W Uppsali nie postrzelali

osclarsson

Mistrzynie z Malmö w cieniu beniaminka z Uppsali, czyli niespodzianka w piątkowy wieczór (Fot. Oscar Larsson)

Elin Rombing, Beatrice Gärds, Emilia Hjertberg, Julia Ragnarsson plus ostatnia instancja w osobie Milli-Maj Majasaari – tak przedstawia się defensywa, która w piątkowy wieczór przez 93 minuty skutecznie powstrzymywała ofensywne zapędy piłkarek Rosengård. Siedem goli strzelonych przed tygodniem w starciu z Växjö mogło sugerować, że mistrzynie Szwecji po mocno rozczarowującym początku sezonu właśnie zdają się łapać właściwy sobie rytm, ale wyjazd na teren nieobliczalnego beniaminka przysporzył podopiecznym Joela Kjetselberga mnóstwo nieoczekiwanych problemów. Bo nawet jeśli skazywaną przez wszystkich na pewną degradację Uppsalę już kilkukrotnie zdarzało nam się tej wiosny pochwalić, to jednak zderzenie ze znajdującymi się ewidentnie na fali wznoszącej Schough, Holdt, czy Bredgaard jawiło się jako misja w zasadzie nie do wykonania. Zawodniczki z Malmö również zdawały się w pełni rozumieć fakt, iż to one przystępują do rywalizacji w roli zdecydowanych faworytek, ale pomimo niemal siedemdziesięcioprocentowego posiadania piłki, nie były w stanie poważniej zagrozić bramce wspomnianej już Majasaari. Nieco więcej okazji do zaprezentowania indywidualnych umiejętności fińska golkiperka miała w drugiej połowie, kiedy to udało jej się zatrzymać próby Schough oraz Lundin, ale o żadnym sztormie w wykonaniu zawodniczek ze Skanii wciąż nie było mowy. Jasne, optyczna przewaga gościń momentami była wręcz przygniatająca, a dynamiczna Johanna Renmark tym razem nie miała zbyt wielu okazji, aby pościgać się z obrończyniami drużyny przeciwnej, ale efekty dominacji Rosengård najbardziej widoczne były w statystyce wymienionych podań. A piłkarki z Uppsali swój podstawowy plan realizowały z niebywałą konsekwencją, dzięki czemu to one po ostatnim gwizdku sędziego mogły pogratulować sobie nie tylko kolejnego dobrego meczu, ale i niezwykle cennego punktu, który w walce o pozostanie w Damallsvenskan może – choć absolutnie nie musi – mieć kolosalne znaczenie.

Wyjazdowe zwycięstwa odniosły w dwunastej kolejce dwa zespoły ze Sztokholmu, choć… sportowo akurat nas tym razem nie zachwyciły. Djurgården wybrał się z wizytą do Kalmaru i dość szybko postanowił pokazać outsiderkom tegorocznej Damallsvenskan ich miejsce w szeregu. Efektowną asystą popisała się Tilde Lindwall, a znajdująca się ostatnio w wybornej dyspozycji Alice Bergström bez większych problemów pokonała Annę Koivunen. Podopieczne trenera Pålssona postanowiły pójść za ciosem, ale – jak to już wielokrotnie podczas tegorocznej kampanii – ze skuteczną finalizacją akcji było im wybitnie nie po drodze. A to okazało się o tyle istotne, że po przerwie to gospodynie nieoczekiwanie przejęły inicjatywę i pod bramką Elviry Björklund zaczęło robić się naprawdę gorąco. I to do tego stopnia, że Jessica Ayers obiła słupek, a Violah Nambi strzeliła nawet jak najbardziej prawidłowego gola wyrównującego. Momentu przekroczenia linii przez futbolówkę nie wychwycił jednak ani sędzia Olsson, ani jego asystentka, dzięki czemu Duma Sztokholmu zachowała równie skromne, co szczęśliwe prowadzenie. Liczbowo nieco bardziej efektownie zaprezentowało się Hammarby, choć nie będziemy ukrywać, że zespół prowadzony przez trenera Pinonesa-Arce widywaliśmy już w zdecydowanie bardziej atrakcyjnych odsłonach. Choć może jesteśmy w tych ocenach nieco zbyt surowi, bo gdy zaledwie kilka dni po największym sukcesie klubu od niemal trzydziestu lat wraca się z Behrn Areny z trzybramkową zaliczką, to chyba nie ma tu wielkich powodów do niepokoju. Tym bardziej, że Madelen Janogy właśnie ustrzeliła kolejny dublet, Kyra Cooney-Cross znów zdominowała środek pola, a długo wyczekiwana Ellen Wangerheim powrót na ligowe boiska uczciła golem w doliczonym czasie gry. Skoro jesteśmy już przy klubach ze stolicy, to zdecydowanie mniej powodów do optymizmu mają na tę chwilę kibice z Brommy. Piłkarki z zachodniej części Sztokholmu spróbowały przeciwstawić liderkom z Hisingen ambicję i determinację, ale na podrażnione wicemistrzynie kraju było to zdecydowanie zbyt mało. Tym bardziej, że Kafaji, Anvegård oraz Bergman Lundin najwyraźniej były świadome obecności na trybunach Grimsta IP selekcjonera Gerhardssona i z tej okazji postanowiły zagrać swój najlepszy w tej rundzie mecz. A to z perspektywy gospodyń mogło oznaczać wyłącznie niekończące się kłopoty.

Po cenne zwycięstwo sięgnął Linköping, nie bez trudu odprawiając na swoim stadionie Vittsjö. Zawodniczki z północnej Skanii trzeci raz w ostatnich tygodniach postanowiły sprawdzić, czy da się wygrać ligowy mecz, budząc się dopiero po sześćdziesiątej minucie gry i trzeci raz uzyskały w tej kwestii odpowiedź negatywną. Tym razem nie udało im się nawet uratować remisu, a kontaktowy gol Katriny Gorry, choć absolutnie przepiękny, nie pozwolił dopisać do ligowego dorobku choćby jednego punktu. Filigranowa pomocniczka z Australii pocieszać może się jednak tym, że już za niewiele ponad miesiąc w jej kraju rozpoczyna się piłkarski mundial, a ona wydaje się łapać optymalną dyspozycję w najbardziej oczekiwanym momencie sezonu. Ta sama uwaga tyczy się zresztą także Charlotte Grant. Przegranych i wygranych nie było za to w konfrontacji Växjö z Piteå, a remis w tym starciu można uznać za rezultat w pełni sprawiedliwy. Z przebiegu gry nieco bliższe zwycięstwa były bowiem podopieczne trenera Unogårda, ale w samej końcówce to Rebecka Holm w niebywały wprost sposób zmarnowała idealną piłkę meczową. Serię siedmiu porażek z rzędu bardzo chciały przerwać zawodniczki z Norrköping, ale spokojnie potrafimy sobie wyobrazić łatwiejszego rywala na przełamanie niż także mający całkiem sporo do udowodnienia Kristianstad. Piłkarki z Östergötland postanowiły jednak mocno postawić się wyżej notowanym przeciwniczkom i to one jeszcze przy wyniku 0-0 najpierw strzeliły gola z minimalnego spalonego, a następnie pechowo zmarnowały rzut karny (strzał Vilmy Koivisto w słupek). Niewykorzystane okazje zemściły się błyskawicznie, a Emmi Alanen oraz Hlin Eiriksdottir dały beniaminkowi Damallsvenskan bezpłatną lekcję na temat tego, jak istotne we współczesnym futbolu może być doświadczenie wyniesione z pierwszoligowych boisk. Bo doprawdy trudno nie zgodzić się z faktem, że to przede wszystkim ten czynnik sprawił, że komplet punktów w poniedziałkowy wieczór wrócił wesołym autobusem do Skanii.


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2

Dzień spełnionych nadziei

cupen

Na ten moment wszyscy fani Hammarby czekali aż 28 lat. I choć zapewne nie mieliby nic przeciwko temu, aby czas wyczekiwania był zdecydowanie krótszy, to wydarzenia z 6. czerwca 2023 niewątpliwie pozostaną w ich pamięci na zawsze. Dwadzieścia cudownych minut na początku drugiej połowy wstrząsnęło całym Häcken na tyle skutecznie, że znajdujące się ostatnio w wybornej formie liderki Damallsvenskan do meczu nie zdołały wrócić już ani na moment. A trofeum dla zwyciężczyń Pucharu Szwecji nie opuści stolicy ani dziś, ani przez najbliższy rok.

Pierwsza połowa finału przypominała coś, co często nazywa się klasycznym meczem dla koneserów futbolu. Nie brakowało tempa, nie brakowało walki, zgadzał się licznik przebiegniętych kilometrów, ale wielu klarownych okazji w tej fazie gry się nie doczekaliśmy. Przed przerwą oba zespoły oddały po zaledwie jednym celnym strzale na bramkę rywalek, ale z tymi próbami zarówno Anna Tamminen, jak i Jennifer Falk poradziły sobie bez większych trudności. Dało się zauważyć, że to zawodniczki z Hisingen nieco częściej znajdują się w posiadaniu futbolówki, a konstruowane przez nie akcje były wyraźnie dłuższe i nacechowane większą cierpliwością. Choć przebłysków indywidualnych umiejętności ze strony Sandberg czy Kafaji również zabraknąć nie mogło. Z tego wszystkiego nie wynikało jednak wiele, a zdecydowanie bardziej konkretne i dynamiczne były w swoich poczynaniach gospodynie. To one postraszyły swoje przeciwniczki tuż po pierwszym gwizdku sędzi Maral Mirzai, gdy w dogodnej pozycji znalazła się w szesnastce Häcken Julia Roddar, to one swoją presją zmusiły Aivi Luik do tak nieprzygotowanej interwencji, że piłka zatrzymała się dopiero na poprzeczce bramki gościń i wreszcie to one – za sprawą Kyry Cooney-Cross – przeprowadziły najbardziej efektowny rajd, jaki tego dnia zobaczyła publiczność na Tele2 Arenie. Gdy sędzia zaprosiła oba zespoły na piętnastominutową przerwę, bezbramkowy remis wydawał się wynikiem całkowicie logicznym, ale można było odnieść wrażenie, że to Hammarby sprawia wrażenie drużyny, której bardziej zależy dziś na zwycięstwie. I to wrażenie już za chwilę miało przełożyć się na konkrety.

W przerwie trener Pinones-Arce dokonał jednej roszady personalnej, w wyniku której w miejsce kontuzjowanej Matildy Vinberg na murawie pojawiła się Vilde Hasund. 25-letnia Norweżka tej wiosny zdecydowanie najbardziej komfortowo czuje się w roli jokerki i nie inaczej było również tym razem. Super-rezerwowa Hammarby potrzebowała bowiem niespełna dwóch minut, aby urwać się lewym skrzydłem, precyzyjnie dośrodkować na głowę Madelen Janogy i sprawić, że wypełnione niemal do ostatniego miejsca zielono-białe sektory dosłownie eksplodowały ze szczęścia. Pierwszy cios został więc wyprowadzony, ale w tamtej chwili o żadnym nokaucie nie mogło jeszcze być mowy. Wszak piłkarki z Hisingen wielokrotnie udowadniały, że właśnie w drugich połowach potrafią w sposób niesamowicie konsekwentny rozmontowywać defensywy kolejnych rywalek, przechylając w ten sposób szalę zwycięstwa na swoją stronę. Tyle tylko, że akurat w tym finale nie było im dane pokazać choćby zalążka tej efektownej gry. Nie pozwoliły na to napędzające się z każdą upływającą sekundą gospodynie, które zdecydowanie poczuły, że to jest ich moment i nikomu – nawet doskonale poukładanym liderkom ligowej tabeli – nie pozwolą go zakłócić. Gdy w 58. minucie Hamano zagrała do Janogy, a ta popisała się kapitalnym strzałem z dystansu, stało się w zasadzie jasne, ze w tym roku w święto narodowe Sztokholm będzie nie tyle niebiesko-żółty, co zielono-biały. A gdy młodzieżowa reprezentantka Japonii podwyższyła na 3-0, już nawet najwięksi optymiści zasiadający w sektorze przeznaczonym dla fanów z Hisingen zrozumieli, że żadnego cudownego powrotu tu nie będzie. Gościniom trzeba oczywiście oddać, że ambitnie próbowały do końca, ale liczne rzuty rożne, wolne i uderzenia z dystansu nie pozwoliły im nawet zmniejszyć rozmiarów porażki. A fenomenalna tej wiosny Anna Tamminen miała tym samym dwa powody do świętowania, bo wygranie trofeum z czystym kontem w finale to dla każdej bramkarki niesamowity, indywidualny sukces.

Gdy wybrzmiał końcowy gwizdek, zielono-biała fala kibiców dosłownie zalała murawę Tele2 Areny, a gdy Alice Carlsson wznosiła w górę Puchar, wraz z nią ten historyczny dzień celebrowały tysiące fanów. Świętowanie w Sztokholmie dopiero się jednak zaczyna i możemy być pewni, że szybko się nie zakończy. Bo gdy czeka się tak długo, to sukces smakuje jeszcze bardziej wyjątkowo. Wszystkim piłkarkom, trenerom i sympatykom Hammarby życzymy więc udanej i bezpiecznej zabawy, a jednocześnie… cieszymy się, że swój kolejny ligowy mecz Bajen rozegrają dopiero w niedzielę. Bo z prawdopodobieństwem bliskim pewności możemy założyć, że na przykład na piątkowy wieczór trudno byłoby przyszykować optymalną dyspozycję.

PS. a finałowa seria Häcken niezmiennie trwa. Finał u siebie oznacza zwycięstwo, finał na wyjeździe to gwarancja porażki. Jak widać, oszukać piłkarskie przeznaczenie nie jest wcale tak łatwo.

cupe2

Schough strzela, Skoog też

fcr

Mistrzynie z Malmö odprawiły Växjö w prawdziwie mistrzowskim stylu (Fot. Bildbyrån)

Mecz przeciwko Kristianstad miał być kolejnym, wymagającym testem dla liderek z Hisingen, a niezaangażowani emocjonalnie po żadnej ze stron kibice mocno ostrzyli sobie apetyty na starcie najlepszej defensywy Damallsvenskan z zawsze groźnym tercetem Tindell – Viens – Eiriksdottir. O ile jednak tej wiosny zdecydowana większość ligowych hitów jak najbardziej dostarczała nam oczekiwanych emocji, tak piątkowy wieczór na Bravida Arenie do czerwoności zdecydowanie nas nie rozgrzał. Wypada jednak dodać, że stało się tak głównie za sprawą gościń ze Skanii, które wprawdzie rozpoczęły mecz z wielkim animuszem i już w trzeciej minucie poważnie zagroziły bramce Jennifer Falk, ale… na tym ich ofensywne próby na dłuższy czas się zakończyły. Osłabione brakiem kontuzjowanych Rubensson oraz Anvegård gospodynie swój meczowy plan realizowały za to z żelazną konsekwencją, osiągając wraz z upływem czasu coraz większą optyczną przewagę. Tak bardzo wyczekiwany przez miejscowych fanów gol paść jednak nie chciał, bo albo kapitalną interwencją popisywała się Melina Loeck, albo kluczowe podanie przecinała Emma Petrovic, a gdy już wszystkim wydawało się, że futbolówka linię bramkową przekroczyć po prostu musi, w ostatniej chwili na linii jej lotu zmaterializowała się Therese Ivarsson. Ta momentami heroiczna obrona podopiecznych trenerki Gunnarsdottir niewątpliwie zasługiwała na wielkie słowa uznania, lecz gdy już zaczynaliśmy wierzyć, że to właśnie zawodniczkom z Kristianstad uda się skutecznie powstrzymać rozpędzone Häcken, stadion w Hisingen eksplodował ze szczęścia. W czwartej minucie doliczonego czasu gry rzut rożny wykonywała Rosa Kafaji, dośrodkowana przez nią piłka trochę szczęśliwie znalazła się pod nogami Fiippy Curmark, a urodzona w Jönköping rekonwalescentka uczciła swój powrót na ligowe boiska w najbardziej spektakularny możliwy sposób. A strzelony przez nią gol, choć z pewnością nie najpiękniejszy w karierze, może okazać się w końcowym rozrachunku jeszcze cenniejszy niż wydaje się to nam z dzisiejszej perspektywy.

Nie od dziś wiemy, że bezbramkowe mecze potrafią być naprawdę wspaniałymi widowiskami, ale o pięciu kwadransach rywalizacji na LF Arenie w Piteå niestety nijak nie da się tego powiedzieć. Na murawie w Norrbotten bardzo długo oglądaliśmy bowiem obustronny pokaz antyfutbolu, choć jeśli już ktoś zdecydował się od czasu do czasu zaprezentować coś nieco bardziej składnego i konstruktywnego, to były to piłkarki z Örebro. Gospodynie niepokojąco przypominały natomiast same siebie z meczu z Häcken i zapewne znów zagrałyby na zero z przodu, gdyby nie wspaniałomyślne podejście rywalek. O dobre samopoczucie koleżanek z Norrbotten zatroszczyły się bowiem Clara Ekstrand z Michaelą Kovacs, które zaprezentowały coś na kształt ulepszonej (bo rozegranej w duecie) wersji kiksu Lotte Wubben-Moy z niedawnego półfinału Ligi Mistrzyń. Z nieoczekiwanego prezentu skorzystać postanowiła rezerwowa tego dnia Tuva Skoog, gospodynie objęły prowadzenie i… rozpoczęła się prawdziwa jazda bez trzymanki. Okazja Heidi Kollanen, fatalne pudło Louise Lillbäck, słusznie nieuznany wyrównujący gol, kontuzja Samanthy Murphy i będąca jej bezpośrednim następstwem awantura z limitem zmian, czerwona kartka Emilii Pelgander, sytuacja sam na sam Skoog, osiem dodatkowych minut i wreszcie końcowy gwizdek, po którym Piteå mogło dopisać do swojego i tak imponującego dorobku trzy kolejne punkty. A Örebro? Jeszcze jedna porażka poniesiona trochę na własne życzenie z pewnością nie poprawi morale w szatni zespołu Rickarda Johanssona. Tym bardziej, że w jej wyniku klub z Närke po raz pierwszy od początku rozgrywek oficjalnie zameldował się pod kreską.

Kalmar znów strzelił gola. Ta nowina całkowicie nadaje się do tego, aby właśnie od niej rozpocząć akapit. Mówiąc jednak zupełnie poważnie, nie da się nie zauważyć, że w ostatnich tygodniach gra najsłabszej drużyny rundy wiosennej zaczęła wyglądać nieco lepiej i punkt wywieziony z Vittsjö jest tego namacalnym dowodem. Choć pół-żartem można powiedzieć, że akurat z tym rywalem piłkarki znad Bałtyku nie przegrały jeszcze żadnego z wyjazdowych spotkań, więc po prostu tradycja została w tej materii podtrzymana. Dokonało się to jednak w niezwykle dramatycznych okolicznościach, gdyż w doliczonym czasie gry futbolówka po raz drugi tego popołudnia wylądowała w siatce Kalmaru i mogło się wydawać, że gospodyniom udało się ostatecznie wymęczyć rzutem na taśmę skromne zwycięstwo. Chorągiewka sędziego liniowego powędrowała jednak w górę i choć Kajsa Lind w pomeczowym wywiadzie zarzekała się, że nie wie nic o tym, aby brała w akcji czynny udział, to Sandra Almkvist i Marcus Strandberg byli zdecydowanie odmiennego zdania. A ku rozpaczy miejscowych, to oni podejmowali w tej kwestii wiążącą decyzję. Żadnych dylematów nie było za to w Malmö, gdzie mistrzynie z Rosengård dały pokaz pierwszoligowej piłki beniaminkowi z Växjö. Siedem goli, sześć różnych strzelczyń, Olivia Schough na czele tegorocznej listy snajperek – wiosenne powietrze ewidentnie przywiało do stolicy Skanii sporą dawkę optymizmu. Pozytywnym akcentem zakończyły tydzień także piłkarki Hammarby, choć Jennie Egeriis i My Cato zrobiły naprawdę wiele, aby przerwanie passy czterech kolejnych meczów bez zwycięstwa nie było dla ekipy trenera Pinonesa-Arce wyłącznie formalnością. Błysk geniuszu Maiki Hamano, a także jeszcze jeden udany występ Anny Tamminen sprawiły jednak, że trzy punkty pozostały tym razem w Södermalm. Jedenastą serię spotkań zakończyliśmy derbami Sztokholmu, w których Djurgården planowo pokonał Brommę, uciekając w ten sposób ze strefy zagrożonej degradacją. Podopieczne trenera Pålssona rozegrały naprawdę niezły mecz, ale mocno szwankująca skuteczność raz jeszcze mogła przeszkodzić im w odniesieniu zwycięstwa. Na szybko strzelonego po pięknej, dwójkowej akcji Alice Bergström ze Stinalisą Johansson gola gospodynie odpowiedziały bowiem wyrównującym trafieniem Sagi Swedman i dopiero prezent w postaci fatalnego ustawienia Nichole Persson na niespełna kwadrans przed końcem spotkania zagwarantował im pierwszy po niespełna dwumiesięcznej przerwie komplet punktów.


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2