Sztokholm smutny, Sztokholm radosny

Ligowy weekend rozpoczął się od kolejnego w tym sezonie domowego zwycięstwa AIK (Fot. Philip Kangas)

Przed reprezentacyjną przerwą dość szczegółowo wyjaśnialiśmy dlaczego na miejscu sympatyków Djurgården póki co wstrzymalibyśmy się jeszcze z wygłaszaniem triumfalnych tez. Wiosenny terminarz ułożył się bowiem dla ekipy trenera Fernandeza tak interesująco, że prawdziwą weryfikacją pucharowych ambicji jego podopiecznych miały być cztery ostatnie kolejki przed półmetkiem ligowej kampanii. Pierwszy poważny test piłkarki Dumy Sztokholmu miały przejść w miniony weekend, lecz wyjazdu do Malmö zdecydowanie nie będą miło wspominać. Już przed pierwszym gwizdkiem było jasne, że pod nieobecność Mimmi Larsson oraz Pauline Hammarlund, ówczesne liderki Damallsvenskan nie będą w tym starciu faworytkami, ale aż tak pokaźnych rozmiarów deklasacja zaskoczyła chyba nawet najbardziej ostrożnych w swoich prognozach fanów DIF. I w zasadzie po tak zimnym prysznicu pocieszać można się wyłącznie tym, że w futbolu lepiej raz przegrać 0-4 niż cztery razy po 0-1, gdyż więcej pozytywnych wniosków z tej wyprawy wyciągnąć się po prostu nie da. D’Aquila, Skoog i niezmordowana w środku pola Mia Persson wskazały rywalkom ze stolicy miejsce w kolejce, a gdyby nie kilka kapitalnych interwencji Anny Koivunen, ostateczny wymiar kary mógł okazać się jeszcze bardziej surowy.

Z potknięcia lokalnych konkurentek skwapliwie skorzystało Hammarby i po krótkiej przerwie to zawodniczki z Södermalm ponownie spoglądają z góry na cały ten ligowy peleton. Domowe zwycięstwo nad Vittsjö nie rodziło się może w bólach, trudzie i znoju, lecz gdyby gościnie z północnej Skanii nie dały się zaskoczyć już w 26. sekundzie drugiej połowy, być może na Kanalplan bylibyśmy świadkami zdecydowanie bardziej nerwowej końcówki. Rezultat 3-2 zdaje się być nieco mylący, choć jeśli podopieczne trenera Blagojevicia swój ostatni rzut rożny zamieniłyby przynajmniej na dogodną okazję strzelecką, teraz najpewniej pisalibyśmy o cudownym powrocie i przywoływali w tym miejscu historie punktów wyszarpywanych przez Vittsjö z rąk faworytek dosłownie w ostatnich sekundach. A akurat w tym klubie umieją to robić, o czym najlepiej zaświadczy nam na przykład Elaine Burdett, którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiamy. Tym razem trzęsienia ziemi jednak nie było, dublet Ellen Wangerheim wystarczył do zaksięgowania siódmego w sezonie zwycięstwa po stronie Bajen, a Stina Lennartsson udowodniła, że w tak zwanych warunkach normalnych byłaby absolutną pewniaczką do wyjazdu na szwajcarskie EURO, jeśli tylko pozwoliłoby jej na to zdrowie.

O kolejne trzy punkty swój ligowy dorobek powiększyły Växjö oraz AIK, a wiktorie te zdecydowanie mają twarze konkretnych bohaterek. Ekipę trenera Unogårda (a kto wie, czy przy okazji nie również jego posadę) uratowała amerykańska skrzydłowa Larkin Russell, w niesamowitych okolicznościach odwracając w końcówce losy meczu z Brommą. Piłkarki z Kronobergu po reprezentacyjnej przerwie pokazały się nam w całkowicie innym ustawieniu z trójką stoperek oraz duetem Russell – Redenstrand na wahadłach, a boiskowa rywalizacja przebiegała falami, podczas których to jeden, to drugi zespół przejmował kontrolę nad meczem. W pewnym momencie wydawało się, że to gospodynie raz jeszcze zagrają na nosie wszystkim ekspertom wieszczącym im niechybną degradację, lecz do pełnego sukcesu zawodniczkom ze stolicy znów zabrakło jakiejkolwiek wartości dodanej ze strony bramkarki. I choć niepopularne jest wskazywanie palcem winnych potencjalnych niepowodzeń, to nie da się ukryć, że jeśli Bromma koniec końców z ligi poleci, to główną przyczynę takiego stanu rzeczy wskazać będzie stosunkowo łatwo. Co zaś się tyczy AIK, cenne zwycięstwo nad Rosengård zapewniła Gryzoniom z Solnej Adelisa Grabus. Bośniacka snajperka najpierw wywalczyła jedenastkę, a następnie bezbłędnie zamieniła ją na gola, a grające w liczebnym osłabieniu obrończynie tytułu na taki przebieg wydarzeń nie znalazły już skutecznej riposty. Trzeba jednak podkreślić, że ogromny wykład w sukces ekipy trenera Syberyjskiego miały Daniella Famili (której jedynie wyjątkowy brak szczęścia nie pozwolił w sobotnie popołudnie cieszyć się z gola), a także najlepsza na placu gry Anna Oskarsson, która na prawej flance defensywy zagrała nam przepiękny koncert.

Konfrontacja Stellana Carlssona ze swoim dawnym klubem zgodnie z przewidywaniami momentami zamieniała się w widowisko zapaśnicze, ale na koniec dnia to piłkarki z Piteå wydały z siebie gromki okrzyk radości. Wyjazdowe zwycięstwo nad typowanym przecież do walki przynajmniej o górną połówkę tabeli Norrköping wrażenie jednak robi, nawet jeśli osiągnięte zostało w typowym dla drużyny z dalekiej Północy stylu. Włodarze Peking mają tymczasem sporo materiału do analizy, bo gdy zimą wspominali o emocjonującej kampanii ligowej, zdecydowanie nie mieli na myśli perspektywy walki o ligowy byt. Swoje przedsezonowe cele z uśmiechami na ustach realizują za to w Kristianstad, a Emma Petrovic, Beata Olsson, Katla Tryggvadottir, czy wreszcie ostatnie odkrycie trenera Angergårda Filippa Widén zdecydowanie sprawiają w tej fazie sezonu wrażenie ludzi szczęśliwych, którzy doskonale wiedzą czego chcą i jakimi metodami zamierzają ów cel osiągnąć. Równie skuteczne okazały się propozycje piłkarek BK Häcken, które za sprawą długich, prostopadłych podań (w tym elemencie brylowała przede wszystkim Hikaru Kitagawa) oraz efektywnie rozgrywanych rzutów rożnych (tutaj w rolach głównych obejrzeliśmy tandem Anvegård – Fossdalsa) na koniec ligowego weekendu odniosły nadspodziewanie komfortowe zwycięstwo na Bilbörsen Arenie w Linköping.


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:


#pokolejce


Jedenastka kolejki:

Luźne wnioski po kadrze

To było naprawdę udane zgrupowanie w wykonaniu kadry Petera Gerhardssona (Fot. Bildbyrån)

W czasach nieco większej prosperity naszej kadry, czasami wjeżdżały tutaj podsumowania kolejnych zgrupowań w postaci serii luźno powiązanych ze sobą wniosków. A skoro za nami niewątpliwie udany dla podopiecznych selekcjonera Gerhardssona tydzień, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby tymczasowo wrócić do korzeni i na szybko przeanalizować odpowiedzi, których na dziś ten włosko-duński spektakl w dwóch aktach nam dostarczył. Nie przedłużamy i rozpakowujemy:

Smilla Holmberg, Ellen Wangerheim i Felicia Schröder to gotowe reprezentantki kraju. Na dziś, nie na bliżej nieokreśloną przyszłość. I w dobrym interesie nas wszystkich będzie, jeśli staną się integralną częścią tego zespołu. Oczywiście tak długo, jak będą ku temu sportowe powody.

Kolejka chętnych do tego, aby wreszcie doczekać się realnej szansy na jakiekolwiek zaistnienie w kadrze wciąż jest długa. Na szczycie listy aktualnie znajdują się takie nazwiska, jak chociażby Evelyn Ijeh oraz My Cato, ale warto trzymać rękę na pulsie i na bieżąco obserwować poczynania szwedzkich piłkarek na boiskach całego świata.

No właśnie – reprezentacja to organizm specyficzny i w przeciwieństwie do drużyny klubowej nie buduje się go codzienną pracą na treningach. Przy takiej charakterystyce, zamykanie się na dopływ świeżej krwi jest tak naprawdę niczym więcej jak tylko działaniem na własną niekorzyść poprzez odcinanie sobie potencjalnych, nowych ścieżek. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej dla nas wszystkich, od selekcjonera tę wyliczankę rozpoczynając.

Bezwarunkowa gwarancja miejsca w wyjściowej jedenastce rozleniwia i jest na każdej możliwej płaszczyźnie przeciwskuteczna. Występ chociażby Kosovare Asllani czy Stiny Blackstenius przeciwko Danii jasno pokazuje, że odrobina wewnętrznej rywalizacji jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

Julia Zigiotti uwielbia grać przeciwko Dunkom, a to doskonała informacja w perspektywie być może kluczowego meczu w fazie grupowej tegorocznego EURO.

In Kaneryd we trust. Nasza liderka ewidentnie ma tę moc i w przededniu wielkiej imprezy pokazuje, że będziemy mogli na nią liczyć.

W podobnych słowach możemy określić obecną sytuację Filippy Angeldal i trzeba chyba ostatecznie przyzwyczajać się do rzeczywistości, w której to pomocniczka madryckiego Realu stanie się niekwestionowaną liderką szwedzkiej drugiej linii.

Śmierć. Podatki. Główki Horan. Szwedzkie stałe fragmenty. Najsilniejsza broń i symbol kadry pod przewodnictwem Gerhardssona wciąż funkcjonuje i może pomóc nam w kluczowych momentach.

Wracaj do zdrowia, Fridolina! Bez Ciebie ta kadra po prostu nie jest taka sama i nie mówimy tu wyłącznie o sportowej jakości.

Magdalena Eriksson oraz Nathalie Björn są w stanie stworzyć niezwykle trudną do sforsowania, dwuosobową zaporę, ale pod jednym warunkiem: musi wylosować się ku temu dobry dzień. Bo jeśli stanie się inaczej, znajdziemy się w wielkich kłopotach.

Pierwsze miejsce na koniec fazy grupowej Ligi Narodów niesie za sobą dwa wymierne skutki; jeden wybitnie pozytywny, drugi – niełatwy do jednoznacznego sklasyfikowania.

Zacznijmy od pozytywów: w zasadniczej fazie eliminacji do mundialu na pewno nie zagramy przeciwko Hiszpanii, Niemcom oraz Francji.

Dokładnie z tymi rywalkami nowy selekcjoner rozegra za to jesienią aż cztery mecze i doprawdy trudno orzec, czy okaże się to z perspektywy Tony’ego Gustavssona nagrodą, czy przekleństwem.

Choć skoro już robić przegląd kadr i ogłaszać nowe otwarcie, to może faktycznie warto sprawdzić się na tle absolutnego topu. Inna sprawa, że doskonale pamiętając losy przyszłego selekcjonera z czasów jego pracy w Tyresö, nie obrazilibyśmy się na możliwość rozegrania przynajmniej dwóch spotkań z rywalkami na przykład z przełomu pierwszej i drugiej dziesiątki światowego rankingu.

Ogólny bilans zgrupowania wychodzi jednak na zdecydowany plus, co oczywiście na ten moment nie jest żadną gwarancją nawet namiastki lipcowego sukcesu.

Dlatego właśnie idziemy dalej, wciąż w nadziei ściskając kciuki, że sztab Gerhardssona nie zaliczy spektakularnego potknięcia na ostatnim płotku. Bo szwedzki futbol w wydaniu reprezentacyjnym na takie wstrząsy nie jest niestety ani trochę przygotowany.

Znów będzie mijanka?

A któż to się tak pięknie cieszy? To chyba wciąż aktualne liderki Damallsvenskan z Djurgården (Fot. Bildbyrån)

Nowe czasy nam nastały. Za chwilę połowa czerwca, na horyzoncie długie, gorące, letnie wieczory, a Djurgården przystępuje do gry po reprezentacyjnej przerwie jako wciąż niepokonany na ligowych boiskach lider. Już jutro piłkarki trenera Fernandeza czeka jednak niezwykle poważny, a do tego wyjątkowo istotny test. Bo skoro coś prognozować trzeba, to scenariusz rozstrzygnięcia mistrzowskiego wyścigu w tandemie Häcken – Hammarby wciąż wydaje się najbardziej logicznym ciągiem zdarzeń. W takim układzie do wzięcia cały czas pozostawałaby jednak lokata na najniższym stopniu podium, a jest to nagroda o tyle atrakcyjna, że pozwala ona spróbować swoich sił w Europie. Taką szansę z największym zadowoleniem przyjęliby w obozie beniaminka z Malmö, lecz na nieukrywającą swoich długofalowych ambicji i celów ekipę ze Skanii coraz silniejszą presję zaczyna wywierać stołeczne Djurgården. Bezpośrednie starcie na Eleda Stadion żadnych wiążących odpowiedzi nam jeszcze nie da, lecz gdyby z czterech punktów zaliczki sztokholmianek nagle miało zrobić się siedem, to nawet na tym etapie rozgrywek stanowiłoby to całkiem pokaźny kapitał. Nie można jednak również wykluczyć, że po starciu w Malmö zamiast zwyciężczyń i pokonanych będziemy mieli dwa rozczarowane brakiem pełnej puli zespoły i za taki przebieg sobotniego popołudnia kciuki ścigają przede wszystkim w Kristianstad. Zespół trenera Angergårda przed dwutygodniową przerwą na reprezentacyjne granie regularnie zachwycał prezentowaną przez siebie formą i jeśli tylko kluczowe zawodniczki składu ze wschodniej Skanii fenomenalnej dyspozycji gdzieś po drodze nie zagubiły, to one także powinny być mocno brane pod uwagę przy okazji medalowych rozważań.

W Norrköping dojdzie do pierwszego, ligowego spotkania Stellana Carlssona z jego dawnym klubem i już tylko ten jeden argument wystarcza, aby bliżej zainteresować się tą rywalizacją. Jej sportowy aspekt również nie jest jednak bez znaczenia, bo o ile obecności ekipy z Piteå gdzieś w okolicach strefy spadkowej można było się spodziewać, o tyle włodarze IFK przedsezonowe oczekiwania mieli niewspółmiernie wyższe. Człowiekiem, który miał pomóc w ich realizacji obwołany został właśnie były, wieloletni opiekun piłkarek z Norrbotten i tuż przed półmetkiem ligowej kampanii wybór ten wydaje się równie kontrowersyjny i pozbawiony argumentów, co kilka miesięcy wcześniej. Dopóki piłka pozostaje w grze, nikogo nie można jednak skreślać, choć akurat potencjał na przykład takiej Wilmy Leidhammar z pewnością dałoby się uwolnić zdecydowanie bardziej efektywnie. Ciekawie zapowiadają się także sobotnie potyczki w dwóch sztokholmskich dzielnicach; w Solnej naprzeciwko siebie staną dwa prawdopodobnie najbardziej chimeryczne i nierówne zespoły Damallsvenskan, które na dodatek w dziewięciu rozegranych dotąd kolejkach uzbierały identyczną liczbę punktów, zaś w Brommie jedno z pozytywnych zaskoczeń otwarcia sezonu podejmie rozczarowujące jak dotąd w niemal każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła Växjö. I nie trzeba chyba nawet dodawać, że rezultat obu tych konfrontacji pozostaje sprawą całkowicie otwartą.

Potknąć nie powinni się za to w najbliższy weekend obaj faworyci, którzy solidarnie przystąpią do gry w niedzielę. Podrażnione porażką w Kristianstad, lecz dla równowagi podbudowane udanymi występami Smilli Holmberg oraz Ellen Wangerheim w kadrze Petera Gerhardssona Hammarby, podejmie na Kanalplan Vittsjö i bez względu na okoliczności nie może pozwolić sobie na stratę w tej potyczce jakichkolwiek punktów. Uważać na potencjalną pułapkę będą musieli także w obozie Häcken, bo nawet jeśli Linköping z każdym tygodniem zanurza się coraz głębiej w pokładach beznadziei, to akurat na niespodziewane, pojedyncze wyskoki ekipę trzykrotnych mistrzyń Szwecji wciąż jak najbardziej stać. Przed rokiem boleśnie przekonały się o tym właśnie Osy z Hisingen, które teraz postarają się wszystkimi siłami dopilnować, aby nie dopuścić do ani trochę niepotrzebnej im powtórki.

Szybciutko do celu

Jak się cieszyć, to efektownie. Bo niby dlaczego nie? (Fot. Emma Wallskog)

Niektórzy liczyli na emocjonującą, piłkarską batalię o Skandynawię, a tymczasem jeszcze przed godziną 20 na Strawberry Arenie w Solnej było już w zasadzie pozamiatane. Reprezentantki Szwecji rozpoczęły wielkie strzelanie zanim wszyscy kibice zdążyli w ogóle zająć swoje miejsca na trybunach, a ich duńskie rywalki mentalnie wejść w mecz. Nie nasz to jednak problem, że podopieczne trenera Jeglertza nie zareagowały we właściwy sposób na gwizdek czeskiej sędzi Jany Adamkovej i jedynie biernie przyglądały się, jak Blågult w kilkadziesiąt sekund kreują wspaniałą, zespołową akcję, którą śmiało można wrzucać do zapowiedzi rozpoczynającego się za równo miesiąc szwajcarskiego EURO. Tak, tutaj zagrało absolutnie wszystko i choć swoje nazwisko po raz pierwszy tego dnia zapisała w meczowym protokole Stina Blackstenius, to warto docenić ogrom pracy wykonanej w tej sytuacji przez Kosovare Asllani oraz Fridolinę Rolfö. Dla obu szwedzkich kreatorek dalsza część wieczoru przybrała jednak skrajnie różny obrót, bo o ile zawodniczka London City Lionesses rozegrała swój najlepszy mecz w reprezentacyjnej koszulce od czasu mundialu w Oceanii, o tyle gwiazda Barcelony musiała przedwcześnie opuścić murawę z grymasem bólu na twarzy i mocnym usztywnieniem w okolicach kostki. Pozostaje mieć nadzieję, że ostateczna diagnoza nie okaże się dla jednej z liderek kadry Gerhardssona aż tak dramatyczna, jak obawialiśmy się w pierwszej chwili, bo w przypadku Rolfö potencjalne zdrowotne perypetie to z wiadomych przyczyn podwójne ryzyko.

Wracając na boisko, gdy meczowy zegar wybijał dziesiątą minutę, gospodynie dalej bawiły się w najlepsze, a golkiperka Växjö Maja Bay po raz trzeci wyciągała futbolówkę z siatki. Tym razem firmowym strzałem z dystansu pokonała ją Filippa Angeldal, a dosłownie chwilę wcześniej fatalny błąd Dunek wykorzystała Johanna Kaneryd, w pojedynkę przecinając katastrofalne zagranie Sary Holmgaard, a następnie kończąc dzieła pewnym strzałem po dalszym słupku. Gościnie zza Kattegatu sprawiały wrażenie kompletnie oszołomionych takim obrotem wydarzeń, ich największe żądła w osobach Pernille Harder oraz Amalie Vangsgaard były całkowicie poza grą, a rozpędzająca się niebiesko-żółta maszyna ku uciesze miejscowych fanów dalej robiła swoje. I tak się nam ten mecz toczył aż do momentu, kiedy to błysk geniuszu postanowiła zaprezentować nam duńska napastniczka Signe Bruun, znajdując sobie miejsce do dośrodkowania i posyłając perfekcyjną piłkę na wolną przestrzeń, w którą z głębi pola nabiegała Janni Thomsen. Na nasze nieszczęście, z asekuracją dodatkowo spóźniła się jeszcze Jonna Andersson i wahadłowa Utah Royals mogła przynajmniej na moment zmniejszyć rozmiary porażki. Wystarczyło jednak 120 sekund i doczekaliśmy się błyskawicznej, szwedzkiej odpowiedzi; Kaneryd dośrodkowała, Blackstenius wykończyła i szybko powróciliśmy do komfortowego stanu plus trzy.

O drugiej połowie uczciwie możemy napisać, że się odbyła, choć końcowy rezultat Szwedkom jeszcze udało się nieco podrasować. Najpierw za sprawą wyjątkowo skutecznej dziś Blackstenius (oby nie wiązało się to z wypełnieniem tegorocznego limitu bramkowego w jeden wieczór), która tym razem wykorzystała w podobnym stopniu przytomną centrę Madelen Janogy oraz kolejny kiks Katrine Veje. W doliczonym czasie gry na 6-1 podwyższyła szwedzkie prowadzenie piłkarka po wybitnych przejściach, czyli Lina Hurtig, a gola wykreowała jej najlepsza tego dnia na placu Kaneryd, która na murawie w Solnej znów  przypominała siebie z pierwszych kolejek sezonu Barclays WSL. Jako się rzekło, wygranych po szwedzkiej stronie było tym razem zdecydowanie więcej, a oprócz nazwisk absolutnie oczywistych (Kaneryd, Angeldal, Björn), na pochwały zdecydowanie zasłużyła chociażby przywoływana już Asllani, dla której był to jeden z najbardziej produktywnych występów ostatnich miesięcy, biorąc pod uwagę zarówno rozgrywki klubowe, jak i reprezentacyjne. Bardzo przyzwoicie prezentowała się jednak cała druga linia i pół-żartem możemy stwierdzić, że Julia Zigiotti ewidentnie lubi grać przeciwko Dunkom, gdyż to właśnie po meczach z tymi konkretnymi rywalkami pomocniczkę monachijskiego Bayernu chwalimy najczęściej i najgłośniej. Wartość dodaną z ławki wniosła dziś także Hanna Bennison, która w kadrze ewidentnie gra w kratkę, ale dziś akurat wylosował się ten lepszy los, a jej zaangażowanie w metodycznym wypełnianiu zadań defensywnych mogło w szczególności imponować i trzeba podkreślić, iż przynajmniej trzy konkretne, szwedzkie wypady zainicjowane zostały albo przez udany odbiór, albo otwierającą piłkę naszej Golden Girl z turyńskiego Juventusu. Zdecydowanie najmniej piszemy tym razem o obronie, lecz to wynika głównie z tego, że Dunki zwyczajnie nie dostarczyły nam wystarczającej ilości materiału źródłowego, a z przodu poradziliśmy sobie bez sięgania po broń ostateczną w postaci stałych fragmentów. Poza sytuacją z końcówki pierwszej połowy, w tyłach także było jednak jak najbardziej stabilnie, a przymusowa pauza papierowej liderki tej formacji Magdaleny Eriksson nie odbiła się negatywnie na poziomie gry.

6-1 z Danią brzmi dumnie, a ponieważ i zaplecze kadry A do hiszpańskiego dołożyło jeszcze włoski skalp, to kończące się właśnie zgrupowanie bez cienia przesady możemy nazwać jednym z najbardziej udanych dla szwedzkiego futbolu reprezentacyjnego w ostatnich latach. Cieszmy się zatem z tego faktu, lecz dziś wieczorem nie popadajmy w nieuzasadnioną euforię i powstrzymajmy się od emocjonalnego wygłaszania triumfalnych tez. Najważniejszy, tegoroczny test czeka nas za dokładnie miesiąc, a faza grupowa mistrzostw Europy okaże się wyzwaniem trudnym i pełnym wszechobecnych pułapek. I to nie tylko ze względu na formę, jaką od początku roku prezentują przy każdej nadarzającej się okazji reprezentantki Niemiec (serio, jeśli komuś to umknęło, to warto na aktualne popisy tej kadry zerknąć, bo zwyczajnie jest kogo podziwiać). Dzisiejszego sukcesu ze sportowych kronik nikt już oczywiście nie wygumkuje, ale jeśli nie potwierdzimy go w chwili decydującej próby, to na zawsze pozostanie on wyłącznie mało istotną, statystyczną ciekawostką. Cieszmy się zatem mądrze, a wtedy okazje do kolejnych celebracji na pewno niebawem się trafią.

Młodsza, lepsza, uśmiechnięta Szwecja

Smilla Holmberg zaliczyła w pierwszej reprezentacji Szwecji debiut bliski perfekcji (Fot. SR)

Jeżeli ten mecz miał dać sztabowi Petera Gerhardssona jasną wskazówkę co do przydatności piłkarek pokroju Smilli Holmberg, Felicii Schröder oraz Ellen Wangerheim w perspektywie zbliżających się wielkimi krokami finałów EURO 2025, to owa weryfikacja okazała się dla trójki młodych gwiazd Damallsvenskan jednoznacznie pozytywna. Debiutująca w pierwszej reprezentacji prawa defensorka Hammarby weszła w mecz kapitalnie i w inauguracyjnym kwadransie to ona była głównym motorem napędowym większości szwedzkich akcji. A później było już tylko lepiej, gdyż to właśnie ofiarna interwencja Holmberg uratowała nasz zespół przed utratą gola po fatalnym wyprowadzeniu piłki przez Magdalenę Eriksson (dla porządku: jeszcze większą robotę wykonała w tej konkretnej sytuacji Jennifer Falk). Osiemnastolatka ze Sztokholmu tempa nie zwalniała także po przerwie i po jednym z odważnych, ofensywnych rajdów udało jej się nawet wywalczyć rzut karny. To znaczy, udało się w teorii, gdyż pomimo ewidentnego przewinienia gwizdek francuskiej sędzi milczał, w pewnym sensie rewanżując się Włoszkom za krzywdy poniesione dwa miesiące temu w Göteborgu. Równie zadowolona może być ze swojego dzisiejszego występu Felicia Schröder, a w pokazaniu się z naprawdę pozytywnej strony ani trochę nie przeszkodził jej fakt, że w układance selekcjonera przyszło jej wystąpić na dziesiątce. Wymienność pozycji w ofensywnej formacji BK Häcken najwyraźniej jednak zaprocentowała, a wartością dodaną przy nazwisku Schröder pozostają dwa perfekcyjne, otwierające podania, po których oko w oko z Laurą Giuliani stanąć mogły odpowiednio Fridolina Rolfö oraz Rebecka Blomqvist. Ta ostatnia swojej szansy się nawet doczekała, ale z pojedynku zwycięsko wyszła tym razem golkiperka Milanu. I wreszcie Ellen Wangerheim, czyli zawodniczka, która wniosła do gry szwedzkiej kadry zdecydowanie najwięcej spośród rezerwowych. Snajperka Bajen błyskawicznie wpasowała się w rytm toczącego się na Stadio Ennio Tardini meczu i w odpowiednich momentach potrafiła a to spowolnić grę, a to przytrzymać futbolówkę, a to wywalczyć obiecujący stały fragment. I choć po końcowym gwizdku rozpoczęła się ogólnonarodowa dyskusja, czy wspomniana w tym akapicie trójka piłkarek zasługuje na miejsce w samolocie do Szwajcarii, to mamy nieodparte wrażenie, że podobna rozmowa realnie powinna dotyczyć zupełnie innych nazwisk.

Co jeszcze nas w to upalne, późnowiosenne popołudnie w Parmie ucieszyło? Zdecydowanie czyste konto po stronie Jennifer Falk, bo przecież nie jest wielką tajemnicą, że z zamykaniem meczów na zero z tyłu golkiperka Häcken miewa ostatnimi czasy spore trudności. Dziś także raz musiała wyjmować futbolówkę z siatki, lecz na nasze szczęście główkująca Martina Piemonte znajdowała się w kluczowym momencie dośrodkowania na pozycji spalonej. Dla porządku dodajmy, że do tej samej bramki i też po strzale głową już po zmianie stron piłkę skierowała Nathalie Björn, lecz tym razem sędziowski tercet dopatrzył się dla odmiany faulu Rebecki Blomqvist na Laurze Giuliani. A propos defensorki londyńskiej Chelsea, to ona akurat może mówić o sporym szczęściu, gdyż jeszcze przed przerwą zdarzyło jej się powstrzymać w nieprzepisowy sposób wychodzącą na czystą pozycję Ariannę Caruso i w tej sytuacji pani Stéphanie Frappart jak najbardziej miała prawo wyciągnąć z tylnej kieszonki czerwony kartonik. Skończyło się jednak tylko na kartce w kolorze żółtym, w efekcie czego Björn będzie mogła wystąpić we wtorkowym meczu przeciwko Danii. Z perspektywy trybun na pewno obejrzy go za to Magdalena Eriksson, co paradoksalnie – i w najmniejszym stopniu nie złośliwie – także jest w jakimś sensie dobrą informacją. Bo jeśli sztab szkoleniowy nie potrafi w kontrolowany przez siebie sposób wypróbować nowych wariantów, to niech przynajmniej los od czasu do czasu zmusza go do tego typu eksperymentów. A lista chętnych i już teraz gotowych do gry na poziomie pierwszej reprezentacji jest naprawdę długa, co najlepiej uwydatnił chociażby wczorajszy mecz bezpośredniego zaplecza naszej kadry z Hiszpanią. Kto nie widział, niech szybciutko nadrabia.

Remis jest w pewnym sensie wynikiem jak najbardziej sprawiedliwym, gdyż każda z ekip miała w dzisiejszym starciu lepsze i gorsze momenty. Szwedki rozpoczęły od mocnego uderzenia, a włoską defensywę bez skutecznej odpowiedzi raz po raz nękały na prawej flance Holmberg oraz Johanna Kaneryd. Później do głosu ewidentnie doszły gospodynie i z niekłamanym zachwytem na twarzy można było zachwycać się perfekcyjnymi zagraniami Manueli Giugliano, która zdawałoby się bez jakiegokolwiek wysiłku posyłała kolejne ciasteczka wprost pod nogi obu skrzydłowych, a także ustawionej na desancie Martiny Piemonte. Okres największej dominacji Włoszek przypadł na ostatnie minuty pierwszej połowy, lecz im bliżej końca meczu, tym częściej i bardziej konkretnie do głosu dochodziły tradycyjnie dominujące pod względem motorycznym Szwedki. Niezwykle aktywna grupa sympatyków Blågult do samego końca miała jak najbardziej uzasadnione nadzieje, że raz jeszcze tak wyglądające starcie uda się ostatecznie spuentować klasycznym 1-0 po stałym fragmencie, ale choć ów cel nie był wcale aż tak odległy, tym razem trzeba było zadowolić się podziałem punktów. Jest to jednak z pewnością taki remis, z którego możemy być naprawdę usatysfakcjonowani, a skoro na miesiąc przed startem wielkiego turnieju kadra ponownie daje nam delikatne powody do uśmiechu, to chyba robimy wreszcie nieśmiałe kroki we właściwym kierunku. Tylko teraz pod żadnym pozorem z tej drogi już nie zawracajmy.