The Chester Report (IV)

swesui

Pierwsze zwycięstwo na turnieju nie zawsze wywołuje entuzjazm (Fot. Pontus Orre)

Trzy punkty – są. Druga na turnieju asysta Kosovare Asllani – jest. Fridolina Rolfö udowadniająca, że Diamentowa Piłka trafiła w jej ręce absolutnie zasłużenie – odhaczone. Zmienniczki w osobach Kaneryd, Bennison i Blomqvist potwierdzające słowa selekcjonera, że zdecydowanie ważniejsze od składu personalnego wyjściowej jedenastki bywa to, kto mecz kończy – jak najbardziej. W jakich zatem nastrojach opuszczamy gościnne i żółto-niebieskie w ostatnich dniach Sheffield? Ujmiemy to dyplomatycznie: bywało lepiej. A to dlatego, że w tym miejscu zakończyliśmy właśnie wyliczanie pozytywów po wymęczonym zwycięstwie nad osłabioną Szwajcarią. No dobrze, moglibyśmy jeszcze dopisać do listy heroiczną interwencję Nathalie Björn, dzięki której nie wpadliśmy w pewnym momencie w jeszcze większe tarapaty, ale przecież środowe popołudnie na Bramall Lane miało od początku do końca wyglądać zupełnie inaczej. To nasze przeciwniczki miały tego dnia zmierzyć się z przeszkodami nie do pokonania, a my – śladem Niemek, Angielek i Austriaczek – mieliśmy ich słabości wypunktować. Tyle tylko, że teoria swoje, a praktyka swoje. I nawet jeśli możemy spierać się do tego, czy gol autorstwa Rebecki Blomqvist rzeczywiście padł z milimetrowego spalonego, to w niczym nie zmienia to faktu, że występ szwedzkich piłkarek daleki był od poziomu, którego mamy prawo od tego zespołu oczekiwać. I może to nawet lepiej, że w samej końcówce wyniku nie udało się podreperować, bo ewentualne 4-1 lub 5-1 mocno zaciemniłoby niektórym ekspertom i kibicom meczowy obraz. Podobnie zresztą jak już wiele razy w przeszłości.

Kto zaglądał tutaj regularnie przed turniejem, ten doskonale wie, jak wiele miejsca poświęciliśmy dyskusjom na temat niedostatków szwedzkiej defensywy, ze szczególnym uwzględnieniem pozycji bramkarki. I po dwóch meczach angielskiego EURO trzeba ze smutkiem przyznać, że obawy te nie były bynajmniej na wyrost. Tak, w latach 2015-2016 Hedvig Lindahl była postacią numer jeden w szwedzkiej kadrze, ale jak widać nie ma przypadku w tym, że w madryckim Atletico rywalizację o miejsce między słupkami nasza doświadczona golkiperka przegrywała najpierw z Pauline Peyraud-Magnin, a następnie z Dolores Gallardo. Z drugiej strony, nawet podczas dwuletniego, hiszpańskiego epizodu Lindahl przytrafiały się także pojedyncze występy iście kapitalne, ze szczególnym uwzględnieniem starć z FC Barceloną. Czy zatem możemy mieć nadzieję, że również w reprezentacji przełamanie nastąpi w najbardziej kluczowym momencie? Cóż, po wiosennych meczach towarzyskich, a także dwóch potyczkach na EURO trudno znaleźć ku temu racjonalne przesłanki, ale jednak cały czas mówimy przecież o piłkarce wybitnej, a przy tym niesamowicie ambitnej i świadomej. Ani trochę nie zdziwimy się zatem, jeśli na przykład za nieco ponad tydzień szwedzka golkiperka kolejny już raz w swojej karierze stanie się bohaterką pozytywną. A dzisiejsze dywagacje zakończmy ponownymi podziękowaniami w kierunku Nathalie Björn i jej głowy, która znalazła się tam, gdzie akurat znaleźć się powinna. Bo gdyby było inaczej, to zrobiłoby się naprawdę niewesoło …

Zgodnie z naszymi zapowiedziami, Gerhardsson wrócił dziś do ustawienia sprawdzonego i wielokrotnie zweryfikowanego przez boisko. Czwórka defensorek miała gwarantować stabilizację w tyłach, ale jeszcze przed przerwą aż dwa razy o szybsze bicie serc przyprawiła nas Magdalena Eriksson. Sporo uwag mieliśmy także do postawy Hanny Glas, która w pomeczowych statystykach nie wygląda może najgorzej (ale to głównie zasługa równie bezbarwnych Aigbogun i Reuteler), ale na boisku pożytku z prawego wahadła nie mieliśmy w zasadzie żadnego. A przecież aż prosiło się o to, aby niestanowiące przecież w tym sektorze boiska monolitu rywalki nacisnąć zdecydowanie mocniej, próbując zmusić je do błędów. To zapewniłoby przy okazji wsparcie dla Liny Hurtig, która starała się pozostawać pod grą, ale momentami była w swoich ofensywnych poczynaniach całkowicie osamotniona. Podobnie zresztą jak Stina Blackstenius, która na dodatek najwyraźniej przypomniała sobie czasy gry w Linköping, kiedy to jej znakiem firmowym numer jeden były taśmowo marnowane okazje bramkowe. Demony przeszłości z pełną mocą powróciły dziś na Bramall Lane i znów pozostaje wierzyć, że jest to wyłącznie stan przejściowy. Niezwykle trudno ocenić za to postawę szwedzkiej drugiej linii, która od gry odcinana była w równym stopniu przez Szwajcarki, co przez … koleżanki z formacji defensywnej. Oczywiście, długie, prostopadłe piłki miały być jednym z flagowych pomysłów na drugą i trzecią kolejkę fazy grupowej, ale szczególnie w rywalizacji z Helwetkami aż prosiło się o częstsze łamanie schematu i oddanie futbolówki pod nogi Seger lub Angeldal. Poza pierwszym kwadransem żadna z naszych środkowych pomocniczek nie była jednak pierwszoplanową postacią w kreacji, co mocno ograniczyło nam arsenał ofensywnych opcji.

Całe szczęście, że po murawie w Sheffield biegała Fridolina Rolfö, która najpierw sama pokonała Thalmann (kapitalna asysta Asllani, który to już raz?), a następnie miała niezwykle istotny udział przy efektownym trafieniu Hanny Bennison. W tej ostatniej sytuacji największe brawa i ukłony należą się jednak Johannie Kaneryd, która pojawiła się na placu gry w 68. minucie i pokazała to, co doskonale znają kibice regularnie odwiedzający Bravida Arenę. Intensywność, przebojowość, szczypta szaleństwa – to wszystko wystarczyło, aby zapisać na swoim koncie decydujący odbiór, który – jak się miało chwilę później okazać – załatwił nam trzy punkty. Swój kwadrans dostała od selekcjonera także Rebecka Blomqvist i nie da się ukryć, że wejście zawodniczki Wolfsburga również należało do tych, które niewątpliwie zostaną dobrze zapamiętane. Inna sprawa, że w tej fazie meczu Szwajcarki zostawiały nam tak dużo przestrzeni do gry, że na tle tak wyglądającego motorycznie rywala nietrudno było pokazać się z korzystnej strony. Szczególnie w sytuacji, gdy samemu dysponowało się świeżym zapasem sił. Ani trochę nie zdziwimy się jednak, jeśli przeciwko Portugalii grę Johanny Kaneryd będziemy mogli podziwiać w nieco dłuższym wymiarze czasowym.

No dobrze, nie był to na pewno wybitny dzień szwedzkiego piłkarstwa, ale jednak przesadą byłoby kończyć go w minorowych nastrojach. Opuściliśmy ostatnie miejsce w grupie (oby już na zawsze), mamy pierwsze na turnieju zwycięstwo, a z wielu uwydatnionych dziś problemów doskonale zdawaliśmy sobie przecież sprawę tydzień, miesiąc, czy pół roku temu. A jeśli ktoś z zupełnie nieracjonalnych powodów uległ złudzeniu, że oto nagle staliśmy się Anglią, Francją, czy Hiszpanią … nic na to nie poradzimy, bo żadną z tych nacji ani nie jesteśmy, ani nie będziemy, ani nawet do takiego miana nie aspirujemy, co zresztą do znudzenia było tu podkreślane. I jeżeli rzeczywiście pozostaniemy w Anglii jeszcze ze dwa tygodnie (bo w sumie czemu nie, choć trochę gorąco), to zrobimy to we własnym, szwedzkim stylu. A szanse na ewentualny sukces oceniam dokładnie tak samo, jak przed pierwszym gwizdkiem na EURO. Czyli, mówiąc w największym uproszczeniu, atakujemy z drugiego szeregu i trafiamy z najlepszym dniem wtedy, kiedy będziemy go najbardziej potrzebować. Kilka razy się sprawdziło, więc czemu by nie teraz? Trzymajcie się zdrowo, do następnego razu!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s