The Chester Report (V)

swesup

Na trybunach w Leigh zasiądzie około 1500 szwedzkich kibiców (Fot. Pontus Orre)

Wczoraj Norwegia, dziś Dania, a jutro … też jest dzień. Nie da się jednak ukryć, że jak dotąd EURO 2022 z całą pewnością nie jest imprezą skandynawskich drużyn. Bo odpaść, nawet w fazie grupowej, jak najbardziej można, ale zarówno zespołowi prowadzonemu przez Martina Sjögrena, jak i podopiecznym Larsa Søndergaarda do awansu zabrakło zdecydowanie więcej niż sugerowałyby suche wyniki. A i one nie prezentują się przecież jakoś specjalnie imponująco. Oczywiście, te skądinąd nierówne boje odpowiednio z Austrią i Hiszpanią absolutnie nie wzięły się znikąd, ale nad problemami naszych nordyckich przyjaciół pochylimy się chyba przy nieco innej okazji. A to dlatego, że za kilkanaście godzin sami staniemy do rywalizacji, w której marginesu na błąd zwyczajnie nie będzie, a ewentualna wpadka sprawi, że mocno przedwcześnie przyszłoby nam podzielić norwesko-duński los.

Takiego scenariusza nie bierzemy rzecz jasna w ogóle pod uwagę, ale gdy jeszcze kilkanaście dni temu wizualizowaliśmy sobie angielski turniej, to wieńczący grupowe zmagania mecz z Portugalią zdecydowanie nie jawił nam się jako nieformalna potyczka w ramach 1/8 finału. Jasne, nie jest to do końca prawda (wszak do awansu do kolejnej fazy szwedzkim piłkarkom w zupełności wystarcza remis), ale w jakimś sensie zagramy jutro o wszystko z zespołem, który o swoim udziale w turnieju finałowym dowiedział się przed kilkoma tygodniami. I choć będziemy w tej rywalizacji wyraźnymi faworytkami, to nie możemy nieobliczalnego przeciwnika lekceważyć. Futbolowa rzeczywistość wygląda bowiem tak, że póki co to zawodniczki z Półwyspu Iberyjskiego strzeliły na angielskich boiskach więcej goli, a dynamiczna i eksplozywna Jessica Silva zachwyciła nas do tego stopnia, że ani trochę nie zazdrościmy w tej chwili naszym bocznym defensorkom tego, co może czekać je za kilkanaście godzin na murawie stadionu w Leigh. Tym bardziej, że zarówno Holenderki, jak i Szwajcarki momentami potrafiły wsadzić szwedzkie obrończynie na niezbyt przyjemną karuzelę. Doceniając klasę pomocniczki Benfiki, pamiętamy jednak także o zdecydowanie słabszych punktach portugalskiej kadry. A tych zarówno po lutowym meczu towarzyskim (kto by wtedy pomyślał, że tak szybko i w takich okolicznościach dojdzie do powtórki), jak i po dwóch kolejkach EURO wynotowaliśmy naprawdę wiele. Podstawowe błędy w kryciu przy stałych fragmentach, pozostawianie zdecydowanie zbyt dużo wolnej przestrzeni tuż przed własną szesnastką, czy wreszcie ubytki motoryczno-szybkościowe to tylko niektóre z nich. A układa się to wszystko o tyle szczęśliwie, że w kadrze mamy zawodniczki wręcz stworzone do tego, aby z tych niedoskonałości skorzystać. Tyle tylko, że w podobny sposób ocenialiśmy to już przed Szwajcarią, a boiskowa rzeczywistość ostatecznie znacząco różniła się od tej z naszych wyobrażeń. Nie chce się jednak wierzyć, żeby kilka z naszych planów A nie zafunkcjonowało skutecznie w przynajmniej jednym meczu grupowym, w związku z tym obstawiamy jutro przynajmniej jednego szwedzkiego gola po stałym fragmencie i jednego po dośrodkowaniu spod linii końcowej. I tej wersji, przynajmniej do godziny 19:00, będziemy się mocno trzymać.

Jeśli chodzi o kwestie pozasportowe, to na pierwszy plan zdecydowanie wysunęły się w tej chwili dwa tematy. Pierwszy, zdecydowanie mniej zagmatwany, dotyczy kontuzji stopy Caroline Seger, która z tego właśnie powodu opuściła przedmeczowy trening. Szwedzka kapitanka na pewno znajdzie się jutro w kadrze meczowej, ale jej występ w większym wymiarze czasowym wydaje się jednak mało prawdopodobny, co otwiera selekcjonerowi furtkę do nieco bardziej odważnych rotacji w drugiej linii. Inną gorącą kwestią pozostaje także stan murawy w Leigh, krytykowany solidarnie przez szwedzkie zawodniczki i sztab szkoleniowy. Podczas ostatniej konferencji Peter Gerhardsson starał się stosować klasyczny, nordycki humor, obracając ten problem w żart, ale nienaturalnie sucha nawierzchnia, choć identyczna dla obu ekip, z pewnością nie będzie naszym sprzymierzeńcem. Szwedzki trener był jednak wdzięczny, że na tej przypominającej nieco sztuczną murawę płycie udało się przeprowadzić jeden oficjalny trening i teraz pozostaje tylko mieć nadzieję, że spędzony na niej czas nie okaże się ostatecznie czasem zmarnowanym. Bo na gruntowne zabiegi last minute liczyć raczej nie możemy, a ewentualne zroszenie na dłuższą metę wiele nam nie pomoże. Jutrzejsze popołudnie w obszarze metropolitalnym Manchesteru zapowiada się bowiem niezwykle sucho i upalnie, a warunki mogą okazać się zbliżone do tych, które towarzyszyły nam podczas ćwierćfinału francuskiego mundialu. Oby podobny okazał się także końcowy wynik, bo na wszystkich lokalnych stacjach i we wszystkich galeriach handlowych mijamy ogłoszenia przestrzegające przed dalekimi podróżami podczas trzech najbliższych dni. A skoro mądrzy ludzie radzą, to warto się to ich zaleceń stosować i w drogę powrotną do domu wybrać się nieco później. Całkiem ciekawą datą wydaje się tu na przykład 1. sierpnia.

PS. ale gdyby ktoś myślał, że prognozowane podczas jutrzejszego meczu 34 stopnie w cieniu to ostatnie słowo angielskiej pogody, to zdecydowanie tak nie jest. Grupa D rozegra swoje mecze w jeszcze bardziej upalny poniedziałek (choć tam mają to szczęście, że pierwszy gwizdek zaplanowano im na godzinę 20:00), a we wtorek słupki rtęci mają dobić nawet do czterdziestki. Atmosfera schłodzi nam się dopiero na ćwierćfinały, ale zrobi to w stylu nie gorszym niż występ Beth Mead przeciwko Norwegii, czyli gwałtownie i konkretnie.

The Chester Report (IV)

swesui

Pierwsze zwycięstwo na turnieju nie zawsze wywołuje entuzjazm (Fot. Pontus Orre)

Trzy punkty – są. Druga na turnieju asysta Kosovare Asllani – jest. Fridolina Rolfö udowadniająca, że Diamentowa Piłka trafiła w jej ręce absolutnie zasłużenie – odhaczone. Zmienniczki w osobach Kaneryd, Bennison i Blomqvist potwierdzające słowa selekcjonera, że zdecydowanie ważniejsze od składu personalnego wyjściowej jedenastki bywa to, kto mecz kończy – jak najbardziej. W jakich zatem nastrojach opuszczamy gościnne i żółto-niebieskie w ostatnich dniach Sheffield? Ujmiemy to dyplomatycznie: bywało lepiej. A to dlatego, że w tym miejscu zakończyliśmy właśnie wyliczanie pozytywów po wymęczonym zwycięstwie nad osłabioną Szwajcarią. No dobrze, moglibyśmy jeszcze dopisać do listy heroiczną interwencję Nathalie Björn, dzięki której nie wpadliśmy w pewnym momencie w jeszcze większe tarapaty, ale przecież środowe popołudnie na Bramall Lane miało od początku do końca wyglądać zupełnie inaczej. To nasze przeciwniczki miały tego dnia zmierzyć się z przeszkodami nie do pokonania, a my – śladem Niemek, Angielek i Austriaczek – mieliśmy ich słabości wypunktować. Tyle tylko, że teoria swoje, a praktyka swoje. I nawet jeśli możemy spierać się do tego, czy gol autorstwa Rebecki Blomqvist rzeczywiście padł z milimetrowego spalonego, to w niczym nie zmienia to faktu, że występ szwedzkich piłkarek daleki był od poziomu, którego mamy prawo od tego zespołu oczekiwać. I może to nawet lepiej, że w samej końcówce wyniku nie udało się podreperować, bo ewentualne 4-1 lub 5-1 mocno zaciemniłoby niektórym ekspertom i kibicom meczowy obraz. Podobnie zresztą jak już wiele razy w przeszłości.

Kto zaglądał tutaj regularnie przed turniejem, ten doskonale wie, jak wiele miejsca poświęciliśmy dyskusjom na temat niedostatków szwedzkiej defensywy, ze szczególnym uwzględnieniem pozycji bramkarki. I po dwóch meczach angielskiego EURO trzeba ze smutkiem przyznać, że obawy te nie były bynajmniej na wyrost. Tak, w latach 2015-2016 Hedvig Lindahl była postacią numer jeden w szwedzkiej kadrze, ale jak widać nie ma przypadku w tym, że w madryckim Atletico rywalizację o miejsce między słupkami nasza doświadczona golkiperka przegrywała najpierw z Pauline Peyraud-Magnin, a następnie z Dolores Gallardo. Z drugiej strony, nawet podczas dwuletniego, hiszpańskiego epizodu Lindahl przytrafiały się także pojedyncze występy iście kapitalne, ze szczególnym uwzględnieniem starć z FC Barceloną. Czy zatem możemy mieć nadzieję, że również w reprezentacji przełamanie nastąpi w najbardziej kluczowym momencie? Cóż, po wiosennych meczach towarzyskich, a także dwóch potyczkach na EURO trudno znaleźć ku temu racjonalne przesłanki, ale jednak cały czas mówimy przecież o piłkarce wybitnej, a przy tym niesamowicie ambitnej i świadomej. Ani trochę nie zdziwimy się zatem, jeśli na przykład za nieco ponad tydzień szwedzka golkiperka kolejny już raz w swojej karierze stanie się bohaterką pozytywną. A dzisiejsze dywagacje zakończmy ponownymi podziękowaniami w kierunku Nathalie Björn i jej głowy, która znalazła się tam, gdzie akurat znaleźć się powinna. Bo gdyby było inaczej, to zrobiłoby się naprawdę niewesoło …

Zgodnie z naszymi zapowiedziami, Gerhardsson wrócił dziś do ustawienia sprawdzonego i wielokrotnie zweryfikowanego przez boisko. Czwórka defensorek miała gwarantować stabilizację w tyłach, ale jeszcze przed przerwą aż dwa razy o szybsze bicie serc przyprawiła nas Magdalena Eriksson. Sporo uwag mieliśmy także do postawy Hanny Glas, która w pomeczowych statystykach nie wygląda może najgorzej (ale to głównie zasługa równie bezbarwnych Aigbogun i Reuteler), ale na boisku pożytku z prawego wahadła nie mieliśmy w zasadzie żadnego. A przecież aż prosiło się o to, aby niestanowiące przecież w tym sektorze boiska monolitu rywalki nacisnąć zdecydowanie mocniej, próbując zmusić je do błędów. To zapewniłoby przy okazji wsparcie dla Liny Hurtig, która starała się pozostawać pod grą, ale momentami była w swoich ofensywnych poczynaniach całkowicie osamotniona. Podobnie zresztą jak Stina Blackstenius, która na dodatek najwyraźniej przypomniała sobie czasy gry w Linköping, kiedy to jej znakiem firmowym numer jeden były taśmowo marnowane okazje bramkowe. Demony przeszłości z pełną mocą powróciły dziś na Bramall Lane i znów pozostaje wierzyć, że jest to wyłącznie stan przejściowy. Niezwykle trudno ocenić za to postawę szwedzkiej drugiej linii, która od gry odcinana była w równym stopniu przez Szwajcarki, co przez … koleżanki z formacji defensywnej. Oczywiście, długie, prostopadłe piłki miały być jednym z flagowych pomysłów na drugą i trzecią kolejkę fazy grupowej, ale szczególnie w rywalizacji z Helwetkami aż prosiło się o częstsze łamanie schematu i oddanie futbolówki pod nogi Seger lub Angeldal. Poza pierwszym kwadransem żadna z naszych środkowych pomocniczek nie była jednak pierwszoplanową postacią w kreacji, co mocno ograniczyło nam arsenał ofensywnych opcji.

Całe szczęście, że po murawie w Sheffield biegała Fridolina Rolfö, która najpierw sama pokonała Thalmann (kapitalna asysta Asllani, który to już raz?), a następnie miała niezwykle istotny udział przy efektownym trafieniu Hanny Bennison. W tej ostatniej sytuacji największe brawa i ukłony należą się jednak Johannie Kaneryd, która pojawiła się na placu gry w 68. minucie i pokazała to, co doskonale znają kibice regularnie odwiedzający Bravida Arenę. Intensywność, przebojowość, szczypta szaleństwa – to wszystko wystarczyło, aby zapisać na swoim koncie decydujący odbiór, który – jak się miało chwilę później okazać – załatwił nam trzy punkty. Swój kwadrans dostała od selekcjonera także Rebecka Blomqvist i nie da się ukryć, że wejście zawodniczki Wolfsburga również należało do tych, które niewątpliwie zostaną dobrze zapamiętane. Inna sprawa, że w tej fazie meczu Szwajcarki zostawiały nam tak dużo przestrzeni do gry, że na tle tak wyglądającego motorycznie rywala nietrudno było pokazać się z korzystnej strony. Szczególnie w sytuacji, gdy samemu dysponowało się świeżym zapasem sił. Ani trochę nie zdziwimy się jednak, jeśli przeciwko Portugalii grę Johanny Kaneryd będziemy mogli podziwiać w nieco dłuższym wymiarze czasowym.

No dobrze, nie był to na pewno wybitny dzień szwedzkiego piłkarstwa, ale jednak przesadą byłoby kończyć go w minorowych nastrojach. Opuściliśmy ostatnie miejsce w grupie (oby już na zawsze), mamy pierwsze na turnieju zwycięstwo, a z wielu uwydatnionych dziś problemów doskonale zdawaliśmy sobie przecież sprawę tydzień, miesiąc, czy pół roku temu. A jeśli ktoś z zupełnie nieracjonalnych powodów uległ złudzeniu, że oto nagle staliśmy się Anglią, Francją, czy Hiszpanią … nic na to nie poradzimy, bo żadną z tych nacji ani nie jesteśmy, ani nie będziemy, ani nawet do takiego miana nie aspirujemy, co zresztą do znudzenia było tu podkreślane. I jeżeli rzeczywiście pozostaniemy w Anglii jeszcze ze dwa tygodnie (bo w sumie czemu nie, choć trochę gorąco), to zrobimy to we własnym, szwedzkim stylu. A szanse na ewentualny sukces oceniam dokładnie tak samo, jak przed pierwszym gwizdkiem na EURO. Czyli, mówiąc w największym uproszczeniu, atakujemy z drugiego szeregu i trafiamy z najlepszym dniem wtedy, kiedy będziemy go najbardziej potrzebować. Kilka razy się sprawdziło, więc czemu by nie teraz? Trzymajcie się zdrowo, do następnego razu!

The Chester Report (III)

chester

Otwarty trening szwedzkiej kadry w bazie w Chester (Fot. Pontus Orre)

Nie, to nie będzie kolejny z tekstów o wczorajszej klęsce reprezentacji Norwegii. A przynajmniej nie tylko. Choć podopieczne Martina Sjögrena naprawdę mocno postarały się, aby we wtorkowe popołudnie stać się bohaterkami numer jeden każdego piłkarskiego nagłówka. A konkurencję miały sporą, bo przecież zarówno grające wspaniały koncert Angielki, jak i całkowicie bezużyteczny i ponownie oblewający egzamin futbolowej dojrzałości system VAR także zrobiły w tym celu naprawdę wiele. Tyle tylko, że całkowicie niespodziewana bezradność, mieszająca się momentami z kompletnie nieuzasadnioną agresją (starcie Celin Bizet Ildhusøy z Leah Williamson) w wykonaniu norweskiego zespołu stała się obrazkiem, który już na zawsze pozostanie z nami jako jeden z symboli EURO 2022. I nie zmaże go ani ewentualne zwycięstwo nad Austrią, ani nawet dobrze zagrany ćwierćfinał, choć w ten ostatni scenariusz w Oslo, Trondheim, czy Bergen nie wierzy już chyba nikt. Bądźmy szczerzy, gdyby ktoś przypadkowo włączył wczorajsze starcie, to mógłby pomyśleć, że w czerwono-granatowych strojach biegają po murawie w Brighton Łotyszki, Macedonki lub reprezentantki Luksemburga. Ale o ile w przypadku tych amatorskich reprezentacji klęska w rywalizacji z drużyną Sariny Wiegman była niejako wliczona w koszty, o tyle w przypadku trenujących na co dzień w naprawdę wielkich klubach Norweżek o żadnych okolicznościach łagodzących nie może być mowy. I choć wciąż mamy ogromny szacunek do fantastycznej kadencji trenera Sjögrena w Linköping, to musimy jasno stwierdzić, że ten związek przyszłości zdecydowanie nie ma i w sztabie szkoleniowym kadry naszych sąsiadek czas na radykalne zmiany. A moment na to o tyle dobry, że tamtejsza reprezentacja do lat dziewiętnastu właśnie była o kilkanaście sekund od dogrywki w finale EURO w swojej kategorii wiekowej. Wracając jednak do Anglii i spraw bieżących, nie da się ukryć, że pierwszy tydzień turnieju upłynął nam pod znakiem kompromitacji Dunek, a na początek drugiego ich niechlubny wyczyn o dwie długości (dosłownie i w przenośni!) postanowiły pobić Norweżki. Ech, i kto znów musi bronić honoru Skandynawii?

No właśnie, remis na otwarcie za nami, ale wszyscy czekają już na pierwsze podczas tej imprezy trzy punkty, aby wreszcie stworzyć sobie okazję do pełnowymiarowej celebracji. Przygotowania do misji Szwajcaria ruszyły już na dobre, choć poniedziałek upłynął naszym kadrowiczkom pod znakiem testowania i otwartego treningu. A na ten ostatni nadspodziewanie licznie zjechali się do Chester szwedzcy sympatycy, którzy na swoją bazę wypadową podczas EURO wybrali Sheffield, Manchester, czy Wigan. Dobrą wiadomością była z pewnością ta o braku zarówno poważnych kontuzji, jak i problemów natury wirusowej. A trzeba uczciwie przyznać, że zarówno jedne, jak i drugie skutecznie zdążyły już zdziesiątkować w ostatnich dniach niejeden zespół. Zdecydowanie najmniej fortunny los na loterii wyciągnęły jednak Szwajcarki, które najpierw przez pierwsze dwa dni nie mogły przeprowadzać regularnych jednostek treningowych ze względu na fatalny stan murawy w Leeds, następnie wypuściły w rąk komplet punktów w wydawałoby się kontrolowanym przez siebie meczu z Portugalią, a następnie nabawiły się poważnych problemów żołądkowych, co sprawiło, że przez krótką chwilę środowy mecz stanął pod wielkim znakiem zapytania. Nastroje uspokoił nieco oficjalny komunikat szwajcarskiej federacji, ale nie da się ukryć, że Helwetki udadzą się do Sheffield mocno poturbowane i to bez względu na to, na jakie ustawienie zdecyduje się ostatecznie Nils Nielsen. A problemy grenlandzkiego szkoleniowca w tym miejscu się tak naprawdę dopiero zaczynają, gdyż prowadzony przez niego zespół ewidentnie nie przeżywa w ostatnich miesiącach gwiezdnego czasu. Szwajcarki dopiero co przyjęły siedem goli od Niemek, cztery od Angielek, trzy od Austriaczek, a chwilę wcześniej nie potrafiły pokonać rywalek pokroju … Rumunii czy Irlandii Północnej. Z w miarę poważnych przeciwniczek raz udało im się ograć jedynie Włoszki, choć z zaznaczeniem, że wywalczoną z trudem i mozołem w sycylijskim Palermo zaliczkę i tak koncertowo roztrwoniły w starciu rewanżowym. Na uwagę zasługują przede wszystkim stosunkowo mało ekskluzywne statystyki defensywne, gdyż Helwetki w obecnym roku kalendarzowym zdążyły już stracić dwadzieścia goli. Na usta sama ciśnie się w tym momencie kąśliwa uwaga o dziurawym serze, ale mając na uwadze szczególne okoliczności, nie będziemy tym razem kopać leżącego. Tym bardziej, że właśnie trzy filary defensywy naszych środowych rywalek znalazły się wśród najmocniej dotkniętych leżącym u źródła poważnych kłopotów gastrycznych nieszczęsnym norowirusem.

W szwedzkim obozie wczoraj na pytania dziennikarzy odpowiadały Johanna Kaneryd i Fridolina Rolfö, ale spora część konferencji została zdominowana właśnie przez wspomniane już zakażenia w obozie szwajcarskim. Nic więc dziwnego, że nieco więcej spokoju miał tym razem selekcjoner Gerhardsson, a ekspercką wiedzą mógł popisać się główny lekarz kadry Houman Ebrahimi. Wygłoszone zostało zapewnienie o ciągłym monitorowaniu sytuacji oraz o ścisłym przestrzeganiu wszelkich zasad higieny w najbliższym otoczeniu reprezentantek Szwecji. Choć oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nasze rywalki także nie spodziewały tak soczystego ciosu wyprowadzonego tuż przed kluczowym dla nich meczem na angielskim turnieju. Słowa wsparcia i pocieszenia w kierunku Szwajcarek zgodnie słały zresztą również wspomniane Rolfö i Kaneryd. Gwiazda Barcelony zauważyła, że obecna sytuacja nie ułatwia także zadania Szwedkom, zaznaczając jednak szybko, że z dwóch szykujących się do meczu na Bramall Lane ekip to Helwetki mają na tę chwilę zdecydowanie większy problem. Raport medyczny zakończyliśmy jeszcze informacją, że jutro do gry od pierwszej minuty gotowa będzie Stina Blackstenius, a decyzja o tym, w jakim wymiarze ujrzymy na placu gry napastniczkę Arsenalu, zależeć będzie wyłącznie od sztabu szkoleniowego. Ofensywne piłkarki londyńskiego klubu jak dotąd ewidentnie mają podczas trwającego EURO dobre statystyki, więc ani trochę nie obrazilibyśmy się za kontynuację. Tym bardziej, że okazja do ich podreperowania wydaje się być wprost wyśmienita. Ale zanim to, czeka nas jeszcze jedna noc w roli outsidera turniejowej grupy C. I jeśli upłynie nam ona względnie spokojnie i bez turbulencji w wersji last minute, to jutro wieczorem słyszymy się w już w zupełnie innych rolach. A za to warto trzymać kciuki, gdyż ta impreza zaledwie po kilku dniach trwania już zdążyła przynieść nam wysyp nieoczywistych i niełatwych wyzwań. A kolejnym, które możemy dopisać do listy, będzie nadchodząca właśnie nad Anglię fala upałów. O niej więcej już jednak następnym razem.

The Chester Report (II)

sheffield

W Sheffield zagraliśmy na remis; na boisku i poza nim (Fot. Pontus Orre)

I co, jak się czujecie na ostatnim miejscu w grupie po pierwszej kolejce? Nie tak źle, prawda? To super, bo spędzimy na nim jeszcze trzy najbliższe noce. I ani jednej więcej, bo tak grający zespół najzwyczajniej w świecie zasługuje na zdecydowanie inną lokatę w przejściowej tabeli. Ten fakt mamy zresztą nadzieję udowodnić już w najbliższą środę, ale póki co wróćmy myślami do tego, co już za nami. A emocji i wrażeń dzisiejszy dzień dostarczył nam pod dostatkiem.

Szwedzko – holenderskie starcie w gościnnym Sheffield rozpoczęło się wiele godzin przed tym, gdy na murawie stadionu Bramall Lane wybrzmiał pierwszy gwizdek walijskiej sędzi Cheryl Foster. Licznie obecni na Wyspach Brytyjskich sympatycy obu ekip rozpoczęli bowiem dzień od klasycznej bitwy na głosy i choć to w tym pomarańczowym chórze śpiewało nieco więcej gardeł, to pod względem decybeli nieco bardziej konkretnie brzmiał ten żółty. Był on także zdecydowanie lepiej zorganizowany, ale Holendrzy nie zamierzali ogłaszać w tej rywalizacji przedwczesnej kapitulacji i sięgnęli po niesamowicie efektywną broń w postaci instrumentów dętych. Można zatem uznać, że to nader ciekawe starcie zakończyło się ostatecznie polubownym remisem, po którym obie delegacje mogły w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udać się do upatrzonych wcześniej klubów, aby tam zbierać siły na wieczór. A te okazały się naprawdę niezbędne, gdyż piłkarki także mocno postarały się o to, aby nikt spośród obecnych na trybunach nie nudził się ani przez chwilę. Z perspektywy osoby mocno zaangażowanej po jednej ze stron nie sposób ocenić, jak zakończony właśnie mecz odbierali kibice neutralni, ale wydaje się, że i oni docenili zarówno intensywność gry, jak i przygotowanie motoryczne obu zespołów. Bo nawet podczas fragmentów nieco uboższych w dogodne okazje bramkowe, na murawie, a zwłaszcza w środku pola, toczyła się nieustanna rywalizacja. I w niej także trudno było wskazać jednoznacznego zwycięzcę, co chyba w przypadku sportowego widowiska zazwyczaj jeszcze podnosi jego jakość. Swoimi momentami radości i nerwów solidarnie zostały więc obdarowane wszystkie sektory, choć w okolicach siedemdziesiątej minuty jednocześnie wydaliśmy z siebie okrzyk radości, gdy okazało się, że oto wspólnymi siłami ustaliliśmy nowy rekord piłkarskich mistrzostw Europy. Otóż to właśnie dziś, po raz pierwszy w historii EURO, mecz fazy grupowej bez udziału gospodyń imprezy oglądało na żywo ponad dwadzieścia tysięcy widzów! Brzmi dumnie, co nie?

Jeżeli chodzi o zaskoczenia, to w tej kategorii pewną nominację wywalczył sobie Peter Gerhardsson, bo o ile szwedzkiego ustawienia z trójką stoperek się podczas turnieju spodziewaliśmy, o tyle na pewno nie od pierwszego gwizdka rywalizacji z Holandią. Tym bardziej, że od japońskich Igrzysk tę formację w warunkach meczowych testowaliśmy zaledwie jeden raz – w zremisowanym starciu z Włoszkami – i bynajmniej nie byliśmy po tamtej próbie wolni od pytań i wątpliwości. Dziś także nie udało nam się zresztą zagrać na zero z tyłu, a gdyby nie kapitalny wślizg Magdaleny Eriksson już przy stanie 1-1 (czy to nie aby jak dotąd interwencja turnieju?), to mogliśmy zakończyć sobotni wieczór w zdecydowanie bardziej minorowych nastrojach. Tym bardziej, że ani występująca wreszcie na swojej nominalnej pozycji Nathalie Björn, ani szczególnie Amanda Ilestedt, nie należały dziś do najpewniejszych punktów szwedzkiej jedenastki. Ta swego rodzaju elektryczność może dziwić przede wszystkim w przypadku mającej za sobą kapitalną wiosnę zawodniczki PSG, ale turnieje reprezentacyjne już wiele razy uczyły nas, że forma ligowa to jedno, a letnie granie w kadrze to już całkiem inna historia. Choć oczywiście mamy jak najbardziej uzasadnione nadzieje, że w przypadku Ilestedt to jedynie pojedyncza wpadka (no podwójna, jeśli doliczymy jeszcze Brazylię) i niebawem wszystko wróci do normy.

Inna sprawa, że Vivianne Miedema raz jeszcze pokazała co to znaczy być jedną z najwybitniejszych piłkarek na świecie. I jeśli ktoś po piątkowej, duńskiej katastrofie próbował bronić występu Pernille Harder przeciwko Niemkom, to napastniczka Arsenalu w 45 minut wytrąciła mu z ręki wszystkie argumenty. Największa gwiazda holenderskiej kadry była długimi minutami doskonale odcinana od gry, ale szwedzki problem polegał na tym, że sama zainteresowana … niewiele sobie z tego robiła, z każdą upływającą minutą wywalczając sobie coraz więcej przestrzeni do gry. To po jej asyście (choć tylko nieoficjalnej ze względu na niefortunną interwencję Rolfö) wyrównującego gola dla Holandii strzeliła Roord, a gdyby nie wspomniana już wcześniej Eriksson to Miedema mogła mieć na koncie dwa wypracowane gole. I o ile z wyborami piłkarki meczu w wykonaniu UEFA zazwyczaj możemy mocno polemizować, o tyle w Sheffield statuetka jak najbardziej powędrowała w godne ręce. Choć po stronie rywalek na osobne wyróżnienie zasłużył także nieustannie harujący w drugiej linii duet Groenen – Spitse, a zaskakująco udane wejście w mecz zaliczyła nieco z konieczności zastępująca Nouwen Marisa Olislagers.

A kogo możemy wyróżnić po szwedzkiej stronie? W pierwszej połowie koncert (który to już raz za kadencji Gerhardssona!) niewątpliwie dała Kosovare Asllani, ale reprezentująca do niedawna barwy madryckiego Realu piłkarka po przerwie dokonywała już w analogicznych sytuacjach nieco gorszych wyborów. W tej samej fazie meczu mocno na plus ocenić możemy oba wahadła w osobach Hanny Glas oraz Jonny Andersson, które swoją grą raz po raz dawały się we znaki holenderskiej defensywie. I choć kadrowiczki Gerhardssona nie stosowały bardzo agresywnego pressingu (to też jeszcze w wykonaniu Szwedek na tym EURO zobaczymy), to jednak ofensywne usposobienie obu bocznych obrończyń spełniało swoje zadanie i przynosiło nam długo wymierne korzyści w postaci przewagi w kluczowych sektorach. Holenderski sztab w porę się jednak z tym wszystkim połapał, blokując nam po przerwie nasze ulubione korytarze. Przygotowani na taki obrót wydarzeń błyskawicznie przeszliśmy więc na częstszą grę długimi, prostopadłymi podaniami, ale pomimo mobilności i chęci do gry najpierw Hurtig, a następnie Blackstenius, dziś brakowało nam w nich nieco dokładności. A szkoda, bo gdyby jedno z takich zagrań doszło celu, to teraz rozmawialibyśmy o tym meczu z pozycji liderek grupy. Tak się jednak nie stało, ale nie jest to absolutnie powód do rozpaczy. Licznik dni bez porażki wciąż bije, a my słyszymy się już z Chester. I trzymamy kciuki za pozytywny raport medyczny, bo za nami prawdziwy mecz walki, w najbardziej klasycznym znaczeniu tego sformułowania.

The Chester Report (I)

sembrant

Linda Sembrant w drodze na konferencję prasową w Chester (Fot. Pontus Orre)

Gdy jutro na stadionie Bramall Lane w Sheffield wybrzmi pierwszy gwizdek, reprezentacja Szwecji będzie mogła pochwalić się passą 854 dni bez porażki. Już sama ta liczba, nawet bez jakiegokolwiek kontekstu, robi ogromne wrażenie, ale gdy dodamy, że we wspomnianym okresie kadrowiczki Petera Gerhardssona rozegrały aż 29 spotkań (23 zwycięstwa, 6 remisów), to historyczny rekord wygląda jeszcze bardziej imponująco. I choć kolejnym pokoleniom naszych piłkarek życzymy wszystkiego co najlepsze, to wydaje się, że poprawienie tego wyniku może przez dekady okazywać się zadaniem nie do wykonania. Nieprzypadkowo mówi się jednak, że epokowe wydarzenia najbardziej docenia się z dystansu, więc najpewniej dopiero za wiele lat w pełni dotrze do nas, jak wyjątkowa była kadra z początku lat dwudziestych. I jak wielkim zaszczytem była możliwość oglądania jej na żywo, a także opisywania jej sukcesów.

Skoro jednak to nam przypadł w pokoleniowej loterii los pozwalający delektować się grą złotej generacji szwedzkiego futbolu w czasie rzeczywistym, to dobrze byłoby wykorzystać tę szansę do maksimum. Tym bardziej, że pierwsze dni w bazie w Chester upłynęły na tyle spokojnie, że dawno nie mieliśmy w przededniu wielkiej imprezy tak spokojnych głów. Oczywiście, nie wszystkie zawodniczki są na 24 godziny przed meczem otwarcia w pełni gotowe do gry, ale musimy przyznać, że w ostatnich dniach ominęły nas problemy, które bynajmniej nie oszczędzały innych reprezentacji. Oczywiście, porównywanie się do innych nie ma większego sensu, ale jednak instynktownie nie zamienilibyśmy się na okres przygotowawczy ani z Hiszpankami, ani z Niemkami, ani nawet z sąsiadkami z Norwegii i Finlandii. Na drobne urazy narzekają wprawdzie Linda Sembrant oraz Stina Blackstenius, ale na dziś wiele wskazuje na to, że obie będą do dyspozycji selekcjonera już podczas fazy grupowej. A napastniczka Arsenalu podczas jednej z konferencji prasowych osobiście zapowiadała nawet gotowość do gry przeciwko Holandii. Zdecydowanie bardziej enigmatyczna była natomiast broniąca do niedawna barw turyńskiego Juventusu defensorka, która po dodatkowe odpowiedzi odsyłała do przedstawicieli sztabu medycznego. Powściągliwość Sembrant nie może jednak dziwić, jeśli przypomnimy sobie jej poprzednie doświadczenia z finałami dużych turniejów. Tak, czy inaczej, w obu sektorach boiska Gerhardsson ma w kim wybierać i możemy być pewni, że jutro na murawę stadionu w Sheffield wybiegnie najsilniejsza na ten moment szwedzka jedenastka. A przecież nie tak dawno wcale nie było to aż taką oczywistością, o czym doskonale pamiętają wszyscy, którzy towarzyszyli tej kadrze na przykład w przygotowaniach do EURO ’17. Dziś, choć od tamtych chwil minęło zaledwie pięć lat, obracamy się w całkowicie innej rzeczywistości i niektórzy na dobre zdążyli już zapomnieć o dusznej atmosferze i reprezentacyjnych rezygnacjach. I bardzo dobrze, niech te smutne zjawiska na zawsze należą do przeszłości, a tematem numer jeden w zakulisowych dyskusjach pozostaje aktualna kondycja łydki i stopy jednej z naszych stoperek.

Sporo czasu, co zrozumiałe, poświęcamy także na rozmowy o formacji, którą zaproponuje nam w sobotę Gerhardsson. Od początku kadencji naszego obecnego selekcjonera jednym z największych atutów szwedzkich piłkarek była wszechstronność i wymienność pozycji, ale wiele wskazuje na to, że planem A na podbicie angielskich boisk będzie ustawienie, które na potrzeby tego tekstu nazwijmy płynnym 1-4-2-3-1. Na grafice często prezentowane jest ono jako 1-4-3-3, ale w moim odczuciu ten uproszczony zapis nie do końca oddaje role przypisane poszczególnym zawodniczkom formacji ofensywnych. Jeszcze podczas obozu w Båstad duży nacisk kładliśmy także na przechodzenie na grę trójką środkowych obrończyń i nie jest wykluczone, że podczas któregoś ze spotkań EURO będzie okazja, aby przetestować i ten wariant. Szczególnie, jeśli trafi się sytuacja, w której przyjdzie nam akurat gonić wynik. W lutym, przeciwko Portugalii, rozpoczęliśmy mecz w klasycznym 1-4-4-2, ale raczej mało prawdopodobne, aby w identyczny sposób szwedzki sztab przygotował się do lipcowego starcia z tym samym rywalem. Póki co w głowie nam jednak nie Portugalia, a Holandia, która niewątpliwie ma swoje problemy i słabości. I choć urzędującego mistrza Europy respektować trzeba, to skrzydła Pomarańczowych Lwic nie wydają się aż tak groźne jak przed pięcioma laty, a defensywa rywalek monolitu absolutnie nie stanowi. O klasie Vivianne Miedemy w detalach opowiadała wczoraj Magdalena Eriksson, ale my także mamy po swojej stronie wiele atutów i nie zawahamy się ich użyć. I na godziny przed meczem otwarcia jesteśmy naprawdę dobrej myśli. Obyśmy w podobnych nastrojach spotkali się również i po nim, planując kontynuację pięknej, letniej, angielskiej przygody.

Zabawę czas zacząć!

FWCRmDzXgAkkWn5

Szwedzka kadra w dobrych nastrojach. Oby podobne towarzyszyły nam do końca lipca (Fot. SvFF)

Kończmy odliczanie, zacznijmy zabawę! Oto nadszedł tak bardzo wyczekiwany przez wszystkich europejskich sympatyków futbolu dzień. Oczywiście, nie ma co ukrywać, że akurat my jeszcze bardziej czekamy na sobotę, ale już dosłownie za kilka godzin starcie Anglii z Austrią zapoczątkuje nam największe w tym roku święto piłki. I aż do 31. lipca, to właśnie wydarzenia na angielskich stadionach, salach konferencyjnych i w bazach szesnastu reprezentacji będą niezmiennie wyznaczać nam rytm dnia.

Bardzo życzylibyśmy sobie, aby szwedzkie kadrowiczki pozostały w tym turniejowym rytmie jak najdłużej, a gdyby udało się dotrwać w nim aż do londyńskiego finału, to byłoby już w ogóle fantastycznie. Faza pucharowa nie od dziś rządzi się jednak własnymi prawami, a granica między powodzeniem, a jego brakiem często staje się w niej niesamowicie płynna. Ot, weźmy na przykład ostatni mundial we Francji i pamiętny, zakończony dramatyczną dogrywką półfinał z Holandią. Po latach neutralni obserwatorzy pamiętają z tego meczu przede wszystkim efektowne (to akurat trzeba oddać) trafienie Jackie Groenen, a my cały czas zastanawiamy się, jak inaczej mogłaby potoczyć się futbolowa rzeczywistość, gdyby dosłownie chwilę wcześniej uderzona przez Nillę Fischer futbolówka poleciała kilkanaście milimetrów bliżej światła bramki lub gdyby chociaż odgwizdano ewidentne przewinienie na Linie Hurtig w holenderskiej szesnastce. Albo weźmy ten słynny półfinał EURO 2013 na Gamla Ullevi i anulowane ostatecznie wyrównujące trafienie Lotty Schelin, po którym stadion w Göteborgu autentycznie eksplodował. Czy to mógł być ten moment, w którym szwedzka piłka napisałaby najpiękniejszą od lat historię? Mógł, ale starcie ówczesnej gwiazdy Lyonu z Annike Krahn było klasyczną sytuacją 50/50 i szwajcarska sędzia miała pełne prawo zinterpretować je jako przewinienie naszej najskuteczniejszej w historii snajperki. Ale zauważmy od razu, że to absolutnie nie jest tak, iż fortuna zawsze odwraca się przeciwko nam. Przecież istnieje spora szansa, że nigdy nie przeżywalibyśmy z takimi emocjami finału mundialu 2003, gdyby Sofia Lundgren wyleciała z boiska jeszcze przed przerwą ćwierćfinału z Brazylią. A i w drugiej połowie piłkarkom z Ameryki Południowej należała się przecież przynajmniej jedna jedenastka. Albo turniej z roku 1991 i wspaniały popis Elisabeth Leidinge, która w wymykający się jakimkolwiek schematom sposób niemal w pojedynkę powstrzymała chińską nawałnicę, eliminując faworyzowane gospodynie jeszcze przed strefą medalową, ku rozpaczy niemal sześćdziesięciu tysięcy widzów w Guangzhou. Tak pokrętne bywały te nasze piłkarskie losy i nie mamy wątpliwości, że za chwilę w Anglii napisze się kolejna historia, do której będziemy po latach po wielokroć wracać.

Aby jednak walczyć o awans do najlepszej czwórki, najpierw należy – cóż za zaskoczenie – wyjść z grupy. I nie ma co ukrywać, że cel ten jest w przypadku szwedzkich kadrowiczek absolutnym planem minimum, tym bardziej, że wylosowane przez nas rywalki wcale nas swoimi ostatnimi boiskowymi popisami nie onieśmielały. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że i kadrowiczki Gerhardssona od zakończenia japońskich Igrzysk także nie kolekcjonowały bynajmniej spektakularnych występów, ale jednak Holenderki czy Szwajcarki wypadały w swoich meczach … równie mało przekonująco. Weźmy takie obrończynie mistrzowskiego tytułu, które szczególnie w defensywie wydają się mieć naprawdę gigantyczne problemy. Tak, Dominique Janssen to stoperka z absolutnej, światowej topki, ale oprócz niej formacja ta nie jest w przypadku Pomarańczowych Lwic monolitem. Liczba traconych przez Holenderki goli nie jest żadną miarą przypadkowa i nawet jeśli nazwy klubów, w których na co dzień występują Aniek Nouwel czy Lynn Wilms budzą szacunek, to obu tym zawodniczkom daleko do pozycji, jaką w Londynie i Wolfsburgu wyrobiły sobie chociażby Eriksson i Fischer. W jeszcze większym dołku wydaje się być Szwajcaria, która tylko w tym roku kalendarzowym została już brutalnie przeczołgana przez Austriaczki i Niemki, a w eliminacyjnym dwumeczu z Rumunią i Włochami zapisała na swoim koncie zaledwie jeden punkt. U Helwetek również jednym z najbardziej poważnych problemów wydaje się dyspozycja formacji defensywnej, co mając na uwadze nazwiska szwajcarskich obrończyń może nawet nieco dziwić. A już na pewno zaskakuje skala tego kryzysu, z którego Nils Nielsen i jego sztab będą musieli znaleźć wyjście podczas trwania turnieju, co trudno nazwać sytuacją komfortową. Na koniec zostaje nam jeszcze Portugalia i choć historia piłki nożnej zna przypadki, w których dokooptowany w ostatniej chwili do stawki uczestników zespół potrafił zadziwić świat, to akurat tutaj historii tego typu nie przewidujemy.

Podsumowując, łatwo nie będzie na pewno, ale ten jeden raz naprawdę wejdźmy w wielki turniej bez strachu, bo los póki co nam sprzyja. Cieszmy się futbolem, delektujmy się następującymi po sobie meczami i oklaskujmy kolejne udane zagrania szwedzkich piłkarek. Życzę sobie i Wam, aby okazji ku temu było jak najwięcej, a po trzecim meczu widzimy się w ćwierćfinale! I tam zabawa zacznie się od nowa. Anglio, Austrio, czyńcie honory i zaczynajcie rozkręcać tę imprezę!