Piteå – klinika złamanych karier

Obserwując grę drużyny Stellana Carlssona w ostatnich tygodniach, nie sposób nie przywołać jednej anegdotki z oficjalnego spotkania poprzedzającego obecny sezon Damallsvenskan. Josefin Johansson, zapytana o to, jak ocenia szanse swojego klubu wobec sporych osłabień w przerwie zimowej przypomniała, że na dokładnie to samo pytanie musi odpowiadać wiosną każdego roku. Dociekliwość dziennikarzy i ekspertów nie może jednak dziwić, gdyż to, co wyprawia się od pewnego czasu w Piteå na zdrowy rozum wymyka się wszelkiej logice. Sukcesywnie osłabiany klub, zamiast staczać się coraz niżej, nieustannie pnie się w krajowej hierarchii, niejako przy okazji pomagając niejednej piłkarce przedstawić się szerszej publiczności lub odbudować złamaną wydawałoby się karierę. Ożywcze powietrze spod koła podbiegunowego? Magia Stellana Carlssona? Energia płynąca od zakochanej w piłce nożnej publiczności? A może wszystko po trochu? Trudno jednoznacznie wskazać przyczynę takiego stanu rzeczy, ale pewne jest, że kolejny rok z rzędu w Piteå znów zaśmiano się ze wszystkich wieszczących, że tym razem to już na pewno nie może się udać.

Wprawdzie w obecnych rozgrywkach Piteå nie gra aż tak efektownie, jak chociażby rok temu, ale za to efektywności mogłaby zawodniczkom z Norrbotten pozazdrościć niejedna wyżej notowana drużyna. Dzisiejsze derby przeciwko Umeå długo nie układały się po myśli piłkarek z LF Areny, wszystko wskazywało na to, że zakończą się one siódmym z rzędu remisem, ale na kilkaset sekund przed końcem spotkania gospodyniom udało się w dramatycznych okolicznościach przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Autorką gola na wagę trzech punktów okazała się piłkarka, która ostatnie lata spędziła głównie w rezerwach Eskilstuny, ale takie historie w Piteå już dawno przestały kogokolwiek dziwić. Po dzisiejszym meczu ekipa Stellana Carlssona wdrapała się na ligowe podium i nawet jeśli za dwa miesiące zakończy sezon gdzieś w okolicach szóstej pozycji, to i tak w klubie będą mogli pogratulować sobie dobrze wykonanego zadania. A wiosną znów trzeba będzie odpowiadać na te same pytania.

******

Trudno powiedzieć, czy większą sensacją byłyby brązowe medale dla Piteå, czy może dla Djurgården, ale wszystko wskazuje na to, że to właśnie beniaminek ze Sztokholmu może okazać się prawdziwą rewelacją piłkarskiej jesieni. Podopieczne Yvonne Ekroth po letniej przerwie nie przegrały jeszcze meczu, a dzisiejsze zwycięstwo nad Göteborgiem sprawiło, że w stolicy, zamiast nerwowo oglądać się za siebie, mogą coraz śmielej zerkać w górę tabeli. Co równie istotne, ekipa ze Sztokholmu w obecnej fazie sezonu sprawia wrażenie drużyny kompletnej, a do wysokiego poziomu prezentowanego przed przednie formacje dostosowała się również przyprawiająca swego czasu własnych kibiców o szybsze bicie serca defensywa.

Sceptycy zapewne powiedzą, że w meczu na Stadionie Olimpijskim gospodyniom ewidentnie sprzyjało szczęście i nie da się ukryć, że oba gole dla Djurgården rzeczywiście padły w dość fortunnych okolicznościach, ale nie zmienia to faktu, ze po trzy punkty sięgnęła dziś drużyna piłkarsko lepsza. Inna sprawa, że nawet dziesięciokrotne obejrzenie powtórki nie daje nam jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy futbolówka całym obwodem minęła linię bramkową po uderzeniu Hanny Lundqvist. Prowadząca spotkanie trójka sędziowska z Norwegii bez chwili wahania uznała jednak, że gol gospodyniom się należy, co niewątpliwie pomogło Djurgården przejąć kontrolę nad meczem. W drugiej połowie zawodniczki ze Sztokholmu szybko podwyższyły prowadzenie po samobójczym trafieniu Hellenberg (gola wypracowała Jalkerud), a ekipę z Västergötland stać było jedynie na honorową bramkę autorstwa niezawodnej Hammarlund. Stefan Rehn z pewnością nie może być zadowolony z wyniku, ale warto odnotować, iż kolejny raz ze świetnej strony pokazała się wchodząca z ławki Zamanian, która powoli staje się niezwykle groźną jokerką w talii klubu z Göteborga.

******

Po ostatnim meczu rundy wiosennej pisaliśmy, że jedną Chawingą ekstraklasy dla Dalarny można nie utrzymać. Najwyraźniej z tego samego założenia wyszedł zarząd klubu i latem beniaminka z Borlänge wzmocniły dwie piłkarki, które miały nieco odciążyć napastniczkę z Malawi w poczynaniach ofensywnych. O tym, jak bardzo udany był to ruch, najlepiej świadczą liczby. Siedem punktów zdobytych w czterech jesiennych meczach sprawiło, że o Kvarnsveden znów mówi się w kontekście rewelacji sezonu, a nie walki o utrzymanie.

Dzisiejszy mecz w Örebro był kolejnym popisem tercetu Weimer – Addo – Chawinga, choć równie wielki wkład w zwycięstwo gości miała grająca zaskakująco nonszalancko defensywa miejscowych. W 23. minucie gola rywalkom z Dalarny sprezentowała Carola Söberg, która na dwunastym metrze przed własną bramką zaczęła robić … no właśnie, chyba sama zainteresowana nie bardzo byłaby w stanie wytłumaczyć dlaczego zechciała zaliczyć asystę przy bramce Tiffany Weimer. Tuż po wznowieniu gry zawodniczki z Örebro najwyraźniej uznały, że skoro ostatnio udało się powrócić od stanu 0-2, to i teraz można spróbować i ponownie wypracowały gola przeciwniczkom. Tym razem na listę strzelczyń wpisała się Chawinga, a asystę zaliczyły do spółki Gråhns oraz Kristjansdottir. Jak się później okazało, gospodynie tym razem nieco przeszacowały swoje możliwości, gdyż pomimo licznych okazji (m.in. poprzeczka Tancredi) udało im się zdobyć jedynie gola kontaktowego. W doliczonym czasie dobić rywalki mogła jeszcze Chawinga (kolejny prezent od rywalek), ale po jej strzale piłka odbiła się od słupka. Tak, czy inaczej, trzy punkty pojechały ostatecznie do Dalarny, a Örebro wciąż pozostaje w rundzie jesiennej bez zwycięstwa.

******

Wyniki osiągane w ostatnich tygodniach przez Eskilstunę na papierze prezentowały się całkiem nieźle, ale postawa drużyny prowadzonej przez Viktora Erikssona nieco odbiegała od oczekiwań sympatyków United. Dzisiejszy mecz z dramatycznie słabym jesienią Mallbacken jedynie potwierdził, że – szczególnie w perspektywie nadchodzącego debiutu w Lidze Mistrzyń – do poprawy jest jeszcze całkiem sporo. Oczywiście, to gospodynie były na Tunavallen znacznie bliższe zwycięstwa, a każda z ofensywnych piłkarek United (Larsson, Schough, Banusic) zmarnowała przynajmniej jedną dogodną okazję na zdobycie gola, ale jakoś trudno było pozbyć się wrażenia, że gra Eskilstuny bardziej męczy niż zachwyca. Podobać mogły się prostopadłe piłki grane przez Diaz, sporo zamieszania na robiła na lewej flance Logarzo, ale w ostatecznym obrazku nie wyglądało to nawet w połowie tak, jak z pewnością życzyłby sobie tego Viktor Eriksson. Punkt wywieziony z Tunavallen to dla zawodniczek z Värmland niezwykle cenna zdobycz, ale tak na dobrą sprawę sytuacja Mallbacken nie uległa dzisiaj jakiejś dramatycznej poprawie. Klub z Sunne tak jak nie był, tak w dalszym ciągu nie jest faworytem w walce o pozostanie na najwyższym szczeblu rozgrywkowym.

feliciakarlsson-pitea-svenskfotboll_se

Fot. SvFF

Dzień, w którym zatrzęsła się tabela

Niedzielne mecze miały być dla obu liderów jedynie dopełnieniem formalności przed dwutygodniową przerwą reprezentacyjną, ale szwedzka ekstraklasa już wielokrotnie gwarantowała nam dodatkową dawkę emocji właśnie wtedy, gdy najmniej się tego spodziewaliśmy. Owszem, w zapowiedzi kolejki przestrzegaliśmy przed dopisywaniem Rosengård kolejnego zwycięstwa jeszcze przed pierwszym gwizdkiem i przypominaliśmy ubiegłoroczne, zakończone remisem derby Skanii, ale tak naprawdę chyba wszyscy mieliśmy wrażenie, że mistrzynie Szwecji są drużyną zbyt dojrzałą, aby w tak ważnym momencie sezonu pozwolić sobie na głupią stratę punktów. Boisko raz jeszcze zweryfikowało jednak wszystkie przypuszczenia, w efekcie czego 11. września 2016 zupełnie nieoczekiwanie poznaliśmy nowego lidera Damallsvenskan.

Nawet bez kontuzjowanej podczas treningu Lotty Schelin, Rosengård był zdecydowanym faworytem pojedynku z Vittsjö. Zawodniczki z Malmö nie weszły jednak dobrze w mecz, co już w 4. minucie mogło się na nich boleśnie zemścić. Niezdecydowanie Zeciry Musovic wykorzystała najlepsza na placu gry Adolfsson, ale zagranej przez nią piłki nie potrafiła wepchnąć do siatki Markstedt. Niewykorzystana sytuacja w najmniejszym stopniu nie podłamała ambitnych gospodyń, które przez całą pierwszą połowę nie pozwalały wyżej notowanym rywalkom złapać odpowiedniego rytmu, a same od czasu do czasu z lepszym lub gorszym skutkiem próbowały zagrozić bramce ekipy z Malmö. Oprócz wspomnianej już Adolfsson, najlepszą okazję na to, aby uszczęśliwić niemal komplet widzów na Vittsjö IP miała Linda Sällström, ale i jej w decydującym momencie zabrakło precyzji. Po drugiej stronie boiska na bramkę Katie Fraine uderzały między innymi Marta oraz Lieke Martens, ale przed przerwą amerykańska golkiperka ani razu nie musiała zaprezentować swych bramkarskich umiejętności.

Zdecydowanie najlepiej z perspektywy Rosengård wyglądał początek drugiej połowy, gdyż właśnie w tym okresie mistrzyniom kraju udało się zepchnąć rywalki do nieco głębszej defensywy. Bardzo dobre zawody rozgrywała znajdująca się od kilku tygodni w świetnej dyspozycji Marta, która widząc nieporadność koleżanek z drugiej linii, bardzo często sama brała się za rozgrywanie akcji. Dobre podanie Brazylijki otworzyło między innymi drogę do bramki Vittsjö Lieke Martens, ale holenderska skrzydłowa niepotrzebnie wdała się w drybling i z dobrej okazji na oddanie celnego strzału zostało niewiele. Po indywidualnym rajdzie lewą flanką szansę na to, aby w końcu umieścić futbolówkę w siatce Fraine miała niewidoczna przez większą część meczu Andonowa, ale jej strzał zatrzymał się jedynie na słupku. Z minuty na minutę gra Rosengård stawała się coraz bardziej nerwowa, a piłkarki Jacka Majgaarda sprawiały wrażenie drużyny, która doskonale zdaje sobie sprawę, że dziś ewidentnie nie jest jej dzień. Taka postawa faworytek mogła jedynie zachęcić do śmielszych ataków zawodniczki Vittsjö i rzeczywiście po okresie przewagi FCR, w ostatnich minutach znów gra coraz częściej przenosiła się pod pole karne Musovic. Po jednym z rzutów rożnych, w szesnastce gości doszło do ogromnego zamieszania, ale dzięki ofiarnej postawie Nilsson i Berglund mistrzyniom Szwecji udało się uniknąć utraty gola. Na więcej nie było ich dziś jednak stać i bezbramkowy remis stał się faktem.

harder

Fot. SvFF

Wychodząc na murawę Areny Linköping, piłkarki LFC bardzo dobrze znały końcowy wynik meczu w Vittsjö. Podopieczne Martina Sjögrena wiedziały, że aby po ponad dwumiesięcznej przerwie znów spojrzeć z góry na wszystkich ligowych rywali, wystarczy “jedynie” pokonać na własnym boisku Kristianstad. Ekipa prowadzona przez Elisabet Gunnarsdottir najwyraźniej wyszła jednak z założenia, że skoro potrafiło Vittsjö, to potrafimy i my, w związku z czym drugi z faworytów również nie mógł w słoneczne, niedzielne popołudnie narzekać na brak emocji. Drużyna z Linköping oczywiście od pierwszych minut starała się narzucić rywalkom swoją grę, ale Kristianstad nie tylko podjął rękawicę, ale jeszcze mógł jako pierwszy cieszyć się ze zdobytego gola. Kto wie, jak dalej potoczyłoby się to spotkanie, gdyby Alice Nilsson w dogodnej pozycji uderzyła mniej więcej dwa metry niżej, ale tego – niestety dla sympatyków gości – już się nie dowiemy.

Dowiedzieliśmy się za to, że jeśli 5. listopada to Linköping zostanie najlepsza piłkarską drużyną w Szwecji, to nad rzeką Stångån bardzo szybko powinien stanąć pomnik Pernille Harder. 23-latka z Viborga nie zagrała dziś jakiegoś wybitnego meczu, ale to właśnie dwa błyski jej geniuszu ostatecznie rozstrzygnęły ten pojedynek. 40. minuta – prostopadłe podanie do Blackstenius, 48. minuta – prostopadłe podanie do Minde. Dwie przepięknej urody asysty przy golach zdobytych w newralgicznych momentach spotkania. Pierwsze ukłucie tuż przed przerwą, gdy piłkarki z Kristianstad już zaczynały mieć nadzieję, że uda się zejść do szatni przy w miarę korzystnym wyniku, drugie – tuż po wznowieniu gry, odbierające chęć i nadzieję. Co godne podkreślenia, Harder kolejny raz udowodniła, że nie zależy jej w najmniejszym stopniu na koronie królowej strzelczyń, a celem nadrzędnym są dla niej trofea dla drużyny. Żeby było zabawniej, w ostatnim kwadransie pozostałe piłkarki Linköping dwukrotnie zrewanżowały się Dunce równie udanymi asystami, ale futbolówka po strzałach Harder ewidentnie nie chciała dziś wpaść do siatki. Jesteśmy jednak dziwnie spokojni, że akurat ten fakt absolutnie nie zmącił jej radości ze zwycięstwa, które już niebawem może okazać się jednym z najcenniejszych w historii klubu.

16. kolejka – zapowiedź

Ostatnia “jednodniowa” kolejka Damallsvenskan przyniosła nam mnóstwo emocji i w zasadzie nie widzę powodów, aby w niedzielę miało być inaczej. Na boisko wybiegną przecież dokładnie te same drużyny, tak samo żądne punktów, a jedyną różnicę stanowić będzie układ par.

Jako pierwsze wyjdą na boisko piłkarki Örebro i Kvarnsveden, co już samo w sobie powinno być gwarantem dobrego widowiska. Gospodynie, choć w letnim okienku transferowym solidnie się wzmocniły, wciąż nie potrafią jesienią wygrać meczu i na pewno spróbują przerwać tę passę w starciu z beniaminkiem. Tyle tylko, że drużyna z Dalarny już nie jeden raz udowadniała, że potrafi mocno uprzykrzyć życie teoretycznie silniejszemu rywalowi, a na dodatek ma w swoim składzie piłkarkę, która niemal w pojedynkę potrafi przesądzić o losach meczu. Na Behrn Arenie wydarzyć może się zatem absolutnie wszystko.

Wydaje się, że niezbyt wymagające zadanie czeka w niedzielne popołudnie obu liderów, ale zarówno wzmocnione sportowo i finansowo Kristianstad, jak i nieobliczalne Vittsjö, z pewnością postarają się o jakąś niespodziankę. O ile w Linköping martwią się przede wszystkim liczebnością kadry, o tyle derby Skanii będą dla obu klubów okazją do wyrównania ubiegłorocznych rachunków. Przypomnijmy, że w poprzednim sezonie Vittsjö było dosłownie o krok od historycznego zwycięstwa nad Rosengård, ale dwa poważne błędy sędzi prowadzącej tamto spotkanie w połączeniu ze zdolnościami aktorskimi Ramony Bachmann dały wówczas mistrzyniom Szwecji remis. Możemy być pewni, że tym razem FCR zechce w sposób bardziej wyraźny podkreślić swoją piłkarską wyższość.

Niezmiennie ciekawie wygląda walka o ligowy byt, choć akurat Mallbacken wydaje się wypisywać z niej na własne żądanie. Ekipa z Sunne ostatnimi czasy albo nie gra w ogóle, albo gra przez trzydzieści minut, a to zdecydowanie za mało, aby marzyć o utrzymaniu. W niedzielę piłkarki z Värmland poszukają punktów w Eskilstunie, ale – choć podopieczne Viktora Erikssona również nie zachwycają formą – ciężko liczyć na to, że właśnie na Tunavallen uda im się wygrać pierwszy od 15. czerwca mecz, choć ostatnie zwycięstwo Mallbacken odniosło właśnie w starciu z Eskilstuną.

W północnej części kraju wszyscy żyją już derbami Norrland. Sześć ostatnich meczów o punkty pomiędzy Piteå i Umeå kończyło się remisami, bez względu na to, które miejsca zajmowały w tabeli zainteresowane kluby. Czy i tym razem na LF Arenie nie doczekamy się rozstrzygnięcia? Trudno przewidzieć, wszak derby żądzą się własnymi prawami. Równie zacięte i wyrównane były w ostatnich latach pojedynki Djurgården z Göteborgiem, a rywalizacja drużyn z dwóch największych szwedzkich miast nadawała im jeszcze dodatkowego smaczku. Czy jutro podopiecznym Stefana Rehna uda się zabrać na zachodnie wybrzeże komplet punktów, czy może zostanie on z piłkarkami Yvonne Ekroth w stolicy?

Alokacja niezgody

Wprawdzie rozgrywki Damallsvenskan rozpędzają się w tempie niemal tak szybkim, jak pociągi SJ po zimie, ale dziś na chwilę opuścimy ligowe boiska i zajmiemy się kwestią absolutnie nie mniej istotną. Wprawdzie finały piłkarskich mistrzostw świata czekają nas dopiero za trzy lata, ale nikt nie ma wątpliwości, że prawdziwa gra o francuski mundial rozpoczęła się na długo przed oficjalnym startem eliminacji. Pisząc te słowa nie znam jeszcze oficjalnego komunikatu na temat ostatecznego podziału miejsc pomiędzy poszczególne strefy wpływów geograficzne, ale z posiadanych przeze mnie informacji wynika, że FIFA kolejny raz całkowicie się skompromituje, a jedyną niewiadomą pozostaje wyłącznie skala owej kompromitacji. Żeby było jasne, w przypadku MŚ 2019 za kompromitującą uznam każdą decyzję, w wyniku której w turnieju finałowym obejrzymy mniej niż dziesięć drużyn z Europy, wliczając do tego grona Francję. Skąd wzięła się akurat taka liczba, postaram się wyjaśnić w kolejnych akapitach, ale już na wstępie zaznaczam, że nie jest ona ani zupełnie przypadkowa, ani tym bardziej związana z interesem którejkolwiek z reprezentacji.

Zanim jednak przejdę do głównej tezy, postaram się odpowiedzieć na argumenty tych, którzy twierdzą, że liczbę miejsc dla Europy należy … ograniczyć! Tak, tak, tego typu głosów również nie brakuje, a w przytłaczającej większości pochodzą one, jak nietrudno się domyślić, z Ameryki Północnej. Zwolennicy tych absurdalnych teorii lubią podkreślać, że w finałach dwóch ostatnich mundiali nie grał ani jeden przedstawiciel Starego Kontynentu, co w ich mniemaniu świadczy o słabości europejskiej piłki. O ile taka argumentacja w ustach Amerykanów niespecjalnie mnie dziwi, gdyż podczas kilku lat spędzonych w USA zdążyłem w jakimś stopniu poznać mentalność obywateli tego kraju, o tyle zastanawia mnie, że granie tą właśnie kartą przynosi zaskakująco pozytywne efekty w poważnych wydawałoby się dyskusjach na znacznie wyższych szczeblach. Analizowanie składu finału miałoby jakikolwiek sens, gdyby mundial był imprezą dwóch lub czterech drużyn, ale o ile mi wiadomo w turnieju występują obecnie 24 reprezentacje, więc chyba znacznie bardziej sprawiedliwy byłby rozdział miejsc w oparciu o analizę czołowej dwudziestki lub trzydziestki, a nie trzeba być wielkim znawcą tematu, żeby odgadnąć, który kontynent absolutnie zdominowałby takie zestawienie.

Wszyscy chyba zgodzimy się co do tego, że możliwie jak najwyższy poziom sportowy mistrzostw świata powinien być w interesie całego środowiska piłkarskiego z przynajmniej kilku powodów. Jednym z nich są także względy ekonomiczne, gdyż wbrew pozorom nawet nieco mniejszy objętościowo turniej może spokojnie wygenerować większe zyski, jeśli tylko dopuści się do udziału w nim tych faktycznie najlepszych. Dobrym przykładem może być tu chociażby rozegrany w marcu tego roku na boiskach Florydy i Tennessee SheBelieves Cup, na który zaproszono reprezentacje Niemiec, Francji oraz Anglii, choć przecież równie dobrze można było sprawdzić się na tle Zambii czy Tanzanii. Ktoś jednak, w przeciwieństwie do przedstawicieli piłkarskiej centrali, potrafił jednak dobrze przekalkulować ewentualne zyski i straty.

Jakkolwiek inni próbowaliby zakłamywać rzeczywistość, to Europa jest na chwilę obecną absolutnie jedynym kontynentem, na którym piłka nożna jest czymś więcej niż zabawą dla dwóch-trzech krajów. Chcecie dowodów? Reprezentacja Anglii, która na EURO 2013 była najsłabszą drużyną całego turnieju (biorąc pod uwagę wszystkie grupy), dwa lata później stała się w Kanadzie najwyżej sklasyfikowanym przedstawicielem Europy! Przekładając to na północnoamerykański czy azjatycki grunt to trochę tak, jakby do najlepszej czwórki mundialu przedostały się Gwatemala czy Mjanma. Z całym szacunkiem dla tych reprezentacji, ale nawet wspomnienie ich nazw w kontekście wali o medale mistrzostw świata brzmi dość zabawnie i tak samo groteskowa jest dyskusja o dodatkowej puli miejsc dla wciąż egzotycznych piłkarsko kontynentów. Kilka miesięcy temu, w drodze na mecz szwedzkiej ekstraklasy, postanowiłem zrobić listę nieeuropejskich reprezentacji, które prezentują chociażby przyzwoity poziom sportowy. Niestety, okazała się ona nadspodziewanie krótka i to pomimo faktu, iż wszystkie wątpliwości rozstrzygałem na korzyść zainteresowanych drużyn. Ostatecznie doliczyłem się czternastu krajów, a podział geograficzny wyglądał następująco: Azja – 5, Ameryka Północna – 3, Afryka – 3, Ameryka Południowa – 2, Oceania – 1. Wynika z tego, że nawet gdyby z pozostałych zakątków świata dopuścić do udziału w mundialu wszystkich, którzy potrafią w miarę prosto kopnąć piłkę, i tak pozostaje dziesięć miejsc do obsadzenia przez ekipy ze Starego Kontynentu. Stąd wzięła się właśnie ta wspomniana na wstępie liczba będąca przy okazji wynikiem pewnego kompromisu, gdyż gdyby zależało to wyłącznie ode mnie, to poważnie zastanowiłbym się nad przyznaniem Europie i dwunastu miejsc.

Oczywiście, również jestem zdania, że należy robić wszystko, aby słabsze piłkarsko kraje wciąż się rozwijały, a jakościowy dystans dzielący je od światowej czołówki sukcesywnie się zmniejszał. Sam z wielką radością obserwuję wspaniale rokujące roczniki wenezuelskich nastolatek, czy dzielnie walczące z USA i Kanadą reprezentantki Trynidadu i Tobago. Paradoksalnie, nie uważam jednak, że uchylenie bram mundialu tak szeroko, że niedługo przejedzie przez nie nawet kadra Wyspy Wielkanocnej (zakładając, że najpierw powstanie i zostanie przyjęta w szeregi FIFA) w dalszej perspektywie wyjdzie komukolwiek na dobre. Jeśli komuś bardzo zależy na tym, żeby piłkarki z Jordanii pokazały się na dużej arenie, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby na koszt FIFA obejrzały finał mistrzostw świata z perspektywy loży honorowej. Taki kontakt z wielką piłką miałby nawet swoje uzasadnienie i sam chętnie wsparłbym podobną inicjatywę. W żaden sposób nie jestem za to w stanie wytłumaczyć, w jaki sposób podniósłby się poziom jordańskiej piłki od tego, że wciąż ucząca się futbolu reprezentacja tego kraju przyjęłaby piętnaście goli od Niemek. Podobnie nietrafiony wydaje się mocno lansowany przez niektórych pomysł o rychłym poszerzeniu mundialu do 32 drużyn. Owszem, obecna formuła ma swoje wady, a najpoważniejszą z nich jest prawdopodobnie to, że teoretycznie w finale może zagrać drużyna, która po drodze wygra jedynie po samobóju z RPA swoją postawą w najmniejszym stopniu na to nie zasłuży, ale na dzień dzisiejszy na świecie nie ma 32 ekip, które prezentowałyby poziom uprawniający do występu w turnieju finałowym. Skoro mistrzostwa świata traktujemy jako najważniejszą imprezę w piłkarskim kalendarzu, to już sam udział w niej powinien być swego rodzaju nobilitacją. Nie chodzi tu absolutnie o zatrzaskiwanie drzwi, czy pozbawianie kogokolwiek marzeń, ale jakoś nie potrafię przekonać się do rzeczywistości, w której tak naprawdę bycie nieco lepszym jedynie od tych najsłabszych będzie gwarantowało udział w MŚ. Tym, którzy uważają, że udział w mistrzostwach dodatkowych ośmiu drużyn zwiększy ich atrakcyjność, chciałbym przypomnieć, w jaki sposób zakończyła się w ubiegłym roku mundialowa przygoda Ekwadoru. Na początek sześć goli od Kamerunu, następnie dziesięć od Szwajcarii, a podobnego pogromu z Japonią udało się uniknąć tylko dlatego, że po zdobyciu gola w 5. minucie Azjatki postanowiły, że więcej strzelać nie będą (fakt potwierdzony u źródła). Niestety, ale prawda jest taka, że przy 32 drużynach w stawce, dla większości z nich turniej rozpoczynałby się dopiero w fazie pucharowej.

Wróćmy na chwilę do wspomnianej już Wenezueli. Z całego serca życzę, aby złote pokolenie wenezuelskiej piłki doczekało się udziału w mundialu, ale równocześnie chciałbym, aby ten historyczny awans nie był efektem wyłącznie zwycięstw nad Urugwajem czy inną Boliwią. Jednym z najbardziej pamiętnych meczów piłkarskich, które miałem przyjemność obejrzeć, był z pewnością pojedynek Meksyku z USA w kwalifikacjach MŚ 2011. Na boisku w Cancun piłkarki z Ameryki Łacińskiej pokonały faworyzowane rywalki 2-1, a wynik ten zapewniał im przepustkę na niemiecki mundial. Radości po ostatnim gwizdku nie było wówczas końca i jestem przekonany, że jeszcze dziś każda w grających w tamtym meczu Meksykanek wskazałaby 5. listopada 2010 jako jeden z najważniejszych dni w swojej piłkarskiej karierze. Dlatego, życząc Wenezuelkom, ale także Polkom, Islandkom, czy zawodniczkom z Trynidadu i Tobago historycznego awansu na mundial, mam nadzieję, że zostanie on osiągnięty w równie niezapomnianym stylu, a wypowiadane przez was w przyszłości zdanie Grałyśmy na mistrzostwach świata będzie oznaczało coś więcej niż tylko Pokonałyśmy Boliwię/Grecję/Gwatemalę/Tahiti (niepotrzebne skreślić).

FBL-WC2019-WOMEN-FIFA-FRANCE-ANNOUNCEMENT

Fot. Fabrice Coffrini

Kumulacja prawie rozbita w Kristianstad

Każdy, kto miał jakąkolwiek styczność z grami liczbowymi, z pewnością świetnie zna znaczenie słowa “kumulacja”. W ostatnich godzinach poznał je zapewne także każdy mieszkaniec Kristianstad, gdyż to właśnie drużyna z tego miasta na przestrzeni zaledwie kilku dni całkowicie zmieniła swoją pozycję w walce o zachowanie statusu pierwszoligowca. Pierwsze dobre wieści przyszły spoza boiska – na dosłownie kilkanaście godzin przed ostatecznym terminem udało się zebrać brakujące 1,3 miliona koron, a Komisja Licencyjna nie zgłosiła zastrzeżeń do złożonego przez klub ze wschodniej Skanii sprawozdania finansowego, umożliwiając mu tym samym ewentualny start w najwyższej klasie rozgrywkowej w sezonie 2017 (oczywiście pod warunkiem, że uda się utrzymać także sportowo). Do meczu przeciwko Örebro drużyna Elisabet Gunnarsdottir mogła zatem przystąpić ze świadomością, że kwestia pozostania Kristianstad w ekstraklasie zależeć będzie wyłącznie od wyników osiągniętych na boisku.

W początkowej fazie meczu gospodynie rzeczywiście wyglądały na ekipę, której z pleców zdjęto właśnie olbrzymi ciężar i na tle wzmocnionego przecież w przerwie letniej rywala prezentowały się nadspodziewanie solidnie. Okres zdecydowanej przewagi piłkarki Kristianstad udokumentowały dwoma golami i tak naprawdę trudno wybrać, który z nich był tym piękniejszym. Pewne jest natomiast, że zarówno efektowne trafienie Jenny Danielsson, jak i cudowny strzał w samo okienko bramki Örebro w wykonaniu Johanny Rasmussen śmiało mogłyby kandydować do miana gola kolejki. Podopieczne Maritna Skogmana nie zamierzały jednak przegrywać trzeciego meczu z rzędu i jeszcze przed przerwą, za sprawą zdecydowanie najlepszej w szeregach gości Julii Spetsmark, udało im się złapać kontakt. Jak ważny był to gol, pokazała pierwsza minuta drugiej połowy. Gospodynie jeszcze dobrze nie zdążyły wyjść z szatni, a na tablicy wyników już widniał wynik 2-2. Zawodniczki Örebro przeprowadziły błyskawiczną akcję i na raty (najpierw próbowała Chukwudi, następnie Tancredi) po raz drugi pokonały Stinę Petersen. Więcej bramek na Vilans IP już nie padło, choć swoje szanse miały obie ekipy. Biorąc pod uwagę przebieg meczu, minimalnie lepsze wrażenie bezsprzecznie pozostawił po sobie Kristianstad, ale biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, po dzisiejszym remisie w klubie ze Skanii i tak raczej nikt nie będzie rozpaczać.

******

Mecz przeciwko Djurgården miał być dla Mallbacken pierwszym z serii spotkań, których drużyna z Värmland absolutnie nie mogła przegrać. Niestety, podobnie jak w minioną sobotę w Göteborgu, konceptu starczyło piłkarkom w zielonych strojach na niespełna trzydzieści minut, a jak powszechnie wiadomo mecz piłkarski trwa mniej więcej trzy razy dłużej. Co gorsza, gospodynie poruszały się po murawie Strandvallen z mniej więcej takim samym pomysłem na grę, jak reprezentacja Szwecji w fazie grupowej Igrzysk Olimpijskich, więc podopieczne Yvonne Ekroth najpierw bez większych nerwów przeczekały szturm miejscowych, a następnie same przejęły inicjatywę i przy okazji pokazały zawodniczkom Mallbacken na czym polega gra ofensywna. Końcowy wynik (3-0 dla beniaminka) oddaje nie tyle różnicę klas dzielącą oba zespoły, co ich aktualną dyspozycję, a Hanna Lundqvist może żałować, że z tylu bramkowych okazji wykorzystała dziś zaledwie jedną. Takiej szansy na podreperowanie strzeleckiego dorobku ani ona, ani Mia Jalkerud, może już w obecnym sezonie nie dostać.

******

Piłkarki Vittsjö leciały do dalekiego Norrbotten podbudowane ostatnim, wysokim zwycięstwem nad Umeå. Pojedynek z drużyną Stellana Carlssona miał dać nam odpowiedź na pytanie, czy typowana przed sezonem na potencjalną rewelację rozgrywek drużyna w końcu odpaliła, czy niedzielny wynik był wyłącznie efektem słabości rywala. Po ostatnim gwizdku bliżsi jesteśmy tezy, że nieco bliższa prawdy zdaje się być ta druga ewentualność, choć trzeba uczciwie przyznać, iż przy odrobinie szczęścia drużyna Thomasa Mårtenssona wcale nie musiała wylatywać z Piteå bez punktów. Na LF Arenie byliśmy bowiem świadkami wyrównanego widowiska, które na swoją stronę spokojnie mogła rozstrzygnąć każda ze stron. Bardziej efektywne, już niemal tradycyjnie, okazały się jednak gospodynie, a o ich zwycięstwie przesądził początek drugiej połowy. To właśnie w tym okresie zawodniczkom z Piteå udało się zdobyć dwa bliźniaczo podobne do siebie gole, a w obu przypadkach kluczową postacią okazała się Tempest-Marie Norlin. Była piłkarka Siriusa dwa razy zbiegła do prawego skrzydła, zabierając ze sobą jedną z defensorek i dośrodkowała spod linii końcowej na piąty metr, gdzie czekała już nabiegająca z głębi pola wykańczająca akcję koleżanka. Piłkarki Vittsjö grały ambitnie do końca, ale stać je było jedynie na honorowe trafienie autorstwa Anny Hjälmkvist w doliczonym czasie gry. Gol ten punktów ekipie ze Skanii rzecz jasna nie przyniósł, ale pozwolił wyprzedzić w wirtualnej tabeli Örebro. Cóż, jeśli spojrzymy na dotychczasowy przebieg sezonu, dobre i to.

******

Kto wie, czy nie najlepsze spotkanie 15. kolejki Damallsvenskan obejrzeli kibice na wypełnionym po brzegi Ljungbergsplanen. Od pierwszej do dziewięćdziesiątej minuty mieliśmy tu wszystko, co powinno charakteryzować dobre, piłkarskie widowisko: wysokie tempo, kombinacyjną grę i – przede wszystkim – nieustającą wymianę ciosów. Żadnej z drużyn nie udało się na dobre zdominować rywala i pozostaje się cieszyć, że nikt nie opuszczał stadionu w Borlänge jako przegrany, gdyż na porażkę dziś absolutnie nikt nie zasłużył.

Pierwsze minuty należały do Eskilstuny, ale to beniaminek z Dalarny był w swoich atakach znacznie groźniejszy. Z dwoma strzałami Weimer poradziła sobie jeszcze Lundberg, ale wobec uderzenia Toohey zza pola karnego reprezentacyjna golkiperka była już bezradna. Do remisu doprowadziła tuż po przerwie Mimmi Larsson, korzystając z otwierającego jej drogę do bramki prostopadłego podania Diaz. Ostatnie pół godziny to niezwykle otwarta gra z obu stron, ale pomimo licznych szans, nikomu nie udało się zdobyć zwycięskiego gola. Najlepsze okazje po stronie Kvarnsveden zmarnowały Chawinga oraz Weimer (po strzale tej drugiej wślizgiem wybijała futbolówkę Barsley), zaś po stronie gości ponownie Larsson (spudłowała z siedmiu metrów) oraz Schough.