














Słowaczka Patricia Fischerova może być zadowolona ze swojej postawy. Na tym jednak koniec pozytywów dla pogrążonego w kryzysie Kalmaru (Fot. Bildbyrån)
Gdyby ktoś kazał nam scharakteryzować jednym zdaniem IFK Kalmar z sezonu 2023, to chyba najbardziej uczciwie byłoby podejść do tego w następujący sposób: drużyna, w której prawie nikt nie chciał grać, której nikt nie chce trenować i której absolutnie nikt nie chce oglądać. Bo frekwencja na poziomie kilkudziesięciu osób w słoneczne, niedzielne popołudnie naprawdę mówi więcej niż tysiąc słów. A przecież w zespole gościń na Guldfågeln Arenę zawitały między innymi była mistrzyni Europy (Sheila van den Bulk), czy aktualna mistrzyni olimpijska i najbardziej wartościowa zawodniczka poprzedniej ligowej kampanii (Evelyne Viens). To wszystko nie zachęciło jednak mieszkańców urokliwego, nadbałtyckiego miasta, aby upalny, czerwcowy dzień spędzić z piłką w wydaniu Damallsvenskan i… ani trochę się tym wyborom nie dziwimy. Bo przedstawicielki miejscowego klubu, zresztą przy wydatnej pomocy jego włodarzy, zrobili ostatnimi czasy wiele, aby futbol lokalnej społeczności nie tyle obrzydzić, co zwyczajnie zobojętnić. A jak doskonale wiemy z psychologii, obojętność to emocja zdecydowanie bardziej niebezpieczna niż złość.
Paradoksalnie, dwa ostatnie mecze utwierdziły nas w przekonaniu, że Kalmar nijak nie pasuje do pierwszoligowej piłki zdecydowanie skuteczniej niż wszystkie wcześniejsze sześcio- czy ośmiobramkowe klęski. To znaczy, nie żeby wówczas były w tej materii jakiekolwiek wątpliwości, ale wtedy mogliśmy mówić przede wszystkim o aspektach czysto sportowych, w których to drużyna klub ze Småland do rywalizacji na tym poziomie po prostu nie dojeżdżał. I to da się jeszcze wybaczyć. Podobnie zresztą jak deficyty motoryczne, choć tutaj trudno jednak przejść zupełnie bez reakcji obok faktu, że aspirujące do miana profesjonalistek zawodniczki narzekają na skurcze czy całkowity brak energii w okolicach sześćdziesiątej minuty meczu o średniej intensywności. A mówimy tu o piłkarkach, które za chwilę mają jechać na mundial czy zgrupowania naprawdę solidnych reprezentacji narodowych. Zdecydowanie największym problemem Kalmaru pozostaje jednak sfera mentalna, w której deficyty wydają być się tak olbrzymie, że nawet najwięksi specjaliści najpewniej jedynie rozłożyliby bezradnie ręce. Spore wątpliwości pojawiły się już przy okazji rywalizacji z Piteå, bo jeśli do 75. minuty nie pozwalasz rywalkom na prawie nic, a później nagle i bez ostrzeżenia wypuszczasz z rąk pełną pulę, to jest to bez dwóch zdań sygnał ostrzegawczy. Ale wtedy można było jeszcze tłumaczyć, że Tuva Skoog potrafi od czasu do czasu zaliczyć naprawdę imponujące wejście z ławki, a Emmie Viklund wyszedł strzał życia i wyłącznie dlatego wszystko się posypało. Po meczu z Kristianstad żadnych wymówek już jednak nie zaakceptujemy. Bo prawda jest taka, że to nie zawodniczki ze Skanii wygrały ten mecz, to Kalmar go im wygrał, podając rzeczone zwycięstwo na tacy. Nie ma sensu specjalne pastwienie się nad Anni Miettunen czy Jessiką Cowart. Pierwsza podarowała przeciwniczkom dwa gole, co było logiczną konsekwencją tego, że od początku drugiej połowy niezmiennie sprawiała wrażenie osoby, która najchętniej poszłaby pod prysznic. Druga – potencjalna uczestniczka lipcowego mundialu – tak mocno dawała się kręcić osiemnastoletniej debiutantce Tildzie Sandén, że zawroty głowy mogą towarzyszyć jej mniej więcej do czwartku. Teoretycznie moglibyśmy mieć pretensje, że trener-z-przypadku Aleco Postanidis nie przeprowadzał kolejnych zmian, ale… jesteśmy przecież bogatsi o wiedzę, że gdy na jakąś się już zdecydował, to wprowadzane przez niego piłkarki nie wnosiły do gry kompletnie żadnej wartości. I choć piłka nożna jest sportem drużynowym, to w tym wszystkim najbardziej żal Patricii Fischerovej. Słowacka stoperka w dwóch ostatnich meczach ligowych dała wspaniały popis gry defensywnej, zupełnie jak przed dwoma laty w Senecu przeciwko reprezentacji Szwecji. Na przestrzeni tygodnia skutecznie wyłączyła z gry najpierw Anam Imo, a następnie Evelyne Viens, ale koniec końców nie przełożyło się to na choćby jeden skromny punkcik dla ekipy z Kalmaru. I o ile żegnając się w listopadzie z tym klubem nie uronimy choćby jednej łzy, o tyle takie nazwiska jak Fischerova, Nowotny, Ayers, czy Koivunen zdecydowanie chcemy oglądać w naszej lidze jak najdłużej. Ale dla dobra wszystkich zainteresowanych, niech dzieje się to z innym herbem na koszulce.
W doliczonym czasie gry punkty straciła także Uppsala i nic dziwnego, że w obozie beniaminka powoli zaczyna przypominać się scenariusz roku 2020. Wtedy to, w swoim pierwszym i jak dotąd jedynym pierwszoligowym sezonie, klub z Uppland także pozytywnie zaskakiwał wszystkich do półmetka rozgrywek, a w rundzie jesiennej nie potrafił powiększyć swojego dorobku nawet o punkt, spadając z hukiem do Elitettan. Sytuacja podopiecznych trenera Fagerholma jest o tyle nieciekawa, że każdy miesiąc przynosi coraz większe problemy kadrowe w formacji defensywnej, a w minioną niedzielę lista kontuzjowanych poszerzyła się dodatkowo o Emilię Hjertberg. Pomimo tych niedogodności, ambitny beniaminek na początku drugiej połowy otworzył wynik w starciu z Piteå, kiedy to Samanthę Murphy zaskoczyła niefortunna interwencja Cecilii Edlund. Piłkarkom z Norrbotten należy oddać, że samobójczy gol mocno podrażnił ich ambicję i od tego momentu oglądaliśmy prawdopodobnie najlepszą wersję drużyny trenera Carlssona, ale do odwrócenia losów rywalizacji mistrzynie Szwecji sprzed pięciu lat potrzebowały aż dwóch rzutów karnych, które bezbłędnie egzekwowała tego dnia Anam Imo. Bo z gry, pomimo naprawdę wielu wykreowanych okazji, strzelić nie udało się nic. Zdecydowanie bardziej spokojnie po komplet punktów sięgnęły liderki z Hisingen, a w ich szeregach zdecydowanie na plus wyróżniała się postawa drugiej linii. Marika Bergman Lundin oraz Filippa Curmark raz jeszcze okazały się postaciami absolutnie pierwszoplanowymi i bardzo szkoda, że żadna z nich ani przez chwilę nie znalazła się choćby w dalszym kręgu zainteresowań selekcjonera Gerhardssona. Ale to już temat na całkiem inne opowiadanie. Kroku liderkom dotrzymuje także Hammarby, choć początek spotkania w Vittsjö ani trochę nie zwiastował takiego obrotu sprawy. Zawodniczki z Södermalm udanie odparły jednak początkowy napór gospodyń (z Anną Tamminen między słupkami zadanie to z miejsca staje się łatwiejsze), a później same pokazały rywalkom jak wykorzystywać stwarzane przez siebie bramkowe okazje. W roli nauczycielek, co nie będzie chyba wielkim zaskoczeniem, wystąpiły niezawodne Madelen Janogy oraz Maika Hamano.
Jak zatem widać, zespoły z czołówki w piętnastej kolejce trochę się męczyły, ale z reguły potrafiły ostatecznie rozstrzygnąć losy rywalizacji na swoją korzyść. Z tego schematu wyłamał się jednak Rosengård i to w zasadzie w stu procentach. Piłkarki z Malmö, w przeciwieństwie do chociażby Kristianstad i Hammarby, rozpoczęły swój mecz od niezwykle mocnego uderzenia, stosunkowo szybko uzyskując na Behrn Arenie prowadzenie po jeszcze jednej tego lata akcji dwóch Olivii. W kolejnych minutach obrończynie mistrzowskiego tytułu wciąż miały na stadionie w Närke zdecydowanie więcej z gry, ale nijak nie potrafiły przełożyć tego na kolejne trafienia. I jak się miało okazać, za swoją nieskuteczność przyszło im zapłacić niezwykle wysoką cenę. W końcowej fazie meczu Katariina Kosola zdecydowała się na kolejną szarżę prawym skrzydłem, Louise Lillbäck zgrała sytuacyjnie do Heidi Kollanen, a fińska napastniczka pokonała niemrawo zbierającą się do interwencji Teagan Micah, ratując w ten sposób jeden punkt dla Örebro. Sporo obiecywaliśmy sobie po derbowym poniedziałku, ale nasze oczekiwania spełniły się jedynie w połowie. Piłkarki Djurgården i Brommy postawiły bowiem na futbol wybitnie wakacyjny, w którym każda groźniejsza akcja którejkolwiek ze stron kończy się golem, a całości obrazka dopełniły jeszcze straszące pustkami trybuny Grimsta Idrottsplats. Atmosfery mało znaczącego sparingu nie było natomiast w Norrköping, o co mocno postarały się nie tylko zawodniczki, ale i kibice obu zespołów. Zarówno na murawie, jak i na trybunach lepsze wrażenie pozostawili po sobie miejscowi, ale w oficjalnej tabeli oba zespoły dopisały sobie za to spotkanie po jednym punkcie, z czego w pełni usatysfakcjonowany nie był ostatecznie nikt. Tym bardziej, że w ostatniej minucie doliczonego czasu gry pod obiema bramkami działy się rzeczy wprost niezwykłe. Kto widział, ten wie, kto nie widział, niech natychmiast to niedopatrzenie nadrabia. Zdecydowanie warto!
Komplet wyników:
Klasyfikacje indywidualne:
Klasyfikacje drużynowe:
Przejściowa tabela:









Hammarby znów na zwycięskiej ścieżce, więc ‘piąteczka’ po strzelonym golu musi być (Fot. Peter Jonsson)
Po poprzedniej kolejce żywo ponarzekaliśmy sobie na bezlitosny terminarz, który nijak nie pozwala piłkarkom czternastu klubów Damallsvenskan złapać choć trochę świeżości. A ponieważ tempo rozgrywania meczów od tamtego czasu nie spadło, to w zasadzie najbardziej sprawiedliwie byłoby rozpocząć ten tekst klasycznym kopiuj-wklej. Problemy z motoryką uwidaczniają się szczególnie w przypadku mało doświadczonych zespołów z dolnej połówki tabeli i choć Johanna Renmark raz jeszcze zrobiła zdecydowanie więcej niż ktokolwiek miał prawo oczekiwać, to całościowo Uppsala była kompletnie bezradna w zderzeniu z prowadzonymi w bój przez niezniszczalną Olivię Schough mistrzyniami z Malmö. Co zaskakujące, pierwszoplanową postacią starcia w stolicy Skanii okazała się jednak nie najlepsza snajperka i asystentka ligi, a… sędzia Farouk Nehdi, który swoimi decyzjami zupełnie niepotrzebnie wprowadzał na murawie sporo zamieszania. A to nie uznał zupełnie prawidłowego gola, a to podyktował nieco absurdalny rzut karny i można było odnieść wrażenie, że zarządza meczem według zasady wyrównywania rzekomo wyrządzonych obu ekipom krzywd. A to w futbolu nigdy nie jest dobrą taktyką. Szczęście w nieszczęściu, że dominacja gospodyń okazała się na tyle znacząca, iż o żadnym wypaczeniu wyniku mowy być w tym przypadku nie mogło. Zdecydowanie bardziej zacięta była rywalizacja dwóch beniaminków, choć trzeba uczciwie zaznaczyć, że niestety mamy tu na myśli wyłącznie równanie w dół. Växjö i Norrköping długimi momentami prezentowały nam bowiem coś na kształt mało zabawnej parodii piłkarskiego meczu w stylu, który na zachodnim wybrzeżu Szwecji nazywamy flipperspel. W największym skrócie oznacza to tyle, że zawodniczka w białym stroju posyłała kilkudziesięciometrowe zagranie, które przejmowała piłkarka w stroju czarnym i… kilkanaście sekund później robiła dokładnie to samo. Jasne, obejrzenie trzyminutowego skrótu z Värendsvallen może pozostawić nieco mylne wrażenie, ale gdyby ktoś z jakichś nieznanych szerzej powodów zdecydował się odświeżyć sobie ten mecz w całości, to jest to niewątpliwie zadanie z gatunku tych wyjątkowo ekstremalnych. Z kronikarskiego obowiązku dodajmy tylko, że koniec końców trzy punkty pojechały do Östergötland, ale największymi zwycięzcami i tak zostali ci, którzy dzielnie dotrwali do ostatniego gwizdka.
Centra Kyry Cooney-Cross i perfekcyjna główka Madelen Janogy – liderki z Södermalm zrobiły swoje, a jeden gol w zupełności wystarczył, aby Hammarby dopisało do swojego dorobku kolejne domowe zwycięstwo. Choć tak naprawdę niewiele dzieliło nas od tego, aby licznie zebrani na popularnym Kanalplan kibice otrzymali w gratisie sporą dawkę niespodziewanych i zupełnie niepotrzebnych z ich perspektywy emocji. Na początku drugiej połowy Lotta Ökvist bezmyślnie powaliła bowiem w szesnastce szarżującą Katariinę Kosolę, ale Anna Tamminen błyskawicznie odpaliła tryb superbohaterki i nadzieje sympatyków Örebro zgasły jeszcze szybciej niż chwilę wcześniej rozbłysły. Wyraźnie niższą frekwencję odnotowaliśmy na Grimsta Idrottsplats, gdzie piłkarkom z Brommy zabrakło pięciu minut do tego, aby po raz pierwszy w tegorocznej kampanii zwyciężyć przed własną publicznością na własnym obiekcie. Prowadzenie gospodyniom dała w 69. minucie Fanny Hjelm, wykorzystując fatalny błąd Katriny Gorry, ale Vittsjö – zgodnie z doskonale znaną sobie tradycją – walczyło do końca i coś zdołało w ten sposób uratować. Tym czymś okazał się remis po akcji Kayli Adamek z Charlotte Grant. Polka dośrodkowała, Australijka trochę szczęśliwie zmieściła futbolówkę w siatce mimo interwencji Nichole Persson i mało satysfakcjonujący jeden punkt wpadł do skarbczyka drużyny prowadzonej przez Ulfa Kristianssona. Tempa nie zwalnia Linköping, choć rywalizacja na Bilbörsen Arenie rozpoczęła się mocno niestandardowo, bo od alarmu pożarowego (pirotechnika w sektorze przyjezdnych) i ewakuacji całego stadionu. Nieplanowane zamieszanie skończyło się na szczęście wyłącznie na strachu, a gdy można było skupić się już wyłącznie na sportowej rywalizacji, to podopieczne trenera Jeglertza szybko wybiły rywalkom ze stolicy pomysł na sprawienie ewentualnej niespodzianki. Yuka Momiki zagrała przepiękny koncert w drugiej linii, Cornelia Kapocs potwierdziła, że na ten moment jest jednym z najgorętszych ofensywnych nazwisk w lidze, a radzący sobie wciąż bez swojej liderki w osobie Olgi Ahtinen Linköping mógł celebrować jeszcze jedno, odniesione w naprawdę przyzwoitym stylu zwycięstwo.
Zdecydowanie najlepszy jakościowo mecz obejrzeli za to kibice w Kristianstad, co tylko potwierdza prawdziwość tezy, że w piłce nożnej często te bezbramkowe widowiska są jednocześnie tymi najciekawszymi. Poza golami na stadionie we wschodniej Skanii nie zabrakło bowiem niczego, a zawodniczki obu ekip zadbały o odpowiednią intensywność, pokazując w ten sposób, że nawet na narastającym zmęczeniu da się w szwedzkich, ligowych warunkach wykreować coś więcej niż tylko produkt meczopodobny. Wreszcie naprawdę udany występ zaliczyła Jennifer Falk, a jej interwencja w sytuacji sam na sam z Evelyne Viens przypomniała nam dlaczego to właśnie ta golkiperka aż czterokrotnie była najlepszą specjalistką w swoim fachu w Damallsvenskan. Solidnie zaprezentowała się także zastępująca do końca rundy kontuzjowaną Melinę Loeck Moa Olsson, co cieszy o tyle, że to właśnie o dyspozycję swojej wychowanki kibice z Kristianstad obawiali się najbardziej. A poza tym: Therese Ivarsson znów ratowała swój zespół skutecznym wybiciem z linii, Alice Nilsson harowała w defensywie na całej szerokości boiska, Bergman Lundin, Curmark i Rubensson pokazały, jak powinien prezentować się środek pola w solidnym klubie, a Eiriksdottir i Kafaji zrobiły naprawdę wiele, aby podtrzymać swoją strzelecką passę. W tym wszystkim szkoda tylko urazów Emmi Alanen oraz Anny Sandberg, które jeszcze przed przerwą przedwcześnie zakończyły udział w spotkaniu, ale mocno trzymamy kciuki, aby powrót do pełni formy przebiegał w obu przypadkach szybko i bezproblemowo. Jako się rzekło, na boisku skończyło się na 0-0, ale jeśli ktoś właśnie tego wieczora postanowił wybrać się na swój pierwszy w życiu piłkarski mecz, to raczej tej decyzji nie żałował. A ponieważ jesienią terminarz wydaje się być po stokroć bardziej sprzyjający, to z tym większą nadzieją wyczekujemy kolejnych ligowych delicji. Kristianstad i Häcken zadbały póki co o to, aby nasze apetyty były odpowiednio wyostrzone.
Komplet wyników:
Klasyfikacje indywidualne:
Klasyfikacje drużynowe:
Przejściowa tabela:









Jutta Rantala nieoczekiwanie znalazła się na czele klasyfikacji asystentek (Fot. Henrik Eberlund)
Podsumowanie trzynastej kolejki Damallsvenskan rozpoczniemy od nieskomplikowanego, matematycznego równania. Okazuje się bowiem, że podczas tegorocznej kampanii częstotliwość rozgrywania meczów jest niemal dokładnie odwrotnie proporcjonalna do ich piłkarskiej jakości. Na przełomie kwietnia i maja nader często zachwycaliśmy się, że u nas w lidze jednak wciąż da się kopać futbolówkę na naprawdę przyzwoitym poziomie, a każde starcie dwóch ekip z górnej połówki tabeli było w zasadzie gwarancją odpowiedniej dawki sportowych emocji. Te czasy ewidentnie należą jednak do przeszłości, a im dłużej trwa sezon, tym rzadziej zdarza nam się trafić na dobre, piłkarskie widowisko. A odkąd zaczęliśmy grać po dwie kolejki w tygodniu, nie lada wyzwaniem stało się wyłowienie meczu zasługującego swoją atrakcyjnością na więcej niż dwie gwiazdki w sześciostopniowej skali. Trudno się jednak temu dziwić, skoro na narastające zmęczenie narzekają nie tylko w Brommie i Kalmarze, ale także w ośrodkach mierzących zdecydowanie wyżej.
Skoro jednak ktoś wymyślił, że przed australijsko-nowozelandzkim mundialem musimy rozegrać dwie trzecie sezonu, to trzeba po prostu zacisnąć zęby i grać. A ta sztuka zdecydowanie najlepiej wychodzi zawodniczkom Roberta Vilahamna, które wczoraj bez większego wysiłku klepnęły na Bravida Arenie beniaminka z Uppsali. Debiutujący w roli szkoleniowca Fin Samuel Fagerholm mógł przez chwilę łudzić się, że oto uda mu się zaliczyć najbardziej imponujący powrót do Damallsvenskan od czasów Anji Mittag, ale liderki z Hisingen marzenia o sprawieniu ogromnej sensacji skutecznie wybiły mu z głowy w niespełna sześćdziesiąt sekund. Bo dokładnie tyle czasu upłynęło od kontaktowego gola autorstwa Taryn Ries (godna uwagi asysta Elim Rombing!) do błyskawicznej odpowiedzi Clarissy Larisey. Większych emocji i wzruszeń nie zanotowaliśmy także w derbach Sztokholmu, bo choć Hammarby losy rywalizacji z Brommą rozstrzygnęło dopiero po przerwie, to chyba nikt ani przez moment nie miał wątpliwości, że mecz o tak jednostronnym przebiegu mógłby realnie doczekać się jakiegokolwiek innego zakończenia. Na jednej nodze po wracającym do swojej tradycyjnej, beznadziejnej postaci Kalmarze przejechały się natomiast mistrzynie z Rosengård. Olivia Schough oraz jej imienniczka Holdt mocno podreperowały sobie przy okazji indywidualne statystyki, w czym rywalki znad Bałtyku nie tylko nie przeszkadzały, ale wręcz dzielnie asystowały. I to w znaczeniu jak najbardziej dosłownym. Relatywnie podobny przebieg miała także potyczka w Kristianstad, gdzie Tindell, Viens i spółka faktycznie pokazały kilka przebłysków naprawdę niezłej, zespołowej gry, ale to wszystko działo się przy dosłownie minimalnym oporze zawodniczek z Växjö.
Nieco więcej emocji obiecywaliśmy sobie po pozostałych meczach, ale… na obietnicach niestety się tym razem skończyło. W meczu dwóch zespołów desperacko szukających przełamania Örebro pokonał 1-0 Norrköping, ale jeśli ktoś wyłączył transmisję z Behrn Areny tuż po golu Maji Bodin w dziesiątej minucie gry, ten raczej nie będzie tej decyzji żałować. Gościnie z Östergötland długo nie potrafiły bowiem znaleźć sposobu na wcale nie przypominającą monolitu defensywę z Närke, a jedyną godną uwagi okazję strzelecką udało im się wykreować dopiero tuż przed końcem doliczonego czasu gry. Wiedząc jednak, jak pechowo gra tej wiosny zespół prowadzony przez Rickarda Johanssona, aż trochę dziwimy się, że My Cato jednak nie wepchnęła ostatecznie futbolówki do siatki, bo akurat ta piłkarka wielokrotnie radziła sobie w zdecydowanie bardziej wymagających sytuacjach. Okazję na sprawienie niespodzianki miała także Olivia Holm, ale pomocniczka Piteå – podobnie jak kilka dni wcześniej w meczu przeciwko Växjö – znów nie potrafiła skutecznie sfinalizować sytuacyjnej piłki w polu karnym rywalek. I z perspektywy neutralnego kibica aż możemy tego nawet żałować, bo ewentualny gol dla rewelacji pierwszej połowy sezonu niewątpliwie dodałby temu meczowi nieco dramaturgii. Stało się jednak inaczej, dzięki czemu wszystko skończyło się dokładnie tak, jak w przypadku większości wypraw Stellana Carlssona i jego piłkarek do północnej Skanii. Czyli Clara Markstedt sobie postrzelała, a Vittsjö na dużym spokoju sięgnęło po komplet punktów. Piątkowe granie upłynęło nam na cokolwiek absurdalnej rywalizacji Djurgården i Linköping. Dlaczego absurdalnej? Bo nie zgadzało się tu po prostu nic: od miejsca rozegrania meczu (Grimsta IP), poprzez całą jego otoczkę, aż do faktu, iż największą robotę promocyjną zrobiła mu w mediach społecznościowych Hedvig Lindahl. Czterdziestoletnia golkiperka Dumy Sztokholmu poza boiskiem pokazała się zresztą ze zdecydowanie lepszej strony niż na nim, a podsumowaniem kompletnie nieudanego powrotu po niespełna trzymiesięcznej przerwie spowodowanej kontuzją był katastrofalny w skutkach błąd przy golu Cornelii Kapocs na 0-2. Nagrodzona tytułem szwedzkiego Odkrycia Roku 2020 napastniczka z Linköping na listę strzelczyń wpisała się zresztą dwukrotnie, co mocno pomogło LFC w odniesieniu przekonującego zwycięstwa, dzięki któremu piłkarki trenera Jeglertza znów zameldowały się na ligowym podium. I możemy zakładać, że pozostać przynajmniej w tym miejscu planują aż do zakończenia mocno wydłużonej w tegorocznej kampanii rundy.
Trzynasta seria spotkań za nami, a to oznacza dokładnie tyle, że Damallsvenskan 2023 dobrnęła tym sposobem do półmetka rywalizacji. Na żadną imprezę z tej okazji się jednak nie wybieramy, gdyż dosłownie za kilkanaście godzin starcie Piteå z Kalmarem oficjalnie zainauguruje nam ligową jesień. Że niby w kalendarzach dopiero czerwiec? Skoro mieliśmy zimę w maju, to równie dobrze możemy mieć przecież jesień w czerwcu, wszak to szwedzka piłka klubowa. Mówiąc jednak całkiem serio, warto pogratulować dwóm muszkieterkom ze Skanii, które podobnie jak przed rokiem znajdują się na czele klasyfikacji punktowej. W poprzednim sezonie padła ona ostatecznie łupem Evelyne Viens, która strzelając 20 goli oraz notując 10 asyst zostawiła w pokonanym polu Olivię Schough (11+12). Tym razem na czele stawki dla odmiany znajduje się 32-latka z Falkenbergu (11+5), ale możemy być pewni, że jej najpoważniejsza kanadyjska konkurentka (10+3) zdecydowanie nie powiedziała jeszcze w tej grze ostatniego słowa. A przecież nie jest wcale wykluczone, że jesienią ktoś zdecyduje się na udany atak z drugiego szeregu, bo kandydatek do tej roli mamy aż nadto, a Rosa Kafaji (9+4), Anna Anvegård (8+2), czy Madelen Janogy (5+5) to tylko niektóre z nich. Co ciekawe, sporo nieoczywistych nazwisk znalazło się w czubie klasyfikacji asystentek. Wśród nich warto wspomnieć między innymi o liderce tego zestawienia Jutcie Rantali (Vittsjö), a także Alexandrze Jonasson (Växjö) oraz Katariinie Kosoli (Örebro). Gratulując całej trójce udanej wiosny mamy nadzieję na przynajmniej równie efektowną jesień w ich wykonaniu.
Komplet wyników:
Klasyfikacje indywidualne:
Klasyfikacje drużynowe:
Przejściowa tabela:
