EURO Swissteria #7

Jest banan, jest pierwsze miejsce w grupie, ogólnie jest całkiem spoko (Fot. SvFF)

Turniej w pełni, emocje związane z kolejnymi popisami szwedzkiej kadry zaczynają rezonować daleko poza bańkę, a to chyba najlepszy dowód na to, że jest dobrze. Jako urodzony realista doskonale zdaję sobie sprawę, że wszyscy czekamy już na czwartkowy ćwierćfinał, ale spróbuję wbić się z tym tekstem w dzień wolny od piłkarskich emocji, w nadziei, że ktoś może jednak zdecyduje się tutaj zajrzeć. Bo nawet jeśli pewni możemy być wyłącznie tego, że wszystkie nasze mniej lub bardziej sensowne przewidywania i tak bezwzględnie zweryfikuje boisko, to trochę piłkarskiej polemiki zawsze na propsie. To znaczy, ja mogę oczywiście mówić wyłącznie ze siebie, ale pozwólcie mi karmić się nadzieją, że nie jestem jedyną osobą, która czerpie mnóstwo pozytywnej energii z tej naszej wirtualnej, trwającej już niemal równo od dekady wymiany argumentów.

Wracając jednak do spraw istotnych, grupa D nie zaskoczyła i choć do przerwy Holenderki dzielnie stawiały czoła przeważającym, francuskim siłom, to druga część potyczki w Bazylei była już klasycznym meczem w trybie one-way-traffic. Tych ostatnich niestety widzieliśmy na szwajcarskim EURO zdecydowanie zbyt wiele i niestety w przeważającej większości nie wynikały one z tego, że faworyt nagle wskakiwał na poziom stratosferyczny, kompletnie nieosiągalny dla ambitnie walczących przeciwniczek. Oczywiście, Francuzki, Hiszpanki, Angielki, czy nawet Szwedki długimi fragmentami wyglądały na boisku tak, że ręce same składały się do oklasków, lecz dokonując chłodnej analizy nie dało się nie zauważyć drobnego detalu, że oto rywalki na wspomniany mecz zapomniały dojechać albo fizycznie, albo mentalnie, albo – w przypadkach skrajnych – na każdej możliwej płaszczyźnie. Debiutujące w finałach EURO Walijki zabiorą ze sobą wspomnienia związane z historycznym golem Jessiki Fishlock, momentami kapitalnej postawy Ceri Holland czy Lily Woodham, ale całościowo ich udział w imprezie zamknął się w trzech poniesionych w marnym stylu porażkach, trzynastu straconych golach, a liczba ta spokojnie mogłaby być bardziej okazała, gdyby tylko na przykład Holenderkom (które swoją drogą skompromitowały się na szwajcarskich boiskach po całości) nieco bardziej sprzyjało szczęście. I tak, możemy cały czas tkwić w przeszłości i po raz setny ocierać łezkę wzruszenia słuchając, jak to przed laty walijska kadra została pod osłoną nocy rozwiązana i musiała rozpoczynać swoją przygodę od zera, lecz nie mam przekonania, czy aby na pewno jest to właściwy kierunek analizy tego, co wydarzyło się latem 2025. Bo wiecie, przeszłość należy znać, ale nie można nią wiecznie żyć. Prawda oczywista, ale nadzwyczaj często właściwie odczytywana zdecydowanie zbyt późno, aby zrobić z niej maksymalny użytek. Moim walijskim przyjaciółkom i przyjaciołom gratuluję rzecz jasna wspaniałej przygody, życząc jednocześnie, aby na horyzoncie już rysowały się kolejne, ambitne cele. Wszak to one napędzają nas do działania i sprawiają, że to życie ma realny, głębszy cel.

Gdybym miał tak z ręką na sercu wyliczyć wszystkie drużyny, które w mojej opinii zagrały w fazie grupowej EURO powyżej oczekiwań, to lista ta zamknęłaby się na dwóch lub maksymalnie trzech pozycjach. To wahanie związane jest z niejednoznaczną oceną reprezentacji Finlandii, która z jednej strony na takie wyróżnienie solidnie zapracowała, z drugiej zaś – sama utrudniała sobie życie w sposób, który niedoszłym ćwierćfinalistkom kontynentalnego czempionatu zwyczajnie nie przystoi. Zdecydowanie in plus jak dotąd prezentowały się za to Szwajcaria i Szwecja, a skoro tak, to zarówno Pii Sundhage, jak i Peterowi Gerhardssonowi należą się z tej okazji słowa uznania. Gospodynie tegorocznego EURO w przededniu imprezy formą nie zachwycały, lecz gdy nadszedł moment próby – okazały się zespołem, który rozkochał w sobie nie tylko trybuny aren w Bazylei, Bernie, czy Genewie, ale – i nie będzie to bynajmniej wielkim nadużyciem – cały kraj. Co zaskakujące, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę dotychczasową karierę szwajcarskiej selekcjonerki, w pierwszej kolejności imponowała nam ambitna i na wskroś bezkompromisowa postawa wschodzących gwiazd La Nati, które w imponującym stylu przedstawiły się szerszej publiczności i nie mamy chyba wątpliwości, że w najbliższych latach głośno zrobi się nie tylko o doskonale znanej nam już wcześniej Sydney Schertenleib, ale również o takich nastoletnich talentach, jak chociażby Iman Beney (od niedawna Manchester City), czy też Leila Wandeler (Lyon). Choć jasna sprawa, że zarówno Géraldine Reuteler, jak i Lia Wälti także zagrały tego lata masterclass, który zna zawsze pozostanie w ich pamięci. Żałować możemy w tym wszystkim jedynie tego, że najwyraźniej zasada zachowania balansu w przyrodzie niezmiennie dotyczy także futbolu i po wyszarpaniu w dramatycznych okolicznościach awansu z grupy, nad szwajcarską kadrą zawisło jakieś bliżej nieokreślone fatum. Bo nie dość, że na ich drodze pojawiły się mistrzynie świata z Hiszpanii, to jeszcze przygotowania do tego być może najważniejszego w całej historii helweckiego futbolu meczu mocno zakłóciły kwestie pozasportowe. Najpierw trzeba było w pośpiechu ewakuować się z zalanego przez rzęsiste opady kompleksu treningowego, a gdy po przymusowej przeprowadzce (nota bene: do ośrodka zwolnionego przez przedwcześnie pożegnane Holenderki) wszystko zdawało się wracać na właściwe tory, to w drużynie pojawił się wirus, który całkowicie zdziesiątkował zespół i zmusił trenerkę do definitywnego odwołania zaplanowanych na dziś zajęć. A jak Sundhage odwołuje treningi, to wiemy, że coś faktycznie się dzieje.

Chcecie o Angielkach? Ale co by tu o nich mądrego i nieoczywistego napisać? Wszyscy wiemy, z kim przyjdzie nam się mierzyć, bo zawodniczki te regularnie podziwiamy i oklaskujemy, gdy czarują nas na boiskach Barclays WSL. Gerhardsson i jego sztab niezbędną wiedzę także posiadają i choć przy okazji czwartkowej batalii wiele będzie nawiązań do pamiętnej klęski na EURO ’22, to jednak chyba więcej możemy wyciągnąć z niedawnego, eliminacyjnego dwumeczu, kiedy to dwukrotnie zdarzyło nam podzielić się punktami. A gdyby tylko Rosa Kafaji przewróciła się w polu karnym w szesnastce rywalek po ewidentnym faulu Leah Williamson, to w statystykach mogłoby to wyglądać jeszcze bardziej okazale. Ale żeby nie było wątpliwości: wielki szacunek dla Rosy za tamto zachowanie, bo takie momenty podtrzymują wiarę w dobroć tego świata. Ale okej, schodzimy na ziemię, a na niej czytam coraz więcej zapowiedzi, w których to Szwedki przedstawiane są w roli ćwierćfinałowych faworytek. Wiadomo, stara prawda mówi, że jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz, ale akurat w tej materii podopiecznym Sariny Wiegman także nie można czegokolwiek zarzucić. Jak zapewne wiecie, ja akurat nie zaliczam się do grona tych, którzy po jednym lub dwóch meczach zmieniają front i w zależności od kierunku podmuchów wiatru raz widzą kogoś na podium, aby za chwilę wieszczyć mu trudny bój o utrzymanie. I żeby była całkowita jasność: nie twierdzę, że któraś z tych postaw jest bardziej lub mniej właściwa, po prostu informuję, jak to u mnie działa. W każdym razie: podobnie jak przed miesiącem, wciąż zdecydowanie większy potencjał sportowy widzę po stronie Angielek i to zarówno w ujęciu drużynowym, jak i jako sumę potencjałów indywidualnych. A gdy wizualizuję sobie, co może się wydarzyć, gdy tylko taka Lauren James, albo jeszcze inna Kelly lub Mead zorientują się, jak wiele wolnej przestrzeni czeka na nich po naszej lewej stronie, to wspominane wątpliwości i niepokój wyłącznie rosną. Do sprawienia w czwartek niespodzianki (pozwólcie mi proszę trzymać się tej tezy) potrzebować będziemy ponadto pewnej i solidnej bramkarki, czyli – pisząc bardziej obrazowo – Jennifer Falk w dyspozycji zbliżonej do tej z potyczek przeciwko Chelsea oraz Paris FC w fazie grupowej Ligi Mistrzyń. Realne? Owszem. Bardzo prawdopodobne? Już niekoniecznie. A do tego jeszcze nasze stoperki będą musiały wystrzegać się momentów sródmeczowych drzemek, co niestety przytrafia im się na poziomie kadry notorycznie, szczególnie jeśli mówimy o pewnej zawodniczce monachijskiego Bayernu. Na niższym poziomie możemy z tego żartować, ale tutaj wjedzie nam w pole karne Alessia Russo i tyle z tego całego śmieszkowania będzie. Sumaryczna konkluzja pozostaje taka, że do pełni szczęścia potrzebujemy występu na sto procent we wszystkich elementach, które tak drobiazgowo omawialiśmy przed turniejem. Bo jeśli oba zespoły zagrają jutro na porównywalnym poziomie w relacji do posiadanego potencjału, to w mojej ocenie tego meczu nie wygramy. Dwa lata temu w analogicznej sytuacji wszystko zagrało jednak pod nas, dzięki czemu – po emocjonującej batalii – udało się wyrzucić z mundialu broniące tytułu Amerykanki. Za powtórkę z rozrywki zapewne nikt z czytających ten wpis by się nie obraził, ale jeśli rzeczywiście historia tej kadry z selekcjonerem Gerhardssonem za sterami ma mieć jeszcze przynajmniej jeden rozdział, to przygotujmy się, że jutro będzie bolało. Bo happy soccer definitywnie i nieodwołalnie zakończył się w chwili ostatniego gwizdka meczu z Niemkami.

Trzymajcie się, do następnego!

EURO Swissteria #6

Lepszy procent udanych interwencji niż Jennifer Falk w fazie grupowej EURO ’25 wykręciła jedynie Carlotta Wamser (Fot. Getty Images)

Ach, co to był za mecz! Absolute cinema! Sarai Linder w dosłownym tego rozumieniu strzeliła gola Smillą Holmberg, Carlotta Wamser zaprezentowała nam paradę, której nie powstydziłoby się wiele klasowych golkiperek i gdy Jule Brand przejęła kapitańską opaskę od opuszczającej murawę Kosovare Asllani, to chyba nawet nie bylibyśmy przesadnie zaskoczeni, gdyby założyła ją na ramię i kontynuowała w ten sposób grę. Bo ten szalony, weekendowo-wakacyjny mecz miał w sobie wszystko, czego na tym poziomie piłkarskiego wtajemniczenia raczej nie powinniśmy się spodziewać. A już wybitnie radosna była pod tym kątem pierwsza połowa i gdy niemal równo z gwizdkiem włoskiej sędzi oznaczającym przerwę, ze stadionowych głośników na Letzigrund popłynęła melodia znanego chyba wszystkim utworu Girls Just Wanna Have Fun, to realnie można było darować sobie próby jakiegokolwiek usystematyzowania dotychczasowych, boiskowych wydarzeń. Bo tekst tego ponadczasowego refrenu zwyczajnie zrobił to lepiej.

Oba zespoły przyjechały na stadion w Zurychu z przesłaniem, że defensywa jest ewidentnie przereklamowana, futbol to piękna zabawa, a dokładność podań, antycypacja, czy jakiekolwiek taktyczne schematy są zdecydowanie mniej istotne niż czysta radość z gry. I wiecie co z tego wyniknęło? Otóż w początkowej fazie spotkania zmagania najlepszych piłkarek świata bardziej niż rywalizację o wielką stawkę przypominały letni mecz charytatywny, względnie potyczkę wyjętą metodą kopiuj-wklej z festiwalu Gothia Cup, który stanowi przecież największą na świecie celebrację futbolu dziecięcego i młodzieżowego. W pierwszych siedmiu minutach przycisnęły Niemki, korzystając przede wszystkim z faktu, że na lewej flance defensywy zostawiliśmy im autostradę z otwartą bramką. Dokładnie takich zachowań Jonny Andersson obawialiśmy się przed potyczkami z Danią i Polską, no i niestety Jule Brand z Carlottą Wamser błyskawicznie utwierdziły nas w przekonaniu, że obawy te nie były bynajmniej bezzasadne.  Gdyby Lea Schüller miała lepiej ustawiony celownik, to stosunkowo szybko na Letzigrund wynik mógł nam niebezpiecznie odjechać, ale okazało się, że snajperka monachijskiego Bayernu Sary Kanutte pod tym względem nie przypomina, a chwilowe 0-1 okazało się być problemem zdecydowanie przejściowym. Nie mogło jednak być inaczej, bo skoro my kręcimy tutaj głowami nad postawą wahadłowej Linköping, to co mają teraz powiedzieć mocno zmaltretowani tego wieczora przez swoją kadrę kibice niemieccy? Tego nie da się opisać (choć będziemy dzielnie próbować), to trzeba zobaczyć!

Gol na 1-1 to przytomne zachowanie Kosovare Asllani, która w okolicach koła środkowego wypuściła w bój Stinę Blackstenius, a ta – nie niepokojona kompletnie przez nikogo – przebiegła z piłką przy nodze pięćdziesiąt metrów, komfortowo złożyła się do strzału i wobec braku reakcji rywalek wyrównała stan rywalizacji. Gdzie podziały się wówczas niemieckie obrończynie, pomocniczki, ktokolwiek, kto chociażby spróbowałby jakoś nadciągającemu nieszczęściu zaradzić? Otóż nie wiadomo. Istnieje teoria, że wybrały się na szybkie pool party, ale specjalna komisja będzie musiała potwierdzić te nieoficjalne póki co doniesienia. Wiemy za to doskonale i w szczegółach, co mniej więcej dziesięć minut później zrobiła Sarai Linder, która chyba doszła do wniosku, że dość tej bierności, akcje przeciwniczek warto przerywać i do wykonywania tych zadań zabrała się tak gorliwie, że strzeliła gola Smillą Holmberg. Defensorce Hammarby nie zamierzamy rzecz jasna zabierać tego niesamowitego osiągnięcia, jakim niewątpliwie jest debiutanckie trafienie w seniorskiej kadrze, doceniamy w pełni odważny rajd, który to wszystko zapoczątkował, ale jednak chyba nawet sama zainteresowana nie spodziewała się, że tak naprawdę… nie będzie musiała nawet oddać strzału, aby otworzyć swój reprezentacyjny, bramkowy, licznik. Niemki dalej miały jednak ogromne problemy z wyprowadzeniem piłki z własnej połowy, stuprocentowe okazje niejako w prezencie dostały Asllani oraz Kaneryd, a Angeldal do spółki ze swoją nową koleżanką klubową Hanną Bennison nawet nie musiały przesadnie pressować, aby co i rusz rozpoczynać budowę kolejnej szybkiej akcji. Swojego dnia nie miała także nie bez przyczyny uchodząca przecież za jedną z absolutnie czołowych bramkarek świata Ann-Katrin Berger, którą w 34. minucie kapitalną interwencją na linii wyręczyła Wamser, kończąc tym samym swój udział w tym wybitnym widowisku (wszak zawodniczkom z pola takie zachowanie płazem nie uchodzi). Rzut karny na gola zamieniła jeszcze Fridolina Rolfö, Szwedki dla zasady szarpnęły jeszcze kilka razy i Silvia Gasperotti z pomocą Cyndi Lauper zaprosiły nas do szatni.

Druga część epickiej batalii… nie okazała się być aż tak epicką i bardziej niż jazdę kolejką górską przypominała już piłkarski mecz. Warto jednak było pozostać z naszą kadrą do samego końca, chociażby po to, aby zobaczyć spokój w oczach Liny Hurtig, która w 80. minucie spotkania ustaliła wynik rywalizacji. Raz jeszcze asystę zaksięgowała na swoim koncie Johanna Kaneryd, choć wielkie brawa za napędzanie szwedzkich akcji w końcówce dzisiejszej batalii należą się także rezerwowym Madelen Janogy oraz Ellen Wangerheim, które również pokazały się z bardzo pozytywnej strony, zapewniając tak bardzo potrzebny impuls z ławki. Ewidentną zwyciężczynią pozostaje niezmiennie Jennifer Falk, która – co by się miało w nadchodzący czwartek nie wydarzyć – już jest jedną z bohaterek tych mistrzostw i inspiracją dla wielu, którzy nie boją się podążać do celu obraną przez siebie ścieżką. Ta nasza prowadzić będzie najpewniej przez Anglię, na której to przy okazji ostatniego EURO zakończyła się nasza przygoda. I było to pożegnanie nadzwyczaj bolesne, bo tylko kilkucentymetrowy spalony uratował wówczas Blågult przed najwyższą porażką w historii istnienia tej kadry. Tym razem pisać będziemy już jednak całkiem nową historię, a ta rozpocznie się od wyniku 0-0. A tak w ogóle, to może po drugiej stronie boiska wcale nie spotkamy obrończyń tytułu i aktualnych wicemistrzyń świata? Wszak dopiero co odebraliśmy lekcję, że jeśli wydawało nam się, że w futbolu widzieliśmy już wszystko, to bardzo się w tej kwestii myliliśmy. Skoro tak, to zostajemy w wybitnie gościnnym Zurychu, idziemy na afterek, a za kilka dni bierzemy, kogo nam dadzą. Zasadę znamy: vinna eller försvinna, półśrodków nie ma!

Trzymajcie się, do następnego!

EURO Swissteria #5

Szwajcaria w trybie last-minute zameldowała się w ćwierćfinale organizowanego przez siebie turnieju (Fot. keystone)

Cześć, jak tam leci? Bo u nas spokój. Ten współczesny świat jest naprawdę miejscem prawie tak fascynującym i pięknym, jak dotychczasowe wyniki szwedzkiej kadry na EURO, ale jednak kilku drobnych absurdów w jego codziennym funkcjonowaniu dałoby się bez trudu doszukać. Ot, chociażby to, że nie zawsze można w sposób bezpośredni wyrazić swoje myśli i odczucia. Skoro jednak nie wypada tak prosto z mostu, to jedziemy na około: piłkarska prawda mówi, że w naszym sporcie nie ma meczów nieważnych, ale jednak nawet w tak poważnych realiach da się wyodrębnić potyczki bardziej i mniej kluczowe. I tak się interesująco złożyło, że ta jutrzejsza jednoznacznie zalicza się do tej drugiej kategorii i żadne zaklinanie rzeczywistości tego nie zmieni. Żeby była jasność: oba zespoły wyjdą na murawę efektownego stadionu Letzigrund, aby mecz wygrać, każdej z zawodniczek przyświecać będą przy tym konkretne cele indywidualne i drużynowe, ale… emocji i napięcia jakkolwiek porównywalnego z tym, które kilkanaście godzin temu stało się udziałem kibiców ze Szwajcarii i Finlandii, ani trochę nie doświadczymy. Nie narzekam – po prostu zwyczajnie stwierdzam fakt, którego nie da się zakrzyczeć deklaracjami walki o pierwsze miejsce w grupie. Ta ostatnia stanie się oczywiście udziałem Szwedek i Niemek od chwili, gdy w Zurychu wybrzmi pierwszy gwizdek, ale zapewniam, że zupełnie inaczej rywalizuje się z komfortem w zasadzie bezobjawowej porażki. Nie wierzycie? To popatrzcie na wyniki, które najczęściej padają w decydującej fazie sezonu ligowego. Często właśnie wtedy pojawiają się zarzuty o brak odpowiedniego zaangażowania lub nawet mniej lub bardziej bezpośrednie aluzje do jakichś bliżej nieokreślonych układanek kuluarowych, a tymczasem odpowiedzią na taki stan rzeczy najczęściej jest banalny w swej prostocie mechanizm psychologiczny. Bo gdy jedna strona wychodzi do zadania z myślą fajnie dziś wygrać, ale najważniejsze, żeby się jednak nie połamać przed wakacjami, a druga ma w oczach i umysłach nastawienie teraz, albo nigdy, to nietrudno przewidzieć najbardziej prawdopodobny scenariusz takiego starcia. Choć wyjątki od reguły oczywiście się zdarzają, żeby zaraz nie pojawił się tu kontrargument w postaci klasycznego cherry-pickingu. Wracając jednak do początku tych rozważań, do jutrzejszego meczu oba zespoły podejdą z niemal identycznej pozycji, a to czyni go jeszcze bardziej nieprzewidywalnym na każdej możliwej płaszczyźnie. Pewne jest w zasadzie tylko to, że rozpaczać po jego zakończeniu nikt raczej nie będzie i jako kraj, który szczyci się dopracowaniem do perfekcji życia według filozofii lagom, chyba powinniśmy najlepiej zdawać sobie z tego sprawę.

Szczególnie, że tym razem walka o pierwsze miejsce w grupie nie daje nawet słynnej przewagi drabinkowej. Bądźmy szczerzy: faworytkami nie będziemy w konfrontacji ani z Francją, ani z Anglią, które zakładając optymalną dyspozycję każdej z ekip, zwyczajnie posiadają po swojej stronie większą, sportową jakość. Przy szczęśliwym układzie, obaj pretendenci do medali na tegorocznym EURO są oczywiście do ugryzienia, lecz tym razem role się odwrócą i to nasze piłkarki wystąpią w roli niszczycielek dobrej zabawy i przewidywalnych scenariuszy. Nie sposób ponadto jednoznacznie wskazać, w którym zestawieniu dostrzegamy więcej dróg prowadzących do półfinału, gdyż tutaj o wszystkim zadecyduje mityczna dyspozycja dnia naszych ewentualnych przeciwniczek. Zdecydowanie więcej mankamentów zaobserwowaliśmy w ostatnich miesiącach u Holenderek, ale one akurat przywiozły do Szwajcarii taką formę, że za kilka dni Pomarańczowe Lwice wybierać powinny nie tyle rywalki w fazie pucharowej, co miejsca w samolocie wiozącym je do domów. Ktoś mądry może zauważyć, że zwycięstwo w grupie może oznaczać znalezienie się po przeciwnej stronie drabinki, co mistrzynie świata z Hiszpanii, ale tym – i to przynajmniej z dwóch powodów – głów sobie póki co nie zawracamy. Po pierwsze, do takiego starcia i tak doszłoby najwcześniej na etapie półfinału, a gdy już się tam jakimś cudem znajdziemy, to raczej nie robi wielkiej różnicy w jakiej kolejności będziemy musieli ograć największych, europejskich mocarzy. Po drugie, w szczegółowe rozpisywanie namiętnie bawiliśmy się dwanaście lat temu i chyba wszyscy pamiętamy, jak to się wówczas skończyło. Kadrowiczki Pii Sundhage swoją część zadania wykonały, ale najwidoczniej zapomniały rozdać kartki z rozpisanymi rolami przedstawicielkom innych grup, wobec czego zamiast przyjemnej drabinki, trafiła się nam wymagająca drabina, na której zaporę nie do sforsowanie postawiły nota bene Niemki, z niewielką pomocą szwajcarskiej sędzi.

A propos Sundhage i Szwajcarii, widzieliście zapewne sceny z wczorajszego meczu o wszystko na koniec zmagań w grupie A? Jak już wspomniałem, podobnych obrazków jutro spodziewać się nie możemy, ale z całego serca cieszę się szczęściem tych, którzy mogli na własnej skórze doświadczyć aż takich emocji. Choć oczywiście przyznaję, że w tej konkretnej rywalizacji moje serce było przy Finkach, wszak to właśnie ta kadra w największym stopniu reprezentowała na EURO szkołę Damallsvenskan, a z wieloma przedstawicielkami Helmarit miałem sposobność poznać się osobiście i nie jest tajemnicą, jak bardzo życzyłem in na tym turnieju powodzenia. A odkąd udało mi się obejrzeć przygotowaną przez Fiński Związek Piłki Nożnej zapowiedź turnieju, te płynące w kierunku podopiecznych trenera Saloranty pozytywne wibracje, zostały jeszcze zwielokrotnione. Koniec końców, do pełni szczęścia zabrakło naprawdę niewiele, ale same piłkarki jak najbardziej mogą być dumne z tego, co w roli jednego z największych underdogów udało im się na wielkim turnieju zaprezentować. Awansować do kolejnej fazy mógł jednak tylko jeden zespół i ostatecznie została nim Szwajcaria, choć niezmiennie upieram się, że kluczowego z perspektywy tej kadry gola strzeliła wcale nie Riola Xhemaili, lecz Alayah Pilgrim w 90. minucie meczu z Islandią. Gdyby nie tamto trafienie, remis z Finlandią wciąż nie dawałby podopiecznym Pii Sundhage bezpośredniego awansu, a już nigdy nie sprawdzimy, jak potoczyłyby się wczorajsze wydarzenia, gdyby obaj zainteresowani startowali z tego samego pułapu. Bardzo satysfakcjonujący jest dla mnie za to fakt, że asystę drugiego stopnia przy golu dającym Szwajcarkom historyczny awans dała najbardziej konsekwentnie hejtowana w mediach społecznościowych piłkarka, która zresztą niespełna dziesięć minut wcześniej (przy niekorzystnym wyniku 0-1) pojawiła się na murawie przy akompaniamencie wyjątkowo prymitywnych szyderstw i wyzwisk.

Tak, Alisha Lehmann wyjątkowo często mówi głupoty. Nawiasem mówiąc, częstotliwość ta najbardziej zwiększa się wtedy, gdy sama zainteresowana bardzo nieudolnie próbuje poprawić swój wizerunek. O ile jednak sam z wieloma tezami głoszonymi przez napastniczkę Juventusu się nie zgadzam, o ile potrafię zrozumieć niezadowolenie części kibiców motywowane pobudkami czysto piłkarskimi (sam zresztą w odniesieniu do szwedzkiej kadry podnoszę podobne polemiki z zadziwiającą regularnością), o tyle nigdy nie będę w stanie zrozumieć i zaakceptować hejtu napędzanego wyłącznie tym, że ktoś miał czelność pokierować swoim życiem i karierą na własnych zasadach i jeszcze ośmielił się odnieść w tym wszystkim sukces. Zjawisko pasywnej agresji w stosunku do osób, którym chce się chcieć jest niestety czymś coraz bardziej powszechnym i coraz częściej normalizowanym. Środowisko sportowe na szczęście wciąż pozostaje tutaj jednym z najzdrowszych bastionów, choć jak widać i u nas tej smutnej frustracji ostatnimi czasy jakby więcej. A największym paradoksem tego zjawiska jest fakt, że autor(k)ami i prowodyr(k)ami tej nienawistnej kampanii nierzadko bywają osoby w swoim mniemaniu wokalnie opowiadające się za równością, wolnością, bohatersko broniące każdego zaimka i koloru tęczy. Tyle tylko, że w ich rozumieniu owa wolność polega na tym, że ja żyję na moich zasadach, a twój wybór polega na tym, że… też możesz łaskawie żyć na moich zasadach. To wszystko tak trochę refleksyjnie skojarzyło mi się z Alishą Lehmann, choć ona sama raczej się tym nie przejmuje i bardzo dobrze. Bo akurat na jej miejscu zdecydowanie bardziej przejmowałbym się wewnętrzną konkurencją w kadrze. Wszak przy takich młodych gwiazdkach jak Wandeler, Beney, Ivelj, Schertenleib, czy tylko minimalnie bardziej od nich doświadczonych Vallotto, Pilgrim, czy Fölmli, reprezentacyjna kariera tegorocznej mistrzyni Włoch może zakończyć się dosłownie za kilka dni i w tym akurat nie dałoby się chyba dopatrzeć większych kontrowersji.

Trzymajcie się, do następnego!

EURO Swissteria #4

Kilka rajdów, kilka dryblingów, kilka dośrodkowań i kolejna statuetka zasłużenie ląduje na półeczce (Fot. UEFA)

Dobry wieczór wszystkim! Obiecane? Dotrzymane! Miał być dziś koniec grupowych emocji? Proszę bardzo! Miał być gol strzelony bezpośrednio po dośrodkowaniu z rzutu rożnego? Zgodnie z zapowiedzią! Albo prawie zgodnie, bo jednak klasyczek w postaci centry Andersson na głowę Hurtig okazał się troszeczkę kombinacją improwizacji i pamięci mięśniowej. Podstawowy plan zakładał bowiem nałożenie presji na Kingę Szemik w sposób podobny do tego, który przyniósł nieuznanego ostatecznie gola Julii Zigiotti. Żeby nie było jednak nieporozumień, decyzja włoskiej sędzi była jak najbardziej prawidłowa, gdyż defensywna pomocniczka Bayernu we wspomnianej sytuacji przepisy przekroczyła. Ogólnie rzecz biorąc, pani Ferrieri Caputi nie wylosował się do prowadzenia przesadnie trudny mecz, a jeśli z czegoś ją na dłużej zapamiętamy, to zdecydowanie z ukarania Kosovare Asllani żółtą kartką za to, że ta… była ewidentnie faulowana. Nasza temperamentna kapitanka całe zamieszanie podsumowała jednak wyłącznie zdziwieniem, a złej krwi i negatywnych emocji na stadionie w Lucernie w ogóle nie uświadczyliśmy. I bardzo dobrze, bo wycieczki do tego urokliwego skądinąd miasta nie wywoływały jak dotąd miłych wspomnień, a od teraz ulegnie to zmianie.

Wiele razy podczas finałów EURO i mundiali wspominam, że w tych kilku reprezentacyjnych tygodniach najbardziej fascynuje mnie to, jak cała nasza różnorodna społeczność na chwilę zbiera się w jednym miejscu. Na co dzień jedni pasjonują się pełnymi walki derbami pomiędzy Vittsjö i Kristianstad, drudzy opisują mistrzowski wyścig pomiędzy Valurem i Breithablikiem, a jeszcze inni analizują mocne i słabe strony dowolnej formacji Maritimo, Bazylei, czy innego Górnika Łęczna i tak sobie przyjemnie płynie czas do chwili, gdy UEFA lub FIFA uderzy w dzwon, wyrywając nas na paręnaście dni z tej strefy komfortu. Refleksja ta nasuwa się po dwóch meczach grupowych nieprzypadkowo, wszak w ostatnich godzinach natknąłem się na dosłownie dziesiątki analiz dotyczących szwedzkiego prawego skrzydła, nakładania pressingu, czy wreszcie płynnej współpracy w duecie Angeldal – Kaneryd. No i jest to oczywiście prawda, lecz my tutaj od ponad roku w dokładnie tych samych aspektach widzimy raczej powód do… niepokoju niż do zachwytu. Bo szwedzka kadra w wersji zaproponowanej nam przez Gerhardssona jest niestety mocno jednowymiarowa Jej najważniejsze aktywa to (w dowolnej kolejności): Kaneryd, Angeldal, Rolfö, Björn oraz stałe fragmenty, ze szczególnym uwzględnieniem rzutów rożnych. Jasne, możemy wyliczać dziesiątki innych mniej lub bardziej zawiłych, techniczno-taktycznych nowinek, lecz one wszystkie mają jeden wspólny mianownik: ich właściwe wykonanie jest całkowicie zależne od dyspozycji wyżej wymienionych zawodniczek. Oczywiście, zdarza się, że na liście bohaterek meczu znajdzie się także inne nazwisko, lecz nierzadko statystyki pozostałych piłkarek są poniekąd budowane przez kwartet liderek, ze skrzydłową Chelsea oraz rozgrywającą madryckiego Realu na czele. Pozbaw nas dwóch z pięciu atutów i mamy ogromny problem. Pozbaw nas trzech – z dużą dozą prawdopodobieństwa jesteś zwycięzcą. Stali czytelnicy doskonale wiedzą, że tradycją tego bloga jest tonowanie skrajnych emocji, więc dziś również pozostańmy obiema nogami na ziemi i nie zatraćmy się w euforii. Guldet ska hem brzmi na szwajcarskiej ziemi donośnie i dumnie, lecz do tego jeszcze naprawdę daleka droga.

Rywalki pozwalały dziś szwedzkim piłkarkom na wiele, same pozbawiając się przy tym swoich potencjalnie największych atutów. Tak, Angeldal i Zigiotti należy pochwalić za kapitalną, defensywną pracę w środku pola, Asllani wreszcie przypomniała sobie o tym jak grała w samych początkach kadencji Gerhardssona, a Ilestedt w zasadzie tylko raz (a do tego na krótko) przyprawiła nas o szybsze bicie serca nienajlepszą antycypacją, ale Polki same sobie były tego wieczora największym przeciwnikiem. Bo o ile szwedzka presja i doskok realnie funkcjonowały, o tyle podopieczne trenerki Patalon kiksy i prezenty potrafiły rozdawać hurtowo nawet wówczas, gdy teoretycznie nie było ku temu warunków. Przed meczem wspominaliśmy, że warto będzie wykorzystywać cykliczne błędy rywalek w ustawieniu oraz przekazywaniu krycia i Szwedki z tej porady zdecydowanie skorzystały. A że Kaneryd była tym razem wybitnie rozpędzona i głodna gry, to i efekty szybko przerosły nasze najśmielsze oczekiwania. Rozegranie poprzedzające trafienie na 2-0 bardziej niż realny mecz przypominało fragment wyjęty z gry wideo, gdyż zarówno zawodniczki, jak i futbolówka, sprawiały przez kilkanaście sekund wrażenie idealnie zaprogramowanych. W ten sposób z pewnością nie możemy za to określić postawy Stiny Blackstenius, która zamiast zwyczajowych ośmiu pudeł i gola za dziewiątym podejściem, zaprezentowała nam… dokładnie odwróconą wersję tego schematu. Bilans wyszedł jednak na tradycyjne plus jeden, więc podnosić alarmu z tego powodu bynajmniej nie będziemy.

W grupie A aż do 90. minuty rywalizacji Szwajcarii z Islandią zanosiło się na rezultat, który mógł nam potencjalnie zagwarantować historyczne emocje w postaci konkursu rzutów karnych jeszcze w fazie grupowej. Koniec końców zabawę popsuła neutralnym kibicom Alayah Pilgrim, ale skoro nie dostaniemy szansy ekscytowania się serią jedenastek, to przynajmniej w naszej grupie obejrzymy na koniec zmagań mecz towarzyski, bo taką stawkę ma w moich oczach sobotnie starcie z Niemkami. Sytuacja ta bliźniaczo przypomina mi tę sprzed sześciu lat, kiedy to w podobnych okolicznościach szykowaliśmy się do przegranej ostatecznie 0-2 potyczki z USA. Wiadomo, mecz w Zurychu rozegrać trzeba, jakieś wnioski z niego oczywiście wyciągniemy, ale patrząc realnie to 17. lub 19. lipca czeka nas kolejny moment największej próby. A wtedy obowiązywać będzie już zasada vinna eller försvinna, czyli albo gramy o medale, albo pakujemy się na wakacje.

I na koniec jeszcze jedna kwestia: w zagranicznych mediach zdecydowanie zbyt często lansowane są opinie, że Jennifer Falk niejako zastępuje podczas finałów EURO ’25 Zecirę Musovic. Nic bardziej mylnego! Sam selekcjoner wielokrotnie – zresztą ku słabo ukrywanemu niezadowoleniu samych zainteresowanych – podkreślał, że u niego nie istnieje taki termin jak bramkarka numer jeden. Jasne, przed mundialem na Antypodach rywalizację wygrała Musovic, sam gorąco optowałem wówczas za takim wyborem, ale nigdy nie mieliśmy do czynienia z wyimaginowaną przez niektórych hierarchią, co najlepiej obrazuje choćby reprezentacyjny licznik obu piłkarek. Wiem, Musovic częściej potrafiła błysnąć w blasku fleszy (Wolfsburg vs Rosengård, Szwecja vs USA), Falk była zdecydowanie bardziej stabilna, bez fajerwerków w którąkolwiek stronę, ale niezmiennie mówimy tu o dwóch zawodniczkach per saldo na zbliżonym poziomie i nie jest nim ogólnie rzecz biorąc światowy top, ani jego bezpośrednie zaplecze. W przeciwieństwie do wielu swoich koleżanek, Jennifer nie wypowiadała się szeroko w mediach na temat spraw prywatnych, ale gdy dziś w doliczonym czasie gry pomogła nam poprzeczka, uśmiechnąłem się na myśl, że to właśnie ta bramkarka jako pierwsza na tegorocznym turnieju zapisze przy swoim nazwisku dwa czyste konta. I choć ta zdecydowanie dla niej najważniejsza, pozaboiskowa historia doczekała się szczęśliwego zakończenia, to z całego serca trzymam kciuki, aby podobnie stało się z największym piłkarskim wyzwaniem jej kariery. Cokolwiek miałoby to oznaczać.

Trzymajcie się, do następnego!

PS. bardzo dziękuję wszystkim sympatykom reprezentacji Polski, którzy w ostatnich godzinach/dniach odwiedzili tę stronę. Macie naprawdę wspaniałą, przyszłościową drużynę i ani trochę nie dziwię się, jak bardzo jesteście z niej dumni. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli kiedykolwiek dojdzie na wielkim turnieju do meczu Polski ze Szwecją, to jego przebieg (niestety) na pewno nie będzie już wyglądał tak, jak dziś. Trzymajcie się i do zobaczenia gdzieś na piłkarskim szlaku!

EURO Swissteria #3

W szwajcarskim upale kadra Petera Gerhardssona póki co konsekwentnie realizuje swój plan (Fot. Bildbyrån)

Pierwsza kolejka grupowych zmagań oficjalnie zakończona. Tak to już na tych wielkich imprezach jest, że natężenie meczów maleje z każdym upływającym dniem, ale na samym początku często mamy do czynienia z paradoksem, że oto jeden mecz nie zdąży się dobrze zakończyć, a piłkarki kolejnych reprezentacji już czekają w tunelu. Okej, na EURO jeszcze da się ten cały chaos względnie ogarnąć, ale wyobrażacie sobie na przykład ten mundial w USA za sześć lat? To będzie dopiero istny rollercoaster bez trzymanki! Na Florydzie Indie z Wenezuelą zaprezentują nam taki spektakl, że aż zastygniemy z wrażenia, ale szybciutko trzeba będzie przenieść centrum swojej uwagi na Teksas, bo tam na rozgrzewkę wyjdą szykujące się do epickiej batalii o wszystko zawodniczki z Panamy i Uzbekistanu. Taki to będzie prestiżowy turniej, choć wejściówki na niego będziemy rozdawać w chipsach i na stacjach metra. Wróćmy jednak do spraw poważnych, wszak mniej więcej tydzień temu pisałem, że oto broniące tytułu Angielki dla własnego dobra powinny mieć się na baczności. Z dobrej rady podopieczne trenerki Wiegman jednak nie skorzystały, w efekcie czego od najbliższej środy każdy mecz będzie dla nich finałem. Nie jest to wcale jakaś wielkiego kalibru niespodzianka, wszak symptomy, że w kadrze Lwic nie dzieje się najlepiej, dawało się w ostatnim czasie dostrzec nawet mało wprawnym okiem. I nie mam tu bynajmniej na myśli nieobecności na turnieju Mary Earps czy Millie Bright, bo akurat jakościowo bez nich ten zespół absolutnie nie traci. Druga strona medalu jest jednak taka, że Anglia wciąż pozostaje w grze, więc jeśli ktoś z dowolnego powodu nie życzy obrończyniom tytułu najlepiej, to przynajmniej na te chwilę przestrzegałbym przez nadmierną ekscytacją. Choć jeśli Lineth Beerensteyn we właściwym czasie odpali swoją super-ekstra-moc, to Bronze, Charles, Carter, Greenwood, czy ktokolwiek, na kogo selekcjonerka postawi, spokojnego dnia w biurze zdecydowanie nie powinny się spodziewać.

Przechodząc do spraw szwedzkich: przed piłkarkami Blågult mecz o spokój i podtrzymanie pozytywnych wibracji, które niejako naturalnie dominują teraz w grupie oraz najbliższym jej otoczeniu. Rywal wydaje się być na tę okazję wprost wymarzony, lecz jednocześnie pełen stanowiących sieć potencjalnie niebezpiecznych pułapek paradoksów. Bo jeśli spojrzymy na dokonania reprezentacji Polski od początku eliminacji EURO 2025, to nie da się nie zauważyć, że przez większą część omawianego okresu kadra ta nie tyle grała znacznie poniżej swojego potencjału, ile po prostu się regularnie kompromitowała. Miała być wyrównana walka z Islandią i Austrią o bezpośredni awans, a skończyło się kompletem sześciu porażek, defensywną komedią kiksów i omyłek, a jedyna realna walka z polskiej perspektywy tyczyła się tego, czy na finiszu grupowych bojów uda się strzelić więcej goli przeciwniczkom niż własnej bramkarce. No dobrze, słusznie zapytacie zatem gdzie w tym wszystkim te pułapki? Ano chociażby tam, że życie nie znosi pustki, od wspomnianych wydarzeń upłynął mniej więcej rok, a na otwarcie EURO przeciwko Niemkom podopieczne trenerki Patalon zaprezentowały futbol zdecydowanie lepszy niż którakolwiek z pozostałych ekip z czwartego koszyka. I mówiąc szczerze: czułbym się nieco bardziej komfortowo, zapowiadając teraz konfrontację Szwecji z Portugalią, Walią, czy Finlandią. Bo choć powody takiego stanu rzeczy są różne, dowolnie wybrana z powyższego zestawu drużyna byłaby jutro bezsprzecznie wygodniejszym rywalem. A Linda Sällström i Hannah Cain, choć każda z nich posiada swoje niezbywalne piłkarskie atuty, nie stanowiłyby nawet w ułamku procenta takiego wyzwania taktyczno-logistycznego, jak robi to Ewa Pajor.

Ja wiem, że snajperki Barcelony nie trzeba nikomu w specjalnie dedykowanym akapicie przestawiać, ale skoro w przypadku Beerensteyn wspominałem o wybitnych walorach szybkościowych, to Pajor dosłownie wprowadza tę dyskusję na całkiem inny poziom. Widzieliście te sprinty w rywalizacji z Austrią i Niemcami? Albo chociaż kompilacje jej zagrań z boisk hiszpańskiej Ligi F? Ta zawodniczka dosłownie przypomina niemożliwą do zdarcia, perfekcyjnie zaprogramowaną maszynę, która najpierw nabija absurdalną jak na środkową napastniczkę liczbę kilometrów, a następnie – pomimo oczywistego zmęczenia – przełamuje wszelkie naturalne bariery własnego organizmu, gdzieś w przypadkowym momencie drugiej połowy nagle odpala tryb sprintu i tyle ją widzimy. I tak, jest to potencjalny problem, bo zanim przykładowa Jonna Andersson zatrybi, że oto przemknął obok niej biało-czerwony ekspres, to Pajor może w tym momencie szykować się już do skutecznej finalizacji. A przecież szybkościowe przygotowanie polskiej kadry to nie tylko jedna piłkarka i możemy w ciemno zakładać, że jeżeli do gry gotowa będzie taka Weronika Zawistowska, to szczególnie w końcowej fazie spotkania swoją szansę dostanie. Bo nie jest akurat wielką tajemnicą, że cechą poniekąd wspólną dla Andersson, Sembrant, Eriksson, Ilestedt, a nawet Björn jest dosłownie rozumiana niechęć do intensywnych pojedynków biegowych i w zasadzie jedynie Smillę Holmberg bez większych lęków moglibyśmy do takiej rywalizacji wystawić.

Zwycięskie mecze z Norwegią i Danią utwierdziły nas ponadto, że lansowana tutaj od ponad roku teza znajduje swoje zastosowanie w praktyce bardziej niż sami chcielibyśmy to przed sobą przyznać: jeżeli szwedzka kadra ma odnieść na EURO sukces, to niezbędne są ku temu wybitna forma liderek oraz efektywne korzystanie z ofensywnych stałych fragmentów. Punkt pierwszy jak dotąd funkcjonuje idealnie, choć oczywiście zdajemy sobie sprawę, że wreszcie przyjdzie dzień, w którym tercet naszych odlotowych ’97-mek w osobach Kaneryd, Angeldal i Björn (z racji rocznika i serii naprawdę solidnych występów dorzucić możemy tu jeszcze Zigiotti) albo zagra po prostu słabszy mecz, albo zostanie z gry skutecznie wyłączona. Co zaś się tyczy punktu drugiego: spokojnie, jutro przyjdzie odbicie i przynajmniej jedna sztuka ze stojącej piłki powinna znaleźć drogę do siatki. Kto regularnie ogląda West Ham, ten zdaje sobie sprawę, gdzie Kinga Szemik ma swoje słabe punkty. Kto nie wie, niech uzbroi się w cierpliwość, poczeka kilkanaście godzin i wszystko stanie się jasne. A żeby nie było tak złowróżbnie i pesymistycznie, to pamiętajmy, iż polska defensywa również monolitu nie przypomina i nawet jeśli od eliminacyjnej kompromitacji upłynęło już trochę czasu, to pewne wrażliwe elementy – choć nieco uśpione – na swoich miejscach pozostały. Ot, chociażby brak umiejętności radzenia sobie z intensywnym doskokiem, czy utrzymywanym interwałowo wysokim pressingiem. Albo też ewidentne problemy z komunikacją, przekazywaniem krycia, czy wreszcie odpowiednią obsługą przestrzeni niczyjej, co stanowi wręcz wymarzone warunki pracy dla Filippy Angeldal, a nawet posiadających ponadprzeciętne umiejętności błyskawicznego skanowania murawy szwedzkich defensorek. We wcześniejszych meczach Polki lubiły ponadto bawić się w Japonię lub Hiszpanię, konsekwentnie rozgrywając futbolówkę od własnego pola karnego, lecz ostatnimi czasy styl ten nieco zarzuciły. A szkoda, bo oczami wyobraźni już widzieliśmy z tego tytułu przynajmniej jedną, darmową okazję bramkową. To, czy Stina Blackstenius akurat trafiłaby w ogóle w światło bramki, to już oczywiście całkiem osobny temat.

Na koniec tradycyjny raport medyczny: jak przekazuje sztab, Fridolina Rolfö w sobotę odbyła pierwszy pełny trening bez jakichkolwiek ograniczeń i ani tego, ani następnego dnia, nie zgłaszała z tego tytułu żadnych komplikacji. Zdecydowanie bardziej tajemnicza wydaje się za to sytuacja Magdaleny Eriksson, która w niedzielę jedynie truchtała wokół boiska, choć – jak zapewnia asystent selekcjonera Magnus Wikman – stoperka Bayernu teoretycznie była do dyspozycji trenera na Danię, status ten nie zmienia się także na teraz i można ogólnie stwierdzić, że wszystko idzie zgodnie z planem. Cokolwiek miałoby to znaczyć, w pełni ten komunikat nas nie uspokaja, choć niezmiennie wierzymy, że cały czas leci z nami pilot. A dla bezpieczeństwa jeszcze lepiej, żeby było to pilotów dwóch. Oby jednak jak najbardziej zgodnie z planem poszedł jutrzejszy mecz, to i czasu na regenerację przed największymi wyzwaniami będzie trochę więcej. Tego oczywiście sobie i Wam życzę, choć jeśli chcecie uniknąć niepotrzebnych stresów, to na wszelki wypadek możecie przymykać oczy przy okazji sprinterskich potyczek z Ewą Pajor i jej godnymi naśladowczyniami. Ale ogólnie będzie dobrze, widzimy się w ćwierćfinale.

Trzymajcie się, do następnego!

EURO Swissteria #2

W kadrze bez większych zmian – końcowy sukces niezmiennie zależy przede wszystkim od postawy liderek (Fot. Bildbyrån)

I co, jak tam leci ta upalna, piątkowa noc? Miało być spokojnie do przodu, a było… po prostu do przodu. I fajnie, bierzemy to z wdzięcznością, bo oto za pomocą zaledwie jednego, sprytnego triku otworzyliśmy sobie na oścież bramę do fazy pucharowej, w której z zasady zdarzyć się może absolutnie wszystko. I jeśli tylko nie pokpimy sprawy w drugim meczu grupowym, to mniej więcej za czternaście dni czeka nas doskonale znany scenariusz, czyli wielka batalia o wszystko. Z tym, że mitycznym wszystkim jest tu podtrzymanie fenomenalnej, półfinałowej passy w finałach wielkich imprez za kadencji Gerhardssona. Bez względu na ostateczny układ drabinki, poziom trudności wybije tam zapewne ponad skalę, ale my akurat jak mało kto jesteśmy w analogicznych sytuacjach nie tylko ograni, ale i pozytywnie zweryfikowani. A jeśli macie w tym temacie odmienne zdanie, to zasięgnijcie języka w Kanadzie, Niemczech, Japonii, czy USA. Oni też mieli odsyłać nas na przedwczesne wakacje, aby po chwili samemu gorączkowo szukać alternatywnych planów dla siebie. Żeby była jasność: ewentualny awans do czwórki wciąż należałoby traktować w kategoriach wyniku mocno ponad stan, ale jeśli ktoś ma go zrobić, to jest to dokładnie ta kadra z tym selekcjonerem. Choć gdyby jakimś cudem Gerhardsson dał sobie możliwość wykorzystania na szwajcarskim EURO piłkarskich umiejętności Evelyn Ijeh, czy Felicii Schröder, to przesadnie byśmy z tego powodu nie rozpaczali.

Ale wiecie co jest w tym całym dzisiejszym genewskim chaosie najzabawniejsze? Że dopiero co śmieszkowaliśmy sobie z sympatią o potencjalnie kluczowej roli bramkarki wielkiego Växjö, a tutaj Maja Bay zaserwowała nam taką interwencję, że – kompletnie bez ironii – klękajcie narody świata. Aż przypomniała się wtedy mocno zapomniana już w naszym uniwersum osoba Lee Alexander, która swego czasu w Mallbacken tydzień w tydzień odgrywała na ligowych murawach szkocką tragedię, ale po przyjeździe na kadrę z miejsca przechodziła błyskawiczną transformację w najlepszą wersję siebie. I tylko możemy się domyślać, że bacznie obserwujący dzisiejszą potyczkę Olof Unogård bez wyraźnych efektów zachodził w głowę, dlaczego ta Bay nie może choć od czasu do czasu tak w lidze. Na nasze szczęście bohaterką pierwszego dnia rywalizacji w grupie C miała zostać ta, która już w drugiej minucie tak naprawdę powinna rozwiązać bramkowy worek. Wtedy kapitalnej centry autorstwa Johanny Kaneryd na bramkę Filippa Angeldal jeszcze jednak nie zamieniła, ale gdy tuż po wznowieniu gry równie skutecznie obsłużyła ją Kosovare Asllani, z duńskiej defensywy nie było czego zbierać. Ten mecz raz jeszcze przypomniał nam jednak o niewygodnej szczególnie dla trenerskiego sztabu sprawie, że oto na skutek własnych wyborów staliśmy się zespołem zbyt mocno zależnym od dyspozycji naszych liderek. Tym razem każda z tercetu Björn – Angeldal – Kaneryd dorzuciła od siebie jakiś konkret, ale przecież nawet sucha statystyka podpowiada, że nie mamy prawa liczyć na podobny uśmiech fortuny w każdym kolejnym meczu.

Poza wspomnianymi liderkami, raz jeszcze kapitalnie pokazała się harująca od szesnastki do szesnastki Julia Zigiotti, dla której ostatnie miesiące są niewątpliwie najbardziej owocnym etapem reprezentacyjnej przygody. Posiadająca włoskie korzenie pomocniczka monachijskiego Bayernu z nawiązką odpłaciła się za zaufanie i jak to się teraz zwykło mówić: dowiozła temat. Podobnie zresztą jak Kosovare Asllani, która swój niewidziany często na tym poziomie jubileusz podsumowała nie tylko przedniej jakości asystą, ale dojrzałą i emanującą zaskakującym opanowaniem postawą, co paradoksalnie wnosiło w ogólny obraz szwedzkiej drugiej linii dużo spokoju. Inna sprawa, że w samej końcówce za sprawą przede wszystkim Pernille Harder zrobiło się na przedpolu bramki Jennifer Falk zbyt nerwowo i ten mankament także trzeba będzie w odpowiedni sposób przeanalizować, a po wykonaniu dogłębnej diagnostyki, zaaplikować naszej kadrze właściwą terapię. Bo Hegerberg przed tygodniem zamiast piłki kopnęła własną nogę, Harder dziś obiła poprzeczkę, ale w końcu nadejdzie taki dzień, w którym największa gwiazda rywalek postanowi współpracować nie z naszym dobrym samopoczuciem, a z interesem własnej drużyny. A wtedy możemy nagle obudzić się w mocno niekomfortowym położeniu.

Dziś jednak kładziemy się spać raczej w klimatach soccer & chill. Jak ktoś bardzo lubi, to można jeszcze w ramach późnowieczornego relaksu odwinąć sobie na rolce trzy kapitalne mgnienia Angeldal i rozkoszować się chwilą, która trwa. Coraz bardziej realny wydaje się bowiem scenariusz, w którym raz jeszcze będziemy odliczać podczas finałów wielkiej, piłkarskiej imprezy dni i godziny do tej jednej, decydującej batalii. Tym razem z przedstawicielem grupy angielsko-francuskiej, w której znalazły się także Holenderki oraz Walijki. O nich póki co jednak ani trochę jeszcze nie myślimy, bo przecież zawsze obowiązuje zasada, że first things first, a najpierw w grupie szykują się wymagające roboty wykończeniowe. I pisząc o robotach mam tu na myśli pozostałą do wykonania pracę, nie zaś maszyny nowej generacji. Skoro jednak te rozważania w środku nocy zaprowadziły nas do tego punktu, to chyba czas się odmeldować i złapać trochę niezbędnej regeneracji. A jeśli szykuje się turniej nieco dłuższy niż ustawa w podstawowej wersji przewiduje, to pasek energii cały czas musi pozostawać przynajmniej częściowo naładowany.

Trzymajcie się, do następnego!