Auckland nam nie sprzyjało

FfqoEgWXwAAeicA

Sobota rano, Auckland. To znaczy, w Nowej Zelandii było już oczywiście popołudnie, ale jeśli ktoś w Europie zapragnął na żywo emocjonować się ceremonią losowania IX finałów Piłkarskich Mistrzostw Świata, ten musiał przygotować się na wczesną pobudkę. Lub na bezsenną noc, to już według indywidualnych preferencji. Tak, czy inaczej, całą zabawę zainaugurował nam występ mający na celu bliższe zapoznanie nas z kulturą i tradycją Oceanii, a tym, którzy niekoniecznie byli spragnieni uniesień artystycznych pozostało niecierpliwe odliczanie do momentu, kiedy kulki zaczną się wreszcie kręcić i otwierać. A rzeczonych kulek było tym razem więcej niż zwykle, gdyż FIFA – zupełnie jak EFD – doszła do wniosku, że skoro da się coś rozszerzyć, to czemu by w zasadzie tego nie zrobić i tym sposobem po raz pierwszy w historii finalistów mundialu będziemy mieli aż 32. Odkładając jednak żarty na bok, o ile w przypadku naszej rodzimej Damallsvenskan reforma była całkowitym absurdem, o tyle akurat tutaj da się znaleźć jakieś argumenty na obronę obranej przez futbolową centralę ścieżki. Jasne, wciąż są one stosunkowo słabe (szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę niezrozumiały rozdział miejsc na poszczególne konfederacje), ale lepsze coś niż nic. Tak się przynajmniej możemy pocieszać.

Na początek warto uzmysłowić sobie jedną rzecz: dzisiejsza uroczystość nie była losowaniem fazy grupowej, czy też losowaniem grup, jak to niektórzy zwykli mówić. W Auckland poznaliśmy bowiem nie tylko zestaw gier podczas pierwszej fazy turnieju, ale także całą drabinkę, która ostatecznie poprowadzi cztery starannie wyselekcjonowane ekipy ku strefie medalowej. Oczywiście, jeśli sympatyzujesz z reprezentacją Maroka, Filipin, Jamajki, czy Irlandii, to z absolutnie oczywistych względów zdecydowanie większą uwagę zwracasz na nazwy twoich rywali w grupie, gdyż to od ich jakości zależy, czy za rok wybierzesz się do Australii lub Nowej Zelandii wyłącznie w celach uprawiania sportowej turystyki, czy może jednak gdzieś będzie tlić się nadzieja również na boiskowy sukces. Jeśli jednak należysz do grona zwolenników któregokolwiek z zespołów z koszyka pierwszego, to po stokroć bardziej istotna jest dla ciebie już faza pucharowa. Bo znalezienie się w niej jest po prostu absolutnym obowiązkiem, a od układu drabinki zależy to, kto stanie na twojej drodze, gdy turniej tak naprawdę się rozpocznie, czyli – mówiąc wprost – w 1/8 finału. Jasne, całkowicie nie możemy wykluczyć sytuacji, że któraś z rozstawionych drużyn po całości się nam za rok skompromituje, choć tego scenariusza realnie jednak nie zakładamy.

Mając to wszystko na uwadze, najbardziej optymalnie byłoby wylądować w grupie C lub D, gdyż akurat im przypada w udziale zaszczyt bycia sparowanym z grupami A oraz B. Czyli z tymi, gdzie miejsca dla najwyżej rozstawionych zajęły gospodynie turnieju finałowego. Ten plan się jednak nie powiódł, a fortuna uśmiechnęła się tym razem do Hiszpanek i Angielek. Nawiasem mówiąc, te ostatnie na brak szczęścia ostatnimi czasy nie mogą narzekać, wszak na tegorocznym EURO system VAR był wiele razy ich dwunastym zawodnikiem (mocno wątpliwy karny z Norwegią, kontrowersyjny gol na 1-1 w ćwierćfinale, czy wreszcie ręka Williamson w meczu finałowym). Wracając jednak do Szwedek: na rozgrzewkę dostaniemy RPA, Włochy i Argentynę (w tej kolejności) i jeśli przeszkody te okażą się być w naszym zasięgu, to o ćwierćfinał zagramy najprawdopodobniej z kimś z dwójki USA – Holandia. A to oznacza dokładnie tyle, że już na tym etapie z wielkim prawdopodobieństwem obejrzymy bezpośrednie starcie medalistek poprzednich finałów. Mało? To patrzcie na to: na zwycięzcę tego zapewne wyczerpującego boju czekać będą najpewniej uśmiechnięte Hiszpanki, które – jeśli planowo wygrają grupę – w 1/8 finału w nagrodę zmierzą się z kimś z zestawu Nowa Zelandia – Norwegia – Filipiny – Szwajcaria. W wersji alternatywnej trafić możemy na przykład na Japonię, bo to właśnie mistrzynie świata sprzed jedenastu lat powinny zameldować się w fazie pucharowej obok przedstawicielek Półwyspu Iberyjskiego. Swoją drogą, wcale nie jest wykluczone, że – podobnie jak we Francji – znów awans z drugiego miejsca może okazać się dla podopiecznych Gerhardssona zdecydowanie bardziej opłacalny. Choć na takie dywagacje jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie.

Pewne jest jednak to, że przez większą część turnieju stacjonować będziemy w Nowej Zelandii, a to oznacza nieco łatwiejszą logistykę już na miejscu. Dla formalności: mecze grupowe rozegramy w Wellington (dwa) oraz Hamilton (jeden). Niekorzystne jest natomiast to, że na ewentualną drugą rundę trzeba udać się do Australii (Sydney lub Melbourne), następnie może czekać nas powrót na ćwierć- oraz półfinał do Nowej Zelandii (Auckland lub Wellington) i na koniec raz jeszcze Australia, a w niej gra o medale. Trudno jednak powiedzieć, czy ostatecznie przyjdzie nam aż tyle podróżować, bo awans do najlepszej czwórki nie jawi się bynajmniej jako łatwe zadanie. O szansach i zagrożeniach porozmawiamy jeszcze jednak pewnie z tysiąc razy, więc póki co pożegnajmy się konstatacją, że gdy ostatnio tak mocno narzekaliśmy na losowanie, to skończyło się to najlepszym turniejem w historii szwedzkiej piłki. Powtórka oczywiście mile widziana, choć nie miejmy złudzeń: będzie to niezwykle ambitna misja.

Wynik niezły, gra słaba

fcrfcr

Powstrzymać wahadła Bayernu nie jest łatwo nawet w liczebnej przewadze (Fot. Getty Images)

O sytuacjach, w których jeden z rywali zdecydowanie przewyższa drugiego piłkarską jakością, zwykliśmy w Szwecji mówić, że przeciwnik ten był po prostu o kilka rozmiarów za duży. I przed inauguracją drugiej edycji nowej Ligi Mistrzyń trudno było uciec od takich sformułowań, choć z drugiej strony mieliśmy nadzieję, że dwunastokrotnie mistrzynie Damallsvenskan sprawią nam w chłodne, październikowe popołudnie miłą niespodziankę. Bo choć ekipa z Monachium jest klasą samą w sobie, to przecież w kadrze zespołu z Malmö również bez większego wysiłku znajdziemy medalistki mistrzyń świata, Igrzysk Olimpijskich, czy wreszcie zawodniczki jak najbardziej decydujące o obliczu swoich reprezentacji narodowych. O jakimkolwiek stawianiu Rosengård w roli faworytek nie mogło być oczywiście mowy, ale podopieczne trenerki Slegers miały jednak wystarczająco argumentów, aby na stadion w stolicy Bawarii wyjść nie tylko w celu poproszenia o najniższy wymiar kary. Aby właśnie tak się stało, trzeba było ten mecz rozegrać dobrze taktycznie, a sposobem na zaskoczenie Bayernu miał okazać się między innymi powrót do ustawienia przećwiczonego ostatnio w dwumeczu z norweskim Brann.

Czy cały ten misterny plan zdał egzamin? Niekoniecznie, gdyż akurat wahadła w zespole wicemistrzyń Niemiec funkcjonowały bez zarzutu w zasadzie przez cały mecz i gdyby tylko gospodyniom dopisało nieco więcej szczęścia, to same Rall i Simon mogły we dwójkę jeszcze w pierwszej połowie zamknąć nam jakiekolwiek emocje. Nie udało się także powstrzymać dynamicznych pomocniczek z Monachium, a rajdy Liny Magull oraz prostopadłe podania Georgii Stanway bez większego trudu znajdowały sporo luk w szwedzkiej defensywie. Tę ostatnią w ryzach starała się trzymać ustawiona dziś na pozycji numer sześć Rebecka Knaak, ale była piłkarka Freiburga w pojedynkę nie była w stanie przeciwstawić się coraz bardziej napierającym siłom wroga. I o ile w początkowych dwudziestu minutach obraz gry pozwalał nam mieć jakiekolwiek nadzieje na sukces, o tyle później dominacja Bayernu zaczęła uwidaczniać się w niemal każdym elemencie futbolowego rzemiosła. Co gorsza, po stronie Rosengård obejrzeliśmy standard doskonale znany z ligowych boisk, czyli beztroską defensywę, w której to świetne zagrania przeplatają się mniej więcej w identycznych proporcjach z kompletnie niewytłumaczalnymi błędami. I tak, gdy po drugiej stronie masz zawodniczki IFK Kalmar, to możesz pozwolić sobie nawet na stratę kilku niepotrzebnych goli, a mecz i tak się koniec końców wygra. Dziś jednak rywal reprezentował zdecydowanie inną ligę, a w niej puszczenie do siatki centrostrzału z trzydziestego metra, czy też brak umiejętności skutecznego wyczyszczenia pola bramkowego po interwencji własnej golkiperki równa się porażka. I w zasadzie tyle.

Oczywiście, oddajmy piłkarkom ze Skanii, co im należne. Udało im się na przykład strzelić Bayernowi gola, a sztuka ta od początku tegorocznego sezonu Bundesligi pozostaje misją nie do wykonania dla wszystkich klubów niemieckiej ekstraklasy. Co więcej, trafienie Lorety Kullashi absolutnie nie było dziełem przypadku, a pochwały za tę akcję należą się w równym stopniu samej strzelczyni, co każdej z tercetu Bredgaard – Knaak – Schough. Wystarczyło jednak, aby podrażnione utratą gola gospodynie zdecydowanie mocniej nacisnęły i ogromna dysproporcja w kulturze gry ujawniła się nam błyskawicznie. Doprowadzenie do remisu zajęło podopiecznym trenera Strausa niespełna dziesięć minut, a konsekwentna gra od początku drugiej połowy pozwoliła im stosunkowo szybko odwrócić losy rywalizacji. Warto oczywiście pamiętać, że jeszcze przy stanie 1-2 defensywę z Monachium próbowała postraszyć swoimi firmowymi dośrodkowaniami Olivia Schough, a Athina Lundgren niespodziewanie pocelowała zza szesnastki w poprzeczkę niemieckiej bramki, ale gdybyśmy zaczęli wyliczać tu dla równowagi sytuacje niewykorzystane przez Bayern, to akapit rozrósłby się nam do rozmiarów cokolwiek monstrualnych. Żałując okazji Schough pamiętajmy więc, że gdyby dzisiejszego dnia wszystko wpadało do sieci, to końcowy wynik oscylowałby gdzieś w granicach 8-3.

Europa Europą, ale oba kluby już w najbliższy weekend czekają niezwykle istotne, ligowe starcia. Bayern zmierzy się w meczu na szczycie Bundesligi z Wolfsburgiem i jest to wydarzenie, na które chyba nie trzeba wysyłać nikomu specjalnych zaproszeń. Nasza uwaga koncentrować będzie się jednak przede wszystkim na derbach Skanii, bo nawet jeśli porażka w Kristianstad najpewniej nie przeszkodzi piłkarkom z Malmö w skutecznej obronie tytułu, to w takich starciach na pierwszy plan zawsze wysuwa się ambicja, która zwyczajnie nie pozwala zagrać na mniej niż sto procent. A skoro tak, to pozostaje trzymać kciuki za to, żeby uraz Rebecki Knaak nie przeszkodził jej w niedzielnym występie, gdyż to właśnie niemiecka defensorka jest jedną z trzech (obok Sofie Bredgaard i Olivii Schough) liderek Rosengård w drugiej połowie sezonu i bez jej wsparcia powstrzymanie niezwykle bramkostrzelnego tercetu Pridham – Viens – Tindell może okazać się niezwykle problematycznym zadaniem.

b

Podsumowanie 23. kolejki

rasmus_ohlsson

Tove Enblom i Örebro prezentują się coraz lepiej po letnim, taktycznym makeoverze (Fot. Rasmus Ohlsson)

Momenty 23. kolejki:

Ligowe granie wznowiliśmy w Malmö, gdzie liderki z Rosengård w teorii miały dopisać do swojego dorobku łatwe trzy punkty. Do stolicy Skanii zawitała bowiem mocno poobijana Eskilstuna i choć do zawodniczek, które wciąż reprezentują barwy United mamy jak najbardziej bezgraniczny szacunek, to jednak po zespole, w którym jedyną rozpoznawalną twarzą na ławce rezerwowych jest trenerka Sadiku, cudów się nie spodziewaliśmy. A jednak! Obrończynie tytułu rozpoczęły z wielkim impetem, ale po całkiem obiecującym w ich wykonaniu pierwszym kwadransie, dalej było już tylko gorzej. A ośmielone takim stanem rzeczy przyjezdne zorientowały się, że w stolicy Skanii mogą nie tylko od czasu do czasu kopnąć sobie piłeczkę, ale nawet przejąć inicjatywę. I choć gra United też jakością nie powalała, to na przykład taka Mia Jalkerud miała nawet nie stu, a dwustuprocentową okazję na pokonanie Teagan Micah. A na tym nie koniec, bo w drugiej połowie obraz gry się nie zmienił i wciąż – wyłączając może sytuację z główką Mimmi Larsson – więcej czasu spędzaliśmy na połowie gospodyń. To wszystko nie przełożyło się jednak na jakąkolwiek zdobycz punktową, a to dlatego, że po stronie miejscowych w linii pomocy biegała pewna młoda Dunka, która w ostatnich tygodniach jest niewątpliwie jednym z objawień szwedzkich boisk. I to właśnie za sprawą kolejnego trafienia autorstwa Sofie Bredgaard zwycięstwo pozostało w piątkowy wieczór przy faworytkach. A my mogliśmy tylko zastanawiać się, czy dałoby się bardziej dosadnie podsumować obecny sezon; wszak bohaterką numer jeden w kadrze Rosengård została piłkarka, która do tego klubu trafiła … całkowicie przypadkiem, wskutek mało szczęśliwego dla siebie zbiegu okoliczności. Bo jakkolwiek irracjonalnie to zabrzmi, bez Bredgaard w składzie do Malmö mogłaby tej jesieni nie zawitać ani Barcelona, ani mistrzowska feta.

Piłkarska niedziela i na przystawkę konfrontacja Brommy z Vittsjö. Jeśli patrząc na taki zestaw uczestników nie robiliście sobie przesadnie wygórowanych oczekiwań, to oznacza to mniej więcej tyle, że jesteście całkiem rozsądni. Na Grimsta IP wielkiej gry się nie doczekaliśmy, przyjezdne zgodnie z planem odniosły pewne zwycięstwo, a Katrina Gorry i Clara Markstedt mogły wrócić pamięcią do lat dzieciństwa i co nieco się na zielonej murawie pobawić. A o to, żeby była to zabawa całkowicie bezstresowa, odpowiednio zadbały już gospodynie, które nawet gdy udało im się dojść do jakiejś sensownej sytuacji, pudłowały w stylu wprost niewyobrażalnym. Zdecydowanie więcej obiecywaliśmy sobie po rywalizacji na LF Arenie, bo przecież wciąż niepokonane jesienią Piteå zmierzyło się tam z nieporzucającym bynajmniej medalowych aspiracji Linköping. Jeszcze kilka tygodni temu z tej okazji ostrzylibyśmy sobie zęby na prawdopodobnie epickie pojedynki Fanny Andersson z Olgą Ahtinen o dominację w środku pola, ale nawet pod nieobecność czołowej pomocniczki klubu z Norrbotten sam mecz i tak zapowiadał się nader ciekawie. I to pomimo faktu, że pogoda na dalekiej Północy ewidentnie nie zachęcała do jakiejkolwiek sportowej aktywności. W tych trudnych warunkach zdecydowanie lepiej odnalazły się jednak przyjezdne, a faktorem X prowadzącym do ich zwycięstwa miała być perfekcyjnie funkcjonująca prawa flanka. To właśnie ze strony zarządzanej przez Stinę Lennartsson oraz Amalie Vangsgaard czyhało na gospodynie największe zagrożenie, ale dzięki kombinacji sporej dawki szczęścia i ofiarności niezniszczalnej Faith Ikidi (mocna kandydatka do interwencji sezonu!) na boisku w Piteå długo utrzymywał się bezbramkowy remis. Ten stan rzeczy zmienił jednak jeden stały fragment gry, po którym najbardziej przytomnie zachowała się w szesnastce Nellie Karlsson, na raty pokonując Amandę McGlynn. W drugiej połowie zdecydowanie mocniej nacisnęły gospodynie, które nawet pozbawione duetu Andersson – Johansson na kierownicy potrafiły momentami zmusić zawodniczki z Linköping do sporego, defensywnego wysiłku. Upragnionego gola strzelić im się jednak nie udało, dzięki czemu podopieczne trenera Jeglertza zapisały na swoim koncie jeszcze jedno wyszarpane w naprawdę niełatwych warunkach zwycięstwo. A niejako przy okazji Stina Lennartsson oraz Olga Ahtinen zdążyły się jeszcze wykartkować na najbliższy mecz przeciwko Kalmar. Czy ta taktyka za dwa tygodnie przyniesie oczekiwane owoce? Czas pokaże, ale w Östergötland są już naprawdę blisko całkiem sporego sukcesu.

A w tym wszystkim niemała zasługa piłkarek z Behrn Areny, które znów pokazały, że nawet bez Jenny Hellstrom i Anny Sandberg potrafią postawić się najlepszym. W rywalizacji z Rosengård punktów urwać się jeszcze nie udało, ale Kristianstad nie miał już na boisku w Närke tyle szczęścia. Taktyka zaproponowana przez trenera Rickarda Johanssona raz jeszcze okazała się strzałem w dziesiątkę i nie będzie przesady w stwierdzeniu, że odnowione Örebro jest tej jesieni jednym z niewielu promyków radości w cokolwiek smutnym krajobrazie Damallsvenskan. Bo trzeba podkreślić, że osłabiony Kristianstad wcale nie zagrał na Behrn Arenie źle, a mimo tego poniósł tam całkowicie zasłużoną porażkę. A my znów mogliśmy rozpływać się nad tym, jak w nowych dla siebie rolach kapitalnie prezentują się Lockwood i Agustsdottir, jak dobrze układa się współpraca w duecie Hoff Persson – Pechersky, czy wreszcie jak wspaniałym przeglądem pola dysponuje mocno niedoceniana Kollanen. Tak, być może te pochwały są minimalnie na wyrost, ale wreszcie doczekaliśmy się nieoczywistego zespołu, który pokazał, że w tej lidze z taką kadrą da się stworzyć naprawdę interesujące widowisko. I za to, bez względu na osobiste sympatie lub antypatie, należą się słowa uznania.

Na pozostałych arenach aż takich uniesień nie było, choć emocji (niekoniecznie podyktowanych wysokim poziomem sportowym) doczekaliśmy się zaskakująco dużo. Na stadionie w Umeå mogliśmy na przykład zobaczyć, jak po strzałach głową do siatki trafiają kolejno Tilde Lindwall oraz Katariina Kosola, czyli zawodniczki bynajmniej nie słynące z doskonałej gry w powietrzu. Ich gole nie były jednak tego popołudnia jedynymi, jakie padły w rywalizacji beniaminka ze stołecznym Djurgården, gdyż w doliczonym czasie pierwszej połowy na uderzenie z dystansu zdecydowała się Olivia Holm, dzięki czemu gospodynie wygrały swój pierwszy ligowy mecz od pół roku. Skromnym 2-1 zakończyła się także wyprawa wicemistrzyń z Hisingen do Kalmaru, gdzie o emocje w końcówce zadbały Hanna Wijk do spółki z Allison Pantuso i sędzią Lovisą Johansson. Ostateczne jednak trzystuosobowa grupa kibiców ze Småland nie doczekała się sensacyjnego rozstrzygnięcia. Ligowy weekend zamknęła nam derbowa rywalizacja Solnej z Södermalm, czyli starcie AIK vs Hammarby. I choć w teorii to gospodynie grały tu o większą stawkę, to na boisku piłkarska jakość była zdecydowanie po stronie Zielono-Białych. A że te ostatnie miały w swoim składzie takie zawodniczki jak Cooney-Cross czy Vinberg, to komplet punktów pozostał przy grających jeden ze słabszych meczów w tej fazie sezonu Bajen.

Komplet wyników:

picks23

Przejściowa tabela:

dam2

Klasyfikacje indywidualne:

Luźne wnioski po kadrze

gu

Takiej frekwencji na meczu kadry Gamla Ullevi nie widział od EURO 2013 (Fot. Bildbyrån)

Czekacie na niedzielne emocje w Damallsvenskan? Jeśli tak, to bardzo słusznie, ale zanim znów na dobre pochłonie nas ligowa rzeczywistość, warto raz jeszcze podsumować to, co już za nami. Tym bardziej, że już dawno nie zdarzyło nam się kończyć reprezentacyjnej przerwy z poczuciem tak dobrze wykonanego przez nasze kadrowiczki obowiązku. A skoro tak, to chwilo trwaj a my cieszmy się, póki czas. Oto seria luźnych wniosków po Hiszpanii i Francji:

1. Pierwszych dwadzieścia minut w Kordobie to był poziom tokijskiego meczu przeciwko USA. Tak, dokładnie TEGO meczu.

2. Później rywalkom udało się złapać charakterystyczny dla siebie rytm, ale przyznacie, że wspaniale oglądało się momenty, kiedy potrafiliśmy stłamsić Hiszpanię, używając do tego jej własnych metod. A sztuka ta nie udała się przecież nawet Angielkom i Amerykankom.

3. Długo czekaliśmy aż Hanna Bennison rozegra tak naprawdę swój mecz w kadrze i … wreszcie się doczekaliśmy. Jest zdecydowanie zbyt wcześnie, aby październik 2022 nazywać przełomem w jej reprezentacyjnej karierze, ale wiemy przynajmniej tyle, że narodowe barwy dziewiętnastolatki z Evertonu nie parzą. A to już cenna wiedza, gdyż historia szwedzkiego futbolu doskonale zna i takie przypadki.

4. Rebecka Blomqvist w kadrze zagrała od lipca kilka razy więcej minut niż w drużynie klubowej, ale jak widać nawet będąc ofensywną opcją numer sześć-siedem w talii trenera Stroota, można przywieźć na zgrupowanie naprawdę dobrą formę.

5. Jeśli jednak ktoś miał nadzieje, że dobra gra Blomqvist zachwieje hierarchią w Wolfsburgu, ten może (choć nie musi) się przeliczyć. Pajor, Popp, Brand, Huth i Wassmuth ani myślą zwalniać tempa.

6. Stina Blackstenius znów pokazała, że w tym wydaniu kadry może być w niej kimś więcej niż tylko klasyczną dziewiątką. Ot, taka napastniczka na dziewięć i pół.

7. O tym, jak ważny jest komfort na tej pozycji, dobitnie przekonał nas mecz z Francją. Podopieczne trenerki Diacre pod nieobecność Katoto wyglądały na zespół całkowicie pozbawiony przednich zębów.

8. Oczywiście, doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że przeciwko nam z różnych względów nie mogły zagrać takie zawodniczki jak Katoto, Majri, czy Karchaoui. Ale nie dajmy się zwariować … po drugiej stronie mieliśmy do powstrzymania przeciwniczki pokroju Diani, Geyoro i Cascarino i nie pozwoliliśmy im stworzyć pół dogodnej sytuacji.

9. Zecira Musovic miała przed sobą zdecydowanie najpoważniejszy, reprezentacyjny test. I trzeba przyznać, że go zdała, aczkolwiek z wynikiem zdecydowanie bliższym sześćdziesięciu niż stu procent.

10. Filippa Angeldal ewidentnie obrała kurs na stanie się kolejną zawodniczką, która w kadrze Gerhardssona regularnie prezentuje 110% swoich aktualnych możliwości. Potencjał ewidentnie jest, teraz tylko niech nauczą się z niego mądrze korzystać także w błękitnej części Manchesteru. Z pożytkiem dla wszystkich.

11. Selekcjoner wiele razy dawał do zrozumienia, że najważniejsza jest nie tyle taktyka, co jej wykonawczynie. I prawda ta raz jeszcze znalazła potwierdzenie w praktyce. W meczu z Francją przechodzenie z ustawienia w trójce do klasyki z czwórką defensorek wyglądało tak płynnie, że nawet nas to momentami zaskakiwało. A my się dziwimy Francuzkom.

12. Zdecydowanie lepiej niż w Kordobie prezentowały się także statystyki wygranych pojedynków powietrznych. A to o tyle istotne, że przy naszej grze nie możemy pozwalać sobie na to, aby przeskakiwały nas rywalki o parametrach Redondo czy del Castillo.

13. Jonna Andersson kończy właśnie swój najbardziej udany pod względem występów w reprezentacji rok. I to nie tylko pod względem liczb (2 gole, 6 asyst), ale przede wszystkim roli, jaką pełni w zespole. Rola półwahadłowej, schodzącej w razie potrzeby jako uzupełnienie lewej flanki bloku defensywnego wydaje się wręcz pod nią skrojona.

14. Laurki laurkami, młodzieżówka młodzieżówką, ale naprawdę potrzebujemy Hanny Wijk oraz Matildy Vinberg w samolocie lecącym za miesiąc do Australii. Bo zamknięcie tej kadry w takim momencie, choć kuszące, na koniec obróci się przeciwko niej.

15. A właśnie: wyobrażacie sobie jak wychodzimy na Australijki z Andersson i Wijk na wahadłach? Jak mawiają nasi amerykańscy przyjaciele It’s not gonna happen, ale to byłoby naprawdę coś pięknego.

16. Póki co ani słowa nie poświęciliśmy Kosovare Asllani oraz Fridolinie Rolfö, ale to oznacza mniej więcej tyle, że u naszych liderek stabilizacja. Choć Kosse i tak jak zawsze dołożyła od siebie coś ekstra: bez jej magii nie byłoby ani gola Blomqvist, ani trafienia Janogy.

17. Magdalena Eriksson, podobnie jak podczas EURO, znów przyprawiła nas o szybsze bicie serc. Przeciwko Francji kapitanka Chelsea była już jednak zdecydowanie bardziej pewna i oby było to zapowiedzią szybkiego powrotu do topowej dyspozycji.

18. Tak, czy inaczej, tercet Ilestedt – Björn – Eriksson na tę chwilę wydaje się być najbardziej prawdopodobną, defensywną opcją na przyszłoroczny mundial. A przynajmniej na jego start, bo w praniu i tak skorzystamy jeszcze z przynajmniej dwóch alternatyw. Jakaś baza jest jednak potrzebna i miło widzieć jej zalążek.

19. Wiele czołowych reprezentacji opiera obecnie siłę swojej ofensywy na mocnych skrzydłach, a my akurat w tym aspekcie musimy pilnie poszukać rezerw. I tak, efektowne rajdy Jonny Andersson niewątpliwie robią sporo pozytywnego zamieszania, ale mamy na myśli bardziej zawodniczkę o charakterystyce zbliżonej do najlepszej wersji Josefine Öqvist lub … Liny Hurtig z czasów Linköping. Jonas Eidevall na ratunek?

20. A tak przy okazji: nie wiem, czy słyszeliście, ale wyprzedaliśmy Gamla Ullevi na październikowy mecz towarzyski! Jasne, że słyszeliście, ale to brzmi tak pięknie, że warto wykorzystać każdą okazję, żeby to przypomnieć!

Typujemy finisz Damallsvenskan

da

Obiekt pożądania wszystkich klubów Damallsvenskan (Fot. damfotboll.com)

Przerwa reprezentacyjna oficjalnie zakończona, za oknem klimaty zdecydowanie jesienne, więc gdy dodamy dwa do dwóch to wyjdzie nam, że już za chwilę powinniśmy poznać najważniejsze rozstrzygnięcia roku w szwedzkiej piłce klubowej. I choć nasza liga ostatnimi czasy dostarcza nam emocji nie tylko pozytywnych (dodajmy, że nie z winy samych zawodniczek i klubów), to jednak jakoś nie sposób nie emocjonować się finiszem rozgrywek nawet w takiej formie. Jedni mówią, że tak naprawdę najważniejsze karty zostały już w zasadzie rozdane, inni natomiast przekonują, że – jak to już wielokrotnie u nas bywało – październikowo-listopadowe szaleństwo znów wymknie się jakiejkolwiek logice, przewracając nam całkowicie układ sił w ligowej tabeli. Kto w tym sporze ma rację? Dziś tego nijak nie stwierdzimy, a całą dyskusję i tak zakończymy konkluzją, że prawdę ujawni nam jak zawsze boisko. Ale przecież z drugiej strony nic nie stoi na przeszkodzie, aby pobawić się w typowanie ostatnich czterech kolejek jesieni w Damallsvenskan. A później tradycyjnie wrócimy tu i pośmiejemy się z tego, jak bardzo przewidywania te rozminęły się ze stanem faktycznym. I mówiąc całkowicie szczerze: oby tak się stało, bo byłoby to równoznaczne z tym, że nasza liga wbrew pozorom wciąż potrafi zaskakiwać, a to przez lata było jej niezaprzeczalnym atutem.

race22

Rosengård: zaczynają u siebie z Eskilstuną, która dopiero co urwała punkty również walczącemu o najwyższe cele Kristianstad. W Malmö jednak wyciągną z tej lekcji odpowiednie wnioski i nie powtórzą błędów popełnionych przez sąsiadki ze wschodu. A jeśli tak się stanie, to piłkarska jakość powinna sprawić, że trzy punkty pewnie i bez turbulencji pozostaną w stolicy Skanii. Taki scenariusz sprawiałby, że do derbowego starcia podopieczne trenerki Slegers mogą podejść z całkiem sporym marginesem błędu i nawet porażka nie zepchnie ich z pole position w mistrzowskim wyścigu. Ambicja nie pozwoli im jednak w Kristianstad przegrać, dzięki czemu obejrzymy kapitalne widowisko, zakończone ostatecznie remisem 2-2. Oznacza to, że koronacja zostanie na chwilę odłożona w czasie, ale mistrza i tak poznamy jeszcze w październiku, a najbardziej pożądany w kraju puchar pozostanie na kolejny rok w gablocie w Malmö.

Kristianstad: w dramatycznych okolicznościach wywiozą trzy punkty z Närke, choć długimi fragmentami będzie zanosić się na to, że mistrzowski sen KDFF zakończy się w najmniej spodziewanym momencie. Wtedy jednak na scenie pojawi się kompletnie nieoczywista bohaterka i to za jej sprawą domowe starcie z Rosengård nie straci na znaczeniu jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Na mecz z lokalnymi rywalkami do topowej dyspozycji wróci niezatapialny duet Viens – Tindell, ale wywalczony w niezłym stylu jeden punkt pozostawi poczucie sporego niedosytu. Miejsce na ligowym podium uda się wprawdzie odzyskać w przedostatniej kolejce, dzięki fantastycznemu, wyjazdowemu zwycięstwu nad Linköping, ale nawet mały festiwal strzelecki przeciwko Umeå nie pozwoli już doścignąć w tabeli rywalek z Hisingen.

Linköping: mają w składzie Olgę Ahtinen oraz Amalie Vangsgaard, a to oznacza tyle, że są zdolne do rzeczy naprawdę wielkich. Nie możemy więc wykluczyć scenariusza, w którym po niezwykle prestiżowych zwycięstwach nad Eskilstuną, Vittsjö, czy Hammarby udaje im się zdobyć również LF Arenę. Taki bieg wydarzeń jest przez fanów w Östergötland niezwykle pożądany, ale i tak decydujący dla być albo nie być w czołowej trójce mecz czeka piłkarki LFC 28. października, kiedy to na Arenę Linköping zawita Kristianstad. I choć w tej rywalizacji możliwe jest absolutnie każde rozstrzygnięcie, to tym razem skłaniamy się minimalnie w kierunku zwycięstwa gości. A skoro tak, to na koniec sezonu jeszcze remis na Behrn Arenie i czwarta lokata, która mając na uwadze przebieg sezonu będzie smakować niezwykle gorzko.

Häcken: najtrudniejsza część rundy już za nimi, a z pozostałych do rozegrania meczów największym wyzwaniem wydaje się ten przeciwko Piteå. Szczęście drużyny prowadzonej przez Roberta Vilahamna polega jednak na tym, że gości z dalekiej Północy Häcken podejmie u siebie w Hisingen, co znacząco zwiększa ich szanse w tym zestawieniu. Typujemy więc, że trzy punkty zostaną na Bravida Arenie, a w pozostałych meczach … po prostu nie ma gdzie się potknąć. Jasne, rok temu Osy w kompromitującym stylu zremisowały bezbramkowo na stadionie w Solnej, ale tegoroczny AIK to zespół jeszcze bardziej rozbity i zniechęcony do czegokolwiek konstruktywnego. A w takim Djurgården chęci do gry przejawiają wyłącznie Almqvist, Hed oraz Motlhalo, a to też nie zawsze. Häcken dopisze więc do swojego dorobku komplet dwunastu punktów, Pauline Hammarlund zakończy kampanię z dwucyfrową liczbą goli, Hanna Wijk wskoczy nam do jedenastki sezonu, a potknięcia rywalek sprawią, że w Hisingen będą mogli cieszyć się z tytułu wicemistrzowskiego.

PS. nie czekajcie na podobny wpis dotyczący walki sytuacji w dolnej połówce tabeli, bo naprawdę nie sposób poważnie (no dobrze, w miarę poważnie) analizować coś, co samo w sobie poważne ani trochę nie jest.