwarzanie czystych, bramkowych okazji stanowiło już nieco większe wyzwanie. Futbolówka raz po raz bezkarnie przelatywała wzdłuż szesnastki Katie Fraine, ale na pierwszą sytuację z gatunku tych naprawdę klarownych, trzeba było czekać ponad pół godziny. Cierpliwość została jednak w pełni wynagrodzona w 34. minucie, kiedy to Slegers przytomnie zacentrowała na głowę Minde, a Norweżka – wykorzystując niezdecydowanie grającej z konieczności na prawej obronie Hjälmkvist – podobnie jak tydzień temu, strzałem głową wyprowadziła swój zespół na prowadzenie. Najważniejsza część planu została tym samym wykonana; teraz zawodniczkom z Linköping pozostawało przede wszystkim zachować czujność w tyłach i – jeśli nadarzy się okazja – postarać się podwyższyć rezultat, gdyż jak doskonale wiemy wynik 1-0 trudno zaliczyć do tych najbardziej bezpiecznych.

Tyle tylko, że piłkarki Vittsjö robiły dziś bardzo niewiele, aby przeciwstawić się liderkom Damallsvenskan. Wprawdzie na placu gry znajdowały się jednocześnie Okobi, Markstedt oraz Sällström, ale to pozornie ofensywne ustawienie drużyny ze Skanii straszyło wyłącznie na papierze. Cajsa Andersson przez dziewięćdziesiąt minut tak naprawdę nie miała ani jednej poważniejszej interwencji, w przeciwieństwie do Fraine, która akurat nie musiała narzekać na brak zajęć. Zarówno amerykańska golkiperka, jak i stanowiące w tym meczu parę stoperek Dieke oraz Benediktsson przez większą część spotkania ze swoich zadań wywiązywały się nawet całkiem poprawnie, ale i im przydarzył się jeden błąd, w wyniku którego w sytuacji sam na sam znalazła się Blackstenius i golem na 2-0 przypieczętowała pewne zwycięstwo gości. Więcej bramek dla Linköping kibice już nie zobaczyli, choć okazji (słupek Harder, poprzeczka Blackstenius) na to, aby zwyciężyć jeszcze bardziej okazale nie brakowało. Dla drużyny z Östergötland najważniejsza w tym momencie była jednak nie liczba goli strzelonych na Vittsjö IP, a to, co w tym samym czasie działo się w oddalonym o nieco ponad sto kilometrów na południe Malmö.

Wprawdzie FC Rosengård przystępował do pojedynku z Eskilstuną poważnie osłabiony, ale cały czas to podopieczne duńskiego trenera Jacka Majgaarda uchodziły w tej rywalizacji za faworytki. Tym bardziej, że piłkarki United zaledwie dwa dni wcześniej wróciły do kraju po zwycięskiej, ale równocześnie niezwykle wyczerpującej wyprawie do Wielkiej Brytanii. Po zawodniczkach gości nie było jednak widać zmęczenia niezwykle wymagającym terminarzem, a momentami można było nawet odnieść wrażenie, że wyjazdowa wygrana w Lidze Mistrzyń dodała im jeszcze energii, z którą to przystąpiły do dzisiejszego spotkania. Jeśli założymy, że piłkarki United rzeczywiście napędzają się każdym kolejnym sukcesem, to w 19. minucie meczu w Malmö otrzymały jeszcze jeden pozytywny impuls, a sprezentować go postanowiła Ebba Wieder. Defensywna pomocniczka Rosengård w kompletnie niewytłumaczalny sposób straciła futbolówkę na trzydziestym metrze przed bramką Musovic, z czego najlepszy możliwy użytek zrobiły Diaz i Larsson i mistrzostwo znalazło się w tym momencie niesamowicie blisko Linköping.

Rosengård potrzebował dwóch goli, aby zachować choćby matematyczne szanse na obronę tytułu, więc skoro nie było już absolutnie czego bronić, Jack Majgaard postanowił rzucić wszystkie siły do ataku. Piłkarki z Malmö rzeczywiście momentami spychały Eskilstunę do nieco zbyt głębokiej defensywy, ale podopieczne Viktora Erikssona już w Airdrie udowodniły, że dobrze dysponowana formacja obronna United to zapora, którą wcale nie tak łatwo jest sforsować. Nie inaczej było także dzisiaj, a między 60., a 63. minutą to Rosengård przyjął dwa kolejne ciosy, po których ciężko było się już podnieść. Najpierw po starciu z Nathalie Björn boisko musiała opuścić Marta, a chwilę później podyktowany za faul taktyczny Ilestedt rzut wolny na drugiego gola dla Eskilstuny zamieniła niezwykle precyzyjnym strzałem Banusic. Piłkarki ze Skanii walczyły oczywiście do końca i za sprawą Andonowej (a także fatalnie interweniującej Lundberg, która puściła piłkę pod brzuchem) udało im się jeszcze zmniejszyć rozmiary porażki, ale na więcej ustępujących mistrzyń Szwecji nie było już po prostu stać. Grające niezwykle ambitnie zawodniczki United, a także ich sympatycy z Tuna12 drugi raz w tym tygodniu mogli świętować zwycięstwo na bardzo trudnym terenie i wciąż nie są bez szans, aby podobnie jak w poprzednim sezonie zakończyć ligowe zmagania na podium. W Malmö natomiast mogą już skupić się przede wszystkim na tym, aby na listopadowy dwumecz w Lidze Mistrzyń kadra zespołu prezentowała się znacznie lepiej niż dziś. Przypomnijmy, że obaj nasi pucharowicze swoje rywalki w następnej fazie europejskich zmagań poznają już jutro.

lfcguld

Damallsvenskan to taka liga, w której gra dwanaście drużyn, a największą rewelacją zawsze okazuje się Piteå. Ta wymyślona nie tak dawno maksyma sprawdza się również i w tym sezonie, gdyż ekipa z dalekiej Północy już chyba na dobre zakotwiczyła w tej części tabeli, w której przed startem rozgrywek nie widział jej chyba nikt.

Zwycięstwo drużyny Stellana Carlssona nad Kristianstad siłą rzeczy było dziś nieco w cieniu tego, co wydarzyło się na pozostałych boiskach, ale czy aby nie przywykliśmy już do tego, że na tym właśnie polega taktyka Piteå, nad którą nie bez powodu od wielu miesięcy się tak rozpływamy? Zawodniczki z Norrland nie grają być może najbardziej efektownej piłki na świecie, ale bez wielkich fanfar tydzień po tygodniu robią swoje, co na koniec sezonu zazwyczaj przekłada się na rezultat znacznie przewyższający „papierowy” potencjał tego zespołu. Dzisiejszy pojedynek na LF Arenie był niezwykle wyrównany i tak na dobrą sprawę mógł zakończyć się każdym wynikiem, ale to Piteå raz jeszcze zrobiło wystarczająco wiele, aby na koniec dnia dopisać do swojego dorobku trzy kolejne punkty. O zwycięstwie gospodyń przesądził efektowny strzał z dystansu Jakobsson, która w 66. minucie przymierzyła zza pola karnego w samo okienko bramki gości. Nieco wcześniej prowadzenie ekipie z Norrland dała Norlin, ale stan rywalizacji wyrównała … Faith Ikidi, która powoli wyrasta nam na specjalistkę od najbardziej spektakularnych goli samobójczych (ten dzisiejszy naprawdę warto obejrzeć!). Okazje na to, aby zapewnić drużynie ze wschodniej Skanii niezwykle ważny w kontekście walki o utrzymanie punkt miały jeszcze w końcówce między innymi Danielsson oraz Rasmussen, ale ostatecznie w powrotną podróż do domu piłkarki Kristianstad udały się wyłącznie z poczuciem niewykorzystanej szansy.