Komu tytuł, komu?

29f96f34-b45f-411a-bf69-13f721e70706

Rosengård w szoku – punkty znów uciekły (Fot. Fredrik Sandberg)

Jeszcze w 91. minucie meczu na Tunavallen wszystko wskazywało na to, że Rosengård, zgodnie z planem nakreślonym przez Jonasa Eidevalla, zapisze na swoim koncie czwarte, sierpniowe zwycięstwo. Moment nieuwagi piłkarek z Malmö sprawił jednak, że prawym skrzydłem urwała się Hanna Glas, a Felicia Karlsson stała się pierwszą zawodniczką, która w rundzie jesiennej sezonu 2018 pokonała Zecirę Musovic. Choć remis 1-1 również pozwala dziesięciokrotnym mistrzyniom Szwecji zmienić Piteå na fotelu lidera, to nie ma wątpliwości, że po końcowym gwizdku Sary Persson, zdecydowanie bardziej niż w Skanii cieszyli się w Norrbotten oraz na zachodnim wybrzeżu. I jak najbardziej mieli ku temu powody.

Czwartkowy wieczór wcale nie musiał się jednak skończyć dla Rosengård sporym rozczarowaniem. Po wyrównanej pierwszej połowie (nawet z delikatną przewagą United, pomimo dwóch naprawdę dogodnych okazji Caroline Seger), w drugiej to przyjezdne przejęły całkowitą kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Wprawdzie na samym jej początku szczęścia spróbowała jeszcze Tia Hälinen, ale na kolejną, składną akcję Eskilstuny trzeba było czekać aż do wspomnianej 91. minuty. Coraz częściej gorąco robiło się natomiast pod bramką Emelie Lundberg, a gdy Anja Mittag doskonale przyjęła futbolówkę dograną przez Fionę Brown, jednym zwodem oszukała Vailę Barsley i strzałem po ziemi wyprowadziła swoją drużynę na prowadzenie, wydawało się, że gości nie spotka tego dnia już żadna krzywda. Tym bardziej, że sama tylko Iva Landeka miała jeszcze dwie niemal stuprocentowe okazje ku temu, aby definitywnie rozstrzygnąć ten mecz. Tym razem na listę strzelczyń nie wpisała się jednak ani ona, ani jak zwykle niesamowicie aktywna Sanne Troelsgaard, a niewykorzystane sytuacje zemściły się na zawodniczkach z Malmö w najmniej spodziewanym momencie. W doliczonym czasie gry drugą żółtą kartkę obejrzała jeszcze Matilda Plan, która nie pierwszy raz w tym sezonie trochę skomplikowała życie swoim koleżankom, ale krótkiego okresu gry w liczebnej przewadze gościom nie udało się już wykorzystać. Tym samym, mało satysfakcjonujący Jonasa Eidevalla oraz jego podopieczne podział punktów stał się faktem.

Z radością remis przyjęli za to w Eskilstunie, gdzie powoli zapominają już o katastrofalnym początku sezonu. Jasne, kibice United także mogą zastanawiać się co by się stało, gdyby na przykład Mimmi Larsson lub Hanna Glas jeszcze przed przerwą otworzyły wynik spotkania (a okazje ku temu były), ale jednak mając w pamięci cokolwiek wstydliwe, wiosenne 0-9, punkt zdobyty na takim rywalu po prostu nie może nie cieszyć. Tym bardziej, że został on wydarty takich okolicznościach, że morale w szatni na Tunavallen powinno dziś w sposób znaczący wystrzelić do góry. Na włączenie się do walki o czwarte z rzędu ligowe podium jest już raczej dla piłkarek Magnusa Karlssona zbyt późno, ale frekwencja na dzisiejszym meczu pokazuje, że w Södermanland wciąż pokładają w swojej drużynie olbrzymie nadzieje i udana runda jesienna w wykonaniu United byłaby najlepszym możliwym prezentem dla wiernych kibiców w Eskilstunie. Kibiców, którzy dziś rozeszli się do domów w naprawdę dobrych nastrojach.

Czwartkowy wynik:

Eskilstuna – Rosengård 1-1 (Karlsson 90+1. – Mittag 52.)

Reklamy

15. kolejka – zapowiedź

632@60

Anja Mittag kontra Emelie Lundberg – powtórka już jutro! (Fot. Johan Nilsson)

Sytuacja zarówno w górnej, jak i w dolnej części ligowej tabeli, już teraz jest niesamowicie dynamiczna, a przecież istnieje całkiem realna szansa, że w ostatniej kolejce przed dwutygodniową przerwą na mecze reprezentacji, skomplikuje się ona jeszcze bardziej. Już jutro wieczorem na murawę Tunavallen wybiegną bowiem zawodniczki Eskilstuny i Rosengård, a w niedzielę na LF Arenie w bezpośrednim starciu zmierzą się dwie największe rewelacje tegorocznych rozgrywek – Piteå oraz Kristianstad. Nie trzeba chyba dodawać, jak znacząco wyniki tych spotkań mogą zamieszać w ligowej tabeli, ale nie zapominajmy, że na jej kształt wpłyną także rozstrzygnięcia meczów w Sztokholmie, Malmö, Linköping i Växjö. Oto szybki przegląd tego, co czeka nas podczas piętnastej kolejki Damallsvenskan:

Mecz kolejki: Eskilstuna vs Rosengård. Rok temu obie ekipy zakończyły sezon na podium, tym razem jedynie goście walczą o najwyższe laury. Jeśli uda im się wywieźć z Tunavallen przynajmniej jeden punkt, to po raz pierwszy w obecnych rozgrywkach zespół Jonasa Eidevalla spojrzy z góry na wszystkich ligowych rywali. Czy tak się stanie? Piłkarki z Malmö przystąpią do meczu podbudowane wysokim zwycięstwem nad Kalmar, ale gospodynie, które w dwóch ostatnich spotkaniach zachowały czyste konto, z pewnością pałają żądzą rewanżu za wstydliwe, wiosenne 0-9. Faworytkami zawodniczki z Eskilstuny na pewno w tym starciu nie będą, ale już nie raz widzieliśmy, że przy wsparciu żywiołowej grupy kibiców spod znaku Tuna12, na Tunavallen działy się prawdziwe cuda. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, aby już jutro Mimmi Larsson przypomniała sobie, że nie tak dawno była najskuteczniejszą szwedzką piłkarką na boiskach Damallsvenskan. A gdy już sobie faktycznie o tym przypomni, to zrobi się naprawdę ciekawie.

Wydarzenie kolejki: dwie rewelacje na jednym boisku. Piteå i Kristianstad wielokrotnie zbierały w ostatnich miesiącach zasłużone pochwały za swoje ligowe występy. W niedzielne popołudnie, na prawdopodobnie wypełnionej po brzegi LF Arenie, czeka je bezpośrednie starcie. Dla gospodyń stawką będzie pozostanie na fotelu liderek, dla gości – pozostanie w grze o podium i puchary. Dwa miesiące temu w Kristianstad górą były podopieczne Elisabet Gunnarsdottir, ale przed rewanżem na dalekiej Północy trudno o jakiekolwiek sensowne prognozy. W Piteå mają nadzieję, że do swoich najlepszych meczów w sezonie nawiążą Jakobsson i Karlernäs, we wschodniej Skanii mocno wierzą w nigeryjski duet Chukwudi – Chikwelu oraz ewidentnie powracającą do wysokiej dyspozycji Tine Schryvers, ale tak naprawdę nie zdziwi nas nawet scenariusz, w którym bohaterką meczu zostanie piętnastoletnia Evelina Duljan. Nie mrugajcie, bo w tej potyczce wydarzyć się może absolutnie wszystko.

Zagadka kolejki: czy Göteborg znów zagra na trzy? Trzy gole z Eskilstuną, trzy z Kalmar, trzy z Djurgården – piłkarki Marcusa Lantza są ostatnimi czasy niesamowicie regularne. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że letnie wzmocnienia w Göteborgu okazały się strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Zigiotti oraz Lundin bez jakiejkolwiek aklimatyzacji wniosły olbrzymią wartość dodaną do postawy formacji ofensywnej, a Emma Pennsäter w debiucie rozegrała niezwykle solidny mecz na środku obrony. Czego zatem chcieć więcej? A na przykład zwycięstwa nad pogrążonym w kryzysie Limhamn Bunkeflo, które jednak w każdym momencie może na nowo odpalić. W Göteborgu liczą oczywiście na to, że nie nastąpi to jeszcze w najbliższą sobotę, ale warto naocznie sprawdzić, czy się przypadkiem w tej kwestii nie mylą.

db2a2491-6057-4ce1-8180-01fdce1dfe72

Michelle De Jongh w ostatnich tygodniach imponuje formą (Fot. Sveriges Radio)

Piłkarka pod lupą: Michelle De Jongh. Odejście Lindy Sällström do Paryża miało skutkować przede wszystkim tym, że w Vittsjö nie będzie miał kto strzelać goli. Wtedy jednak na scenę pewnym krokiem wkroczyła Michelle De Jongh i sprawiła, że w północnej Skanii rozpacz po utracie napastniczki numer jeden szybko ustąpiła miejsca radości z narodzin nowej snajperki. Trzeba rzecz jasna mieć na uwadze, że w przeciwieństwie do swojej starszej, fińskiej koleżanki, De Jongh nie jest klasyczną dziewiątką (a w zasadzie w ogóle nie jest napastniczką!), ale jej regularność i skuteczność pod bramką rywalek musi budzić podziw. Czy na Myresjöhus Arenie w Växjö uda się jej dopisać do kolekcji jeszcze jeden skalp? A może wreszcie przebudzi się Anna Anvegård i to ona skradnie wszystkim show? Przekonamy się o tym już za trzy dni.

Na pozostałych stadionach: Djurgården i Kalmar na ligowe zwycięstwo czekają już bardzo długo, ale w bezpośrednim starciu to ekipa Joela Riddeza ma zdecydowanie więcej argumentów. Zdecydowanie bardziej wyrównane starcie może nas czekać w Linköping, choć wiele przemawia za tym, że Olof Unogård znajdzie jednak sposób na swój były klub.

Zestaw par 15. kolejki:

omg15_01

omg15_02

omg15_03

omg15_04

omg15_05

omg15_06

Ranking najlepszych lig świata

Goooaaalll1

Fani z Portland świętują zdobycie gola w meczu przeciwko Washington Spirit (Fot. Prost Amerika)

Dyskusje i polemiki na temat siły poszczególnych lig przypominają nieco te o jajku i kurze. Każdy ma w tej debacie swoje argumenty (bardziej lub mniej trafne), ale czy choć trochę przybliżają nas one do poznania obiektywnej prawdy? W swojej książce postawiłem tezę, że oszacowanie dokładnej wartości sportowej każdej z lig, a następnie uszeregowanie ich w kolejności od najlepszej do najsłabszej, jest w zasadzie niemożliwe i już na wstępie chcę wyraźnie zaznaczyć, że moje zdanie w tej kwestii ani trochę się nie zmieniło. Różnice w funkcjonowaniu klubowej piłki w poszczególnych krajach są na tyle znaczące, że trochę inne rozłożenie akcentów od razu odwróciłoby nam klasyfikację o sto osiemdziesiąt stopni. Skoro jednak pod koniec letniego okienka transferowego dyskusja na wiadomy temat znów przybrała na sile, postanowiłem wyjść naprzeciw oczekiwaniom i sporządzić własną klasyfikację dziesięciu najlepszych (moim zdaniem) lig świata według stanu na drugą połowę sierpnia 2018. Jest to oczywiście zestawienie w stu procentach subiektywne, bo choć ze wszystkich sił starałem się zachować bezstronność, to koniec końców ostateczne decyzje i tak podejmowałem na postawie własnych odczuć i doświadczeń (inna sprawa, że inaczej się po prostu nie dało). Tyle tytułem wstępu, a teraz przejdźmy do części właściwej: oto moja dziesiątka:

10. Toppserien (Norwegia)

Nordycka solidarność? Niewykluczone, choć mówiąc szczerze nie bardzo widzę ligę, którą mógłbym wstawić w to miejsce. Mówimy w końcu o rozgrywkach, w których klub mający w swojej kadrze takie piłkarki jak Gaelle Enganamouit (według mnie mocna kandydatka do jedenastki turnieju na MŚ w Kanadzie), Francielle, Duda, czy So-Hyun Cho na siedem kolejek przed końcem sezonu jest niebezpiecznie blisko strefy spadkowej. Do tego dochodzi zawsze mocny (i zawsze pechowy, gdy przychodzi do rywalizacji w Lidze Mistrzyń) Lillestrøm, niepotrafiąca pokazać swojego pełnego potencjału Vålerenga (Korpela, Spitse, Reinås, Schjelderup, Herlovsen) i solidny Stabæk z niezniszczalną Ingrid Hjelmseth między słupkami. A przecież Klepp, Sandviken, czy Arna-Bjørnar także mogą się pochwalić reprezentantkami Australii, Nowej Zelandii, Kamerunu i Norwegii. Wyrównany, a jednocześnie stosunkowo wysoki poziom prezentowany przez kluby sprawia, że Toppserien jest ligą niezwykle interesującą, dynamiczną i przyjemną do obserwowania, a jednocześnie bardzo niedocenianą przez kibiców z kontynentalnej części Europy.

9. Serie A (Włochy)

Ambicje, aby zbudować u siebie najsilniejszą ligę świata, Włosi mieli w zasadzie od zawsze. Pierwszą próbę podjęto na samym początku lat siedemdziesiątych minionego stulecia, a gwiazdą rozgrywek na Półwyspie Apenińskim miała być wówczas autorka hat-tricka w finale nieoficjalnych jeszcze mistrzostw świata 1971 Susanne Augustesen. Charyzmatyczna Dunka spędziła zresztą we Włoszech niemal dwie dekady, osiem razy wygrywała z różnymi klubami Serie A, ale patrząc bardziej ogólnie, plan zbudowania potęgi zakończył się jednak niepowodzeniem. Podobnie zresztą jak eksperyment z lat osiemdziesiątych, w ramach którego do Rzymu trafiła między innymi Pia Sundhage. Niezrażeni niepowodzeniami Włosi właśnie podejmują jednak trzecią próbę zamienienia swojej ligi w globalną potęgę i niewykluczone, że tym razem może to przynieść znacznie lepszy efekt. Symbolem lepszych czasów ma być turyński Juventus (dawne Cuneo), który najpierw w świetnym stylu wywalczył mistrzostwo Italii, a następnie mocno zaszalał na rynku transferowym, sprowadzając między innymi Girelli, Aluko, Sanderson, Sikorę i naszą Petronellę Ekroth. Czy to rzeczywiście dopiero początek wielkiej ekspansji? Włosi z pewnością nie mieliby nic przeciwko, ale oby tylko nie przeszkodziły im w tym typowo włoskie problemy.

2580324_full-lnd

Gol dla NTV Beleza – częsty obrazek na japońskich boiskach (Fot. Getty Images)

8. Nadeshiko League (Japonia)

Liga ciesząca się w Europie zdecydowanie zbyt małym zainteresowaniem. I szkoda, bo przecież rywalizacja NTV Belezy z INAC Kobe w zasadzie w niczym (może poza globalnym rozgłosem) nie ustępuje na przykład potyczkom klubów z Seattle i Portland. Siłą Nadeshiko League nie są jednak wyłącznie dwa wymienione zespoły; bardzo ciekawą ekipę zmontowały przecież ostatnio Urawa Reds, a w Nagano piłkarskiemu światu przedstawiła się Kumi Yokoyama. Największą wartością japońskiego futbolu jest jednak zupełnie coś innego i aby to opisać posłużę się całkiem świeżym przykładem. Otóż w tym roku na turniej Gothia Cup zawitała drużyna o nazwie Tokyo Verdy (akademia wspomnianej już NTV Belezy, gdzie podstaw piłki nożnej uczyła się m.in. Aya Miyama), która zgłosiła się do rywalizacji w kategorii siedemnastolatek. Ponieważ Japonki przybyły do Göteborga nieco wcześniej, jednym z etapów przygotowań i aklimatyzacji miał być dla nich sparing z wysoko notowaną lokalną drużyną. Rękawicę podjęło IFK Örby i na dystansie 2 x 25 minut … przegrało z przybyszkami z dalekiej Azji 0-10. Wynik mógł być zdecydowanie wyższy, ale drugą połowę Japonki poświęciły wyłącznie na ćwiczenie wypracowanych wcześniej schematów. Nie trzeba chyba dodawać, że młode piłkarki z Tokio wygrały później cały turniej. Tak właśnie wygląda szkolenie w Japonii, a później te wszystkie oszlifowane diamenty zachwycają nas właśnie na boiskach Nadeshiko League. Dzieje się tak aż do momentu, gdy niektóre z nich wyruszają podbijać Europę i Amerykę, a tam, ze względu na nienaganną technikę, zostają natychmiast przekwalifikowane na pomocniczki. Gdyby wybierać ligę, w której grają najpiękniejszy i najbardziej poukładany futbol, Japonia z pewnością znalazłaby się w tej klasyfikacji na podium.

7. Damallsvenskan (Szwecja)

Liga zdecydowanie najbliższa mojemu sercu. Liga, którą obserwuję i opisuję od wielu lat. Liga, z której w wielki świat wyruszyły nie tylko Sundhage i Schelin, ale także Marta, Harder i Solo. Liga, która co miesiąc serwuje nam przynajmniej dwa-trzy wspaniałe, piłkarskie spektakle. Liga, w której każdy może wygrać z każdym, w związku z czym ważne mecze gra się w niej co tydzień, a nie cztery razy na sezon. Czy siódma lokata w zestawieniu odpowiada jej aktualnej sile? Cóż, serce chciałoby umieścić ją wyżej (najlepiej o sześć pozycji wyżej!), ale rozsądek podpowiada, że tak będzie dobrze. Końcową ocenę pozostawiam jednak moim czytelnikom, gdyż jak wiadomo zawsze najtrudniej ocenić samego siebie, a po tylu wspaniałych momentach z Damallsvenskan jak najbardziej czuję się jej częścią.

6. Primera Division (Hiszpania)

Plusem tej ligi jest na pewno to, że klub dysponujący największym potencjałem trzy razy z rzędu nie potrafił jej wygrać (skądś to chyba znamy, prawda?), a ta swego rodzaju nieprzewidywalność z pewnością czyni ją bardziej interesującą dla potencjalnego, neutralnego widza. W Barcelonie liczą jednak na to, że tę serię uda się w końcu przerwać, a sukces zapewnić ma armia niesamowicie uzdolnionych wychowanek, wsparta gwiazdami pokroju Martens, Duggan, czy Andressy Alves. Swoje atuty mają jednak również obrończynie tytułu z Atletico Madryt, poprzednie mistrzynie z Bilbao, a także coraz mocniej pukające do krajowej czołówki dwa zespoły z Walencji. Wzrost reputacji na wszystkich polach sprawia, że w kierunku Primera Division coraz częściej zaczynają spoglądać naprawdę uznane nazwiska z całego świata, a to tylko dodatkowo nakręca koniunkturę na futbol. I niech się ona dalej tak kręci, bo w końcu Hiszpania to naprawdę duży i wciąż w większości niezagospodarowany rynek.

ot8wkiy8eonnzacspt5p

Znów się udało! Trzeci z rzędu tytuł dla Melbourne (Fot. W-League)

5. W-League (Australia)

Złośliwi mówią, że to po prostu NWSL na zimę, ale nawet jeśli w tym określeniu jest sporo prawdy, to w niczym nie odbiera ono wartości W-League. A ta jest – powiedzmy to szczerze – całkiem spora. Nic więc dziwnego, że zmagania o tytuł najlepszej drużyny klubowej w Australii od pewnego czasu mogą za opłatą śledzić kibice z całego świata (co ciekawe, W-League korzysta z usług tego samego serwisu, co Damallsvenskan), a od przyszłego roku pokazywać je będzie na żywo także amerykańska telewizja. Nic dziwnego, bo przecież obecność reprezentantek Australii oraz niezwykle interesujących piłkarek z USA i Kanady w połączeniu z ekscytującym formatem rozgrywek (bez względu na wszystko, punktem kulminacyjnym zawsze będzie finał) to w zasadzie gotowy przepis na wspaniałą, futbolową ucztę. A tak zupełnie między nami: czy kojarzycie inną ligę, w której absolutny outsider wychodzi na boisko i wygrywa swój ligowy mecz 10-2? Oj tak, W-League ewidentnie ma swój niepowtarzalny klimat i to nawet bez pomocy kangurów!

4. WSL (Anglia)

Można (a nawet trzeba?) głośno krytykować Anglików za to, jak bardzo niesprawiedliwa jest przeprowadzana u nich reforma rozgrywek ligowych, która w sposób absolutnie jawny i ostentacyjny lekceważy wyniki sportowe osiągane na boisku. Jednocześnie nie sposób nie doceniać długofalowej wizji i obliczonej na wiele lat strategii, która ma sprawić, że już niebawem to Londyn stanie się centralnym punktem piłkarskiego świata. Już teraz bardzo poważnie zastanawiałem się na tym, czy nie umieścić WSL w pierwszej trójce, ale jestem dziwnie spokojny, że jest to ostatni (na wiele lat) ranking, w którym angielska liga klasyfikowana jest poza podium. Niewykluczone, że rywalizacją, która w największym stopniu zaabsorbuje w najbliższej przyszłości kibiców na Wyspach Brytyjskich, będzie walka o prymat w stolicy pomiędzy szwedzkojęzyczną Chelsea, a holenderskim (choć w zasadzie coraz bardziej międzynarodowym) Arsenalem, ale wyzwanie londyńskim klubom z pewnością rzuci także nieco chaotyczny, ale zawsze groźny Manchester. Trzy wymienione ekipy już teraz mocno kręcą się w okolicach europejskiego TOP-10, a przecież w WSL mamy jeszcze przynajmniej kilka niezwykle ciekawych zespołów. Na transferowym rynku zaszalał ostatnio stołeczny beniaminek West Ham, poniżej pewnego poziomu nigdy nie schodzi Birmingham, a dwa kluby z Liverpoolu bardzo chciałyby nawiązać do coraz odleglejszych czasów świetności. Jak widać, potencjał ta liga ma ogromny, a to prędzej lub później (raczej prędzej) przełoży się również na poziom sportowy. I właśnie wtedy na dobre wkroczymy w erę WSL.

3. Division 1 (Francja)

Za nisko? Być może, choć nie ukrywam, że w pierwszej wersji tego rankingu Division 1 znalazła się jeszcze oczko niżej. Ostatecznie jednak zdecydowałem się przesunąć ją do trójki, gdyż nawet osoby, które (jak ja) nie należą do miłośników francuskiego futbolu w wydaniu ligowym, nie mogą nie docenić klasy czołowych ekip z tego kraju. Nie ma większego sensu pisać w tym miejscu o Olympique Lyon i wymieniać największe gwiazdy tego klubu, gdyż każdy szanujący się obserwator piłkarskiego świata zna tę kadrę na pamięć. Globalną markę wyrobiło sobie również wiecznie drugie w rodzimej lidze PSG, któremu należy się pochwała za umiejętne wprowadzanie do wielkiego futbolu największych, francuskich talentów.  Geyoro, Katoto, czy Baltimore to nazwiska, o których już za chwilę z pewnością zrobi się bardzo głośno. Kroku dwójce liderów próbuje jeszcze dotrzymywać ćwierćfinalista ostatniej edycji Ligi Mistrzyń z Montpellier (znany nam głównie ze względu na tercet Sembrant – Jakobsson – Blackstenius), ale pomiędzy wielką trójką, a resztą ligi wciąż jest zdecydowanie zbyt duża przepaść. Transfery, które w letnim okienku poczynił chociażby Paryż FC (dawne Juvisy) dają nadzieję, że poziom sportowy w Division 1 będzie się powoli wyrównywał i pozostaje tylko mieć nadzieję, że tak stanie się w istocie. Bo jednak liga, w której lider regularnie strzela ponad 100 goli w 22 meczach (a bywają sezony, że zbliża się i do 150), a piłkarki czołowych klubów na równego sobie rywala mobilizują się raz na kwartał, na dłuższą metę staje się zwyczajnie nudna i przewidywalna.

Fussball, Allianz Frauen-Bundesliga, 1. FFC Frankfurt - 1. FFC Turbine Potsdam

Rywalizacja Poczdamu z Frankfurtem to dla nieco starszych kibiców najważniejszy niemiecki klasyk (Fot. Getty Images)

2. Bundesliga (Niemcy)

Ranking wychodzący trochę wbrew aktualnym trendom, gdyż ostatnie miesiące pokazują, że kluby Bundesligi częściej sprzedają niż kupują wielkie nazwiska. Jest więc całkiem prawdopodobne, że niemiecka liga niebawem straci (na rzecz Anglii?) rangę europejskiego lidera, ale póki co w kraju dwukrotnych mistrzyń świata wciąż ma kto grać i zachwycać nas swoimi umiejętnościami. Na szczycie lokalnej piramidy pewnie ulokował się Wolfsburg z kapitanką Nillą Fischer i wieloma byłymi gwiazdami Damallsvenskan w składzie (trudno się dziwić, że w nieoficjalnych rozmowach ekipę mistrzyń Niemiec nazywamy po prostu Damallsvenskan All-Stars). Poza tym mamy budowany krok po kroku monachijski Bayern, który nijak nie potrafi pokazać się z dobrej strony w Europie (czas to wreszcie zmienić!), ambitne Freiburg, Poczdam i Essen, dawnego hegemona z Frankfurtu, a także pozostałe kluby, również potrafiące dodać rozgrywkom sporo kolorytu. W wielu krajach świata utarło się powiedzenie, że jednym z symboli Niemiec jest solidność i choć w pewnych aspektach dałoby się z tym stwierdzeniem mocno polemizować, to akurat Bundesliga wpisuje się w tę tezę niemal idealnie.

1. NWSL (USA)

Sam przed sobą muszę przyznać, że ustawianie na pierwszym miejscu ligi jeszcze nie w pełni ukształtowanej, a na dodatek mocno chwiejącej się w wielu aspektach, nie jest być może najbardziej oczywistym wyborem. Skoro jednak jedynym kryterium klasyfikacji miał być poziom sportowy, to dla mnie nie ulega wątpliwości, że właśnie za oceanem jest on najwyższy. Najbardziej wyraźnie widać to, gdy zabierzemy się do oceniania wartości piłkarek grających na poszczególnych pozycjach. To właśnie w NWSL występuje najlepsza obecnie bramkarka świata (Franch), absolutnie czołowa stoperka (Sauerbrunn), doskonałe boczne obrończynie i wahadłowe (Hinkle, Dunn), najlepsza defensywna pomocniczka (Fishlock), najlepsza środkowa pomocniczka (Horan), najlepsze skrzydłowe (Rapinoe, Heath) i najlepsza napastniczka (Kerr). Do tego dochodzą jeszcze żywe legendy (Marta, Morgan) oraz te, które legendami niebawem się staną (Pugh, Carpenter). Dołóżmy do tego jeszcze wyrównany poziom grających w NWSL drużyn (pomińmy na chwilę tegoroczne wyczyny Sky Blue), atrakcyjny i na wskroś amerykański format rozgrywek i dostaniemy ligę, którą chce się oglądać o każdej porze dnia i nocy. Teraz pozostaje tylko trzymać kciuki, aby ekspansja na kolejne miasta i regiony (Kalifornia!, Kanada!) przyniosła pozytywne efekty.

Podsumowanie 14. kolejki

dam

Czas na podsumowanie 14. kolejki sezonu 2018 w Damallsvenskan

Najlepszy mecz: Vittsjö 2-1 Piteå. W czerwcu zespół z północnej Skanii zwyciężył w Piteå 4-1, w sierpniu podopieczne Matta Rossa oraz Thomasa Mårtenssona musiały się zadowolić „zaledwie” skromnym, jednobramkowym zwycięstwem nad rywalkami z Norrbotten. Jesteśmy jednak dziwnie spokojni, że w Vittsjö nikt z tego powodu przesadnie nie rozpaczał, tym bardziej, że to gospodynie wyglądały na tle swoich przeciwniczek jak liderki Damallsvenskan. Jak widać, życie po Lindzie Sällström jednak istnieje i nawet wcale nie wygląda tak źle!

Najładniejszy gol: Emma Lundh (Vittsjö). Bez względu na klubowe sympatie i antypatie, gol akurat tej piłkarki ucieszył absolutnie wszystkich (no, może z wyjątkiem kibiców Piteå, ale im możemy z wiadomych względów wybaczyć). 29-letnia napastniczka, która swoją postawą na boisku i poza nim dzień w dzień udowadnia nam, że niemożliwe rzeczywiście nie istnieje, uderzyła zza pola karnego tak, że Cajsa Andersson mogła tylko pokiwać z uznaniem głową. To był jeden z tych momentów sezonu, który z pewnością zapamiętamy na długie lata.

Najlepsza piłkarka: Iva Landeka (Rosengård). Kalmar nie jest być może na chwilę obecną drużyną siejącą postrach samą nazwą, ale jednak trzy gole i dwie asysty w jednym meczu to dorobek obok którego nie sposób przejść obojętnie bez względu na klasę rywala. Chorwacka pomocniczka Rosengård znów udowodniła, że przedłużenie z nią kontraktu było jedną z lepszych decyzji Therese Sjögran w ostatnich miesiącach, ale jeśli w Malmö marzą o jedenastym tytule mistrzowskim, to Landeka będzie musiała jeszcze przynajmniej kilka razy wznieść się na wyżyny swych umiejętności. I nie wątpimy, że jest w stanie to zrobić.


14. kolejka w liczbach:

Gole: 26  (średnia 4.33 / mecz)

Rzuty karne: 3  (1 wykorzystany)

Żółte kartki: 7

Czerwone kartki: 1

Najwyższa frekwencja: 1 224  (Göteborg – Djurgården)

Najniższa frekwencja: 486  (Rosengård – Kalmar)

Najszybszy gol: Julia Tunturi (Eskilstuna) – 3. minuta (vs. Hammarby)

Najpóźniej strzelony gol: Michelle De Jongh (Vittsjö) – 90+1. minuta (vs. Piteå)


Jedenastka kolejki:

TEAM_14

Klasyfikacja strzelczyń:

skytte

Klasyfikacja asystentek:

assist

Komplet wyników:

dam

Jeszcze Vittsjö nie zginęło

632@60

Tak jest! Punkty zostają w Vittsjö (Fot. Avdo Bilkanovic)

Wiele razy wspominałem o tym, że piłka nożna to najbardziej nieprzewidywalna ze wszystkich gier zespołowych. Dzisiejsze popołudnie z Damallsvenskan jak najbardziej tę tezę potwierdziło i nie chodzi mi bynajmniej o fakt, że lider, który tydzień wcześniej w fenomenalnym stylu zwyciężył w meczu na szczycie, przed godziną poległ na wsi nieopodal Hässleholm. O ile jednak sam triumf Vittsjö nie jest jakimś przesadnie wielkim zaskoczeniem, o tyle postawa zespołu prowadzonego przez Matta Rossa oraz Thomasa Mårtenssona jak najbardziej nim jest. Jeszcze miesiąc temu wydawało się, że transfer Lindy Sällström do Paryża będzie oznaczał poważne kłopoty klubu z północnej Skanii, a tymczasem wydarzyło się coś niemal dokładnie odwrotnego. Trafiać jak na zawołanie zaczęła bowiem Michelle De Jongh, rolę szybkobiegaczki przejęła od swojej fińskiej koleżanki Clara Markstedt, a życiową formę złapała do tego Emma Lundh. Efekt? Siedem punktów w trzech sierpniowych meczach i odbicie się od strefy spadkowej na względnie bezpieczny dystans pięciu oczek. Oczywiście, wciąż jest zdecydowanie zbyt wcześnie, aby w Vittsjö otwierać szampany, ale początek rundy rewanżowej jak najbardziej może napawać optymizmem.

Choć dzisiejszy mecz rozstrzygnął się de facto dopiero w 91. minucie, Vittsjö w każdej jego fazie było zespołem zdecydowanie lepszym. Zdobyty po błędach Emelie Lövgren oraz Cajsy Andersson gol Michelle De Jongh przywrócił więc jedynie boiskową sprawiedliwość, gdyż każdy inny wynik jak zwycięstwo gospodyń byłby po prostu krzywdzący dla piłkarek ze Skanii. Olbrzymią rolę w tym, że punkty pozostały ostatecznie na Vittsjö IP, odegrała Emma Lundh, która rozpoczęła spotkanie na ławce rezerwowych, ale już w pierwszym kwadransie zastąpiła kontuzjowaną Emmi Alanen. 29-letnia była reprezentantka Szwecji, która z wiadomych powodów jest inspiracją dla wielu nie tylko sportowców, w 31. minucie przymierzyła zza pola karnego tak idealnie, że nawet względnie dobrze ustawiona Andersson mogła tylko popatrzeć jak futbolówka wpada do strzeżonej przez nią bramki. Swój najlepszy w sezonie występ Lundh okrasiła jednak nie tylko golem, ale również kilkoma fantastycznymi, prostopadłymi podaniami, z którymi nijak nie mogła poradzić sobie defensywa z Piteå i gdyby tylko Markstedt lub Wilkinson były nieco bardziej precyzyjne, mecz byłby rozstrzygnięty dużo, dużo wcześniej. Celowniki gospodyń nie były jednak odpowiednio nastawione, w związku z czym zdobyty trochę wbrew obrazowi gry gol Cecilii Edlund dał przyjezdnym nadzieję na wywiezienie z Vittsjö przynajmniej jednego punktu. Nadzieję, którą dopiero w doliczonym czasie gry skutecznie zgasiła De Jongh.

******

Zgodnie z planem swoje mecze wygrały natomiast Linköping oraz Göteborg, ale szczególnie w Östergötland emocji – i to niestety nie tylko tych pozytywnych – było aż nadto. Pierwsze zwycięstwo Olofa Unogårda w roli trenera LFC zostało bowiem okupione całkowicie niepotrzebną (a przy okazji mocno kontrowersyjną) czerwoną kartką dla Kosovare Asllani, która dwukrotnie została ukarana za rzekome symulowanie faulu w polu karnym. Grająca dziś w ataku (jak za dawnych lat!) reprezentacyjna pomocniczka do momentu przedwczesnego opuszczenia placu gry była zdecydowanie najlepszą aktorką tego widowiska, choć dzielnie sekundowała jej ustawiona również nieco wyżej niż zazwyczaj Norweżka Frida Maanum. Negatywnie wyróżniły się za to obie formacje obronne, ale o ile duet Arnth – Lantz ograniczył się jedynie do pojedynczych błędów, o tyle Møller, Kristjansdottir i Björklund w kreowaniu kolejnych okazji dla Linköping wcale nie ustępowały na przykład grającej skądinąd całkiem solidny mecz Emmie Lennartsson. W drugiej połowie, czwórka defensorek Limhamn Bunkeflo długimi minutami grała tak, jakby nigdy wcześniej nie miała okazji se sobą trenować i naprawdę niewiele brakowało, aby do wyśmienitej asysty przy drugim golu Asllani (takich piłek nie dogrywała dziś nawet Angeldahl), zawodniczki w białych koszulkach dołożyły jeszcze najbardziej efektownego samobója roku. Z taką grą, nawet najbardziej sprzyjający terminarz nie zapewni drużynie z Malmö pozostania w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Na równie szczodre prezenty od rywalek nie mogły liczyć podopieczne Marcusa Lantza, które przez 65 minut nie potrafiły znaleźć sposobu na szczelną defensywę Djurgården. Worek z bramkami skutecznie rozwiązała jednak Julia Zigiotti, wykorzystując przytomne zagranie Amandy Johnsson Haahr i od tego momentu w grze gospodyń pojawiła się zdecydowanie większa swoboda. To właśnie ona, w połączeniu z narastającym zmęczeniem po stronie gości, pozwoliła zawodniczkom z Göteborga jeszcze dwa razy pokonać Gudbjörg Gunnarsdottir. Na listę strzelczyń wpisały się niezawodna tego lata Rebecka Blomqvist oraz pozyskana w ostatnim okienku transferowym Karin Lundin, a Göteborg znów włączył się do gry przynajmniej o europejskie puchary. Liga będzie jeszcze ciekawsza? A pewnie, że tak!

Komplet niedzielnych wyników:

Vittsjö – Piteå 2-1 (Lundh 31., De Jongh 90+1. – Edlund 82.)

Linköping – Limhamn Bunkeflo 5-2 (Asllani 20., 66., Maanum 33., Oskarsson 55., Almqvist 86. – A. Welin 30., 57. (k))

Göteborg – Djurgården 3-0 (Zigiotti 66., Blomqvist 79., Lundin 83.)

Bez niespodzianek

image (1)

Gol Tine Schryvers w doliczonym czasie gry rozstrzygnął mecz w Kristianstad (Fot. Bosse Nilsson)

Bez niespodzianek – tak w najkrótszy sposób można podsumować sobotnie granie na boiskach Damallsvenskan. Papierowi faworyci tym razem nie zawiedli, choć na stadionie w Kristianstad miejscowi fani na zwycięskiego gola musieli czekać aż 91 minut. Dopiero wtedy na rajd prawym skrzydłem zdecydowała się niezmordowana Amanda Edgren, a jej centrę skutecznie zamknęła nabiegająca na wprost bramki Växjö Tine Schryvers. Belgijska napastniczka, która tydzień temu została zmieniona już w pierwszej połowie, tym razem rozpoczęła spotkanie na ławce rezerwowych, ale gdy tylko otrzymała szansę od Elisabet Gunnarsdottir, robiła wszystko, aby na nowo zaskarbić sobie przychylność trenerki. Gol w doliczonym czasie gry był jedynie podsumowaniem jej naprawdę udanego występu, a wyładowywanie sportowej złości poprzez dobrą postawę na boisku (a nie na przykład niewiele wnoszące, bezsensowne wypowiedzi) jest czymś, co absolutnie zasługuje na pochwałę. Tej nie możemy niestety wygłosić pod adresem defensorek z Växjö, choć bardzo długo wydawało się, że to właśnie one kolejny raz zapewnią swojej drużynie czyste konto. Błąd w samej końcówce sprawił jednak, że beniaminek ze Småland tym razem wracał do domu z poczuciem ogromnego niedosytu.

Pretensji o końcowy rezultat nie mogli mieć za to w Hammarby, gdyż Eskilstuna była dziś zespołem po prostu lepszym w każdym aspekcie piłkarskiego rzemiosła. Podopieczne Magnusa Karlssona strzelanie na sztokholmskiej murawie rozpoczęły stosunkowo szybko, bo już w trzeciej minucie. Z uderzeniem Felicii Karlsson poradziła sobie jeszcze Emma Holmgren, ale wobec dobitki Julii Tunturi podstawowa golkiperka szwedzkiej młodzieżówki była już całkowicie bezradna. Pomimo wielu okazji dla United, nadzieje gospodyń na korzystny wynik tliły się niemal do samego końca, ale ostatecznie zgasiła je efektownym, mierzonym lobem Cajsa Åkerberg. Pierwszy w sezonie gol dziewiętnastoletniej pomocniczki uspokoił za to stosunkowo licznie przybyłych do stolicy kibiców gości, którzy wcześniej łapali się za głowy po niecelnym strzale Tunturi i zmarnowanym przez Dahlkvist rzucie karnym. Zwycięstwo gości sprawia, że po tej serii spotkań oba kluby zrównały się punktami, ale to w Hammarby mają chyba nieco większe powody do niepokoju. Osiemnaście punktów do utrzymania w tym roku z całą pewnością nie wystarczy, terminarz także nie sprzyja, a forma sprzed letniej przerwy znów chyba gdzieś uleciała.

Analiza meczu w Malmö nie ma większego sensu, gdyż naprzeciw siebie stanęły zespoły, które najzwyczajniej w świecie powinny występować na różnych poziomach rozgrywkowych. Żeby było jeszcze zabawniej, szkoleniowiec gości Jonas Walfridsson postanowił posadzić na ławce swoje najlepsze, zdrowe piłkarki (Dieke, Pratt), a w bój posłać coś na kształt szkółki, wspomaganej kilkoma bardziej doświadczonymi zawodniczkami. Żeby była jasność: dobrze, że w Kalmar zdają sobie sprawę, że kolejny sezon spędzą już w Elitettan, ale nie bardzo rozumiem w jaki sposób wystawienie kilku nastolatek ze świadomością, że za chwilę przyjmą dziesięć goli od Rosengård ma mentalnie zbudować te dziewczyny do tego, aby wiosną przyszłego roku skutecznie powalczyły na zapleczu ekstraklasy. Z kronikarskiego obowiązku dodajmy, że hat-tricki zapisały dziś na swoim koncie Anja Mittag oraz Iva Landeka (Chorwatka dołożyła do tego jeszcze dwie asysty), ale na temat aktualnej dyspozycji klubu z Malmö nie dowiedzieliśmy się w ten sposób nic. Ale za to przynajmniej mogliśmy przez chwilę poczuć się jak fani Olympique Lyon oglądający popisy swojego klubu na ligowych boiskach. I to chyba największy pozytyw soboty w stolicy Skanii.

Komplet sobotnich wyników:

Kristianstad – Växjö 1-0 (Schryvers 90+1.)

Hammarby – Eskilstuna 0-2 (Tunturi 3., Åkerberg 85.)

Rosengård – Kalmar 10-0 (Mittag 6., 57., 71., Viggosdottir 11., Troelsgaard 14., 51., Landeka 36., 48., 53., Brown 90.)