Usiądźmy i porozmawiajmy

Szwedzki selekcjoner sam musi odpowiedzieć sobie na kilka ważnych pytań (Fot. Karl Nordlund)

Poprzednią pogawędkę rozpocząłem nieco prowokacyjnym pytaniem o poziom strachu przed meczem otwarcia przeciwko RPA. Okazało się jednak, że nasze piłkarki dość nieoczekiwanie sprawiały wrażenie drużyny, która wybiegła na murawę stadionu w Wellington z myślą, że mistrzyń Afryki nie tyle nie trzeba się bać, co można je zwyczajnie zlekceważyć. Jasne, doskonale wiem, że wrażenie to ma niewiele wspólnego ze stanem faktycznym, ale… sam już nie wiem, czy powinienem się z tego powodu cieszyć, czy może jednak smucić. Bo nawet jeśli fakt, że Amanda Ilestedt rekordem życiowym na sześćdziesiątkę raczej nikomu nie zaimponuje, nie jest jakąś szczególnie pilnie strzeżoną tajemnicą, to zachowanie grającej do niedawna we francuskim PSG stoperki przy golu na 0-1 zawodniczce aspirującej do szerokiego, światowego topu zwyczajnie nie przystoi. Tym bardziej, że sama zainteresowana najwyraźniej nie wyciąga żadnych wniosków z popełnionych nie tak dawno przecież błędów. A każdy, kto zimą poświęcił dwie godziny wolnego czasu, aby obejrzeć derbowe starcie PSG z Fleury, zapewne doskonale kojarzy, do czego się w tym momencie odnoszę. Nie ma jednak sensu czepiać się tylko tej jednej piłkarki, bo co w takim razie powiedzieć o popisie Jonny Andersson, która przecież za kadencji Gerhardssona wskoczyła na poziom, którego wcześniej w reprezentacyjnej koszulce nie prezentowała nigdy? W niedzielę, po tej dynamicznej i kreatywnej wahadłowej, którą wszyscy pokochaliśmy miłością bezwarunkową jeszcze za czasów gry w Linköping, nie było jednak nawet śladu, a przegrana przebitka z Hildah Magaią stała się jedynie symbolem tego naprawdę katastrofalnego występu. O Zecirze Musovic można powiedzieć, że popełniła w meczu otwarcia półtora błędu i nie byłoby to może szczególnym powodem do niepokoju gdyby nie fakt, iż golkiperka Chelsea miała dokładnie… półtora okazji do wykazania się swoimi umiejętnościami. I raz zagrała nam w siatkówkę, a w drugiej sytuacji była wcale nie tak daleko od pójścia w ślady Hedvig Lindahl, dając się zaskoczyć po uderzeniu z dystansu Refiloe Jane. Na nasze szczęście, pomocniczka Sassuolo – w przeciwieństwie do swojej zdecydowanie bardziej słynnej rodaczki – nie zdołała zmieścić futbolówki pod poprzeczką.

Tyle o defensywie, ale przecież możemy iść w tej wyliczance dalej. Filippa Angeldal ładnie zbierała wybijane czasami kompletnie bez pomysłu przez rywalki z RPA piłki, ale kreacja gry w jej wykonaniu była trochę jak Potwór z Loch Ness. Czyli po prostu nie istniała. A jest to o tyle przykre, że to właśnie z tego rozliczać powinniśmy ją w pierwszej kolejności. Fridolina Rolfö do gry podłączała się wyjątkowo sporadycznie i tak zapewne pozostałoby do końca, gdyby w 65. minucie Kaneryd do spółki z Ramalepe nie posłużyły się nią przy okazji trochę przypadkowego gola na 1-1. Stina Blackstenius także nie wyróżniła się niczym szczególnym, ale to akurat wyjątkowo nas nie dziwi, gdyż nie od dziś wiadomo, że snajperka Arsenalu zdecydowanie lepiej odnajduje się w potyczkach z rywalkami pokroju Amerykanek, Niemek lub Holenderek. Taka już jej reprezentacyjna specyfika i jakoś musimy nauczyć się z tym żyć. O ile jednak obecność na murawie Blackstenius przynajmniej udało nam się odnotować, to czy zdajecie sobie sprawę, że równo pół godziny spędziły przedwczoraj na boisku Olivia Schough oraz Rebecka Blomqvist? Jeżeli ów fakt przeoczyliście, to absolutnie nie ma powodów do paniki, bo ich występy były tak dyskretne, że aż niezauważalne. I to, całkowicie odrzucając na chwilę pomeczowe śmieszkowanie, można już nazwać naprawdę sporym zaskoczeniem. Bo akurat od tych zawodniczek, choć z dwóch kompletnie różnych powodów, jakiegoś impulsu jednak oczekiwaliśmy. W przeciwieństwie do Hanny Bennison, od której chyba powoli przestajemy już oczekiwać czegokolwiek. Ale może to i lepiej, może właśnie teraz nas zaskoczy.

Przypadek Bennison jest zresztą niezwykle ciekawy, bo mamy tu przykład zawodniczki, która na widzach robi tym większe wrażenie, im rzadziej ogląda się ją w akcji. Trudno zaprzeczyć, że ta dziewczyna ma papiery na poważne granie, ale odkąd robiła furorę w Malmö i chwilę później pobiła prawie wszystkie krajowe rekordy transferowe, jej kariera mocno wyhamowała. A wyłączając przełom grudnia i stycznia 2022-23, było w niej zdecydowanie więcej rozczarowań niż spektakularnych występów, choć Everton pozornie wydawał się klubem idealnie dla niej skrojonym zarówno pod względem taktycznym, jak i mając na uwadze sam poziom sportowy oraz wewnętrzną rywalizację o miejsce w składzie. Jeśli jednak uznamy, że w klubie było słabo, to w kadrze było… jeszcze gorzej, bo piłkarka reklamowana jako największy talent dekady nastukała w reprezentacyjnej koszulce ponad trzydzieści występów, z czego relatywnie udany okazał się jeden (na EURO ’22 przeciwko Szwajcarii), kolejne trzy-cztery możemy określić jako przeciętne, a reszta… pozostaje milczeniem. Jak na sportsmenkę lansowaną na kolejną europejską Golden Girl przedstawia się to wyjątkowo mało ekskluzywnie. Tym bardziej, że nasza Golden Girl już za chwilę świętować będzie 21. urodziny, a ostatni naprawdę udany okres w karierze zaliczyła w okolicach tych osiemnastych. Choć to i tak lepsza statystyka niż w przypadku Sofii Jakobsson, która od fenomenalnego w jej wykonaniu francuskiego mundialu zagrała może dwa dobre mecze we wszystkich rozgrywkach. To znaczy, ja akurat konkretnie pamiętam jeden (San Diego vs Chicago), ale optymistycznie zakładam, że ten drugi gdzieś po drodze mi umknął. I jeśli miałbym pokładać nadzieję w tym, że któraś z wymienionych w tym akapicie piłkarek zaliczy niespodziewane przełamanie akurat na boiskach Nowej Zelandii, to zdecydowanie bardziej wierzę w tej kwestii w Bennison. Bo może, gdy w końcu opinia publiczna przestanie postrzegać ją w kategorii Golden Girl (czas najwyższy, na samych mistrzostwach macie trzydzieści lepszych kandydatek), to i na samą zainteresowaną zadziała to w sposób oczyszczający. Presja nakładana w bardzo młodym wieku naprawdę potrafi skutecznie spowolnić nieźle zapowiadającą się karierę, a jeśli nie wierzycie, to zapytajcie o zdanie Stinę Blackstenius, czyli nasze poprzednie cudowne dziecko.

Nie piszę dziś o selekcji, bo – jak zapowiadałem w tekstach zapowiadających turniej – to nie czas i nie miejsce na takie rozważania. Tak, gdyby zależało to ode mnie, to w kadrze na mundial znalazłoby się miejsce dla Kafaji, Ijeh, Vinberg oraz Cato, ale nie mam żadnej pewności, że którakolwiek z wymienionych okazałaby się w niedzielne popołudnie w Wellington idealnym antidotum na szwedzkie bolączki. I nigdy tej pewności mieć nie będę, gdyż czasu zwyczajnie cofnąć się nie da. Mogę jedynie zaznaczyć, że forma prezentowana przez nie w ostatnim półroczu sprawia, iż czułbym się zdecydowanie spokojniej widząc przynajmniej dwie-trzy z nich choćby na ławce rezerwowych. Bo wtedy oprócz stosunkowo oczywistego dla wszystkich (nie wyłączając niestety rywalek) planu A istniałby jakkolwiek sensowny plan B i nie zawierałby on w sobie usilnej próby sportowego wskrzeszenia Caroline Seger. Zamiast jednak kontynuować marudzenie, chciałbym jednak zwrócić uwagę na pewną prawidłowość. Jak dotąd braliśmy udział we wszystkich mundialach, cztery z nich (a nawet pięć, wliczając w to ten pierwszy, nieoficjalny) kończyliśmy na podium, a dosłownie za każdym razem udawało nam się spieprzyć mecz otwarcia. Jasne, raz robiliśmy to bardziej spektakularnie (jak przedwczoraj), innym razem mniej, ale jeszcze nigdy w historii szwedzka kadra nie rozpoczęła finałów mistrzostw świata dobrym meczem w swoim wykonaniu. Druga kolejka fazy grupowej to już jednak całkiem inna historia, bo tutaj trafiły się między innymi totalny pogrom Japonii, nieprawdopodobny powrót z zaświatów z Niemkami, bezcenne zwycięstwo nad Koreą oznaczające początek eksplozji wielkiej formy Victorii Svensson, a nawet za kadencji Pii Sundhage nasze kadrowiczki uraczyły nas niezwykle przyjemnym meczem z USA, po którym na stadionie w Winnipeg na stojąco oklaskiwaliśmy Hedvig Lindahl, pomstując przy tym na system goal-line. W sobotę żadnych wymówek już zatem nie będzie, ale o tym zdążymy jeszcze przecież opowiedzieć.

Gra bezbarwna jak selekcja

banyana

Piłkarki z RPA mimo wszystko mają dziś zdecydowanie więcej powodów do zadowolenia (Fot. Getty Images)

Obrazek u góry dziwić nie może, bo jeżeli neutralni kibice z całego świata jakkolwiek zapamiętają mecz otwarcia mundialowej grupy G, to stanie się tak wyłącznie ze względu na ambitną postawę mistrzyń Afryki. Podopieczne trenerki Ellis zaprezentowały bowiem na murawie Regional Stdium w Wellington zaskakująco poukładany futbol i choć jakościowo odstawały od grających w największych klubach świata rywalek, to przepaści tej absolutnie nie było widać w telewizyjnym obrazku. Początkowo zastanawiałem się jeszcze, czy moje osobiste odczucie nie wynika z tego, iż tegoroczny turniej oglądam z perspektywy wielkiego ekranu, ale dwa połączenia z Nową Zelandią jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, że zdecydowanie nie tu leży problem, a z trybun wyglądało to jeszcze mniej atrakcyjnie. O ile cztery lata temu byliśmy przynajmniej świadkami nieustannych prób przebicia chilijskiego muru (skruszonego ostatecznie przez duet Asllani & Janogy), o tyle dziś do zaproponowania mieliśmy wyłącznie seryjnie bite na głowę Amandy Ilestedt rzuty rożne z Filippą Angeldal czekającą w okolicach linii pola karnego na zebranie drugiej piłki i oddanie błyskawicznego strzału na bramkę. I tyle. Dosłownie. Wiceliderki rankingu FIFA (bo taką pozycję nasze piłkarki de facto zajmowały w momencie pierwszego gwizdka amerykańskiej sędzi Ekateriny Korolevej) najwyraźniej wyszły z założenia, że starcie z przeciwniczkami z Afryki da się przepchnąć jednym schematem rozegrania stałych fragmentów gry, wzmocnionej ewentualnie kilkoma zrywami Johanny Kaneryd na prawym skrzydle, choć te ostatnie były raczej inwencją samej zawodniczki aniżeli częścią misternie utkanego przez stab trenerski planu taktycznego. I żeby było zabawniej, to sięgnąć po trzy punkty faktycznie się w taki sposób udało, ale cytując klasyków: niesmak pozostał. I to całkiem spory.

Chelsea – Everton, PSG, Chelsea, Hammarby – Man. City, Häcken – Chelsea, Milan, Barcelona – Arsenal. Cóż to za wyliczanka? Tak prezentuje się pod względem przynależności klubowej w rundzie wiosennej 2023 wyjściowa jedenastka Petera Gerhardssona z dzisiejszego meczu. I nawet jeśli przywołanie tego faktu trąca nieco populizmem, bo akurat czytelnicy tego serwisu doskonale zdają sobie sprawę, z jakimi problemami zmagała się ostatnimi czasy spora część tych piłkarek, to jednak zawodniczki trenujące w takich klubach starcie z rywalkami pokroju RPA mają obowiązek po prostu zdominować. Jasne, czasami są dni, że futbolówka do siatki wpaść zwyczajnie nie chce, taki obrazek przerabiali przecież nie tak dawno sympatycy Hammarby w derbach stolicy z Brommą, ale tam ani przez moment nie było wątpliwości, która z ekip dysponuje zdecydowanie większym potencjałem. Dziś natomiast szwedzkiej przewagi doszukiwać możemy się wyłącznie w statystyce posiadania piłki oraz rzutach rożnych, gdyż z otwartej gry nie udawało się wykreować absolutnie niczego. I nie będzie przesady w stwierdzeniu, że jeśli ktoś raz na jakiś czas popisał się jakimś efektownym, indywidualnym zagraniem, to były to raczej piłkarki grające w ciemnozielonych koszulkach, wśród których na pierwszy plan wybijały się największa gwiazda zespołu Thembi Kgatlana oraz występująca na co dzień w lidze meksykańskiej Jermaine Seoposenwe. To właśnie ta dynamiczna skrzydłowa wysłała nam sygnał ostrzegawczy jeszcze w pierwszym kwadransie, a później niezwykle często pokazywała się do gry, gdy podopieczne trenerki Ellis próbowały skonstruować coś w ofensywie. I na chęciach bynajmniej się nie kończyło, bo szwedzkie defensorki nie zawsze potrafiły poradzić sobie z grającą bardzo nieszablonowo pomocniczką Juarez.

Mocno chwalimy Seoposenwe, ale gol dla RPA padł po akcji tej, na którą cała Południowa Afryka liczyła dziś najbardziej. Na początku drugiej połowy Thembi Kgatlana ruszyła do wcale niełatwej piłki, uprzedziła goniącą ją w iście wakacyjnym tempie Amandę Ilestedt, a całość w równie akrobatycznym, co ofiarnym stylu wykończyła Hildah Magaia, wygrywając z kolei pozycje z równie niemrawą Jonną Andersson. Występująca obecnie w koreańskim Sedżongu napastniczka doznała zresztą w tej sytuacji kontuzji uniemożliwiającej jej kontynuowanie gry, co jeszcze dobitniej i w sposób dosłownie namacalny pokazuje, która z drużyn sprawiała dziś wrażenie zdecydowanie bardziej zdeterminowanej. Po szwedzkiej stronie na jakiekolwiek ciepłe słowa zasłużyła sobie bowiem jedynie wspomniana Kaneryd, a ten fakt zapewne jeszcze bardziej wznieci kolejne dyskusje na temat sensowności mundialowej selekcji. Decyzji, które być może da się całkowicie usprawiedliwić biorąc pod uwagę czynnik ludzki, ale kompletnie nie broniących się sportowo. Dziś graliśmy mecz, w którym tak bardzo przydałby się impuls, który bez względu na okoliczności mogłyby dać naszej kadrze Kafaji, Vinberg, czy Ijeh, ale Gerhardsson sam świadomie pozbawił się tych wszystkich atutów, w efekcie czego zamiast głodnych nowych, piłkarskich wyzwań zawodniczek na ławce towarzyszył mu klub sytych rekonwalescentek. A syty, jak rzecze znane powiedzenie, głodnego nie zrozumie, o czym zresztą mogliśmy się boleśnie przekonać.

Mecz ostatecznie udało się przepchnąć, bo najpierw Kaneryd strzeliła wyrównującego gola Fridoliną Rolfö (nie, nie ma tutaj literówki), a następnie dwunasta próba centry na głowę stojącej na wprost bramki Ilestedt przyniosła trafienie na 2-1. Trudno jednak o zachwyty, skoro oprócz Kaneryd najlepszą Szwedką na murawie Regional Stadium była dziś… Kaylin Swart. Golkiperka RPA ewidentnie zapatrzyła się na popisy Roxanne Barker sprzed siedmiu lat i dwukrotnie była bliska tego, aby w niezwykle oryginalny sposób skierować piłkę do własnej bramki. Niemałą cegiełkę do szwedzkiego zwycięstwa dołożyła także doświadczona Lebogang Ramalepe, bo gdyby defensorka Mamelodi Sundowns w kuriozalny sposób nie zamachnęła się przy golu na 1-1, to Rolfö mogłaby zapomnieć o golu, a Kaneryd o asyście. Pocieszać możemy się tym, że na przywoływanych tu wielokrotnie brazylijskich Igrzyskach zaczęło się od podobnych męczarni z RPA, a skończyło się na finale, ale… czy aby na pewno chcielibyśmy kolejnego medalu wywalczonego w takim stylu? Tutaj zdania będą zapewne podzielone (choć przypuszczam, że z przewagą odpowiedzi twierdzących), gdyż każdy od futbolu oczekuje w pierwszej kolejności czegoś innego. Póki co mamy pierwsze punkty, choć w odniesieniu do dzisiejszego widowiska trudno nawet z przekonaniem napisać, że zadanie zostało wykonane. Bo w sumie nie zostało, a poza wynikiem nie zgadzało się póki co prawie nic.

swersa

I jak tam, jest strach przed RPA?

Fotboll, Damallsvenskan, Djurgården - Eskilstuna

Ze Sztokholmu do Wellington. Linda Motlhalo znów spróbuje zaszokować piłkarską Szwecję (Fot. Andreas Sandström)

Pewien angielski dziennikarz rozpacza, że z powodu kontuzji nie obejrzy na mundialu Hanny Lundkvist. I choć próbka badawcza nadzwyczaj mała, to jest to ewidentnie sygnał, że szwedzkie talenty wyrobiły sobie na brytyjskiej ziemi całkiem niezłą renomę. Czy aby na pewno słusznie? To już akurat temat na zupełnie osobne opowiadanie, ale cieszmy się i korzystajmy póki czas, bo za chwilę może przyjść moda na przykład na Portugalki czy jeszcze inne Islandki. Wracając do meritum, szybko uspokoiłem go, że defensorki madryckiego Atletico i tak by sobie raczej w Nowej Zelandii nie pooglądał, a jeśli już, to niekoniecznie w takiej formie, na jaką liczył. Pech jednego jest jednak szansą drugiego, w związku z czym miejsce kontuzjowanej Lundkvist zajęła w kadrze Stina Lennartsson. I tego awaryjnego powołania kontestować ani trochę nie zamierzam, gdyż sportowo jak najbardziej ma ono sens. Zresztą, skoro sam dosłownie tydzień temu wstawiałem tu grafikę z zawodniczką Linköping w jedenastce miesiąca, to trudno, abym nagle rozpoczynał polemikę z własnym wyborem. Uwagę zwracają jednak nie tyle same personalia, co klucz, którym w każdej kolejnej decyzji selekcyjnej kierują się Gerhardsson ze swoim sztabem. I nawet jeśli sam pomysł z podzieleniem boiska na dziesięć sektorów i powołaniem dwóch zawodniczek do każdego z nich nie jest aż tak głupi, jak w pierwszej chwili mogłoby się wydawać, to sztywne i bezwarunkowe trzymanie się tego kryterium bardziej niż realny futbol przypomina nam symulację z piłkarskiej gry wideo. Cóż z tego, że na liście rezerwowej czekają Kullberg i Zigiotti; skoro wypadła nam prawa obrończyni, to ściągamy na Antypody zawodniczkę dokładnie do tego sektora. Tym razem akurat wyszło koniec końców na dobre, gdyż Lennartsson na powołanie zasłużyła zdecydowanie bardziej niż którakolwiek część naszego duetu z Brighton, ale niespotykana wręcz konsekwencja w działaniu zastanawia i rodzi pytania.

Samej Lundkvist możemy trochę żałować, bo na ostatnim płotku wypadła z trasy, a wszyscy i tak deliberują na temat kolana Fridoliny Rolfö. I o ile zawodniczka Atletico liczyć mogła co najwyżej na trochę serduszek oraz łapek w górę w mediach społecznościowych, o tyle w dyskusję na temat stanu zdrowia gwiazdy Barcelony wciągnięto nawet jej rodzinę i przyjaciół z Göteborga i okolic. Szkoły, jak to zwykle bywa, są dwie. Pierwsza lansuje tezę, że skoro delikwentka może trenować, to niech jak najszybciej łapie meczowy rytm. Druga natomiast bije na alarm, że znając zdrowotną przeszłość Rolfö, powinniśmy na nią chuchać i dmuchać, a przeciwko RPA poradzimy sobie ostatecznie nawet z Zecirą Musovic na lewym skrzydle. A prawda leży oczywiście pośrodku, choć akurat pary skrzydłowych z londyńskiej Chelsea raczej na inaugurację mundialu bym się nie spodziewał. Gerhardsson ostatnimi czasy żartować nie zwykł, a to byłby zdecydowanie trolling najwyższej próby, dodatkowo połączony z brakiem szacunku dla rywalek.

Skoro jednak poruszyliśmy już pośrednio kwestię bramkarek, to trzeba przyznać, że po raz pierwszy w nowożytnej historii futbolu rozpoczynamy wielki turniej bez zdecydowanej jedynki na tej pozycji. Jennifer Falk niestety ani trochę nie przypomina siebie z sezonów 2020-2021, Zecira Musovic grywa nieregularnie i falująco, a Tove Enblom… z pewnością jest najlepszą piłkarką w Szwecji o tym imieniu i nazwisku. Swoją drogą, golkiperka Örebro mogłaby być całkiem ciekawą opcją na mecz z Argentyną, przed którym zbiłaby sobie piątkę z Vaniną Correą. Tak się bowiem składa, że obie panie naprawdę wiele łączy, choć nie mam pojęcia, czy same zainteresowane zdają sobie z tego sprawę. Jedna przyjęła jedenaście sztuk w debiucie na mundialu, druga w debiucie w Damallsvenskan, a takie wyniki w naszym sporcie nie trafiają się przecież codziennie. Przynajmniej w przypadku Argentynki były to jednak złe miłego początki, co dobitnie pokazał turniej sprzed czterech lat we Francji. Do przygód pani Vaniny wrócimy jednak przy okazji trzeciej kolejki fazy grupowej, a póki co zakończmy te dywagacje spostrzeżeniem ku pokrzepieniu szwedzkich serc. Okazuje się bowiem, że w ostatniej dekadzie wielkie imprezy kojarzą się z absolutnie nieoczekiwanymi bramkarskimi bohaterkami. Na szwedzkim EURO zdecydowanie najjaśniej świeciła przecież gwiazda charakterystycznej Stine Petersen, a później swoje momenty chwały miały takie zawodniczki jak Manuela Zinsberger, Sari van Veenendaal, czy Nicky Evrard. Żadna z nich nie rozpoczynała turnieju jako pewny punkt swojego zespołu, osoba każdej z nich wzbudzała mniejsze lub większe wątpliwości, a jednak boisko zweryfikowało ich dyspozycję jednoznacznie pozytywnie. Mocno trzymamy zatem kciuki, aby podobnie wyglądało to w przypadku naszej dwójki. Swoją drogą, w dniu wylotu kadry ze Szwecji wydawało się, że nieco bliżej gry w wyjściowej jedenastce jest Falk, ale z perspektywy kilkunastu tysięcy kilometrów trudno ocenić, jak mają się sprawy na kilkanaście godzin przez pierwszym gwizdkiem meczu otwarcia. Ja osobiście postawiłbym na Musovic, ale Gerhardsson z Wikmanem większe przekonanie mieli jak dotąd do zawodniczki Häcken i takie ich trenerskie prawo.

A właśnie, jak tam poziom pewności siebie na dzień przed? Niby po drugiej stronie boiska znajdzie się zespół zdecydowanie niżej notowany, ale w sumie w tej piłce to czasami różnie bywa. Bo nawet jeśli taka Motlhalo stała się nie tyle następczynią Marty, co partnerką Nellie Lilji w drugiej linii Djurgården, to na dystansie dziewięćdziesięciu minut nawet Kalmar czasami zapunktuje. A kadra RPA swoje atuty ma i gdy tylko nadarzy się okazja, to możemy być pewni, że nie zawaha się ich użyć. Cztery lata temu, w przeddzień konfrontacji z Chile, znajdowaliśmy się w bardzo podobnym miejscu i choć ostatecznie doczekaliśmy się szczęśliwego zakończenia, to odetchnąć z ulgą mogliśmy tak naprawdę dopiero w doliczonym czasie gry. Czy jutro czeka nas podobny, emocjonalny rollercoaster? Oby nie, ale aby tak się stało, to ten mecz musimy szybko skontrolować i ustawić pod swoje dyktando. A łatwo nie będzie, bo już sam przydomek naszych rywalek wzbudza wielki szacunek. Banyana Banyana oznacza po prostu Dziewczyny Dziewczyny i nawet jeśli w teorii brzmi to może mniej groźnie niż zdecydowanie bardziej popularne w afrykańskich kręgach Lwice, Słonice, czy inne Tygrysice, to akurat mi dziewczyny niezmiennie kojarzą się przede wszystkim z ogromną wolą walki, ambicją i determinacją w dążeniu do celu. Dlatego bardzo prosimy bez lęku, ale z pełną koncentracją, żeby znowu jakaś Portia nie załadowała nam przypadkiem z koła środkowego. A wtedy będzie dobrze, bo… po prostu dobrze być musi!

Portret rywalek – RPA

rsa-1

Losy tej reprezentacji są nierozłącznie związane z polityczną historią kraju, a ta – jak doskonale wiemy – jest niestety niezwykle zawiła. I fakt, że obecna selekcjonerka kadry Desiree Ellis miała okazję zadebiutować w niej dopiero trzy miesiące po trzydziestych urodzinach, nie oznacza bynajmniej tego, iż peak jej formy przypadał właśnie na końcówkę kariery. W latach, gdy Szwedki taśmowo zdobywały medale na kontynentalnych i światowych czempionatach, futbol w Republice Południowej Afryki dopiero powstawał i żadną miarą nie były to początki, które możemy zaliczyć do lekkich, łatwych i przyjemnych. Drobne, lokalne sukcesy pojawiły się nawet stosunkowo szybko, ale to akurat zdecydowanie więcej mówi nam o słabości dyscypliny w regionie niż o sile i progresie dokonującym się w RPA. Ten stał się udziałem Banyana Banyana dopiero po roku 2010, choć i tutaj musimy koniecznie dodać adnotację, że jedynie w odniesieniu do afrykańskich realiów. Trzy awanse do wielkich turniejów na przestrzeni siedmiu lat (IO ’12, IO ’16, MŚ ’19) jak najbardziej budzą szacunek, ale fani w Kapsztadzie, Johannesburgu i Pretorii wciąż czekają na pierwszy zwycięski mecz swoich piłkarek na poważnej, międzynarodowej scenie. Do czterech razy sztuka? Być może, gdyż tym razem los oszczędził Banyana Banyana grupowych bojów z Niemcami i Hiszpanią, a Włoszki i Argentynki – z całym szacunkiem do nich – nie jawią się wcale jak przeciwniczki z innej planety. Szwedki zresztą również, ale wspólnie ustaliliśmy, że w swoim meczu otwarcia zawodniczki z RPA po komplet punktów jeszcze nie sięgną. I tę wersję wydarzeń niezmiennie uznajemy za obowiązującą.

rsa-2

Myślisz gwiazda – mówisz Kgatlana! Pochodząca z przedmieść Johannesburga 27-letnia napastniczka ma już w swoim piłkarskim CV takie kluby jak Houston Dash, Benfica, czy Atletico Madryt, a gdyby nie nieustannie prześladujące ją kontuzje, to najpewniej stawialibyśmy ją dziś w jednym rzędzie z Asisat Oshoalą i Tabithą Chawingą i nie jest to absolutnie porównanie na wyrost. To ona jest autorką jedynego jak dotąd trafienia RPA w finałach mistrzostw świata, a sztuki tej dokonała na doskonale znanym nam stadionie w Hawrze, pokonując nie byle kogo, bo Sandrę Panos. Od roku jest podopieczną trenera Kima Björkegrena w Racingu Louisville, w barwach którego walczy o historyczny awans tego klubu do fazy play-off amerykańskiej NWSL. Aklimatyzację w Kentucky mocno utrudnił jej kolejny uraz, ale na mundial wykurować się zdążyła, a w czerwcu wróciła nawet do wyjściowej jedenastki Racingu, mocno przyczyniając się do niezwykle cennego zwycięstwa nad nowojorskim Gotham FC.

Nie byłoby historycznego triumfu piłkarek z RPA w ubiegłorocznym Pucharze Narodów Afryki, gdyby nie ona – Hildah Magaia. Bohaterka tyle nieoczywista, co nieoczekiwana, bo akurat w tym regionie świata niezwykle rzadko zdarza się, aby zawodniczka debiutująca w kadrze w wieku 23 lat stanowiła później o jej sile. W przypadku tej zawodniczki wszystko ułożyło się jednak idealnie, a my… mogliśmy obserwować ten ciekawy przypadek z bliska, gdyż pierwszym zagranicznym przystankiem w jej karierze była właśnie Szwecja. To właśnie tutaj na dobre przedstawiła się światu, choć występowała zaledwie na drugim poziomie rozgrywkowym, a mówiąc nieco bardziej konkretnie: w klubie-którego-nazwy-nie-wolno-wymawiać. Dobra passa pod kołem podbiegunowym zaowocowała jednak transferem do Korei, gdzie już na poziomie ekstraklasy stała się najlepszą strzelczynią oraz asystentką drużyny z Sedżongu. Fani reprezentacji najbardziej wdzięczni są jej jednak za kolejne popisy podczas wspomnianego już PNA, ze szczególnym uwzględnieniem niezapomnianych, zwycięskich potyczek z Nigerią i Marokiem, kiedy to nowa bohaterka kadry w zasadzie na dobre przedstawiła się szerszej publiczności.

Gdy do kadry wchodziła Kgatlana, równie dużo, a może i więcej, mówiło się o jej dwa lata młodszej koleżance, która na juniorskich turniejach robiła prawdziwą furorę. Nieco bardziej entuzjastycznie nastawieni eksperci zdążyli nawet nazwać Lindę Motlhalo południowoafrykańską Martą i nawet jeśli uznamy te słowa za cokolwiek przedwczesne, to jednak cały czas mówimy o zawodniczce, która w kadrze zadebiutowała już jako siedemnastolatka, a jeszcze przed dwudziestymi urodzinami dość regularnie występowała na boiskach amerykańskiej NWSL. Później przyszedł transfer do Chin, a w Pekinie podobno czekał na nią całkiem atrakcyjny kontrakt. Od tego momentu coś się jednak ewidentnie zacięło, bo jeśli w teoretycznie najlepszym momencie kariery trafiasz na trzy lata do Djurgården, to zdecydowanie nie obierasz w ten sposób kursu na podbój największych, światowych boisk. Z całym szacunkiem do Dumy Sztokholmu, ma się rozumieć. Motlhalo ma jednak tę przypadłość, że potrafi odpalić w najmniej spodziewanym czasie i miejscu, a Nowa Zelandia chyba doskonale wpisuje się w ten znany jej nie od dziś schemat.

rsa-3

Wydaje się to wprost niewiarygodne, ale aż trzy spośród czterech startów w wielkich turniejach przyszło piłkarkom z RPA inaugurować meczem przeciwko Szwecji. Jak dotąd, nasze piłkarki skutecznie wywiązywały się z roli faworytek, choć zwycięskie starcia z Igrzysk 2012 oraz 2016 bardzo się od siebie różniły. W pierwszym z nich, za kadencji Thomasa Dennerby’ego, Lisa Dahlkvist do spółki z Lottą Schelin zadbały o to, aby kwestię wyniku zamknąć w niespełna dwadzieścia minut i sztuka ta jak najbardziej im się udała. Choć o dodatkowe emocje w sobie tylko znanym stylu postarała się jeszcze Hedvig Lindahl, puszczając do siatki absurdalnego gola Portii Modise (kto pamięta, ten wie). Cztery lata później kadra Pii Sundhage wyszła na boisko w Rio de Janeiro wyjątkowo naładowana, ale konceptu i energii wystarczyło nam na… mniej więcej pięć minut. Potem byliśmy świadkami niekończących się męczarni, które łaskawie skróciła nam golkiperka RPA Roxanne Barker, wrzucając sobie piłkę do bramki na kwadrans przed końcem spotkania.

Dwie kolejne potyczki to już towarzyskie eskapady kadry Gerhardssona w środku zimy, które z oczywistych względów miały charakter wybitnie szkoleniowy. Z tej ostatniej zapamiętaliśmy przede wszystkim stojącą między słupkami Cajsę Andersson, a także bardzo udany występ Hanny Glas, która właśnie wtedy powinna ustrzelić swojego premierowego, reprezentacyjnego gola (ach, ta poprzeczka). Rok wcześniej furorę zrobił przede wszystkim upał, a także super-rezerwowa Loreta Kullashi, która jeszcze nie miała pojęcia, że trzy lata później sama wypisze się z gry w reprezentacyjnej koszulce.

Ponieważ trzy z czterech spotkań przeciwko RPA odbyły się już podczas istnienia tego serwisu, możemy przypomnieć sobie emocje, które towarzyszyły nam na żywo w momencie ich rozgrywania. Pomeczowe teksty znajdziecie tutaj (IO ’16), tutaj (tow., ’18) oraz tutaj (tow., ’19).

rsa-4

Historia równie krótka, co świeża, a co za tym idzie – doskonale znana. Mecz przeciwko faworyzowanym Hiszpankom rozpoczął się dla piłkarek z RPA jak bajka, ale z cudownego snu gdzieś w okolicach 70. minuty zaczął brutalnie wybudzać je dźwięk chilijskiego gwizdka. Dwa pewnie wykonane przez Jennifer Hermoso rzuty karne odwróciły losy rywalizacji i choć to Europejki niepodzielnie dominowały na murawie Stade Océane, to nigdy nie dowiemy się, czy bez delikatnego wsparcia technologicznego równie skutecznie udałoby im się odwrócić losy rywalizacji. W meczu z Chinkami można było realnie myśleć o wyszarpaniu przynajmniej remisu, ale realizację tych planów raz a dobrze wybiła z głów zawodniczkom z Afryki… głowa Ying Li. Niemki natomiast były w tej konstelacji rywalkami przynależącymi do innego, futbolowego świata, a ponieważ starcie to miało dla obu ekip charakter w zasadzie towarzyski, to różnica w piłkarskiej jakości uwydatniła się jeszcze wyraźniej.

rsa-5

Przez wiele lat mówiło się, że ze względu na małą ilość rozegranych meczów (dodatkowo w mocno nieregularnym trybie) afrykańskie reprezentacje są we wszelkiej maści piłkarskich rankingach mocno niedoszacowane. I w zasadzie trudno było z tą tezą polemizować, mając na względzie chociażby popisy Nigeryjek na mundialu w USA, czy Kamerunek podczas turnieju w Kanadzie. Ostatnie lata pokazują jednak, że choć futbol w Afryce niewątpliwie robi kolejne kroki do przodu, to przedstawicielkom tego kontynentu coraz trudniej uzyskać wartościowy rezultat w zderzeniu z rywalkami nie tyle ze światowego topu, co nawet ze światowej drugiej ligi. Brutalna rzeczywistość wygląda bowiem tak, że inni uciekają szybciej niż zawodniczki chociażby z RPA gonią. I choć przepaść ta w kolejnych latach oraz dekadach z pewnością zacznie się zmniejszać (głównie za sprawą coraz liczniejszej ekspansji afrykańskich talentów do klubów z Europy, USA, czy Australii), to jednak na ten moment potencjał Banyana Banyana należałoby oszacować mniej więcej na przełom czwartej i piątej dziesiątki światowego rankingu. Oczywiście, z realnymi perspektywami na marsz w górę, ale w tej materii zdecydowanie najwięcej zależy od samej federacji oraz tego, jak bardzo będzie im na tym rozwoju zależało. I mówimy tu rzecz jasna o działaniach realnych, a nie pozorowanych.

W ostatnich miesiącach podopieczne Desiree Ellis dwukrotnie stawały w szranki z europejskimi rywalkami, ale ani porażka z Serbią, ani szczęśliwy remis ze Słowenią raczej nie napawają kibiców z RPA przesadnym optymizmem. Jakimś promykiem nadziej może być za to zwycięska próba generalna z Kostaryką, która była jednocześnie zdecydowanie najbardziej efektownym występem Banyana Banyana od czasu ubiegłorocznego finału Pucharu Narodów Afryki. Choć z tą efektownością też się nie rozpędzajmy, bo trzeba uczciwie przyznać, że przeciwniczki z Ameryki Środkowej poprzeczkę zawiesiły tego dnia wyjątkowo nisko. Z dużą uwagą obserwowaliśmy towarzyskie starcia RPA z Australią oraz Brazylią i choć oba zakończyły się wyraźnymi porażkami, to szczególnie w pierwszym z wymienionych mistrzynie Afryki… na rezultat narzekać akurat nie powinny. Bo gdyby zamiast 1-4 tablica świetlna w Londynie wypluła na przykład 0-8, to chyba bardziej wiernie oddałaby przebieg boiskowych wydarzeń. W obu tych meczach zawodniczki z RPA miały ogromne problemy szczególnie w bocznych sektorach, w których to zdecydowanie bardziej dynamiczne rywalki miały bezpłatną autostradę aż do wysokości pola karnego. I nie mielibyśmy w sumie nic przeciwko temu, aby podobnie wyglądało to w najbliższą niedzielę. Wyniki meczów z Mozambikiem czy Botswaną na grafice prezentują się cokolwiek kompromitująco, ale trzeba mieć na uwadze, że tych spotkań nie rozgrywała akurat najsilniejsza reprezentacja RPA. We wrześniu 2022 przyczyną takiego stanu rzeczy był konflikt terminów (CAF jak zwykle dała popis kreatywnego planowania), a kilka tygodni temu kadrowiczki udające się na mundial bardziej niż towarzyskim graniem interesowały się protestem przeciwko skandalicznym ich zdaniem warunkom, w jakich przyszło im przygotowywać się do najważniejszej imprezy czterolecia.

rsa-6

Układamy cały mundial

wwc

Piąta gwiazdka dla USA? Pierwsza dla Anglii lub Hiszpanii? A może spektakularne przebudzenie z wieloletniego snu Brazylii lub Norwegii? O tym wszystkim przekonamy się już 20. sierpnia, ale jeśli niekoniecznie uśmiecha się wam czekać na finałowe rozstrzygnięcia cały miesiąc, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby turniejową drabinkę spróbować wypełnić już dziś. A mamy na tym polu pewnego rodzaju sukcesy w postaci prawidłowego wytypowania zwycięzców mundialu 2015, EURO 2017, mundialu 2019 oraz EURO 2022. A w przypadku imprezy rozgrywanej cztery lata temu we Francji udało się bez żadnej pomyłki ustrzelić nawet całe TOP-4. No dobrze, drugie i trzecie miejsce rzeczywiście daliśmy na odwrót, ale to tylko dlatego, że nie sposób było przewidzieć zachowania kanadyjskiej sędzi Beaudoin, która nie zauważyła ewidentnego faulu na Linie Hurtig w holenderskiej szesnastce. Zdecydowanie mniej entuzjastycznie wspominamy za to typowanie brazylijskich i japońskich Igrzysk, ale ogólna skuteczność na poziomie niespełna siedemdziesięciu procent to wciąż wynik, którego nie powstydziłyby się przecież topowe napastniczki.

Mówiąc jednak całkiem serio, rachunek prawdopodobieństwa ponownie podpowiada, że tym razem to już raczej na pewno trafić się nie uda, więc sympatyków zwycięskiej reprezentacji w tegorocznej zabawie uprzejmie prosi się o wybaczenie. Zwycięskiej, czyli której? Odpowiedź znajdziecie poniżej, choć aby właściwie stopniować napięcie, rozpoczynamy spokojnie, czyli od fazy grupowej.


Faza grupowa:

chart1

Pierwsza faza turnieju przebiegła bez większych zaskoczeń, choć małe zamieszanie postanowiły zrobić w niej Haitanki, które z niezwykle trudnej grupy ostatecznie nie wyszły, ale z dalekiej Australii i tak wracały opromienione zwycięstwem nad byłymi wicemistrzyniami świata, a także perspektywą kontraktów w Europie i NWSL dla kilku swoich piłkarek. Szał radości ogarnął Nową Zelandię, bo choć w grupie A furorę robiła przede wszystkim świętująca swój setny występ w kadrze Caroline Hansen, to prowadzone przez Jitkę Klimkovą Football Ferns odprawiły w bezpośrednich potyczkach kolejno Filipiny i Szwajcarię, w pełni zasłużenie pieczętując w ten sposób historyczny awans do fazy pucharowej mundialu. Powody do zadowolenia miały także współgospodynie turnieju z Australii, bo choć przyszło im rywalizować w najbardziej wyrównanej z grup, to zmagania w niej udało się zakończyć na pierwszej lokacie, wyprzedzając mistrzynie olimpijskie z Kanady, a także nieobliczalne ekipy Irlandii i Nigerii. Hitem fazy grupowej okazało się starcie Francji z Brazylią, którego stawką było miejsce w zdecydowanie bardziej przyjemnej połówce drabinki. Rywalizacja dwóch klasowych zespołów zakończyła się podziałem punktów, ale to reprezentacja z Europy zgarnęła wspomniany bonus dzięki korzystniejszemu bilansowi bramkowemu z pozostałych spotkań. W grupie H nie zachwycały Niemki, ale i tak bardzo pewnie zajęły lokatę, którą zająć po prostu musiały. Za ich plecami kotłowało się za to niesamowicie, ale koniec końców kolumbijska fantazja zatriumfowała nad koreańsko-marokańską solidnością w defensywie. Z drużyn, które już na tym etapie zakończyły swój udział w imprezie, żałowaliśmy przede wszystkim Portugalek i Zambijek. Te pierwsze potrafiły rzucić realne wyzwanie obu finalistkom poprzedniej edycji, natomiast wicemistrzynie Afryki były zdecydowanie najbliżej tego, aby na Antypodach napisać historię na miarę Nigerii ’99, czy Kamerunu ’15. Do pełni szczęścia zabrakło im jednak dla odmiany… solidności w defensywie. A co słychać u kadrowiczek Petera Gerhardssona? Grupę wygrały całkiem przekonująco, a w dwóch ostatnich meczach długimi fragmentami oglądało się ich grę nadspodziewanie przyjemnie. Czyżby zatem przedturniejowe obawy miały okazać się całkowicie nieuprawnione?


1/8 finału:

chart2

Piąty dzień sierpnia był świętem w całej Nowej Zelandii, ale zderzenie z rozpędzającymi się Hiszpankami okazało się dla współgospodyń turnieju nadzwyczaj bolesne. Szczególnie w drugiej połowie, podczas której komplet widzów na stadionie w Wellington oglądał klasyczny mecz z cyklu one-way-traffic. Sen o wywalczonym na własnej ziemi medalu mistrzostw świata wciąż śniły za to Australijki, które zaskakująco bezproblemowo wyrzuciły za burtę turnieju Danię. Rywalizacja Francji z Kolumbią przyniosła udany rewanż za pamiętną niespodziankę sprzed ośmiu lat, choć emocji i futbolowych uniesień było w niej jak na lekarstwo. Po relatywnie łatwym meczu w ćwierćfinale zameldowały się także Holenderki, pewnie pokonując Szwecję w stosunku 3-1. Tym samym, honoru krajów nordyckich w kolejnej fazie turnieju bronić będzie wyłącznie korzystająca ze stosunkowo sprzyjającej drabinki Norwegia, która wraz z Anglią, USA i Brazylią (2-1 z Niemcami) uzupełniła stawkę ćwierćfinalistów.


Ćwierćfinały:

chart3

No i tyle byłoby z tych norweskich harców. Choć w Wellington długo zanosiło się na niespodziankę, to czterokrotne mistrzynie świata ostatecznie przepchnęły ten mecz i dziewiąty raz z rzędu zameldowały się w fazie pucharowej. W niej nie zabraknie także podopiecznych Sariny Wiegman, które jako pierwsze wynalazły skuteczny sposób na powstrzymanie rewelacyjnej w poprzednich meczach Brazylii Pii Sundhage. Renard, Diani oraz rezerwowa Becho doszczętnie złamały miliony australijskich serc na stadionie w Brisbane, a Athenea del Castillo wreszcie strzeliła gola w ważnym i jednocześnie zwycięskim dla hiszpańskiej kadry meczu na wielkim turnieju.


Strefa medalowa:

chart4

chart5

Oba półfinały kończyły się dogrywkami, lecz konkursu rzutów karnych nie doczekaliśmy się ani w Auckland, ani w Sydney. Amerykanki raz jeszcze potwierdziły bowiem, że są prawdziwymi mistrzyniami dodatkowego czasu gry, zaś jadące na euforii Francuzki trochę zaskakująco zamęczyły coraz bardziej wyraźnie odczuwające trudy turnieju zwyciężczynie EURO ’22. Zanim jednak przyszło im rozegrać historyczny finał, delikatne zniechęcenie Angielek wykorzystały jeszcze Hiszpanki, sięgając po swój pierwszy – i zapewne nie ostatni – medal na wielkich turniejach. To samo stało się rzecz jasna udziałem Francuzek, które ostatecznie musiały zadowolić się krążkami ze srebrnego kruszcu. Finał zakończył się bowiem dokładnie takim samym wynikiem, jak ten sprzed czterech lat, a fakt, iż gola na 2-0 zrobiły Amerykankom Trinity Rodman oraz Sophia Smith był swego rodzaju symbolicznym przekazaniem pokoleniowej pałeczki w kadrze pięciokrotnych już od tej chwili mistrzyń świata.


Końcowa klasyfikacja MŚ – prognoza:

top-4

Ufff, wystarczy już tej zabawy, bo od jutra liczyć będzie się wyłącznie to co na boisku. Przed nami 31 dni, podczas których zdecydowanie rekomendowane jest czasowe wylogowanie się z innych aktywności, bo futbol będzie dostarczać nam tylu wrażeń, że spokojnie dałoby się wypełnić nimi całą dobę. Nowa Zelandio, Norwegio, rozpoczynajcie ten spektakl i… niech się dzieje. Wspaniałego mundialu wszystkim!

Bezpiecznie, czyli all-in

Peter Gerhardsson i Caroline Seger, czyli dwie najważniejsze twarze mundialowej selekcji (Fot. Ludvig Thunman)

To już ten czas. Dokładnie siedem dni dzieli nas od inauguracyjnego meczu szwedzkiej kadry w finałach piłkarskich mistrzostw świata, a równo dwa tygodnie później czeka nas potyczka, której przebieg z dużą dozą prawdopodobieństwa zdefiniuje nam ten turniej. Właśnie na szósty dzień sierpnia zaplanowano bowiem rywalizację na poziomie pierwszej rundy fazy pucharowej, a po niej czekają nas albo szybkie urlopy, albo rywalizacja o najwyższe cele. Trzecia droga? To akurat nie tutaj. Oczywiście, w teorii istnieje jeszcze scenariusz, w którym zmagania na nowozelandzkich stadionach kończymy na fazie grupowej, ale takie rozstrzygnięcia oznaczałyby coś na kształt futbolowego trzęsienia ziemi, więc póki co nie będziemy ich w ogóle rozważać. Choć rzecz jasna zdajemy sobie sprawę, że nasza dyscyplina lubi i potrafi zaskakiwać. Optymistycznie załóżmy jednak, że to jeszcze nie ten czas, kiedy będą wypraszać nas z imprezy, zanim ta zdąży się na dobre rozkręcić.

Wszyscy zgadzamy się chyba co do tego, że drużyna mająca w składzie Magdalenę Eriksson, Kosovare Asllani, Fridolinę Rolfö i Stinę Blackstenius nie ma prawa obawiać się rywalizacji z rywalkami pokroju RPA i Argentyny, bo o ile prawdą jest to, że absolutnie każdemu rywalowi należy się szacunek, to jednak nie ma ani krzty przypadku w tym, że żadna z tych drużyn jak dotąd nie wygrała w finałach mundiali choćby pojedynczego meczu. Awans do kolejnej fazy wydaje się więc obowiązkiem, co zresztą nie bez racji podkreślają same zawodniczki, deklarując, iż na drugi koniec świata wyruszają z wielkimi ambicjami. W jakim stopniu są one rzeczywiście uzasadnione? To już w dużej mierze zależy od tego, w jaki sposób zdefiniujemy sukces. Czy, oceniając sprawę maksymalnie obiektywnie, będzie nim awans do ósemki? Do strefy medalowej? A może po prostu solidna postawa w każdym kolejnym meczu bez fetyszyzowania konkretnego wyniku? Wiem, Kosovare Asllani deklaruje, że tego lata interesuje ją tylko złoto, ale ona akurat mówić lubi dużo. I niech mówi dalej, bo przynajmniej jest o czym pisać i z kim polemizować. A gdzieś w okolicach drugiej dekady sierpnia słowa te poddamy dokładnej weryfikacji. I oby wypadła ona pozytywnie, bo przecież nie chcemy, aby okazało się, że tak szanowana zawodniczka składa obietnice bez pokrycia.

Szwedzka kadra jak najbardziej może na mundialu zajść daleko, bo – jako się rzekło – dysponuje liderkami, które w dowolnym meczu są w stanie zrobić różnicę. Wystarczy, że Rolfö przypomni sobie swoje najlepsze momenty z Barcelony, Asllani zagra na poziomie, na który wchodzi głównie w meczach kadry, Angeldal przymierzy jak wiosną przeciwko Chelsea, a na koniec wejdzie na to wszystko Kaneryd i w efektownym stylu dokończy dzieła. Faza play-off charakteryzuje się tym, że o losach rywalizujących w niej drużyn decydują pojedyncze mecze, a my – jeżeli trafimy na dobry dzień kluczowych zawodniczek – w tej formule możemy rzucić wyzwanie każdemu z USA, Anglią i Hiszpanią na czele. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że dokonując ostatecznej selekcji trener Gerhardsson postanowił maksymalnie utrudnić sobie zadanie. Złośliwi nie bez racji zauważali, że wśród powołanych zabrakło jedynie Hanny Glas, choć i do Kansas City sztab kadry sukcesywnie telefonował. Prawa defensorka z NWSL zaproszenia do Nowej Zelandii ostatecznie się nie doczekała, ale nie będzie chyba wielkiej kontrowersji w stwierdzeniu, że wybory Gerhardssona pod względem sportowym kompletnie się nie bronią. Robienie dogłębnej analizy nie na tu nawet większego sensu, gdyż patrząc wyłącznie przez pryzmat dyspozycji konkretnych zawodniczek w ostatnim półroczu, po prostu nie da się ich jakkolwiek logicznie uzasadnić. I w tym miejscu moglibyśmy w zasadzie postawić kropkę, ale zamiast tego stawiamy jedynie przecinek.

A to wszystko dlatego, że o ile piłkarsko decyzje selekcjonera są całkowicie niezrozumiałe, to biorąc pod uwagę aspekt ludzki nagle stają się one nie tyle logiczne, co wręcz pożądane. Jak dotąd, Peter Gerhardsson poprowadził szwedzką kadrę na trzech wielkich turniejach, za każdym razem osiągając na nich wynik ponad stan. Co więcej, w przypadku MŚ ’19 we Francji oraz IO ’21 w Japonii zgadzał się nie tylko sam rezultat, ale i postawa tej ekipy, którą długimi fragmentami zwyczajnie oglądało się z przyjemnością. Te sukcesy odniosła oczywiście drużyna, ale nie możemy zapominać, że w każdym przypadku tworzyli ją konkretni ludzie, między którymi w tak zwanym międzyczasie wytworzyły się silne i zarazem nierozerwalne więzi. Ta grupa zaufała sobie nawzajem, wytyczyła sobie konkretne cele, a następnie sukcesywnie je realizowała. Tak, my też przy tym byliśmy, bliżej lub dalej, ale oni stworzyli ten zespół od środka i choć po drodze nie brakowało wielu trudnych i wymagających wyzwań, jak dotąd nigdy siebie nie zawiedli. Wiem, że wielu kibiców lubi patrzeć na futbol w sposób szczególny, ale gdy odrzucimy na chwilę jego wyjątkowość i spojrzymy na kadrę jak na zwyczajne przedsiębiorstwo, to selekcja dokonana przed Gerhardssona przestaje wydawać się całkowicie absurdalna. Bo chyba stosunkowo łatwo wyobrazić sobie dyrektora, czy innego szefa działu, który uzna, że postawienie na sprawdzonych i na dodatek jednoznacznie kojarzących się z chwilami największej chwały pracowników jest zdecydowanie bezpieczniejszą opcją niż dokonywanie kadrowej rewolucji w przededniu najważniejszej próby. I nawet jeśli przesadny sentyment nie jest w biznesie postawą szczególnie rekomendowaną, to wciąż spotykamy się z nim niezwykle często. I to nawet w branżach, w których bezduszne cyferki pełnią zdecydowanie ważniejszą fukncję niż na piłkarskiej murawie.

Doskonale wiemy, że największą pasją naszego selekcjonera jest muzyka, więc – pozostając niejako w tej konwencji – możemy powiedzieć, iż Gerhardsson tego lata zdecydował się postawić na melodie, których słuchał już dziesiątki razy. Takie oczywiście jego prawo, gdyż to on na koniec turnieju będzie z tych wyborów rozliczany. I tego akurat możemy być pewni, bo nawet jeśli zmiana na stanowisku szkoleniowca kadry na dziś wydaje się absolutnie wykluczona bez względu na wynik, to społeczny status tej drużyny sprawia, że ewentualna porażka z pewnością stanie się przyczynkiem do szerokiej dyskusji wykraczającej daleko poza piłkarską bańkę. Pamiętacie, jak po ubiegłorocznej porażce z Angielkami zrobiono kozła ofiarnego z Hedvig Lindahl? Przed rozpoczęciem EURO ’22 nikt (no, może poza serwisem, na którym właśnie się znajdujecie) nie podnosił kwestii obsady bramki i faktu, iż doświadczona golkiperka jest pierwszym wyborem selekcjonera, choć nie ma ku temu wielu sportowych argumentów. Wystarczył jednak zaledwie jeden przegrany mecz, którego nota bene nie wybroniłyby nam nawet Hope Solo czy Silke Rottenberg w szczycie swoich karier, aby Lindahl nagle stała się w oczach wielu obserwatorów winowajczynią numer jeden. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle zaczęto przywoływać fakty, które jeśli w ogóle, to trzeba było podnosić raczej miesiąc wcześniej. Jeżeli pamiętacie tamten klimat, to teraz bądźcie gotowi na coś zdecydowanie mocniejszego, gdyż po ewentualnym potknięciu w temacie ochoczo wypowiedzą się zapewne także ci, którzy dziś niekoniecznie odróżniliby Stinę Blackstenius od Amandy Ilestedt. I wtedy rozpocznie się debata na przykład wokół obecności w kadrze Caroline Seger, bo nie da się ukryć, że nasza wieloletnia kapitanka przez ostatni rok w piłkę albo nie grała wcale, albo grała w nią katastrofalnie. Gdyby miał sprawdzić się ten scenariusz, to możemy być pewni, że słowa Anny Anvegård o tym, że nie da się sprawiedliwie rywalizować z wiecznie kontuzjowanymi koleżankami wrócą do nas jeszcze wiele razy, a do tego w zaskakującej formie.

A może nie będzie wcale tak źle i zamiast szukania przyczyn niepowodzenia czeka nas feta na Götaplatsen lub w Ogrodach Królewskich? Bardzo chciałbym, aby tak się stało, choć nie ukrywam, że ostatni raz podobny brak przekonania do słuszności selekcjonerskich decyzji towarzyszył mi w przededniu EURO ’17. Wtedy skończyło się na wyjściu z grupy w słabym stylu i bezbarwnej porażce z Holandią w pierwszej rundzie pucharowej. Podobno nic dwa razy się nie zdarza, ale drabinka tegorocznego mundialu układa się tak, że akurat w tym względzie dokładna powtórka z rozrywki po sześcioletniej przerwie wcale nie jest wykluczona. A czy faktycznie do niej dojdzie, to już zupełnie inna kwestia. W każdym razie, bez względu na to, którego z rywali postawi na naszej drodze los w decydującej fazie turnieju, w wywalczeniu ewentualnego awansu z pewnością nie pomogą nam Rosa Kafaji czy Matilda Vinberg. A uczciwie przyznaję, że czułbym się jednak zdecydowanie bardziej spokojnie, gdyby akurat te zawodniczki znajdowały się aktualnie na terytorium Nowej Zelandii. Wiecie, tak na wszelki wypadek…