Podsumowanie 1. kolejki

Jak nie grały przez ponad pięć miesięcy, to nie grały, ale gdy już wróciły, to w takim stylu, że ani na moment nie dało się odwrócić wzroku od murawy. Dziewięć goli, dziewięćdziesiąt minut jazdy bez trzymanki i pewne zwycięstwo faworytek z Malmö – tak w największym skrócie można opisać pierwszy mecz sezonu 2017 w Damallsvenskan, choć w 3. minucie, gdy Julia Roddar wyprowadzała gości z Borlänge na prowadzenie, kibice ze Skanii z niedowierzaniem przecierali oczy ze zdumienia. Później wszystko wróciło jednak na spodziewane tory, klasą dla siebie była Lieke Martens, Anja Mittag już w pierwszym meczu po powrocie do Szwecji wyrównała swój strzelecki dorobek z Wolfsburga, a Ella Masar udowodniła, że przez zimę nie zatraciła nic ze swojej niesamowitej waleczności. Ozdobą spotkania był drugi gol dla Rosengård, a w zasadzie poprzedzająca go akcja, podczas której gospodynie wymieniły między sobą 21 podań, zanim Troelsgaard ostatecznie umieściła futbolówkę w siatce rywalek. Kvarnsveden próbowało się odgryzać, ale oprócz fenomenalnej jak zwykle Chawingi, zwyczajnie nie miało argumentów, aby podjąć wyrównaną walkę z głównym faworytem rozgrywek. Pewnie niewiele będzie zespołów, którym na Malmö IP uda się strzelić dwa gole, ale cóż z tego, skoro defensywa z Dalarny znów udowodniła, iż nie ma najmniejszego przypadku w tym, że w 23 meczach na poziomie ekstraklasy Kvarnsveden ani razu (!) nie udało się zagrać na zero z tyłu. Sympatycy Rosengård zaczęli się oczywiście zastanawiać, czy aby rosnąca forma nie przyszła zbyt późno, bo z taką grą – ich zdaniem – dałoby się bez większych problemów wyeliminować Barcelonę, ale ta teza wydaje się skądinąd mocno kontrowersyjna. Choć utarło się, że obrona to zdecydowanie najmniej pewna formacja ekipy z Katalonii, to jednak trudno byłoby liczyć z jej strony na tyle prezentów, co od niezawodnego w tej materii kwartetu Decker – Salander – Hasanbegovic – Axfeldt.

almanach01

W poprzednich dwóch sezonach Piteå przegrało u siebie zaledwie jeden mecz, ale tym razem twierdza Norrland padła już za pierwszym podejściem. W pełni zasłużenie zdobyły ją piłkarki Djurgården, które wyszły na murawę LF Areny z wiarą, że na boisku rewelacji ubiegłorocznych rozgrywek jak najbardziej można pokusić się o zdobycie kompletu punktów. Gola na wagę zwycięstwa zdobyła ostatecznie tuż przed przerwą Hanna Lundqvist, wykorzystując sytuacyjne podanie Gisladottir, ale równie wielki udział w tym, że powrotna podróż do stolicy minęła podopiecznym Joela Riddeza w szampańskiej atmosferze miała również Gudbjörg Gunnarsdottir. Często mówi się, że w tych najbardziej wyrównanych spotkaniach o końcowym wyniku decyduje w dużym stopniu postawa bramkarek, a Islandka udowodniła, że jak najbardziej słusznie jej nazwisko wymienia się wśród czołowych golkiperek ligi. Z punktu widzenia reprezentacji musimy ponadto odnotować, że całkiem niezłe wejście w sezon zanotowała Katrin Schmidt, która pod nieobecność kontuzjowanej Appelqvist doskonale dyrygowała poczynaniami drugiej linii Djurgården, wysyłając tym samym Pii Sundhage jasny sygnał, że niezabranie jej na EURO byłoby w obecnej sytuacji niezwykle odważnym posunięciem ze strony selekcjonerki.

almanach02

W Göteborgu spotkały się dwa zespoły, które w ostatnich miesiącach konsekwentnie przebudowywały kadrę, realizując w ten sposób długofalową strategię klubu. Na Valhalli postawiono na zdecydowane odmłodzenie wyjściowej jedenastki, zaś w Örebro w miejsce prawdziwej futbolowej Wieży Babel powstała ekipa oparta niemal wyłącznie na krajowych zawodniczkach. Po niezwykle wyrównanej pierwszej połowie, w której swoje szanse na objęcie prowadzenia miały obie ekipy, szala zaczęła coraz wyraźniej przechylać się na stronę gospodyń. Zawodniczki z Göteborga koniec końców dopięły swego w 84. minucie za sprawą niezawodnej Hammarlund, która już wcześniej była jedną z wyróżniających się aktorek tego widowiska. Świetne zawody ma za sobą również była młodzieżowa reprezentantka Francji Annahita Zamanian, która ma wszystkie zadatki ku temu, aby okazać się prawdziwą rewelacją tegorocznych rozgrywek. W barwach mało przekonującego po przerwie Örebro największe pochwały należą się walczącej do ostatniego gwizdka Julii Spetsmark, zaś sporym rozczarowaniem były występy reprezentantek kraju Gråhns oraz Dahlkvist, a także wyczekiwany powrót do ekstraklasy Mariny Pettersson Engström.

almanach03

W minioną niedzielę historia napisała się na Vilans IP. Piłkarki z Vittsjö po raz pierwszy w historii pokonały w oficjalnym meczu ekipę z Kristianstad, choć trzy punkty musiały – w jak najbardziej dosłownym rozumieniu tego słowa – po prostu wyszarpać. Wszystko zaczęło się układać po myśli gości już w 5. minucie, kiedy to Benediktsson posłała kilkudziesięciometrowe podanie w kierunku Sällström, Carlsson i Atladottir nieco się zdrzemnęły, a dynamiczna Finka zrobiła użytek ze swojej szybkości i mierzonym strzałem pokonała Maron. Gospodynie mogły odpowiedzieć niemal błyskawicznie, ale po uderzeniu Edgren futbolówka odbiła się od słupka, po czym potoczyła się po linii bramkowej, gdzie nakryła ją Shannon Lynn. W kolejnych minutach inicjatywa wciąż należała do Kristianstad, świetne zawody rozgrywała próbująca kilka razy zaskoczyć szkocką golkiperkę Rita Chikwelu, ale ani dysponująca świetnymi warunkami fizycznymi Nigeryjka, ani jej rodaczka Ogonna Ckukwudi, nie potrafiły znaleźć recepty na nieco szczęśliwie broniącą się defensywę z Vittsjö. W ostatniej fazie meczu udało się w końcu wepchnąć futbolówkę do siatki gości, ale radość piłkarek i kibiców Kristianstad szybko przerwał gwizdek Malin Johansson, która słusznie dopatrzyła się w tej sytuacji nieprzepisowego zagrania (warto podkreślić, iż sędzia ze Sztokholmu błędu nie popełniła także przy nieuznanym golu dla Vittsjö w doliczonym czasie gry). W ostatnich sekundach pod bramkę rywalek popędziła nawet Maron i niewiele brakowało, aby zapisała na swoim koncie efektowną asystę, ale piłka ostatecznie znalazła się w rękach Lynn, która po chwili mogła wraz z koleżankami fetować niezwykle cenne, derbowe zwycięstwo.

almanach04.jpg

Na Arenie Linköping miało być pewne, spokojne zwycięstwo odmienionych mistrzyń kraju i … rzeczywiście tak właśnie się stało, choć w Malmö pewnie do teraz zastanawiają się, jak potoczyłoby się to spotkanie, gdyby zdobyty tuż przez przerwą gol na 1-1 został jednak uznany. Tego się już jednak nie dowiemy, a niespełna dwadzieścia sekund po wznowieniu gry Marija Banusic ostatecznie pozbawiła resztek złudzeń absolutnego beniaminka. Była napastniczka Eskilstuny udowodniła, że jej forma z zimowych sparingów jak najbardziej znajduje przełożenie również na rozgrywki ligowe, ale Linköping jako całość nie przypominał jeszcze ekipy, która w poprzednim sezonie całkowicie zdominowała szwedzką Damallsvenskan. Sprzymierzeńcem podopiecznych Kima Björkegrena jest jednak terminarz, który zagwarantował im łagodne wejście w sezon, ale aby realnie liczyć się w walce o obronę tytułu, wszystkie zawodniczki będą musiały dobić do poziomu, który na inaugurację zaprezentowały jedynie wspomniana Banusic oraz Portugalka Claudia Neto.

almanach05

Jedyne poniedziałkowe spotkanie było o tyle kuriozalnym widowiskiem, że licznie zgromadzona na Tunavallen publiczność długimi minutami oglądała coś w rodzaju pokazowej gierki treningowej. Jedna drużyna rozgrywała piłkę, druga zaś imitowała pressing, nie starając się jednak jej odebrać. Gdy obie drużyny schodziły do szatni, Eskilstuna miała posiadanie piłki na poziomie 78 procent, ale trudno powiedzieć, czy bardziej zaskakujące jest osiągnięcie aż takiej przewagi, czy może fakt, że pomimo takich statystyk, gospodyniom nie udało się stworzyć ani jednej klarownej sytuacji z gry. Nieco więcej zamieszania było po stałych fragmentach, ale poza tym sztokholmska defensywa mogła ze względnym spokojem przyglądać się, jak podopieczne Viktora Erikssona bez większego zamysłu wymieniają między sobą kolejne podania. Taka postawa mogła się zupełnie niespodziewanie zemścić tuż po przerwie, gdy w dogodnej sytuacji nieco przypadkowo znalazła się Ekblom, ale Lundberg udało się w ostatniej chwili naprawić swój błąd. Zażegnawszy niebezpieczeństwo, bezradne gospodynie wróciły do mało produktywnego konstruowania akcji ofensywnych i być może taki obraz gry znów towarzyszyłby nam przez całe trzy kwadranse, gdyby nad Eskilstuną nie zlitowała się debiutująca w najwyższej klasie rozgrywkowej Emma Holmgren. Bramkarka młodzieżowej reprezentacji Szwecji puściła futbolówkę w sposób, którym spokojnie zapewniła sobie miejsce we wszystkich kompilacjach podsumowujących sezon. Kiks Holmgren podwójnie uradował debiutującą w barwach United Fionę Brown, która dzięki golkiperce z Uppsali udany debiut na szwedzkich boiskach okrasiła dodatkowo zwycięskim golem.

almanach06.jpg

almanach07

almanach08

almanach09

Reklamy

1. kolejka – zapowiedź

161 dni przerwy i wystarczy. Szwedzka Damallsvenskan wznawia rozgrywki, a zainauguruje je potyczka wicemistrzyń kraju i zarazem głównych kandydatek do odzyskania utraconej korony z ubiegłoroczym beniaminkiem z Borlänge. W poprzednim sezonie piłkarki Rosengård potrzebowały zaledwie … osiemnastu sekund, aby napocząć swojego niedzielnego rywala. Tym razem, choć siła rażenia ofensywy z Malmö wydaje się być jeszcze większa, a Kvarnsveden zagra osłabione brakiem swojej najlepszej obrończyni Denise Sundberg, ciężko będzie powtórzyć ten wyczyn. W najmniejszym stopniu nie zmienia to jednak faktu, że każdy inny wynik niż pewne zwycięstwo gospodyń byłby nie lada sensacją.

Równie ciężkie zadanie czeka na inaugurację ekipę Limhamn Bunkeflo, która swój pierwszy w historii mecz w najwyższej klasie rozgrywkowej rozegra w Linköping. Podopieczne Kima Björkegrena nie zagrają wprawdzie w optymalnym zestawieniu, pewną niewiadomą wciąż stanowi także taktyka LFC na najbliższy mecz, ale możemy być pewni, że niezaprawioną w ekstraklasowych bojach defensywę ze Skanii czeka niezwykle pracowite popołudnie. Czy przywitanie z Damallsvenskan rzeczywiście okaże się aż tak bolesne, jak przewidują niektórzy? Jeśli Marija Banusic zechce już w inauguracyjnej kolejce wysłać jasny sygnał, że w tym roku będzie mocno liczyć się w klasyfikacji strzelczyń, to kto wie.

Pozostałe niedzielne spotkania zapowiadają się na nieco bardziej wyrównane, choć w każdym z nich to gospodynie wydają się być minimalnymi faworytkami. Starcie Piteå z Djurgården nie bez przyczyny zapowiadane jest jako pojedynek dwóch atrakcyjnie grających drużyn, ale musimy pamiętać, że z Norrland nie tak łatwo wywieźć w ostatnich latach komplet punktów. Równie gorącym terenem jest Vilans IP w Kristianstad i choć w tym sezonie zagramy na nowej murawie, to podopieczne Elisabet Gunnarsdottir z pewnością dołożą wszelkich starań, aby nie dopuścić do pierwszej w historii porażki w oficjalnym meczu przeciwko Vittsjö. Całkowicie odmienione zimą Örebro przyjedzie natomiast do Göteborga i choć sam Stefan Rehn przyznaje, że w przededniu nowego sezonu prowadzona przez niego ekipa najbardziej przypomina mu karuzelę w parku rozrywki, to miejscowi fani mają nadzieję, że w najbliższy weekend znajdzie się ona akurat na fali wznoszącej.

Pierwszą kolejkę zamkniemy poniedziałkowym starciem na Tunavallen. Podobnie jak rok temu, Eskilstuna zainauguruje sezon rywalizacją z beniaminkiem ze Sztohkolmu, ale tegoroczne Hammarby na papierze wyraźnie ustępuje klasą i potencjałem ubiegłorocznemu Djurgården. Nie od dziś wiemy, że papier nie gra, ale czy sztokholmianki mogą realnie pokusić się o podjęcie równej walki i sprawienie niespodzianki w starciu z jesiennym pucharowiczem? Gdyby tak się stało, to w Södermalm będą mogli z dumą mówić o udanym wejściu w nowy sezon.

Damallsvenskan 2017 – 1. kolejka

omg1_01

omg1_02

omg1_03

omg1_04

omg1_05

omg1_06

 

Ukochana ligo, nareszcie wróciłaś!

sverigekartan2017

Piłkarska mapa Szwecji 2017

Zapowiedź nowego sezonu Damallsvenskan pisze się o tyle niewdzięcznie, że trudno tu o przesadną oryginalność. W zasadzie, gdyby mieć przygotowany jeden tekst, w którym po prostu na początku kwietnia zmieniałoby się wyłącznie daty, to można spokojnie założyć, że i po dekadzie nie straciłby on wiele na aktualności. Nie jest to jednak w najmniejszym stopniu zarzut, a pochwała konsekwencji, z jaką każdej zimy wyczekujemy na nadejście wiosny, a wraz z nią na pierwsze kopnięcie piłki w najpiękniejszej lidze świata. Wiadomo, czasami można popatrzeć jak Lyon toczy kolejną futbolową wojnę z Paryżem, a zuchwały Poczdam rozstawia po kątach największych krezusów Bundesligi, ale nie oszukujmy się – to wszystko to jedynie mniej lub bardziej atrakcyjne substytuty, które nigdy nie zastąpią nam tego, co w piłkarskim życiu najważniejsze. Na szczęście, już od najbliższej niedzieli, aż do 11. listopada, nie będziemy skazani wyłącznie na namiastkę prawdziwych emocji, gdyż po długiej, zimowej przerwie szwedzka, piłkarska karuzela znów nabiera rozpędu. Kto tym razem z niej wypadnie, a kto znajdzie się na szczycie? Tego dowiemy się jak zwykle późną jesienią, gdy będziemy – wybaczcie ten truizm – starsi o kilka miesięcy i mądrzejsi o kilkaset meczów. Zanim jednak pierwszy gwizdek na Malmö IP da znak, że oto rozpoczął się okres, w którym naszą codzienność znów wyznaczać będzie rytm stadionowych zegarów, spróbujmy odpowiedzieć na dziesięć najistotniejszych pytań, które wszyscy zadajemy sobie w przededniu sezonu 2017.

Czy Rosengård faktycznie nie ma z kim przegrać?

Historia, nie tylko ta piłkarska, pokazuje, że takie postawienie sprawy w większości przypadków kończy się spektakularną klęską. Tym bardziej, że w Malmö już rok temu budowali najsilniejszą drużynę od lat, a sezon zakończyli z dwucyfrową stratą do nowego mistrza. Ekipa ze Skanii jest oczywiście zdecydowanym faworytem, drugie z rzędu wypuszczenie tytułu byłoby prawdziwą katastrofą, ale jednak jeszcze wstrzymałbym się z wysyłaniem telegramów gratulacyjnych dla FC Rosengård. Kluczem do udanego sezonu może okazać się brak kontuzji u piłkarek wyjściowej jedenastki, ale pamiętajmy, że za kadencji Jacka Majgaarda nie było jeszcze rundy, podczas której kadra zespołu z Malmö nie zamieniła się nam w mały szpital. Jeśli uda się odwrócić tę tendencję, stolica Skanii ma całkiem spore szanse, aby ponownie stać się stolicą szwedzkiej piłki.

Czy istnieje życie po Marcie?

Wiem, mówią, że ta nasza liga najsłabsza od lat, a wszystkie w miarę solidne piłkarki albo już z niej wyfrunęły, albo przynajmniej zaczęły się pakować. Powiedzmy sobie jednak szczerze – większość Europy nie tylko chciałaby u siebie takiego kryzysu, ale nawet dopłaciłaby za to, aby znaleźć się w naszej sytuacji. A zatem, zamiast narzekać, że nie obejrzymy na szwedzkich boiskach tej, czy innej piłkarki (mi osobiście najbardziej będzie brakować Pernille Harder oraz Louise Quinn), najzwyczajniej doceńmy to, co mamy. A zapewniam, że i w najbliższych miesiącach będziemy mieli kogo oklaskiwać. Jasne, trafią się i kiksy i słabsze mecze, ale po pierwsze – gdzie ich nie ma, a po drugie – w końcu kocha się nie za coś, a pomimo czegoś.

Jak zagra odmieniony Linköping?

Analogii sprzed siedmiu lat mamy aż nadto, ale sympatycy mistrza kraju wierzą, że zakończą się one w wraz z pierwszą kolejką. W okresie przygotowawczym nowy trener Kim Björkegren pozwolił sobie na wiele eksperymentów taktycznych, które wypadły nawet obiecująco, ale boisko już nie raz weryfikowało nawet zdecydowanie bardziej ambitne plany. Inna sprawa, że jeśli Marija Banusic utrzyma zimową skuteczność, a jej współpraca z Liną Hurtig będzie wyglądać tak, jak w ostatnich sparingach, to koszmary z 2010 mogą raz na zawsze zostać puszczone w niepamięć.

Czy Eskilstuna na stałe weszła do krajowej czołówki?

Nie oszukujmy się, trzeci z rzędu finisz na podium byłby chyba ostatecznym potwierdzeniem, że ekipę z Tunavallen musimy zacząć postrzegać jako dyżurnego pretendenta do medali. Czy podopieczne Viktora Erikssona stać na taki wynik? Paradoksalnie, wydaje się, że na tle bezpośrednich rywalek kadra United wygląda w tym roku lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Jej niewątpliwym atutem jest niesamowicie zbilansowana kadra, a większych luk trudno doszukać się w którejkolwiek z formacji. Pamiętajmy jednak, że z sezonu na sezon mobilizacja pozostałych ekip na Eskilstunę będzie coraz większa, ale jeśli tylko Diaz, Glas, Larsson i spółka będą wystrzegać się widocznych wahań formy, to gromkie Heja United! jesienią zabrzmi nadzwyczaj doniośle.

Czy Piteå znów zadziwi wszystkich?

Choć fryzurą Stellan Carlsson raczej nie przypomina ani Gandalfa, ani Albusa Dumbledore’a, to nieprzypadkowo porównuje się go właśnie do największych specjalistów w dziedzinie magii. To, co w ostatnich latach dziej się w Piteå trudno bowiem wytłumaczyć, używając do tego jedynie zasad logiki. Miasteczko na dalekiej Północy stało się czymś w rodzaju kliniki złamanych karier, a lista piłkarek, które dzięki przeprowadzce do Norrland wróciły w sensie sportowym na właściwe tory wydłuża się szybciej niż lista życzeń Jeana-Michela Aulasa. W tym roku znów większość fachowców wróży ekipie z Piteå bolesne zderzenie z rzeczywistością, ale możemy być pewni, że pod kołem podbiegunowym raczej nie będą się tym przesadnie przejmować. I całe szczęście, niech dalej robią swoje, gdyż póki co wychodzi im to wprost fantastycznie.

Czy Tabitha Chawinga raz jeszcze utrzyma Kvsrnsveden?

Zacznijmy może od odwrócenia podstawowego pytania – czy zespołowi z Dalarny uda się zatrzymać u siebie napastniczkę z Malawi? Jeśli tak (jej kontrakt wygasa w grudniu 2018, ale wiemy, że dla wielu klubów to żaden problem), to szanse Kvarnsveden na utrzymanie wyraźnie rosną. Może nie do stu procent, ale powiedzmy sobie szczerze – bez Chawingi w ogóle nie rozmawialibyśmy o pozostaniu drużyny z Borlänge w ekstraklasie. Pamiętajmy jednak, że jeszcze nikomu nie udało się uratować pierwszoligowego bytu w pojedynkę, a o ile o współpracę dwóch afrykańskich napastniczek możemy być raczej spokojni, o tyle osłabiona brakiem Toohey oraz Elnicky druga linia, podobnie zresztą jak pozbawiona realnych wzmocnień obrona, stanowi wielki znak zapytania.

Czy obaj beniaminkowie natychmiast wrócą do Elitettan?

Od wielu lat nie mieliśmy w Damallsvenskan sytuacji, aby para beniaminków zakończyła pierwszy sezon w elicie na dwóch ostatnich miejscach w ligowej tabeli. Coś, co we Francji lub Niemczech jest w zasadzie normą, w Szwecji zdarza się od święta. Co więcej, w ostatnich latach mieliśmy całą serię drużyn, które nie bacząc na hierarchię, wzięły ekstraklasę szturmem i zostały w niej do dziś, wspaniale ją ubogacając (że wymienię choćby wspomnianą już Eskilstunę, Djurgården lub Vittsjö). Wszystko wskazuje jednak na to, że w rozpoczynających się właśnie rozgrywkach zarówno stołeczne Hammarby, jak i debiutujące w najwyższej klasie rozgrywkowej Limhamn Bunkeflo, mogą znaleźć się niebezpiecznie blisko strefy spadkowej. Czy choć jednej z tych ekip uda się wystawić głowę nad powierzchnię? Jeśli tak, to nieco mocniejszymi atutami dysponują chyba w Malmö.

Czy Kristianstad otrzyma licencję w pierwszym terminie?

Co by nie mówić – sagi licencyjne z udziałem Kristianstad stały się tak bardzo nieodłącznym elementem szwedzkiego krajobrazu, jak wiosenne odśnieżanie boiska w Piteå. Gdyby jednak coś w tej kwestii (licencji, nie odśnieżania) miało faktycznie ulec zmianie, to zapewniamy, że nie będziemy tęsknili za poprzednim stanem. Bez względu na to, czy znajdujemy się akurat w Skanii, w Norrland, czy w Västergötland, zastąpienie prowizorki profesjonalizmem jest zawsze krokiem w właściwym kierunku, któremu – chociażby przez wzgląd na warunki pracy samych piłkarek – warto po prostu kibicować. A jeśli do tego wszystkiego egzamin zda także nowa murawa na Vilans IP, to będziemy mogli bez fałszywej skromności odtrąbić, że niemożliwe naprawdę nie istnieje i mamy na to niezbite dowody.

Czy doczekamy się szwedzkiej królowej strzelczyń?

W ostatnich dziesięciu latach tylko dwa razy tytuł najlepszej strzelczyni Damallsvenskan udawało się wywalczyć szwedzkiej piłkarce. Zimą wydawało się, że akurat ta statystyka w nadchodzącym sezonie niechybnie ulegnie poprawie, ale gdy już na dobre ostrzyliśmy sobie zęby na snajperski pojedynek Lotty Schelin z Mariją Banusic, w Malmö zjawiła się Anja Mittag i całą koncepcję trzeba było rozpisać od nowa. Rzecz jasna, póki co nie wiadomo, czy 150-krotna reprezentantka Niemiec pozostanie w Szwecji do końca sezonu (w to, aby koronę zapewniła sobie już wiosną – pomimo olbrzymiego szacunku do jej osiągnięć – raczej nie wierzymy), ale bez względu na to, jej transfer na pewno nie pozostanie bez wpływu na ostateczny kształt czołówki klasyfikacji strzelczyń i wcale niewykluczone, że koniec końców największą beneficjentką tego całego zamieszania okaże się na przykład Tabitha Chawinga.

Czy warto być z Damallsvenskan od początku do końca?

Wiadomo, że tak i są ku temu przynajmniej 132 powody, gdyż tyle właśnie meczów czeka nas w nadchodzącym sezonie! A jeśli chcecie, żeby wasza przygoda z Damallsvenskan była jeszcze bardziej kompletna, to warto regularnie zaglądać na szwedzkapilka.com gdzie przez cały rok nie zabraknie zapowiedzi, relacji i aktualności ze szwedzkich boisk. Tematów i emocji z pewnością będzie aż nadto, a doskonale wiemy, że zdecydowanie najlepiej przeżywa się je wspólnie.

Skarb kibica 2017

Od rozpoczęcia nowego sezonu w szwedzkiej piłce dzieli nas już tylko kilka dni. Zanim jednak przejdziemy do corocznej, obszernej zapowiedzi, warto podsumować to, co za nami. Wprawdzie podczas niezwykle interesującego okienka transferowego uwaga większości obserwatorów skierowana była na Niemcy, Francję, czy Anglię, ale i w Szwecji działo się w tym okresie naprawdę sporo, a Marta wcale nie była jedyną zawodniczką, która właśnie zmieniła barwy klubowe. W oczekiwaniu na pierwsze kopnięcie piłki oficjalnie inaugurujące futbolową wiosnę, zapraszam więc do zapoznania się z najbardziej kompletnym i aktualnym skarbem kibica Damallsvenskan i Elitettan, mając nadzieję, że ta lektura umili wam ostatnie godziny trwającej już zdecydowanie za długo zimowej przerwy. 26 klubów i ponad 500 piłkarek w jednym zestawieniu.

Damallsvenskan – wiosna 2017

01. DIF

02. ESK

03. GOT

04. HIF

05. KRI

06. KIK

07. LB

08. LFC

09. PIF

10. FCR

11. VIT

12. ORE

Elitettan – wiosna 2017

13. AIK

14. AIF

15. IFB

16. HOL

17. HB

18. KAL

19. KUN

20. MAL

21. SUN

22. UIK

23. UPP

24. VBK

25. VAX

26. OST

UEFA przeciwko tęczy

Fot. BT

Od kilku już lat, w geście solidarności ze społecznością HBTQ, piłkarki Rosengård zawsze grają z tęczowymi flagami na meczowych koszulkach, a podczas wszystkich spotkań rozgrywanych u siebie, cztery niewielkich rozmiarów tęczowe chorągiewki dumnie łopoczą w narożnikach boiska. Śladami ekipy ze Skanii natychmiast podążyły zresztą inne kluby Damallsvenskan, a także VfL Wolfsburg, gdzie zwyczaj ten wprowadziła Nilla Fischer. Kolejnym etapem kampanii miało być przeniesienie jej również na grunt reprezentacyjny, ale idea ta spotkała się z kategorycznym sprzeciwem UEFA, która odrzuciła szwedzką prośbę. SvFF nie zamierza oczywiście szybko składać broni, ale możemy się spodziewać, że na EURO 2017 najprawdopodobniej nie ujrzymy Lotty Schelin oraz Caroline Seger wychodzących z prowadzącego na murawę tunelu z tęczową opaską na ramieniu.

Nietrudno się domyślić, że decyzja europejskiej centrali spotkała się w Szwecji ze sporym rozczarowaniem. Tęcza jest dla mnie symbolem dumy, różnorodności i szacunku do drugiej osoby. To świetnie, że UEFA tak bardzo walczy z rasizmem, ale dobrze byłoby spojrzeć nieco szerzej na kwestię praw człowieka, także gdy dotyczą one seksizmu i homofobii – skomentowała Fischer i trudno odmówić jej racji. Równie zawiedziona werdyktem była Lotta Schelin, która przyznała, że gra z tęczową opaską w reprezentacji zawsze była jej marzeniem. Nic więc dziwnego, że to właśnie napastniczka Rosengård była jedną z osób, które najbardziej oczekiwały pozytywnej decyzji UEFA. Europejskie władze okazały się jednak niewzruszone i zakazały tęczowej symboliki podczas meczów międzypaństwowych, a także spotkań Ligi Mistrzyń, dopatrując się w niej silnego, politycznego przesłania. Dla nich to jest polityka, a dla nas walka o równe prawa – powiedziała Schelin, jednocześnie zaznaczając, że przegrana bitwa nie jest końcem tej walki. Musimy wciąż podnosić tę kwestię i wyczekiwać dnia, w którym stanowisko [UEFA] zacznie się zmieniać. A gdy już nadejdzie ten dzień, to jako pierwsi założymy te opaski – optymistycznie zakończyła najlepsza snajperka szwedzkiej kadry.

Póki co, tęczowe symbole, które stanowią przecież stały element piłkarskich stadionów nie tylko w Szwecji, ale także w Norwegii, Anglii czy USA, wciąż jawią się decydentom z UEFA jako politycznie podejrzane, co stawia je na jedej półce chociażby z treściami odwołującymi się w sposób jednoznaczny do zbrodniczych systemów faszystowskich i komunistycznych. Co ciekawe, dokładnie rok wcześniej podobnych argumentów użyła europejska federacja piłki ręcznej, zabraniając … kapitanowi reprezentacji Szwecji Tobiasowi Karlssonowi gry z tęczową opaską podczas mistrzostw Europy. Parafrazując słowa Nilli Fischer, można zatem zapytać się, dlaczego organizacje tak chętnie opowiadające o równości, tolerancji i przeciwdziałaniu dyskryminacji, w rzeczywistości traktują ten temat mocno wybiórczo i według własnego uznania. Czy aby na pewno taki był cel tych wszystkich płomiennych przemówień i zapewnień? Oczywiście, każdy ma pełne prawo rozsądzić tę kwestię zgodnie z własnym sumieniem, ale ja już chyba nigdy nie spojrzę tak samo na słynną, antyrasistowską kampanię UEFA, w której zresztą wykorzystano między innymi wizerunek szwedzkich piłkarek.

Idziemy, ale nie w tę stronę

Fot. Pontus Orre

Jedno zwycięstwo w ostatnich dziesięciu meczach na wielkich turniejach, bezbarwna postawa w spotkaniach towarzyskich i eliminacyjnych, a także brak jakiejkolwiek widocznej koncepcji na poprawę tego stanu – tak przedstawia się obraz reprezentacji Szwecji pod wodzą Pii Sundhage, która zdaniem wielu zasługiwała na nagrodę dla najlepszej trenerki roku 2016. Chyba nawet najstarsi kibice nie pamiętają okresu, w którym tak często przytrafiałyby się szwedzkiej kadrze mecze nie tyle przeciętne, co po prostu słabe. We wrześniu mieliśmy Viborg, dziś Trelleborg i jeśli przed lipcowymi finałami Mistrzostw Europy ktoś próbowałby znaleźć jakiekolwiek pozytywy, to raczej należałoby upatrywać ich w tym, że z grupy na holenderskim EURO nie wyjść się po prostu nie da, a w ewentualnym ćwierćfinale również na drodze podopiecznych Pii Sundhage nie stanie żadna z futbolowych potęg. Droga do strefy medalowej teoretycznie wydaje się więc wciąż jak najbardziej otwarta. Warunek jest jednak jeden – trzeba w końcu zacząć grać.

Pierwsza połowa dzisiejszego meczu była z dużym prawdopodobieństwem najgorszą w nowożytnej historii szwedzkiej piłki. Wyłączając jeden strzał Olivii Schough oraz jeden rajd Caroline Seger, odmłodzona kanadyjska kadra długimi fragmentami robiła na boisku w Trelleborgu co chciała. Żeby było mało, zawodniczki z Ameryki Północnej raz po raz otrzymywały wsparcie od niezwykle dziś gościnnej szwedzkiej defensywy, a takich podań jak od Fischer czy Andersson, obchodząca przed miesiącem osiemnaste urodziny Deanne Rose nie dostała dziś od żadnej ze swoich koleżanek. To właśnie niezwykle dynamiczna nastolatka zapoczątkowała zresztą akcję, która przyniosła Kanadyjkom jedynego przed przerwą gola autorstwa Janine Beckie, choć gdyby piłkarki gości schodziły do szatni przy zdecydowanie wyższym wyniku, nikt nie miałby prawa protestować. Swoje zrobiła jednak tradycyjnie Hedvig Lindahl, broniąc kąśliwy strzał z dystansu Sophie Schmidt, a potwierdzająca niemal każdym zagraniem wysoką klasę piłkarską Christine Sinclair dwukrotnie pomyliła się dosłownie o centymetry. Bierność szwedzkiej drugiej linii potrafiła wykorzystać także Ashley Lawrence i choć zawodniczce PSG przytrafiły się dwie kompletnie niepotrzebne z jej punktu widzenia straty, to z jej strony niezmiennie czyhało na gospodynie spore zagrożenie.

Po przerwie gra wyglądała już nieco lepiej, ale głównie dlatego, że gorzej po prostu nie mogła. Trzeba jednak oddać, że już nie tylko zdecydowanie najlepsza w pierwszej połowie w szwedzkim zespole Asllani, ale także Seger, Andersson i rezerwowa Blackstenius dawały się we znaki kanadyjskim defensorkom, wśród których – żeby było zabawniej – także znalazły tego dnia sojuszniczkę. Kadeisha Buchanan grała dziś bowiem bardzo niepewnie (choć akurat udało się jej nie sprokurować karnego), ale jej błędy, podobnie zresztą jak niecelne wybicia i fatalne wyprowadzanie piłki przez Stephanie Labbé, tym razem pozostały bez bramkowych konsekwencji. Ofensywną postawę kadry Pii Sundhage najlepiej spuentowała zresztą w okolicach 70. minuty Blackstenius, gdy po jej strzale futbolówka niemal wpadła … na stojące nieopodal wejścia na stadion stoisko cateringowe. Najbliżej wyrównania Szwedki były już w doliczonym czasie gry, kiedy to najpierw niewiele zabrakło do szczęścia po główce Sembrant, a następnie z dobrej strony pokazała się niezwykle aktywna od momentu wejścia na boisko Schelin, ale – paradoksalnie – może to i lepiej, że ten gol nie padł, gdyż kolejny raz przesłoniłby on to, co w ostatnich miesiącach jest w grze reprezentacji najistotniejsze, czyli styl, a w zasadzie jego brak.

Możemy zakładać, że gdyby na finały EURO można było zabrać czternaście zawodniczek, to Pia Sundhage niechybnie skorzystałaby z takiej ewentualności. Decyzje naszego sztabu szkoleniowego są obecnie bardziej przewidywalne niż korki w Londynie, czy deszcze w lasach równikowych i trzeba powiedzieć jasno, że jeśli Niemcy, Rosjanie lub Włosi nie rozpracują w szczegółach szwedzkiej kadry, to będzie to ze strony ich banku informacji totalna kompromitacja. Do niedawna mogliśmy jeszcze żyć nadzieją, że Sundhage – zgodnie z własnymi zapowiedziami – przygotuje kilka asów na najważniejszą imprezę roku, ale marcowo-kwietniowe sparingi chyba jednoznacznie pokazały, że w obecnym układzie ciężko będzie liczyć choćby na parę waletów. Niektóre piłkarki jeżdżą na kolejne zgrupowania jak na wycieczki, inne są eksploatowane do maksimum w pogoni za wynikami, których ostatnio i tak nie ma, a na boisku w Trelleborgu na tle pozbawionej wyrazu szwedzkiej ofensywy błyszczą grające do niedawna w Uppsali i Vittsjö Allysha Chapman oraz Shelina Zadorsky. Jasne, możemy jeszcze liczyć na to, że w lipcu będziemy silni słabością innych, ale przecież nie takie były założenia.