Znad przepaści do Europy

ume3

Remis na błocie, czyli dzień, który uratował Kristianstad (Fot. Bildbyrån)

Był piąty dzień listopada roku 2016. Ligowy terminarz ułożył się tak, że w ostatniej kolejce sezonu dwie drużyny walczące o pozostanie w gronie dwunastu najlepszych zespołów w kraju, miały zmierzyć się w bezpośrednim starciu. Zarówno Kristianstad, jak i Umeå, borykały się wówczas także z wieloma problemami natury pozasportowej. Klub ze Skanii dwa razy z rzędu przystąpił do gry na najwyższym poziomie rozgrywkowym dzięki warunkowej licencji, której losy ważyły się zresztą do ostatniej chwili. W Västerbotten, gdzie dodatkowo mocno kręciła się trenerska karuzela, także się nie przelewało i w siedzibie siedmiokrotnego mistrza Szwecji wszyscy nastawiali się powoli na wielką wyprzedaż. Nie trzeba więc chyba podkreślać, że dla obu zainteresowanych stron w ostatniej kolejce stawką było zdecydowanie więcej niż trzy punkty. Także ze szwedzkiego podwórka znamy bowiem mnóstwo przykładów potwierdzających tezę, że gdy niepewny jutra klub spada z Damallsvenskan, to jego upadek nie kończy się zazwyczaj w drugiej lidze, a znacznie, znacznie niżej. I choć od tej reguły bywają chlubne wyjątki, to zapewne ani w Kristianstad, ani w Umeå nikt nie chciał sprawdzać tego na sobie. Pewnym symbolem był również fakt, że ten mecz o sportowy byt miał odbyć się na mocno wysłużonej murawie Vilans IP, nieprzypadkowo nazywanej największym klepiskiem w szwedzkim, profesjonalnym futbolu. Naprawdę trudno o bardziej trafną symbolikę.

Sytuacja przed ostatnią kolejką była dość prosta: gospodyniom do pełni szczęścia wystarczał remis, przyjezdne natomiast bezwzględnie potrzebowały zwycięstwa. Istniał także scenariusz, według którego przy remisie spadały oba kluby, ale zakładał on równocześnie wyjazdowe zwycięstwo Mallbacken nad Rosengård, a w taki obrót wydarzeń wierzył chyba tylko najbardziej optymistycznie nastawiony do życia jeden procent mieszkańców Sunne i okolic. Uprzedzając fakty, w Malmö sensacji ostatecznie nie było, więc decydująca batalia faktycznie odbyła się na arenie w Kristianstad. I rozpoczęła się ona całkiem przyjemnie dla miejscowych, gdyż już w 14. minucie napastniczka rodem z Wybrzeża Kości Słoniowej Ida Guehai wyprowadziła swoją drużynę na prowadzenie. Później jednak nad Skanią zaczął padać deszcz … najpierw delikatny, ale im dłużej trwał mecz, tym bardziej opady przybierały na sile. Nie trzeba oczywiście dodawać, że murawa na Vilans IP była absolutnie nieprzygotowana na taki obrót zdarzeń, w wyniku czego ostatnich dwadzieścia minut gry zdecydowanie bardziej niż piłkę nożną przypominało błotny futbol. A sytuacja obu klubów była o tyle dramatyczna, że nieco wcześniej Lina Hurtig do spółki z Jenny Hjohlman przypomniały sobie, że nieprzypadkowo nazywa się je przyszłością szwedzkiej kadry, dzięki czemu na tablicy wyników widniał rezultat 1-1. Wciąż w pełni satysfakcjonujący Kristianstad, ale jeden gol, choćby całkowicie przypadkowy, wywracał o sto osiemdziesiąt stopni sytuację w ligowej tabeli. Boisko absolutnie do gry się nie nadawało, ale mecz trwał w najlepsze. Umeå uzyskało optyczną przewagę, Kristianstad nastawiał się na kontry, ale na murawie i tak rządził przypadek, bo w takich warunkach trudno było o jakiekolwiek przemyślane zagrania zarówno w ofensywie, jak i w defensywie. Mijały jednak kolejne minuty, a ani Hurtig, ani Rita Chikwelu, ani żadna inna zawodniczka gości nie potrafiła po raz drugi wepchnąć futbolówki do siatki Stiny Lykke Petersen. Kałuża zatrzymała wprawdzie także jedną z bardzo dobrze zapowiadających się akcji gospodyń, ale tym akurat we wschodniej Skanii przejmowano się najmniej. Najistotniejsze było bowiem to, że wynik 1-1 utrzymał się do chwili, w którym pani Tess Olofsson zdecydowała się zakończyć spotkanie, oznajmiając w ten sposób światu, że Kristianstad zachował ligowy byt. Obrazek leżących w błocie piłkarek obu zespołów na długo utkwił w pamięci wszystkim, którzy tego popołudnia mieli przyjemność być świadkami niesamowicie dramatycznych wydarzeń na Vilans IP.

Dziś, w przededniu debiutu drużyny z Kristianstad w europejskich pucharach, wspominam tamte chwile nieprzypadkowo. Wielu kibicom różnych dyscyplin sportu, choć nie tylko im, doskonale znane jest bowiem zjawisko efektu motyla. Nikt oczywiście nie jest w stanie sprawdzić, jak wyglądałaby piłkarska mapa Szwecji A.D. 2021, gdyby wtedy, w meczu na błocie, to Umeå osiągnęło satysfakcjonujący dla siebie wynik. Coś jednak podpowiada mi, że szczególnie losy Kristianstad potoczyłyby się jednak zdecydowanie inaczej. Degradacja do niższej ligi byłaby niewątpliwie ciosem dla klubu, który i tak balansował już na krawędzi i choć oczywiście nie ma takiej tragedii, po której nie dałoby się  podnieść, to jednak ciężko wyobrazić sobie, aby w tej alternatywnej rzeczywistości klub ze wschodniej Skanii właśnie szykowałby się do walki w eliminacjach Ligi Mistrzyń. I choć sam awans do Europy wywalczyła rzecz jasna drużyna, która w poprzednim sezonie zakończyła ligowe rozgrywki na najniższym stopniu podium, to nie mniejsze słowa uznania należą się tym, które kilka lat wcześniej nie pozwoliły temu klubowi upaść. Wiele z tych osób do dziś znajduje się zresztą w Kristianstad, z trenerką Elisabet Gunnarsdottir oraz jej islandzkim sztabem na czele. Wśród piłkarek do tego grona zalicza się oczywiście wychowanka Alice Nilsson, a także Mia Carlsson, Therese Ivarsson, Sif Atladottir, czy Brett Maron. One w tym klubie przeżyły naprawdę wiele i gdy jutro wyjdą na murawę nowej Areny Kristianstad, to właśnie dla nich będzie to największą nagrodą. Bo chyba nikt nie zasłużył bardziej na celebrowanie najbardziej doniosłej chwili w historii klubu niż osoby, które były z nim także w chwilach największej próby. Dodajmy przy tym, że zdecydowanie niełatwej.

Drużyna duńskiego Brøndby, która przywita Kristianstad w piłkarskiej Europie, nie jest oczywiście dla nas wielką tajemnicą. Doskonale znamy umiejętności i klasę sportową Nanny Christensen, czy Julie Tavlo-Petersson, Samarę Ortiz pamiętamy ze wspólnych występów ze szwedzkimi piłkarkami w madryckim Realu (choć w meczach oficjalnych wiele się tam nie nagrała), Beatrice Persson jeszcze wiosną oglądaliśmy w barwach Vittsjö, a transfer utalentowanej Mille Gejl do Häcken zdecydowanie nas ucieszył, gdyż to właśnie ta zawodniczka była w ostatnich miesiącach jedną z kluczowych postaci klubu z przedmieść Kopenhagi. Pamiętamy również, że Brøndby ma doświadczenie w eliminowaniu z rozgrywek niespodziewanych szwedzkich pucharowiczów, o czym nie tak dawno przekonali się w Piteå. Szanse na awans do kolejnej fazy wydają się być jednak wyrównane. Owszem, podopieczne Elisabet Gunnarsdottir w tym roku nie są już taką rewelacją, jak było to jeszcze dwanaście miesięcy temu. Dość powiedzieć, że z trzynastu ligowych spotkań na swoją korzyść rozstrzygnęły zaledwie pięć, a z krajowym pucharem pożegnały się na etapie fazy grupowej. Ubiegłorocznej formy mocno szukają przede wszystkim Therese Åsland i Jutta Rantala, a wspomniana już Alice Nilsson wciąż dochodzi do siebie po kontuzji. Klasą dla siebie pozostaje jednak dwudziestoletnia, ofensywna broń w osobie Sveindis Jane Jonsdottir, a duet Rybrink – Carlsson jako pierwszy w kraju potrafił zagrać na zero z tyłu przeciwko rozpędzonemu Rosengård. Piłkarskich emocji nie powinno więc jutro zabraknąć, ale bez względu na końcowy rezultat – choć oczywiście gorąco wierzymy w zwycięstwo – Kristianstad już wygrał. Chociażby tym, że jutro zaprosi swoje duńskie rywalki nie na Vilans IP, a na nowoczesny, pierwszoligowy stadion z bezpieczną, hybrydową murawą, na otwarcie którego pofatygował się zresztą osobiście Peter Gerhardsson. To już jest wielkie zwycięstwo tych, którzy byli z tym klubem na dobre i na złe. To dla nich jutrzejsze popołudnie będzie chwilą smakującą szczególnie wyjątkowo i aż ciekawe ile osób z tego grona choć przez ułamek sekundy przypomni sobie, jak daleką drogę trzeba było przejść, aby znaleźć się w dokładnie tym miejscu. Na szczęście, przeszłość pozostanie już tylko wspomnieniem, a teraźniejszość maluje się w całkiem ciekawych barwach. A skoro tak, to życzymy Pomarańczowej Armii z Kritianstad dobrej zabawy i mamy nadzieję, że widzimy się w kolejnej rundzie!

Przed ligową jesienią

161124638_1731287263738324_1841427718311538710_n

Takim składem FC Rosengård inaugurował sezon 2021. Latem w stolicy Skanii doszło jednak do znaczącej przebudowy kadry (Fot. FC Rosengård)

Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze naładować baterii po dopiero co zakończonych Igrzyskach w Tokio, a tu już na horyzoncie pojawiają się emocje w wydaniu ligowym, którym dodatkowo przez pierwsze tygodnie towarzyszyć będzie delikatny chaos. Zawdzięczamy go rzecz jasna startującym już w najbliższą środę eliminacjom do Ligi Mistrzyń, w których to ujrzymy w tym sezonie aż trzy szwedzkie kluby. Już od pierwszej rundy kwalifikacyjnej swoją przygodą z Europą rozpocznie Kristianstad, w związku z czym to właśnie drużyna prowadzona przez Elisabet Gunnarsdottir będzie mieć w drugiej połowie sierpnia zdecydowanie najbardziej napięty terminarz. Piłkarki ze wschodniej Skanii najpierw zainaugurują ligową jesień rozegranym awansem meczem z AIK, a następnie do końca miesiąca, a w przypadku powodzenia w starciach z Brøndby oraz Bordeaux nawet dłużej, czeka je perspektywa gry co trzy dni. Na szczęście, wraz z nadejściem września ligowo-pucharowy rytm ponownie nam się unormuje, ale zanim to nastąpi, każdy z klubów Damallsvenskan rozegra jeszcze dwa mecze o punkty. A w nich, jak wiadomo, będzie można sporo wygrać i jeszcze więcej przegrać. Bo choć wiosną ukształtowała się nam trochę liga trzech prędkości, to na tę chwilę pytań wciąż pozostaje zdecydowanie więcej niż odpowiedzi. I to zarówno w kontekście walki o mistrzostwo i puchary, jak i w okolicach strefy spadkowej.

Zanim więc piłkarki powrócą do klubowego grania, warto przyjrzeć się aktualnemu stanowi posiadania każdej z ekip, a także zastanowić się nad jej potencjałem. I temu właśnie poświęcimy kilka najbliższych chwil, pamiętając jednak o tym, że tego swoistego podsumowania dokonujemy de facto na trzy dni przed zamknięciem letniego okienka transferowego. Czyli, krótko mówiąc, niektóre z naszych wniosków mogą się stosunkowo szybko zdezaktualizować, jeśli na przykład któryś z zespołów zdecyduje się na zakupową ofensywę w trybie last minute. Terminarz europejskich pucharów nie pozostawił nam jednak innej opcji, więc chcąc zdążyć przed przyspieszoną, ligową inauguracją, rozpoczynamy naszą letnią analizę. I na początek zajrzymy tam, gdzie szczególnie na przełomie czerwca i lipca działo się zdecydowanie najwięcej, czyli oczywiście do Malmö.

FC Rosengård – zgodnie z przewidywaniami, to właśnie u lidera transferowe lato było zdecydowanie najbardziej gorące. Z klubem pożegnały się Nathalie Björn, Glodis Perla Viggosdottir oraz Anna Anvegård, a następna w kolejce może być kuszona przez potentata z Paryża mistrzyni olimpijska Stephanie Labbé. Na ten moment zawodniczką Rosengård pozostaje natomiast Hanna Bennison, choć poważne zainteresowanie pozyskaniem utalentowanej nastolatki wyrażały kluby z Anglii, Francji i Niemiec. Czyżby więc miała sprawdzi się zapowiedź Therese Sjögran, że aby pozyskać tę pomocniczkę, trzeba będzie pobić absolutny rekord transferowy? Czas pokaże. Latem w stolicy Skanii w każdym razie nie próżnowali, dzięki czemu w Malmö zameldowały się australijska bramkarka Teagan Micah (ostatnio Sandviken), niemiecka defensorka Bianca Schmidt (ostatnio Turbine), a także duńska pomocniczka Frederikke Thøgersen (ostatnio Fiorentina). Ponadto, powstałą po odejściu Viggosdottir lukę na pozycji stoperki wypełnić ma jej rodaczka Gudrun Arnardottir. Rosengård nie zapomniał także o letnich wzmocnieniach w ofensywie, choć w ich przypadku trudno było mówić o zaskoczeniu. Zarówno Mia Persson, jak i Loreta Kullashi były bowiem przymierzane do ekipy ze Skanii już od dłuższego czasu. Otwarte pozostaje natomiast pytanie, czy przebudowany skład, pod wodzą nowej trenerki Renée Slegers, będzie w stanie obronić wywalczoną wiosną przewagę i sięgnąć tym samym po dwunasty w historii klubu mistrzowski tytuł? Przed rozpoczęciem jesiennego grania wydaje się, że tylko poważny kryzys formy mógłby zatrzymać ten marsz, ale jeśli atak na Ligę Mistrzyń zakończy się powodzeniem (co nie jest wcale wykluczone!), to w Malmö będą za moment musieli zmierzyć się z perspektywą gry na trzech frontach. A to zawsze zwiastuje potencjalne niespodzianki.

BK Häcken – obrończynie tytułu tracą do lidera sześć punktów, ale udany finisz wiosennej kampanii mocno poprawił nastroje w Hisingen. Tym bardziej, że powodzeniem zakończyły się poszukiwania zawodniczki, która od zaraz zastąpiłaby kontuzjowaną Pauline Hammarlund. Wybór padł na reprezentantkę Danii Stine Larsen i wydaje się, że piłkarki o dokładnie takiej charakterystyce trzeba było ofensywie wciąż aktualnych mistrzyń Szwecji. Drugą linię Häcken wzmocniła ponadto jedna z liderek Piteå z mistrzowskiego sezonu 2018 Julia Karlernäs, dla której będzie to powrót na szwedzkie boiska po krótkim epizodzie w Andaluzji. Nową zawodniczką w kadrze drużyny prowadzonej przez Matsa Grena jest również nazywana jednym z największych duńskich talentów wszechstronna pomocniczka Mille Gejl. Kto wie, czy największym sukcesem Häcken nie będzie jednak utrzymanie duetu Blackstenius – Angeldal, gdyż szczególnie od momentu rozpoczęcia japońskich Igrzysk, w Hisingen właściwie nie ma dnia, kiedy ktoś nie wyrażałby chęci pozyskania przynajmniej jednej z tych piłkarek. Od chęci do czynów jednak daleka droga, więc fani mistrzyń Szwecji mocno ściskają kciuki, aby misja zatrzymania obu tych zawodniczek zakończyła się powodzeniem. Nie ma bowiem wątpliwości, że z nimi w kadrze będzie zdecydowanie łatwiej bić się o Ligę Mistrzyń, a awans do fazy grupowej jest w tym roku w Hisingen planem minimum.

Hammarby IF – rewelacyjny beniaminek postawił na konsolidację i wydaje się, że ta decyzja jak najbardziej ma sens. Tym bardziej, że trener Pinones-Arce już nie raz udowodnił, że z tą grupą piłkarek można dokonać prawdziwych, boiskowych cudów. Wiele mówiło się o tym, że znajdujące się wiosną w kapitalnej dyspozycji Emilia Larsson oraz Emma Jansson mogą zasilić ligowych rywali, ale w obu przypadkach na zapowiedziach się skończyło. A pamiętajmy, że po dłuższych przerwach spowodowanych kontuzjami do gry wracają Elise Kellond-Knight oraz Petronella Ekroth, w związku z czym obie mogą być spokojnie traktowane jak wzmocnienia przed decydującą walką o … puchary? Choć wciąż brzmi to nieco surrealistycznie, to po takiej pierwszej połowie sezonu aż nie wypada napisać inaczej.

Kristianstads DFF – w północno-wschodniej Skanii póki co również spokojnie. Z klubem pożegnały się młode i niewątpliwie utalentowane Mathilde Janzen (transfer do Hoffenheim) oraz Ebba Jahnfors (do AIK), ale żadna z tych piłkarek nie była wiosną czołową postacią w talii Elisabet Gunnarsdottir. Zdecydowanie więcej niepokoju wzbudziła natomiast informacja o urazie niemieckiej golkiperki Meliny Loeck, która najprawdopodobniej nie będzie mogła wesprzeć drużyny w eliminacjach do Ligi Mistrzyń. W Kristianstad najbardziej liczą jednak na życiową dyspozycję Sveindis Jane Jonsdottir, odrodzenie Therese Åsland oraz doskonale funkcjonujący kolektyw w drugiej linii. Choć nie da się ukryć, że szczególnie na początku rundy trzeba będzie mocno rotować wyjściową jedenastką. Całe szczęście, że jeszcze zimą zadbano o odpowiednią głębię składu, która niewątpliwie pozwoli podjąć rękawicę na kilku frontach. Trzeba będzie jednak mocno uważać, aby jednoczesna próba realizacji kilku celów nie zakończyła się efektownym i sumarycznym niepowodzeniem.

Eskilstuna United – drużyna-zagadka. Najbardziej nieobliczalna zarówno jeśli chodzi o typowanie pojedynczych wyników, jak i o predykcje na całą rundę lub sezon. Nie inaczej jest zresztą tym razem. Z jednej bowiem strony niby wszystko się zgadza, finansowo jest stabilnie, na stadion wracają kibice, a plany sięgają walki przynajmniej o ligowe podium. Z drugiej: z drużyną za chwilę pożegna się trener, klub traci latem 2/3 stanowiącego o sile ofensywy tercetu, a także zawodniczkę, która wiosną brała udział przy niemal połowie bramkowych akcji i była prawdopodobnie najlepszą lewą wahadłową ligi. Jasne, Kullashi i Nildén odeszły do ekip bijących się o Ligę Mistrzyń, a transfer Andersson miał miejsce z powodów osobistych, ale dla United są to niewątpliwie spore osłabienia. Tym bardziej, że w miejsce wspomnianych zawodniczek pozyskano póki co 31-letnią legendę stołecznego Djurgården Mię Jalkerud (ostatnio w norweskim Arna-Bjørnar) oraz 21-letnią snajperkę Vittsjö Paulinę Nyström i o żadnej z nich nie da się powiedzieć, że znajduje się na tę chwilę w swoim piłkarskim prime. Tyle tylko, że wspominaliśmy już coś o nieprzewidywalności Eskilstuny. Może zatem na Tunavallen będą mieli powody do radości akurat wtedy, gdy coraz więcej obserwatorów zaczęło w ten projekt wątpić?

Linköpings FC – jeżeli ktoś tego lata poważnie się osłabił, to jest to niewątpliwie zespół z Östergötland. Przez ostatnie cztery lata Frida Maanum konsekwentnie wspinała się po szczebelkach kariery i odeszła z klubu jako jedna z największych gwiazd ligi. Podobnego statusu nie dorobiła się jeszcze jej rodaczka Synne Skinnes Hansen, ale gdy tylko pozwalało jej zdrowie, to na murawie zawsze pokazywała swoją niewątpliwą klasę. Do tego wszystkiego dołożyć możemy jeszcze transfer Elin Landström, która może nie osiągnęła w LFC tyle, ile sama pragnęła przychodząc do tego klubu, ale jednak niezmiennie pozostawała gwarantem solidnego poziomu. Wspomniany tercet rozjechał się na trzy strony świata, a w jego miejsce przybyły zawodniczki nie mniej ciekawe, choć będące w dużym stopniu zagadką. Jedną z nich jest ukraińska pomocniczka z Charkowa Nadia Kunina, choć w Östergötland nie ukrywają, że w tym przypadku liczą przynajmniej na powtórkę z transferu jej rodaczki Wiery Diateł, która przed laty zachwycała swoją grą sympatyków Linköping. Innym znakiem zapytania jest wyciągnięta z duńskiego Nordsjælland Amalie Vangsgaard. Zdecydowanie więcej wiemy za to o reprezentantce Japonii Yuce Momiki, dla której będzie to drugie podejście do Damallsvenskan. Pierwsze zakończyło się poważną kontuzją po niespełna kwadransie gry, ale limit pecha ta zawodniczka chyba już wyczerpała. Pociągnięcie LFC na ligowe podium może okazać się jednak zbyt trudnym zadaniem nawet dla tak świetnie wyszkolonej technicznie zawodniczki.

Vittsjö GIK – w najsłynniejszej, piłkarskiej wsi Europy lato póki co także spokojne, gdyż oprócz wspomnianej już Nyström udało się utrzymać stan posiadania. A to oznacza całkiem ciekawą perspektywę, gdyż po kontuzjach i wypożyczeniach do gry wracają Tove Almqvist, Michelle De Jongh oraz Ebba Wieder, czyli trzy piłkarki, które w swojej kadrze chętnie widziałby absolutnie każdy klub tej ligi. Jeśli więc Fernanda Da Silva utrzyma formę z wiosny, Emily Gielnik przypomni sobie, że nie tak dawno walczyła o miejsce w jedenastce Bayernu Monachium, a Sabrina D’Angelo zagra nam to, co w pamiętnym finale NWSL, to w Vittsjö mogą mentalnie szykować się na bardzo przyjemną jesień. Atak na lokatę w górnej połówce tabeli wydaje się obowiązkiem, a walka o ligowe podium jak najbardziej realnym wyzwaniem. Choć trzeba oczywiście pamiętać, że to nie Vittsjö startuje do niej z pole position.

Djurgårdens IF – na papierze jedyny zespól, któremu jesienią nie grozi ani bezpośrednia walka o puchary, ani o uniknięcie degradacji. Czy jest to jednak równoznaczne z tym, że kibiców Dumy Sztokholmu czeka nadzwyczaj spokojny czas? Nie do końca, bo w klubie wciąż mają bardzo wiele do udowodnienia, przede wszystkim sobie samym. Jedyną istotną letnią roszadą kadrową było pozyskanie duńskiej stoperki Kamilli Karlsen, która ma zastąpić sprzedaną do Rosengård Islandkę Arnardottir. Z powodów zdrowotnych przerwę w karierze oficjalnie ogłosiła ponadto Amerykanka Rachel Bloznalis, ale z przyczyn oczywistych również wiosną nie oglądaliśmy jej na boisku. Poza tym, trener Pierre Fondin będzie dysponował dokładnie tą samą grupą piłkarek, co w rundzie wiosennej, choć oczywiście grupa ta będzie zdecydowanie bardziej zgrana i to zarówno pod względem czysto sportowym, jak i mentalnym. Wszyscy pamiętamy bowiem, w jak wielkich bólach rodził się ten zespół, ale wydaje się, że przykre doświadczenia sprzed kilku miesięcy ostatecznie go wzmocniły. Przynajmniej tymczasowo, gdyż w Djurgården sytuacja lubi zmieniać się bardzo dynamicznie.

KIF Örebro – pamiętacie mecz Szkocja – Finlandia w eliminacjach EURO 2022? W samej końcówce spotkania trenerka Anna Signeul posłała wówczas do boju debiutantkę, która w piątej minucie doliczonego czasu gry została autorką nieco przypadkowego gola na wagę zwycięstwa Suomi. Rzeczona debiutantka nazywa się Amanda Rantanen i jesienią będziemy oglądać ją na boiskach Damallsvenskan w barwach Örebro. Ma ona zastąpić dotychczasową snajperkę Karin Lundin, która zdecydowała się na kontynuowanie kariery na włoskich boiskach. Poza tym, kadra zespołu prowadzonego przez Rickarda Johanssona nie uległa większym zmianom, choć należy odnotować zbliżający się wielkimi krokami powrót na boisko Heidi Kollanen, która do momentu odniesienia kontuzji była w poprzednim sezonie czołową postacią nie tylko swojej drużyny, ale i całej ligi. Czy zatem fiński duet z przodu i islandzka solidność w defensywie wystarczą do utrzymania statusu pierwszoligowca? W klubie nie dopuszczają do siebie innej alternatywy, a mając na uwadze, że mało zespołów w Damallsvenskan jest zarządzanych tak rozważnie jak klub z Behrn Areny, wypada po prostu się do tych życzeń przyłączyć.

Piteå IF – sensacyjne mistrzynie sprzed trzech lat znów odnajdują się w swoim naturalnym środowisku klubów walczących o utrzymanie. Rok temu udało się uratować ligowy byt w ostatniej kolejce, ale nikt nie powiedział, że tym razem będzie łatwiej. Tym bardziej, że brak klasowej napastniczki, gwarantującej przynajmniej kilka goli w sezonie, wciąż jest w Norrbotten palącym problemem. Wzmocnieniem drugiej linii z pewnością będzie dość nieoczekiwany swoją drogą transfer Fanny Andersson, ale jeśli na dalekiej Północy marzą o względnie spokojnej jesieni, to począwszy od sierpniowych meczów trzeba będzie prezentować się na boisku zdecydowanie lepiej niż wiosną. W przeciwnym razie, fanów na LF Arenie znów czekają emocje do samego końca, choć akurat tych wrażeń wszyscy w Piteå i okolicach woleliby raczej uniknąć.

AIK FF – beniaminek z Solnej był kandydatem numer jeden do spadku i gdyby brać pod uwagę wyłącznie formę prezentowaną na boisku, to stołeczne Gryzonie zamykałyby teraz ligową tabelę. W futbolu najbardziej liczą się jednak punkty, a tych podopieczne Maiju Ruotsalainen uzbierały wiosną dziewięć, co plasuje je obecnie tuż nad strefą spadkową. Problemem AIK była wiosną przede wszystkim mocno nierówna kadra, gdyż obok zawodniczek absolutnie klasowych jak Hayashi, Kafaji, czy Danielsson występowały piłkarki nijak do poziomu Damallsvenskan nie pasujące. A gdy pod koniec rundy w ogóle zabrakło liderek, AIK stał się niestety etatowym dostarczycielem punktów, na dodatek nie potrafiącym strzelić choćby jednego gola. W przerwie letniej zapowiadano cztery-pięć transferów, ale o ile liczbowo norma została już wyrobiona, o tyle ich jakość może budzić pewne wątpliwości. Oczywiście przy założeniu, że miały to być wzmocnienia na teraz, gdyż potencjału Ebbie Jahnfors, Mathildzie Nildén oraz Julii Olsson nikt nie zamierza odmawiać. Jedynym poważnym zastrzykiem piłkarskiej jakości wydaje się być póki co pozyskanie Kaisy Collin, byłej królowej strzelczyń ligi fińskiej, ale czy do spółki z Danielsson i Kafaji będzie ona w stanie uratować pierwszą ligę dla Solnej? A może jednak okaże się, że AIK zaskoczy nas jeszcze w ostatnich godzinach okienka transferowego? Tak, czy inaczej, w żółto-czarnej części stolicy nadchodząca jesień będzie się prawdopodobnie mocno dłużyć i wcale nie musi zakończyć się happy endem.

Växjö DFF – to nie była aż tak katastrofalna wiosna dla klubu ze Småland, jak wskazywałaby tabela, ale jeśli nie potrafi się trafiać do siatki rywalek, to efekty są właśnie takie. Od samego początku sezonu w Växjö trwa niczym nieuzasadniona ofensywna niemoc, a kontuzja Violi Nambi oraz transfer Signe Holt do rzymskiego Lazio absolutnie nie ułatwiły sprawy. Receptą na problemy drużyny prowadzonej przez Marię Nilsson mogą okazać się dwie zawodniczki rodem z Finlandii, które w przeszłości występowały już na szwedzkich boiskach. Jednak aktualna dyspozycja zarówno Adeliny Engman (pozyskanej z francuskiego Montpellier), jak i Juliette Kemppi (z London City Lionesses) wydaje się być póki co sporą niewiadomą. Szczelnośc formacji defensywnej poprawić mają za to wyciągnięta z Brisbane Roar Winonah Heatley oraz wracająca do pełni formy po kontuzji Elin Karlsson. Jeśli dodamy do tego jeszcze inną rekonwalescentkę w osobie Stiny Lennartsson, to Växjö możemy spokojnie uznać za jednego ze zwycięzców letniego okienka transferowego. A przecież nie możemy zapominać, że rok temu klub ze Småland także zamykał na półmetku ligową tabelę, a sezon zakończył w jej górnej połówce, opromieniony zwycięstwem na Malmö IP. Tym razem sytuacja początkowa jest jeszcze bardziej skomplikowana, ale z drugiej strony nikt nie oczekuje przecież awansu do szóstki. Do pełni szczęście wystarczy nawet jedenasta lokata i ten cel zrealizować po prostu trzeba. W przeciwnym razie będzie można mówić nie tyle o rozczarowaniu, co o całkowitej katastrofie.


Zestaw par 13./14. kolejki:

m01

m01

m02

m03

m04

m05

m06

m02

m03

m04

m05

m06

Rozliczenie z Japonią

nzl_swe_gruppkram

Szwedzka kadra stanowiła na japońskich Igrzyskach prawdziwy kolektyw (Fot. Bildbyrån)

Tradycja, jak wiemy, rzecz bardzo ważna. A skoro za nami wielki turniej, to tradycją stało się krótkie podsumowanie występu na nim szwedzkich piłkarek. Tym razem będzie ono o tyle przyjemne, że tego lata naprawdę mamy się z czego cieszyć. Kadra prowadzona przez Petera Gerhardssona wróciła bowiem z dalekiej Japonii nie tylko w blasku olimpijskiego srebra, ale bez choćby jednej porażki na azjatyckich boiskach. Pięć spośród sześciu rozegranych na zakończonych niedawno Igrzyskach meczów udało się wygrać, jeden zremisować, a bramkowy licznik zatrzymał się na naprawdę satysfakcjonującym bilansie 14-4. Na papierze wszystko prezentuje się więc równie efektownie co na murawie, a podczas najbliższych kilkunastu minut poszukamy odpowiedzi na pytanie, która ze szwedzkich kadrowiczek dołożyła największą cegiełkę do tego spektakularnego sukcesu. A będziemy jej szuka, używając w tym celu tradycyjnej skali 1-5.

Hedvig Lindahl – 3. Po finale miała do siebie pretensje, że – jak sama powiedziała – nie obroniła żadnego strzału. Była to oczywiście spora przesada, gdyż golkiperka madryckiego Atletico ma za sobą naprawdę przyzwoity turniej, podczas którego udowodniła, że wciąż potrafi bronić na naprawdę solidnym poziomie. Z drugiej jednak strony, z całą pewnością nie jest on już jednak tak spektakularny, jak jeszcze pięć-sześć lat temu. Po stronie plusów możemy zapisać jej trzy wybronione jedenastki, choć zarówno Australijka Kerr, jak i obie Kanadyjki, mocno ułatwiły jej zadanie.

Jennifer Falk – 3.5. Zagrała tylko w meczu przeciwko Nowej Zelandii, ale defensorki już postarały się o to, aby w bramce nie było jej przesadnie nudno. Co ma też oczywiście swoje plusy, gdyż dzięki temu możemy jeszcze bardziej rzetelnie ocenić jej występ. A ten był jak najbardziej udany, gdyż to właśnie interwencje golkiperki Häcken nie pozwoliły rywalkom z Oceanii zaczepić się w meczu. Niesamowicie poprawiła grę na przedpolu, a także procent udanych interwencji w powietrzu, co jeszcze niedawno było jej najsłabszą stroną.

Hanna Glas – 3.5. Przeciwko USA była niemal perfekcyjna i nie zdziwimy się, jeśli Amerykanki po dziś dzień mają koszmary senne z jej udziałem. W kolejnym meczu nieco spuściła z tonu, ale w fazie pucharowej wróciła na poziom, dzięki któremu niemal jednogłośnie została w minionym sezonie wybrana najlepszą prawą defensorką Bundesligi. Bez wątpienia jedna z największych wygranych japońskich Igrzysk.

Amanda Ilestedt – 2. Zagrała w Japonii najwięcej minut, ale nie był to niestety najlepiej spożytkowany czas. Turniej rozpoczął się dla niej nawet udanie, ale całe nieszczęście zadziało się od trzeciego meczu fazy grupowej, kiedy to zmieniła w przerwie Eriksson. Od ćwierćfinału, w każdym kolejnym spotkaniu przytrafiało się jej zagranie niosące za sobą realną konsekwencję utraty gola. Dwa razy skończyło się na strachu, ale w finale konsekwencje były już dalece większe. Oceny nie podnosi także fakt, iż zarówno Tanaka, jak i Kerr zdecydowanie zbyt łatwo uwalniały się spod jej krycia.

Nathalie Björn – 3.5. Błyszczała szczególnie w pierwszej fazie mistrzostw, kiedy to była solidną kandydatką do jedenastki turnieju. Udowodniła, że gdy tylko znajduje się w dobrej dyspozycji, nie musimy szukać innych alternatyw na środku defensywy. Pomimo stosunkowo skromnych – jak na tę pozycję – warunków fizycznych, nie bała się pojedynków z bardziej rosłymi rywalkami i nierzadko potrafiła wyjść z nich zwycięsko. Pewnym mankamentem była u niej skuteczność w grze 1 vs 1, co w dogrywce meczu finałowego doskonale wykorzystała Rose.

Magdalena Eriksson – 3. Laureatka Diamentowej Piłki i największa obecnie gwiazda szwedzkiej kadry grała w Tokio na dwóch pozycjach i na obu spisała się poprawnie, ale bez błysku. Jako lewa defensorka otworzyła wynik w meczu z Japonią, choć jak na standardy współczesnego futbolu, nie dawała w ofensywie tyle, co chociażby Glas na drugiej stronie boiska. Jako stoperka imponowała doskonałym przeglądem pola, ale dwukrotnie dała się ograć w dość banalny sposób swojej australijskiej koleżance z londyńskiej Chelsea.

Jonna Andersson – 2. Dotychczas wielkie turnieje zdecydowanie nie były jej domeną. Defensorka mistrzyń Anglii bardzo czekała więc na przełom, ale wiemy już, że na japońskich boiskach się go nie doczekała. Rozpoczęła Igrzyska w wyjściowej jedenastce, skończyła jako rezerwowa, która w sposób absolutnie na tym poziomie niewybaczalny zmarnowała decydujący rzut karny. Szkoda, bo jest to piłkarka o naprawdę sporych umiejętnościach, ale jej potencjał na niwie reprezentacyjnej nie został jeszcze wykorzystany. Może lepiej będzie już za rok w Anglii, która od pewnego czasu jest przecież jej drugim domem.

Emma Kullberg – 2.5. Zagrała przeciwko Nowej Zelandii i … tyle ją widzieliśmy (nie licząc kilkudziesięciosekundowego epizodu w finale). Nic nie popsuła, choć raz – po mocno niepewnej interwencji – musiała ratować ją Falk. Mogła nawet uświetnić swój pierwszy od dekady wielki turniej golem po jednym z ofensywnych stałych fragmentów gry, ale zabrakło jej precyzji.

Julia Roddar – 3. Zagrała w końcówce pamiętnej wiktorii nad Amerykankami, dzięki czemu może wracać do NWSL z wysoko podniesionym czołem. Przeciwko Nowej Zelandii wystąpiła w pełnym wymiarze czasowym na prawej obronie i była jedną z wyróżniających się postaci szwedzkiej kadry w tym meczu. Jako była skrzydłowa dawała rzecz jasna dużo z przodu, ale oprócz tego na długo zapamiętamy także jej bezbłędne wślizgi i odbiory. Bezapelacyjnie jeden z pozytywów japońskich Igrzysk.

Caroline Seger – 3.5. Kapitanka, która szczególnie w pierwszym meczu przeciwko Australii udowodniła swoją piłkarską wartość. Przez lata zarzucano jej, że osiemdziesiąt procent piłek gra do tyłu, ale podczas kadencji Gerhardssona proporcje te uległy zdecydowanej modyfikacji, bez negatywnego wpływu na procent skuteczności. Zdecydowanie najbardziej produktywna w roli pomiędzy szóstką i ósemką, z czego selekcjoner – podobnie zresztą jak Jonas Eidevall w drużynie klubowej – potrafił zrobić duży użytek. W finałowej serii rzutów karnych miała na nodze piłkę na złoty medal, ale wszyscy pamiętamy, co było dalej.

Filippa Angeldal – 3.5. W ostatnich latach mocno popracowała nad motoryką i efekty widać od razu. Nie jest póki co zawodniczką robiącą niesamowite liczby, ale jeśli groźny, szwedzki atak rozpoczynał się od długiej, prostopadłej piłki, to niemal w ciemno mogliśmy zakładać, że wyszła ona właśnie od Angeldal. Nie brakuje głosów, że w tak kapitalnej dyspozycji nie zabawi długo w Hisingen i niezwykle trudno z tymi opiniami polemizować, gdyż taką zawodniczkę w swoich szeregach widziałby z pewnością niejeden topowy, europejski zespół.

Hanna Bennison – 2.5. Aż chciałoby się powiedzieć: Ciszej nad tym talentem! Nie mamy oczywiście żadnych wątpliwości, że pomocniczka Rosengård może niebawem stać się jedną z największych gwiazd światowych boisk, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że ten wszechobecny, osiągający chyba zbyt wielkie rozmiary hype bardziej jej przeszkadza niż pomaga. W Tokio miała być jokerką w talii Gerhardssona, ale na ambitnych planach się skończyło. Wchodziła z ławki w pięciu spotkaniach, ale w wyraźny sposób nie odmieniła losów żadnego z nich. Pokazała nam kilka udanych zagrań, wzięła udział w jednej bramkowej akcji, ale na znak piłkarskiej jakości w jej wydaniu na wielkim turnieju poczekamy przynajmniej do EURO 2022.

Kosovare Asllani – 3.5. Nie będzie wielkiej przesady w stwierdzeniu, że podczas kadencji Gerhardssona to właśnie ona jest absolutnie kluczowym punktem szwedzkiej ofensywy. Obecny selekcjoner potrafi do maksimum wykorzystać jej potencjał, a sama zawodniczka, w sposób iście mistrzowski, wszelkie postawione przed nią zadania realizuje na boisku. Można oczywiście wyliczać, że podobnie jak pięć lat temu w Rio, piłkarka madryckiego Realu pomyliła się w konkursie jedenastek, ale pamiętajmy również, że gdyby nie jej asysta przy golu Blackstenius, to rzutów karnych w finale mogłoby w ogóle nie być. Podobnie zresztą jak wielu innych szwedzkich bramek.

Olivia Schough – 3. Wchodziła z ławki i robiła to, co potrafi zdecydowanie najlepiej, czyli wiatr na lewym skrzydle. Najwięcej minut dostała przeciwko Nowej Zelandii i widać było, jak bardzo zależy jej na golu na Igrzyskach. W celu wpisania się na listę strzelczyń zaprezentowała nam nawet swoje popisowe zagranie ze zwodem, zejściem do środka i uderzeniem przy dalszym słupku, ale ostatecznie pomyliła się o centymetry. Bezbłędna była za to w finałowej serii rzutów karnych, kiedy to pewnym strzałem pokonała swoją klubową koleżankę Labbé.

Fridolina Rolfö – 4.5. Już od czasów Jitexu wiemy, że zdrowa Rolfö to jedna z piętnastu najlepszych piłkarek świata. Niestety, kontuzje mocno spowolniły jej karierę, ale na japońskich boiskach wreszcie mogliśmy obejrzeć jej prawdziwe oblicze. A jest ono tak wspaniałe, że w Barcelonie już zacierają ręce na myśl o tym, że wieloletnia gwiazda niemieckich boisk jesienią będzie występować właśnie w barwach klubu z Katalonii. Zwyciężczynie tegorocznej Ligi Mistrzyń pozyskały bowiem piłkarkę kompletną, która potrafi uderzyć z dystansu, dośrodkować, powalczyć w powietrzu, przeprowadzić indywidualny rajd, uwolnić się spod krycia i … tak moglibyśmy wymieniać bardzo długo.

Sofia Jakobsson – 3. Zabrakło jej gola na japońskim turnieju, ale trzy asysty to też całkiem przyzwoity bilans tej wszechstronnej skrzydłowej. Razem z Glas stworzyły na prawej flance duet, który rozniósł w pył amerykańską defensywę, a w Monachium mają z pewnością nadzieję, że to dopiero preludium tego, co ta dwójka potrafi wspólnie zaprezentować. Były oczywiście momenty, kiedy można było przyczepić się do skuteczności jej zagrań oraz do trafności boiskowych wyborów, ale w ostatecznym rozrachunku był to w jej wykonaniu turniej na delikatny plusik. Choć oczywiście nie tak efektowny, jak na przykład mundial we Francji.

Madelen Janogy – 3. Cieszyliśmy się, że ponownie możemy oglądać ją w narodowych barwach, a gdy wpisała się na listę strzelczyń w grupowym meczu przeciwko Nowej Zelandii, radość była już pełna. W fazie pucharowej nie dostała już zbyt wielu minut, ale jeśli jesienią nie spuści z tonu, to japoński turniej może być dopiero zapowiedzią prawdziwej eksplozji jej talentu. A nie od dziś wiemy, że takie opóźnione w czasie wybuchy często bywają najbardziej spektakularne.

Rebecka Blomqvist – 2.5. Kolejna z tych, które swoją szansę dostały w meczu przeciwko Nowej Zelandii. Piłkarka Wolfsburga wystąpiła w nim w roli prawoskrzydłowej, ale nie dała się zapamiętać z tak pozytywnej strony, jak na przykład biegająca po tej samej stronie boiska Roddar. Debiut na wielkim turnieju można jednak oficjalnie odhaczyć i gorąco liczymy na to, że dalej będzie już tylko lepiej.

Lina Hurtig – 3.5. Ma za sobą fenomenalny czas i do pewnego momentu mogło się wydawać, że wszystko, czego dotknie piłkarka Juventusu, od razu zamienia się w złoto. To znaczy – w bramkową zdobycz. Na igrzyskach do pewnego momentu było zresztą tak samo i to pomimo faktu, że Hurtig nie była pierwszym wyborem selekcjonera na dziewiątce. W półfinale niemal pewnego gola pozbawiła jej nieprzepisowa interwencja Carpenter, a w finale dwukrotnie miała na głowie piłkę na złoty medal. W obu sytuacjach uderzyła jednak obok bramki Labbé, co finalnie obniżyło jej i tak niezwykle wysoką notę.

Stina Blackstenius – 4. Jedenaście goli i osiem asyst – tak przedstawia się bilans ligowej wiosny u napastniczki Häcken. Oznacza to niezbicie, że oto mamy przypadek prawdopodobnie największej metamorfozy w szwedzkim futbolu, gdyż cały czas mówimy o piłkarce, która jeszcze rok temu o tej porze była niemal synonimem nieskuteczności. To wszystko już jednak stare dzieje, o czym na Igrzyskach kolejno przekonywały się Amerykanki, Australijki, Japonki i Kanadyjki. Całkiem niezły zestaw, prawda? A przecież boiskowy wkład Blackstenius w końcowy wynik nie ograniczał się wyłącznie do goli, bo tak zespołowo grającej Stiny nie oglądaliśmy już dawno.

Anna Anvegård – 2.5. Wiosną zagrała w barwach Rosengård jedynie nieco ponad dwieście minut i brak rytmu meczowego jak najbardziej było u niej widać. Snajperski instynkt dwukrotnej królowej strzelczyń Damallsvenskan pozwolił jej wprawdzie otworzyć wynik meczu z Nową Zelandią, ale ten gol pozostanie jej najlepszym wspomnieniem z Igrzysk. Później ze skutecznością nie było już bowiem tak dobrze, czego żałować możemy szczególnie w perspektywie dogrywki oraz rzutów karnych w finałowym starciu z Kanadą.

Średnia ocen (3.10) jest zdecydowanie wyższa niż podczas dwóch jak dotąd najlepszych turniejów minionej dekady, czyli mundialu we Francji (2.94) oraz domowego EURO 2013 (2.90). Czy zatem obejrzeliśmy właśnie najlepszy występ szwedzkiej kadry na wielkiej imprezie w tym wieku? A może w ogóle najlepszy w historii? Ilu ludzi, tyle opinii, ale nie ma wątpliwości, że na japońskich boiskach przeżywaliśmy wspaniałe chwile, za które raz jeszcze wypada gorąco podziękować. Piłkarkom, sztabowi szkoleniowemu, sztabowi medycznemu (który wykonał kawał wspaniałej roboty!), a także wszystkim, którzy na tej długiej i krętej drodze dołożyli choćby najmniejszą cegiełkę do tego niebywałego sukcesu. Bra jobbat!

Dziękujemy, srebrna drużyno!

stina

Stina Blackstenius była na japońskich boiskach niesamowicie skuteczna (Fot. Bildbyrån)

To nie będzie zwyczajny tekst pomeczowy, gdyż taki z oczywistych względów po prostu być nie może. Zresztą, wydarzenia na boisku w Jokohamie wszyscy mamy jeszcze chyba całkiem świeżo w pamięci. A skoro tak, to doskonale wiemy, że w pierwszej połowie był to prawdopodobnie najlepszy mecz kadry Petera Gerhardssona w fazie pucharowej. Wymiana pozycji duetu Jakobsson – Rolfö oraz mająca jeszcze więcej swobody niż zazwyczaj Asllani nie rozmontowały może całkowicie kanadyjskiej defensywy, ale trzeba przyznać, że do pewnego momentu piłkarki z Ameryki Północnej miały spory problem w zneutralizowaniu czyhającego z przynajmniej trzech stron szwedzkiego zagrożenia. Zejście pomocniczki Realu Madryt do prawej strony i jej dośrodkowanie do Blackstenius przyniosło nam zresztą pierwszego gola, a snajperka Häcken kolejny już raz udowodniła, że wszystko, co przez lata mówiliśmy na temat jej skuteczności (a w zasadzie jej braku), dawno przestało być aktualne. Kanadyjki próbowały się odgryzać, ale w tej fazie meczu zdecydowanie bliżej byliśmy trafienia na 2-0 niż na 1-1. Na bramkę Hedvig Lindahl bardzo długo nie oddano bowiem choćby jednego celnego strzału. To wszystko jednak do czasu …

W 65. minucie w szwedzkiej szesnastce starły się Amanda Ilestedt i Christine Sinclair. Ot, zdarzenie jakich w piłce nożnej wiele. Pani sędzia z Rosji najpierw zdecydowała się puścić grę, ale po obejrzeniu powtórki wideo swoją pierwotną decyzję zmieniła, wskazując na punkt oddalony dokładnie o dwanaście jardów od bramki Lindahl. Czy była to słuszna decyzja? Cóż, podstawy do jej podjęcia niewątpliwie były i na tym polu pani Pustowojtowa absolutnie się wybroni. To kapitanka reprezentacji Kanady wygrała walkę o pozycję, wobec czego zachowanie byłej już defensorki monachijskiego Bayernu można było odczytać jako przekroczenie przepisów. Skoro jednak tutaj należał się Kanadyjkom rzut karny, a w półfinale przeciwko Australii anulowano gola zdobytego przez Samanthę Kerr, to dlaczego w wielu innych, analogicznych sytuacjach nie doczekaliśmy się podobnej reakcji z siedziby VAR? Że wspomnę chociażby półfinał francuskiego mundialu, kiedy to w dość odważny sposób w holenderskim polu karnym została powstrzymana Lina Hurtig. Dyskusję na temat ujednolicenia przepisów zdecydowanie trzeba będzie podjąć, ale głośno powiedzieć trzeba przede wszystkim to, że Ilestedt nie powinna zachowywać się w tym sektorze boiska w sposób tak niefrasobliwy. Tym bardziej, że ostrzeżona została dosłownie sześć dni wcześniej, kiedy w ćwierćfinale przeciwko Japonii sporo kontrowersji wzbudziło jej starcie z Miną Tanaką. Wtedy gwizdek pani arbiter ostatecznie reprezentacji Szwecji sprzyjał, dziś niestety nie. A że Jessie Fleming na tych Igrzyskach z rzutów karnych się nie myli, to pierwszy celny strzał na bramkę przyniósł Kanadyjkom wyrównanie i finałowe emocje rozpoczęły się od nowa.

Końcowe fragmenty drugiej połowy, a także dogrywka, wcale nie były nudnym wyczekiwaniem na rzuty karne. Oba zespoły musiały wybijać futbolówkę z linii bramkowej (Kanadyjki nawet dwukrotnie), a Lina Hurtig oraz Jordyn Huitema mogły przesądzić o końcowym rezultacie strzałami głową. Obu rosłym napastniczkom zabrakło jednak precyzji, choć od pełni szczęścia dzieliły je dosłownie centymetry. Ostatni fragment czasu dodatkowego to znów zdecydowana przewaga optyczna Szwedek, ale drugi raz pokonać Stephanie Labbé tego dnia się jednak nie udało. A skoro tak, to czekał nas horror w postaci konkursu rzutów karnych, w którym … obie ekipy zaprezentowały się bardzo źle, zupełnie jakby w tym decydującym momencie przygniotła je presja olimpijskiego złota. Dobrze oraz przyzwoicie wykonane jedenastki można było policzyć na palcach jednej ręki i choć postronnym kibicom oglądało się to zapewne nieźle ze względu na dramaturgię, to jednak zawodniczki obu zespołów na co dzień prezentują się w tym elemencie gry zdecydowanie pewniej. Dziś jednak nie był zwykły dzień, wobec czego na murawie stadionu w Jokohamie byliśmy świadkami konkursu dramatów i pomyłek.

Peter Gerhardsson desygnował do wykonywania rzutów karnych cztery piłkarki reprezentujące wiosną barwy Rosengård oraz Kosovare Asllani, która nie tak dawno była klubową koleżanką kanadyjskiej golkiperki w Linköping. Czy był to błąd? Nie zabraknie zapewne takich głosów, choć z drugiej strony zawodniczki te same zgłosiły chęć wzięcia odpowiedzialności za wynik na własne barki. Tym razem się nie udało, choć gdy do futbolówki podchodziła Caroline Seger wydawało się, że złote medale są już naprawdę na wyciągnięcie rąk. Kapitanka Rosengård posłała jednak piłkę nad poprzeczką bramki Labbé, zaś Deanne Rose oraz Julia Grosso – podobnie jak nieco wcześniej Fleming – skutecznie wytrzymały próbę nerwów, dzięki czemu tytuł mistrzyń olimpijskich po krótkiej przerwie powrócił na kontynent północnoamerykański. Choć tym razem nie do tego kraju, gdzie wszyscy go mocno wyczekiwali, lecz nieco bardziej na Północ.

Reprezentacja Szwecji kończy morderczy turniej ze srebrnymi medalami na szyjach, ale mówienie tu o powtórce z Rio byłoby jednak sporych rozmiarów nietaktem. Pięć lat temu wygraliśmy bowiem jeden mecz z sześciu i to tylko dlatego, że bramkarka RPA postanowiła wrzucić sobie piłkę do własnej bramki. Z Tokio wracamy natomiast z pięcioma zwycięstwami, jednym remisem i nieformalnym mianem najlepszej drużyny turnieju. A że w futbolu nie zawsze ci najlepsi zgarniają złote medale? No cóż, taka już specyfika tej dyscypliny i również z tego powodu wszyscy się kiedyś w niej zakochaliśmy. Gratulując Kanadyjkom długo wyczekiwanego tytułu, pamiętamy więc także o srebrnych medalistkach, dzięki którym przeżyliśmy właśnie wspaniałe dwa tygodnie wypełnione radością i dumą. I przegrana seria jedenastek nic w tej materii nie zmienia. Bo nawet jeśli w tej chwili to srebro niekoniecznie cieszy, to już za chwilę dotrze do nas wszystkich, jak wielkiej rzeczy udało się na japońskich boiskach dokonać. I niech będzie to początek wspaniałej drogi, która doprowadzi nas aż do Sydney. A pierwszy przystanek na tej drodze już za nieco ponad miesiąc na Słowacji. Do zobaczenia!

Finałowe odliczanie

132660_170494339649579_5431916_o

Bardzo rzadko, ale jednak zdarzają się takie dni, gdy zaglądają tutaj osoby, których ani trochę nie interesuje przebieg ostatnich derbów Skanii, polityka transferowa Linköping, czy nastroje towarzyszące kolejnemu El Gnällico. I choć najczęściej wpadają tu tylko na chwilę, to każda taka wizyta niezmiernie cieszy. Jest ona bowiem niezbitym dowodem na to, że piłka nożna w szwedzkim wydaniu jak najbardziej potrafi zainspirować. Zdecydowanie najczęściej dzieje się to oczywiście pod wpływem występów seniorskiej reprezentacji kraju, która zawsze – tak to się już w futbolu składa – jest jego główną wizytówką. A my mamy to szczęście, że z tej swojej wizytówki od pewnego czasu możemy być naprawdę dumni. Od kiedy? Cóż, datę graniczną wskazać nietrudno, ale dziś nie będziemy bynajmniej wracać pamięcią do przeszłości. A to dlatego, że rzeczy najważniejsze dzieją się właśnie tu i teraz. Aż chciałoby się napisać, że na naszych oczach, ale mocno skomplikowana sytuacja epidemiczna na świecie sprawiła, że turniej olimpijski obserwujemy nie z wysokości trybun, lecz z odległości niemal dziesięciu tysięcy kilometrów. Jeśli jednak wierzyć zapewnieniom Hedvig Lindahl, to doping setek tysięcy gardeł doskonale słychać w Tokio, Rifu i Saitamie. Już jutro, a mówiąc bardziej precyzyjnym w nocy z czwartku na piątek, gorące wsparcie i strumień pozytywnej energii przyda się jednak bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Dosłownie za chwilę możemy bowiem stać się świadkami chwili tak historycznej, że aż trochę strach pisać o tym wprost, aby przypadkiem nie zapeszyć. Chwili tak wyjątkowej, że jeśli liczycie sobie mniej niż czterdzieści lat, to na pewno nie mieliście jeszcze okazji przeżyć czegoś podobnego. I nie ma w tych słowach ani krzty patosu, ani krzty przesady.

Na samym początku nie bez przyczyny wspomniałem o nowych sympatykach szwedzkiego futbolu, póki co tego w wydaniu reprezentacyjnym, gdyż wyjątkowo to właśnie im chciałbym zadedykować ten wpis. Skoro podczas tokijskich Igrzysk zainspirowała Was szwedzka kadra, to zapewne z chęcią poznacie bohaterki oraz bohaterów japońskich boisk nieco bliżej, aby jeszcze bardziej się z tą grupą identyfikować i nie mieć tym samym absolutnie żadnych wątpliwości za kogo trzymać kciuki w piątkowym finale. Bo Szwecja w wersji 2021 to ekipa, którą naprawdę da się lubić i to z tysiąca różnych powodów.

startelvan_jpn_kvartsfinal

Reprezentacja Szwecji zostanie zapamiętana po japońskich Igrzyskach nie tylko ze względu na oryginalny kolor koszulek (Fot. Bildbyrån)

  • Zacznijmy może od podstaw: piłkarska reprezentacja Szwecji to po prostu (Dam)landslaget, ewentualnie Blågult. Zdecydowanie nie Tre Kronor, bo używając tej nazwy najpewniej zostaniecie wzięci za kibiców hokeja.
  • Po krótkim namyśle, z tym hokejem to może nawet nie taka zła opcja. Jako fani tej dyscypliny sportu bylibyście zapewne ekspertami od potyczek szwedzko – kanadyjskich o najwyższe cele. Podobne doświadczenia mają zresztą fani curlingu, oni również zarwali już wiele nocy, aby śledzić pasjonującą rywalizację z Kanadą.
  • Co innego piłka nożna, tutaj finał pomiędzy dwoma wspomnianymi nacjami przytrafił się nam po raz pierwszy.
  • Nie oznacza to jednak, że reprezentantki Szwecji i Kanady w ogóle nie miały okazji, aby ze sobą porywalizować. Wręcz przeciwnie, oficjalnych potyczek między tymi drużynami naliczono już 23, a ich bilans przedstawia się całkiem zachęcająco (14, zwycięstw, 4 remisy, 5 porażek).
  • W ostatnich latach były to jednak zazwyczaj naprawdę ciężkie boje, które kończyły się albo bezbramkowymi remisami, albo zwycięstwami 1-0 jednej ze stron.
  • A skoro tak, to zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa, jutro powinniśmy obejrzeć więcej goli.
  • Jeżeli emocje przeciągną się nam aż to rzutów karnych, to możemy chyba być względnie spokojni. Kilka Kanadyjek zdążyło się już bowiem nabawić kompleksu szwedzkiej bramkarki.
  • I to pomimo faktu, że jedyną serię jedenastek przeciwko Kanadzie przegraliśmy. Działo się to jednak na turnieju towarzyskim i była to … kontrolowana porażka (kmwtw).
  • Jeśli jutro finał okaże się zwycięski, doceńmy sprawczość słów Hanny Glas. To ona jako pierwsza głośno powiedziała, że szwedzka kadra jedzie do Japonii po pełną pulę.
  • Nie było to jednak przesadnie wielkim zaskoczeniem. Jeśli bowiem masz w sobie tyle siły, żeby wrócić do gry na najwyższym poziomie po trzykrotnym urazie więzadeł krzyżowych, to żadne Amerykanki z Australijkami ci nie straszne.
  • Kanadyjki oczywiście tym bardziej.
  • Straszne, zdaniem niektórych, były komplety strojów o bliżej niezidentyfikowanym kolorze, w których szwedzka kadra zainaugurowała Igrzyska. Dla samych zainteresowanych nigdy nie był to jednak problem.
  • Bo jak żartowały Olivia Schough z Sofią Jakobsson, przynajmniej nie ma ryzyka, że w tych strojach nie dojrzysz koleżanki na dobrej pozycji.
  • Poza wszystkim, stroje te mają jedną, niezaprzeczalną zaletę: doskonale sprawdzą się po zmroku jako kamizelki odblaskowe. A powoli idzie jesień, więc szybko to docenimy.
  • Nazwisko selekcjonera reprezentacji Szwecji czytamy /jerardson/.
  • Warto o tym pamiętać nie tylko z szacunku do Trenera Roku 2019 w Szwecji, ale również dlatego, że sam zainteresowany mocno docenia prawidłową wymowę.
  • Przekonali się o tym chociażby moderatorzy konferencji prasowych podczas francuskiego mundialu.
  • Największą pasją Petera Gerhardssona jest muzyka, a zebrana przez niego w piwnicy kolekcja płyt winylowych robi wrażenie nie mniejsze niż aktualna dyspozycja szwedzkiej kadry.
  • To właśnie przy muzyce – najczęściej z kraju rywala – rodzą się konkretne pomysły na najbliższy mecz. Za rozpracowanie Kanady odpowiedzialny jest na przykład Neil Young.
  • Gdyby zatem coś poszło nie tak, już wiecie, do kogo zgłaszać ewentualne żale i pretensje.
  • Numerem jeden podczas wieczornego relaksu trenera wciąż pozostaje podczas tegorocznych Igrzysk twórczość japońskiego bandu LOVEBITES.
  • Same piłkarki również mają swoje muzyczne preferencje, choć ich świętowaniu zdecydowanie najczęściej towarzyszą hity eurowizyjne.
  • W tym roku na szczycie playlisty znajduje się Euphoria z repertuaru Loreen.
  • I niech będzie to zapowiedzią euforii, która już za chwilę ogarnie nas wszystkich.
  • Za skład playlisty, co może być w jakimś stopniu zaskoczeniem, nie odpowiada wyłącznie Olivia Schough. Za to za słynne choreografie w autokarze już jak najbardziej.
  • Pięć lat temu, po awansie do finału IO, reprezentantki Szwecji postanowiły wykonać tatuaże z długością i szerokością geograficzną miasta Rio de Janeiro.
  • Z nieformalnej obietnicy wywiązała się dokładnie jedna piłkarka. Zgadniecie która?
  • Jeśli powiedzieliście, że Caroline Seger, to gratulacje – macie rację!
  • Tym razem, w przypadku zwycięskiego finału, skuteczność ma być już zdecydowanie większa. Lista zawodniczek, które zadeklarowały ozdobienie swoich ciał cyferkami oznaczającymi współrzędne geograficzne Tokio, robi się z dnia na dzień coraz dłuższa.
  • I nie brakuje na niej tych, dla których byłby to pierwszy tatuaż.
  • No cóż, będziemy trzymać za słowo.
  • Ale po pierwsze i najważniejsze: niech w ogóle będzie ku temu okazja. Chociażby z tego powodu trzeba wygrać z tą Kanadą.
  • A jeśli już uda się zwyciężyć, to spory wkład w ten sukces będzie mieć niewątpliwie Stina Blackstenius, która na przestrzeni ostatniego półrocza z prawdopodobnie najbardziej nieskutecznej napastniczki świata stała się sami-widzicie-kim.
  • Choć zwycięstwo może nieść za sobą także dalece poważniejsze konsekwencje. Hedvig Lindahl, która nie tak dawno wspominała, że ani myśli o końcu kariery reprezentacyjnej, w przypadku złota IO może zmienić zdanie.
  • Tak przynajmniej wynika z ostatnich deklaracji, ale mamy oczywiście nadzieję, że perspektywa pobicia rekordu Elisabeth Leidinge ostatecznie okaże się silniejsza.
  • Bo pojechać na mundial po czterdziestce – to byłoby coś! Jak dotąd udało się to tylko nielicznym i naprawdę wyjątkowym osobistościom świata futbolu.
  • Mundialem zaczniemy jednak przejmować się od jutra. A dziś wysyłamy pozytywną energię w kierunku Tokio.
  • No dobrze, jeszcze kilka dni na świętowanie, o mundialu zaczniemy myśleć za tydzień.
  • A póki co HEJA SVERIGE i pamiętajcie, że Finlandia to nie Skandynawia. To ostatnie akurat kompletnie bez związku z meczem i Igrzyskami, ale każda okazja na dodatkową edukację jest dobra i należy z niej korzystać.

AKTUALIZACJA: ostatecznie zmianie uległa godzina rozpoczęcia meczu finałowego. Pierwszy gwizdek czeka nas o godzinie 21:00 czasu lokalnego (14:00 w Szwecji).

Czy to jest ten rok?

aus_swe_2

Tak się cieszą finalistki IO 2021 (Fot. Bildbyrån)

Półfinały mają to do siebie, że po ich zakończeniu przynajmniej dwie z uczestniczących w tej fazie turnieju ekip mają już zapewnione medale. I jako pierwsze, ku zdziwieniu niemal wszystkich piłkarskich ekspertów, przywilej powrotu do domu z olimpijskimi krążkami na szyjach zapewniły sobie Kanadyjki. My jednak czekaliśmy przede wszystkim na to, co wydarzy się na murawie stadionu w Jokohamie, gdzie kadra Petera Gerhardssona po raz trzeci na przestrzeni niespełna dwóch miesięcy mierzyła się z Australią. O tym, jak ogromna była stawka tego meczu, nie trzeba było nikomu dodatkowo przypominać. Na zwycięstwo w wielkim turnieju seniorskiej kadry czekamy bowiem od roku 1984, a więc można bezpiecznie założyć, że zdecydowana większość spośród czytających tę relację sympatyków szwedzkiego futbolu nie miała jeszcze ani jednej okazji, aby przeżywać taki triumf w czasie rzeczywistym. Większość z nas pamięta oczywiście poprzednie Igrzyska w Brazylii, niektórzy z nostalgią wspominają także przegrane po złotych golach finały EURO 2001 oraz mundialu 2003, ale na wybuch niekontrolowanej radości po ostatnim gwizdku decydującego meczu czekamy od czasu, gdy już niemal czterdzieści lat temu Pia Sundhage bezbłędnie egzekwowała jedenastkę na stadionie w Luton. Dziś reprezentacja Szwecji grała więc o to, aby już w najbliższy piątek stanąć przed szansą zapisania się na kartach historii jako zespół, który dał kolejnemu pokoleniu piłkarskich kibiców ich własne Luton. Powiedzieć zatem, że stawka dzisiejszego meczu była niepowtarzalna, to w zasadzie nie powiedzieć nic.

Turniej olimpijski charakteryzuje się przede wszystkim niespotykanym nigdzie indziej natężeniem spotkań, a dodatkowo zarówno Szwedki, jak i Australijki rywalizowały przecież w najbardziej wymagającej z grup. Nic więc dziwnego, że pytania o dyspozycję fizyczną zawodniczek zdominowały przedmeczową dyskusję, choć zdecydowanie więcej emocji wzbudzały one po stronie naszych rywalek. Peter Gerhardsson we wcześniejszych fazach turnieju dysponował bowiem siłami swoich piłkarek w sposób zdecydowanie bardziej oszczędny, w wyniku czego jedynie stoperka Amanda Ilestedt miała w nogach więcej niż 300 minut boiskowej rywalizacji. W ekipie Australii takich zawodniczek było natomiast aż siedem, a w tym gronie znalazły się piłkarki, które w największym stopniu decydują o obliczu kadry prowadzonej od kilku miesięcy przez Tony’ego Gustavssona. To mógł być z perspektywy aktualnych wicemistrzyń Azji potencjalny problem, ale wszystko – jak to zresztą zawsze w futbolu bywa – miało zweryfikować boisko.

Jeśli ktoś spodziewał się, że w Jokohamie będziemy świadkami kolejnego odcinka serialu o napierającej na rywalki ze zdwojoną mocą szwedzkiej ofensywie, to pierwsze minuty mocno wyprowadziły go z błędu. Podopieczne Petera Gerhardssona faktycznie próbowały przenieść ciężar gry na połowę Australijek, ale ze sztormem, którego nie tak dawno doświadczyły Amerykanki i Japonki, nie miało to zbyt wiele wspólnego. Dość powiedzieć, że w pierwszej połowie najbliżej zdobycia gola nasze piłkarki były po strzale z dystansu Fridoliny Rolfö, po którym to długo trzęsła się poprzeczka bramki strzeżonej przez Teagan Micah. Pomocniczka, która jesienią zamieni niemiecką Bundesligę na ligę hiszpańską, była zresztą najbardziej aktywna z całego ofensywnego kwartetu, ale Australijki dość szybko się w tym wszystkim połapały i stosunkowo łatwo neutralizowały zagrożenie czyhające na nie w tym sektorze boiska. Zdyscyplinowana postawa rywalek sprawiła, że bardzo zespołowo starały się grać Stina Blackstenius oraz Sofia Jakobsson, ale żadnej z nich nie udało się wykreować dogodnej sytuacji bramkowej dla podłączających się koleżanek z drugiej linii. Ten pomysł na zaskoczenie przeciwniczek nie przyniósł więc powodzenia, ale zdecydowanie poważniejszym problemem stało się to, że to piłkarki z Australii jako pierwsze znalazły sposób na przechytrzenie szwedzkiej defensywy. Po dobrze rozegranym stałym fragmencie gry futbolówkę do siatki skierowała niezastąpiona Samantha Kerr, ale w sukurs przyszedł nam gwizdek sędzi z Hondurasu, która najwyraźniej dopatrzyła się w tej sytuacji przewinienia królowej strzelczyń angielskiej FA WSL. Czy była to słuszna decyzja? Trudno jednoznacznie orzec, ale nie da się ukryć, że akurat na tym turnieju gwizdki w stykowych sytuacjach raczej nam pomagają niż przeszkadzają.

Na przerwę obie ekipy udały się więc przy bezbramkowym remisie, a druga połowa rozpoczęła się … dokładnie tak samo, jak podczas pamiętnego meczu w Viborgu, który dał nam awans na francuski mundial. Jedyna różnica polegała może na tym, iż wtedy gol padł po składnej i zaplanowanej w niemal każdym detalu akcji ofensywnej, zaś teraz był on efektem katastrofalnego błędu Micah. Golkiperka, którą jesienią będziemy oglądać na boiskach Damallsvenskan, tak fatalnie interweniowała po niegroźnym w sumie dośrodkowaniu Angeldal, że sama stworzyła poważne zagrożenie w australijskiej szesnastce. A ponieważ szwedzkie piłkarki takie okazje potrafią bezlitośnie wykorzystywać, to w 46. minucie, za sprawą duetu Blackstenius – Rolfö, na murawie w Jokohamie zrobiło się całkiem sympatycznie. Oczywiście patrząc na to wszystko z perspektywy reprezentacji Szwecji, która właśnie znalazła się o krok od piątego kolejnego zwycięstwa na japońskich Igrzyskach. Teraz wystarczyło jedynie utrzymać to wywalczone w dość niespodziewanych okolicznościach prowadzenie do końca, ale podopieczne Gerhardssona tradycyjnie nie zamierzały zadowalać się jednym strzelonym golem. Tym bardziej, że w australijskiej defensywie zaczęło pojawiać się coraz więcej dziur, a operujące na połowie rywalek Asllani czy Jakobsson nagle dostały zdecydowanie więcej przestrzeni. Doskonałą okazję na to, aby definitywnie zamknąć mecz miała jednak bezbłędnie obsłużona przez Rolfö Stina Blackstenius, ale snajperka Häcken pomyliła się o milimetry. W odpowiedzi szarpały wprowadzone na boisko po przerwie młode Fowler oraz Cooney-Cross i trzeba uczciwie przyznać, że rezerwowe w talii Tony’ego Gustavssona wniosły w poczynania swojej ekipy naprawdę sporo ożywienia. Na dyrygowaną przez wyrastającą na absolutną liderkę szwedzkiego bloku defensywnego Nathalie Björn to jednak nie wystarczyło, choć gdy Samantha Kerr wyskakiwała do powietrznych pojedynków w pobliżu pola karnego, to na kilka sekund robiło się naprawdę gorąco. W samej końcówce Australijki całkowicie opadły jednak z sił i aż dziwne, że żaden z błyskawicznych wypadów pod bramkę Micah nie zakończył się pieczętującym zwycięstwo trafieniem na 2-0. Inna sprawa, że w szóstej minucie doliczonego czasu gry Lina Hurtig na listę strzelczyń by się najpewniej wpisała, gdyby faulem nie powstrzymała jej Ellie Carpenter.

Podczas tegorocznych Igrzysk zazwyczaj kończymy przypomnieniem aktualnego bilansu szwedzkich piłkarek na japońskich boiskach, a na ten moment przedstawia się on następująco: pięć meczów, pięć zwycięstw i jeden mecz do rozegrania. Peter Gerhardsson na pewno wróci z medalem z drugiego kolejnego turnieju, ale za cztery dni może stać się pierwszym od czasów Ulfa Lyforsa selekcjonerem, który poprowadzi seniorską reprezentację do złota. Aby tak się stało, trzeba jednak jeszcze wygrać jeden mecz. Ten najważniejszy …