Otwarcie na remis

image

Therese Ivarsson zdobyła pierwszego gola w nowym sezonie (Fot. Bosse Nilsson)

Miało być efektowne zwycięstwo na otwarcie równie efektownej areny, ale w sobotnie popołudnie w Kristianstad nie wszystko potoczyło się według zaplanowanego przez gospodynie scenariusza. Zaczęło się nawet obiecująco dla podopiecznych Elisabet Gunnarsdottir, gdyż jeszcze przed przerwą Therese Ivarsson, strzelając pierwszego ligowego gola sezonu 2018, wyprowadziła swój zespół na prowadzenie. 28-letnia defensorka dopadła do piłki zgranej głową przez Ogonnę Chukwudi i sprytnym strzałem pokonała Shannon Lynn. Przyjezdne odpowiedziały jednak w najmniej spodziewanym momencie. Kibice obu ekip zajmowali jeszcze miejsca na nowym stadionie, gdy na uderzenie z dystansu zdecydowała się Michelle De Jongh, doprowadzając do ekstazy sektor fanów z Vittsjö. Więcej goli w derbach Skanii już nie padło, choć rozegrana w świetnym tempie druga połowa przyniosła obu drużynom jeszcze kilka bramkowych okazji. Bliżej zwycięstwa były gospodynie, którym nawet udało się po raz drugi umieścić futbolówkę w siatce gości, ale Lovisa Johansson słusznie dopatrzyła się w tamtej sytuacji pozycji spalonej. Z drugiej strony, gdyby nie ofiarna interwencja Mii Carlsson po centrostrzale Ebby Hed, komplet punktów mógł z równym powodzeniem pojechać do Vittsjö. Remis 1-1 wydaje się więc być wynikiem jak najbardziej sprawiedliwym i nie krzywdzącym żadnej ze stron i nawet dobrze się stało, że po tak obiecującej inauguracji tegorocznych rozgrywek, żadna z uczestniczących w niej drużyn nie pozostała z niczym.

W zdecydowanie lepszych nastrojach otwarto za to stadion w Sztokholmie, choć fani Hammarby przeżyli za sprawą swoich piłkarek prawdziwą huśtawkę nastrojów. Gdy na początku drugiej połowy Emma Jansson zapewniła swojej drużynie dwubramkową zaliczkę, wiele wskazywało na to, że sympatyków Bajen czeka równie radosne, co spokojne popołudnie. Wystarczyło jednak kilka minut nieuwagi, aby za sprawą goli Hönnudottir i Kander wszystko wróciło do punktu wyjścia. Ostatnie słowo należało jednak do gospodyń, które postanowiły, że w debiucie na nowej arenie nie zamierzają dzielić się punktami. Rezerwowa Kelly Conheeney zrobiła najlepszy możliwy użytek z dośrodkowania Madeleine Tegström i niepocieszona takim obrotem sprawy Emma Lind musiała po raz trzeci wyciągać piłkę z siatki. Zawodniczki z Malmö rzuciły się jeszcze do ataków, po domniemanym faulu na Parice domagały się nawet podyktowania jedenastki, ale w doliczonym czasie gry Julia Zigiotti pozbawiła ich resztek nadziei na zdobycie w stolicy choćby jednego punktu.

Od mocnego uderzenia rozpoczęła sezon również druga ekipa ze Sztokholmu i choć z przebiegu gry zwycięstwo nad wyjątkowo bezbarwną Eskilstuną piłkarkom Djurgården się całkowicie należało, to na Stadionie Olimpijskim nie obyło się bez kontrowersji. Prowadząca to spotkanie Tess Olofsson, tuż przed przerwą, w odstępie kilkudziesięciu sekund podjęła dwie odważne decyzje na korzyść gospodyń, dzięki czemu przed szansą wykonania jedenastki stanęła ostatecznie Sheila van den Bulk. Holenderka z rzutu karnego się nie pomyliła, a w drugiej połowie – już z gry – po raz drugi pokonała Emelie Lundberg strzałem po ziemi. Grające w nowym ustawieniu podopieczne Jonasa Björkgrena przez nieco ponad siedemdziesiąt minut stanowiły wyłącznie tło dla dobrze usposobionych sztokholmianek i dopiero strzał z dystansu Lorety Kullashi przypomniał im o tym, że w piłce nożnej czasami warto jednak zaatakować. Zryw w końcówce pozwolił im nawet na zdobycie kontaktowego gola, gdy po olbrzymim zamieszaniu na przedpolu bramki Gunnarsdottir, futbolówkę do siatki wepchnęła Larsson, ale na więcej nie wystarczyło już czasu. Mając jednak w pamięci obraz gry, piłkarki United pretensje powinny zgłaszać wyłącznie do siebie.

Komplet sobotnich wyników:

01

02

03

1. kolejka – zapowiedź

christen-press

Poprzedni pobyt Christen Press w Göteborgu był dla niej niezwykle udany (Fot. BB)

Oto nadszedł dzień, którego tak bardzo wyczekiwaliśmy w długie, zimowe wieczory. Już za kilka godzin piłkarki szwedzkich klubów wybiegną na ligowe boiska, aby rozpocząć kolejny, niezapomniany sezon. Zdaję sobie sprawę, że nazywanie sezonu niezapomnianym przed rozegraniem choćby jednego meczu może zostać uznane za mocno ryzykowne, ale mając na uwadze chociażby przebieg ostatniego okienka transferowego, naprawdę mamy prawo być dobrej myśli. Na boiskach Damallsvenskan na pewno nie zabraknie bowiem piłkarskiej jakości, a i poziom emocji powinien być odpowiedni. Dlaczego? Ponieważ mówimy o lidze absolutnie wyjątkowej i jedynej w swoim rodzaju. O lidze, w której można zakochać się bez pamięci od pierwszego wejrzenia. Życząc więc wszystkim dwunastu klubom udanego sezonu i realizacji zamierzonych celów (pisząc te słowa mam niestety świadomość, że nie każdemu z nich to się uda, ale taka już specyfika futbolu), zapraszam na pierwszą w tym roku zapowiedź piłkarskiego weekendu na ligowych boiskach. Mam nadzieję, że jej nowa, nieco bardziej dynamiczna forma przypadnie wam do gustu.

Mecz kolejki: Rosengård vs Göteborg. Piłkarki z Västergötland mają za sobą sezon pełen frustracji i rozczarowań, ale przecież także w Malmö nastroje są dalekie od idealnych. Oba zespoły przystępują do nowych rozgrywek odmienione, w obu obozach dominuje pragnienie nie tylko zrewanżowania się za wszystkie ubiegłoroczne niepowodzenia, ale wręcz dokonania czegoś wielkiego. Kto w najbliższy poniedziałek zrobi pierwszy krok we właściwym kierunku? Faworytem pozostaje oczywiście Rosengård, który na własnym boisku z Göteborgiem nie przegrał jeszcze nigdy w historii (!), ale faza grupowa Pucharu Szwecji pokazała, że przyjezdne pod wodzą Marcusa Lantza także mają po swojej stronie sporo argumentów. Jednym z nich jest z pewnością obecność w kadrze takich piłkarek jak Elin Rubensson, Olivia Schough, czy Christen Press, które jednym zagraniem potrafią odwrócić losy meczu. Pewną niewiadomą – pomimo obiecującego występu w meczu kontrolnym przeciwko Eskilstunie – pozostaje jedynie dyspozycja fizyczna amerykańskiej snajperki, ale nawet z nie do końca gotową Press, Göteborg stać na sprawienie w stolicy Skanii niespodzianki. Choć mając na uwadze morderczą formę ofensywnego tercetu z Malmö (Troelsgaard, Utland oraz odrodzona Mittag), z pewnością nie będzie o to łatwo.

Wydarzenie kolejki: otwarcie nowego stadionu w Kristianstad. Choć przez te wszystkie lata zdążyliśmy się już przyzwyczaić do Vilans IP ze wszystkimi jego niedogodnościami, informację o przenosinach ekipy z Kristianstad na nową arenę przywitaliśmy głębokim oddechem ulgi. Oczywiście, kibicom ze wschodniej Skanii stary stadion nieodłącznie kojarzyć się będzie z wieloma pamiętnymi momentami, takimi jak awans do Damallsvenskan, czy pierwsze zwycięstwo nad Rosengård, ale jednak w innych szwedzkich miastach Vilans IP pamiętane jest przede wszystkim ze względu na znajdującą się w niezmiennie fatalnym stanie murawę, która nie zawsze pozwalała na rozegranie na niej pierwszoligowego widowiska. Coś wiedzą na ten temat w Örebro, gdyż to właśnie piłkarki tego klubu odbyły swego czasu wielogodzinną podróż na południe tylko po to, aby dowiedzieć się, że … ze względu na bezpieczeństwo zawodniczek mecz został odwołany. To wszystko już jednak historia, gdyż jutro o godzinie 13:00 Peter Gerhardsson dokona uroczystego otwarcia nowej areny, która od teraz stanie się domem drużyny z Kristianstad. Pierwszym (i do tego derbowym) rywalem, który będzie mógł przekonać się jakie to uczucie zagrać na mieszance murawy naturalnej i sztucznej, będzie w sobotnie popołudnie Vittsjö.

Zagadka kolejki: jak zagra nowa Eskilstuna? Wiele klubów przystąpi do tegorocznych rozgrywek z nowymi twarzami w kadrze oraz na ławce trenerskiej (więcej na ten temat w skarbie kibica), ale gdybyśmy mieli wskazać ten, w którym zimą dokonała się największa rewolucja, pół-żartem pół-serio wskazalibyśmy właśnie na Eskilstunę. Klub z Tunavallen od momentu awansu do Damallsvenskan, wszystkie (!) mecze w najwyższej klasie rozgrywkowej rozegrał w ustawieniu z trójką środkowych obrończyń i dwiema piłkarkami na wahadłach, a sygnowane nazwiskiem Viktora Erikssona 3-5-2 stało się wręcz znakiem rozpoznawczym prowadzonego przez niego zespołu. Jutrzejszy mecz w Sztokholmie, w którym Jonas Björkgren zapowiedział grę czwórką klasycznych defensorek, będzie zatem dla sympatyków United całkowicie nowym doświadczeniem. Po raz pierwszy zobaczą oni bowiem swoją drużynę grającą na pierwszoligowych boiskach w zupełnie nowym ustawieniu. Czy pomoże ono po pięciu latach odczarować Stadion Olimpijski?

lena_gunnarsson

Anna Anvegård i jej Växjö zainaugurują sezon w Linköping (Fot. Lena Gunnarsson)

Piłkarka pod lupą: Anna Anvegård. W ostatnich latach przyzwyczailiśmy się, że każda czołowa snajperka Elitettan wita się z Damallsvenskan w wielkim stylu. Tak właśnie zrobiła Tabitha Chawinga, a bardzo niewiele ustępowała jej przecież Mia Jalkerud. Czy ich śladami podąży 20-letnia Anna Anvegård? Napastniczka Växjö dwa razy z rzędu sięgała po tytuł królowej strzelczyń szwedzkiej drugiej ligi, a jej bramkowy dorobek (odpowiednio 30 i 33 gole) bardzo niewiele ustępował fenomenalnemu rekordowi Chawingi. Jeśli Anvegård wkroczy na pierwszoligowe salony w równie efektownym stylu, powody do radości będą mieć nie tylko w Småland, ale i w sztabie szkoleniowym reprezentacji. Na inaugurację nowego sezonu młodą napastniczkę czeka jednak niezwykle trudne zadanie, gdyż beniaminek z Växjö w poszukiwaniu pierwszych w tym roku punktów uda się na teren osłabionych (brak Hurtig, niepewny występ Asllani), ale wciąż piekielnie groźnych mistrzyń z Linköping.

Na pozostałych stadionach: w sobotę o godzinie 14:00 Hammarby podejmie na odnowionym stadionie Limhamn Bunkeflo, natomiast w niedzielę o 13:30 mające ze sobą niezwykle trudny okres przygotowawczy Piteå postara się poprawić sobie humor, pokonując na LF Arenie beniaminka z Kalmar.

Zestaw par 1. kolejki:

omg1_01

omg1_02

omg1_03

omg1_04

omg1_05

omg1_06

UWAGA: podobnie jak w poprzednim sezonie, podsumowanie kolejki pojawi się na stronie po rozegraniu ostatniego z zaplanowanych w jej ramach meczów.

Szwedzki skarb kibica 2018

Koniec reprezentacyjnej przerwy oznacza, że wielkimi krokami zbliża się inauguracja kolejnego sezonu ligowego. W tym roku, zamiast tradycyjnego przeglądu drużyn, proponuję wam 48-stronicowy skarb kibica Damallsvenskan i Elitettan. Graficznie nie jest on być może arcydziełem, ale mam nadzieję, że zawartość merytoryczna wynagrodzi wszelkie ewentualne niedostatki. W środku znajdziecie bowiem najbardziej aktualne kadry wszystkich 26 zespołów szczebla centralnego, szczegółowe terminarze obu lig, dokładne prognozy i zapowiedzi oraz historię szwedzkiej piłki klubowej w pigułce. To wszystko z myślą, aby wraz ze skarbem kibica nadchodzący sezon śledziło się wam jeszcze przyjemniej, a obcowanie z Damallsvenskan i Elitettan nie ograniczało się wyłącznie do transmisji telewizyjnych. Już za trzy dni pierwszy gwizdek sprawi, że cały kraj od Skanii po Laponię ogarnie ligowe szaleństwo, ale zanim ten niewątpliwie interesujący sezon rozkręci się na dobre, gorąco zapraszam do lektury.

W połowie drogi do Francji

swe

Fot. SvFF

Rzęsiście padający z nieba deszcz niezmiennie towarzyszy szwedzkiej kadrze od początku eliminacji do francuskiego mundialu, ale warunki atmosferyczne były jednym z niewielu elementów wspólnych dla jesiennej i wiosennej konfrontacji podopiecznych Petera Gerhardssona z reprezentacją Węgier. Choć o tym, że w Szombathely będzie grać nam się zdecydowanie trudniej niż przed sześcioma miesiącami w Borås regularnie przypominał nam sam selekcjoner, naprawdę niewielu spodziewało się, że o końcowy wynik drżeć będziemy jeszcze na dziesięć minut przed końcowym gwizdkiem łotewskiej sędzi. Słowo drżeć jest tu jak najbardziej na miejscu, bo gdy przy stanie 1-2 Eriksson ofiarnym wślizgiem ratowała sytuację po dośrodkowaniu Mosdoczi, niespodziewana i całkowicie niepotrzebna utrata punktów na węgierskiej ziemi stała się jak najbardziej realna. Szczęśliwie, w decydującym momencie celownik wyregulowała sobie wybitnie nieskuteczna przed przerwą Stina Blackstenius i to za jej sprawą decydujące fragmenty meczu mogliśmy obserwować już z nieco większym spokojem.

Zanim jednak w Szombathely zrobiło się nerwowo, obejrzeliśmy naprawdę świetną pierwszą połowę w wykonaniu szwedzkich piłkarek. Grająca w ustawieniu z trzema stoperkami i bez klasycznych skrzydłowych drużyna Petera Gerhardssona od samego początku przystąpiła bowiem do ataków na węgierską bramkę i na ich efekty wcale nie trzeba było długo czekać. Refleks Reki Szöcs uderzeniem z dystansu sprawdziła Asllani, Rubensson i Jakobsson hasały w polu karnym rywalek, a Glas i Andersson kolejnymi rajdami skutecznie odbierały chęć do gry próbującym je powstrzymać przeciwniczkom. Nic więc dziwnego, że szwedzki selekcjoner raz po raz brawami nagradzał udane zagrania swoich podopiecznych, choć dopiero w 17. minucie okres ewidentnej dominacji udało się zaakcentować golem. Dośrodkowaną z narożnika futbolówkę przytomnie zgrała głową Eriksson, a Seger – po rykoszecie od Jakabfi – z najbliższej odległości skierowała ją do siatki. Jedna bramka żadną miarą nie mogła jednak zadowolić Szwedek, które bardzo szybko podwyższyły prowadzenie. Na murawie w Szombathely obejrzeliśmy akcję jak z treningu; pasywna węgierska defensywa została rozklepana kilkoma szybkimi podaniami, a całość sfinalizowała strzałem do pustej bramki Jakobsson, zerując w ten sposób coraz głośniej tykający zegar odliczający jej minuty bez gola w reprezentacyjnych barwach. Wynik 0-2 utrzymał się ostatecznie do końca pierwszej połowy, choć sama tylko Blackstenius miała trzy naprawdę dogodne okazje na to, aby jeszcze przed zejściem do szatni przynajmniej raz pokonać Szöcs.

W drugiej połowie obraz gry uległ diametralnej zmianie, a liczne faule i przedłużające się przerwy sprawiły, że na boisku zaczął rządzić chaos. W tych warunkach zdecydowanie lepiej zaczęły sobie radzić Węgierki, które w 63. minucie jako pierwszy zespół w tych eliminacjach znalazły sposób na szwedzką defensywę. Szeitl zagrała długą piłkę na walkę w kierunku Fanni Vago, a napastniczka austriackiego St. Pölten uwolniła się spod opieki dwóch stoperek i strzałem w krótki róg nie dała szans Lindahl. Mogło się wydawać, że stracony gol podziała mobilizująco na Szwedki, ale nieoczekiwanie to Madziarki zwietrzyły swoją szansę i w kolejnych minutach zaczęło się robić coraz bardziej nerwowo. Gospodynie poczuły się na tyle pewnie, że nie bały się nawet konstruować ataki pozycyjne z udziałem większej ilości zawodniczek, a po uderzeniu z dystansu Jakabfi oraz dynamicznym, powstrzymanym dosłownie w ostatnim momencie rajdzie Mosdoczi zrobiło się naprawdę gorąco. Przez moment można było się nawet zastanawiać, czy prędzej padnie gol wyrównujący, czy Szwedkom uda się skutecznie skontrować, ale na szczęście rozważania te przerwała na trzy minuty przez końcem meczu Blackstenius. Piłkarka Montpellier w tempo wyszła do prostopadłej piłki zagranej przez Banusic, zatańczyła z Szöcs i celnym strzałem przypieczętowała czwarte zwycięstwo w obecnej kampanii. W doliczonym czasie gry zrezygnowane Węgierki dobiła jeszcze wprowadzona dosłownie chwilę wcześniej na plac gry Mimmi Larsson (druga asysta Glas), poprawiając nam w ten sposób nie tylko humory, ale i bilans bramkowy, a ten ostatni może we wrześniu może okazać się niezwykle istotny.

Póki co, ważniejsze od bramek pozostają jednak punkty, a tych na półmetku eliminacji podopieczne Petera Gerhardssona mają na swoim koncie dwanaście. Jest to rzecz jasna fenomenalna pozycja wyjściowa, ale aby pojechać w przyszłym roku do Francji, latem i jesienią trzeba wykonać jeszcze cztery kroki we właściwym kierunku. O tym, z jak bezpieczną przewagą przystępować będziemy do decydujących potyczek, przekonamy się już w najbliższy poniedziałek, po zakończeniu meczu Dania – Ukraina. Zdecydowanymi faworytkami potyczki w Viborgu będą oczywiście aktualne wicemistrzynie Europy, ale piłkarki Wołodymira Rewy pokazały dziś, że absolutnie nie powinno się ich lekceważyć, nadspodziewanie łatwo pokonując na wyjeździe Chorwację.

Dziś premiera!

kobiety-i-futbol-kompleksowo-od-a-do-o-b-iext52535265

Dziś będzie nie tylko o szwedzkim futbolu, ale skoro napisało się książkę, to wypadałoby w dniu premiery poświęcić jej kilka słów. A skoro tak, to zacznijmy od początku. Pomysł na taką inicjatywę pojawił się w … Budapeszcie, gdy korzystając z wolnego czasu zdecydowałem się obejrzeć na żywo mecz węgierskiej ekstraklasy. Starcie dwóch stołecznych klubów okazało się całkiem przyzwoitym widowiskiem, w którym nie zabrakło zwrotów akcji, czerwonych kartek i niespodziewanego rozstrzygnięcia. Niestety, poza grupką kilkuset szczęśliwców, którzy pojawili się wówczas na stadionie, nikt nie zdawał sobie sprawy, że dwa budapesztańskie kluby rozegrały tego dnia naprawdę niezły, piłkarski mecz. Wzmianki na jego temat trudno było również szukać w lokalnej prasie, gdzie ligowe relacje ograniczone zostały jedynie do przywołania suchych wyników, które żadną miarą nie były w stanie oddać boiskowych emocji.  Wtedy właśnie z całą mocą dotarło do mnie, że takich meczów, których legenda została zredukowana do kilku cyferek oznaczających wyłącznie końcowy wynik, mieliśmy w historii futbolu zdecydowanie zbyt wiele, a prawidłowość ta wcale nie odnosi się tylko do węgierskiej ekstraklasy. Przecież złoty gol Sissi w meczu z Nigerią czy fenomenalna i zwieńczona sukcesem pogoń Poczdamu w rywalizacji z faworyzowanym Frankfurtem dla osób, które swoją piłkarską inicjację przeszły pod koniec lat dziewięćdziesiątych, powinny być czymś absolutnie kultowym. Rzeczywistość wygląda jednak tak, że nawet kadr z filigranową Kristine Lilly wybijającą futbolówkę z linii bramkowej, poza USA i Chinami nie przywołuje wspomnień związanych z konkretnym meczem. Ten skądinąd mało radosny wniosek sprawił, że w mojej głowie zaczęła kiełkować idea, aby nie pozwolić pięknym, piłkarskim wspomnieniom rozmyć się w niebycie pamięci. Przelanie ich na papier uznałem za zdecydowanie najlepszy i zarazem najtrwalszy sposób na to, aby zapewnić im nieśmiertelność i sprawić, że pozostaną one żywe nawet wtedy, gdy na świecie zabraknie ostatniego z ich świadków. Tak właśnie narodził się pomysł, a ostateczny efekt jego realizacji możecie ocenić już dziś.

Oczywiście, możecie spodziewać się, że podczas lektury nie zabraknie wątków szwedzkich, gdyż jest to kraj, który w znacznym stopniu nauczył mnie futbolu. Będzie więc o tym dlaczego kadencja Pii Sundhage na selekcjonerskim stołku musiała zakończyć się klęską, a także o tym w jaki sposób decyzja o wyjeździe do Szwecji krok po kroku uratowała karierę Christen Press (pisząc ten rozdział nie spodziewałem się, jak bardzo ów temat stanie się aktualny w dniu premiery). Nie zabraknie jednak także wątków japońskich, amerykańskich, czy nawet polskich, choć – jak zresztą uczciwie podkreślam w tekście – w tematyce polskiej piłki w żadnym razie nie uważam się za eksperta. Mam jednak nadzieję, że spojrzenie z zewnątrz na pewne kwestie też okaże się w jakimś stopniu cenne. Jest to oczywiście książka piłkarska, ale znajdziecie w niej również rozdziały, w których futbol staje się narzędziem, za pomocą którego spróbujemy stawić czoło takim problemom współczesnego świata jak seksizm czy homofobia, które dotykają przecież nie tylko środowiska sportu. W żadnym momencie nie jest to jednak z mojej strony manifest; ostateczne wnioski – jak zresztą zawsze – pozostawiam czytelnikom.

Książka ta jest z mojej perspektywy także hołdem dla wszystkich osób, z którymi miałem okazję zamienić choćby jedno zdanie podczas niemal dwudziestoletniej przygody z tą wspaniałą dyscypliną sportu. Każdy z was był częścią mojej drogi i każdemu z was należą się za to podziękowania. A więc – dzięki i udanej lektury!

Zagrać, zwyciężyć, zapomnieć

bigOriginal

W pierwszym meczu z Węgrami Nilla Fischer zadedykowała gola swojej ciężarnej żonie (Fot. DN)

Choć Peter Gerhardsson już kilka razy podkreślał, że wiosenne starcie z Węgierkami w niczym nie będzie przypominać październikowej potyczki, nastroje przed pierwszym w tym roku meczem w ramach eliminacji do francuskiego mundialu są w Szwecji niesamowicie spokojne. Wciąż niepokonana za kadencji obecnego selekcjonera kadra nie jest jeszcze oczywiście produktem kompletnym, ale prezentowany przez nią styl jak najbardziej pozwala podchodzić do starcia z najsłabszym grupowym rywalem bez niepotrzebnego strachu i lęku przed tym, co może wydarzyć się w najbliższy czwartek na boisku w Szombathely. W słowa szkoleniowca warto jednak się wsłuchać, gdyż przypominają nam one o starej, piłkarskiej prawdzie, że jakiekolwiek punkty będziemy mogli dopisać sobie dopiero po ostatnim gwizdku. Nawet jeśli faworyta teoretycznie wskazać nietrudno, swoją wartość i tak trzeba będzie na koniec udowodnić na zielonej murawie, a węgierskiej kadry przynajmniej z kilku powodów lekceważyć nie można.

Pierwszą trudnością, z którą nawiasem mówiąc szwedzkie piłkarki muszą radzić sobie podczas każdych eliminacji, jest dość niefortunny termin spotkania. Dotyczy to przede wszystkim zawodniczek występujących na co dzień w klubach Damallsvenskan, które dopiero za dwa tygodnie zainaugurują ligowe zmagania. Wprawdzie na Pucharze Algarve szwedzka druga linia (jedyna obecnie formacja oparta na piłkarkach grających w rodzimej lidze) prezentowała się więcej niż poprawnie, ale nie zapominajmy, że w Portugalii mierzyliśmy się wyłącznie z rywalami również grającymi w systemie wiosna-jesień.

Kolejną kwestią jest siłą rażenia węgierskiej kadry, która w Szombathely będzie zdecydowanie większa niż kilka miesięcy temu w Borås. W październiku, z różnych powodów, do Szwecji nie przyjechało kilka kluczowych piłkarek z kraju naszych najbliższych rywalek, ale już na marcowym Pucharze Cypru znów oglądaliśmy zdecydowanie lepsze oblicze Madziarek. Nie spodziewajmy się absolutnie tego, że Węgierki nagle postanowią przez dziewięćdziesiąt minut prowadzić grę, ale chociażby ich mecz z Koreą Północną pokazał w jak mądry i zdyscyplinowany sposób potrafią przeciwstawić się zdecydowanie wyżej notowanemu rywalowi. Indywidualności w ich kadrze także zresztą nie brakuje, a jeśli ta zdecydowanie największa będzie akurat miała swój dzień, to szwedzka defensywa musi się mieć mocno na baczności. Nie tak dawno bardzo boleśnie przekonali się o tym zresztą w Eskilstunie.

Pomimo tych wszystkich środków ostrożności, trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że w czwartek każdy inny wynik jak pewne zwycięstwo (najlepiej poparte do tego dobrą grą) byłoby dla nas ogromnym rozczarowaniem. Nawet jeśli w szwedzkiej kadrze znajdują się piłkarki, które właśnie szukają rytmu meczowego, w czwartkowy wieczór po prostu muszą go odnaleźć i solidnie wykonać swoje zadanie. Dwanaście punktów na półmetku eliminacji może być fenomenalnym punktem wyjścia przed najważniejszymi w tym roku potyczkami, ale ani na moment nie zapominajmy, że do pełni szczęścia potrzebujemy jeszcze zwycięstwa w Szombathely. Terminarz ułożył się tak, że podczas kwietniowego, reprezentacyjnego maratonu swój jedyny mecz gramy pierwszego dnia, a więc plan na najbliższy tydzień przedstawia się następująco: zagrać swoje, zwyciężyć, a następnie w spokoju czekać na wieści z Viborga. Niech tym razem martwią się inni. Ci, którzy muszą gonić.