Monday, we’re in love!

hiffcr

Na stadionie w Sztokholmie walki i dramaturgii zdecydowanie nie brakowało (Fot. Hammarby IF)

Ach, co to był za wieczór! Jeżeli cały czas trzymają was emocje po poniedziałkowym hicie kolejki, to nie bójcie się – wszystko z wami w porządku. Na stadionie w Sztokholmie mieliśmy bowiem prawie wszystko, co powinno charakteryzować wspaniałe, piłkarskie widowisko. Genialna atmosfera na trybunach uświetniona niezwykle kreatywną oprawą kibiców Hammarby – była. Walka o każdy milimetr boiska – jak najbardziej. Napięcie na obu ławkach zwieńczone upomnieniami na trenerów – odhaczone. Prowadzenie obu ekip, dwa gole zdobyte w odstępie jednej minuty i wreszcie podział punktów po obronionym rzucie karnym w doliczonym czasie gry – oczywiście. A przecież nawet po kapitalnej interwencji Anny Tamminen Rosengård i tak zdołał jeszcze wypracować sobie kolejną, doskonałą okazję do strzelenia zwycięskiego gola, kiedy to za nierozważną zabawę Evy Nyström we własnej szesnastce najboleśniejszą możliwą karę wymierzyć mogła Sofie Bredgaard. Tym razem przed utratą gola gospodynie skutecznie uratowała jednak Simone Boye i może nawet dobrze się stało, gdyż z neutralnego punktu widzenia po takim spotkaniu oba zespoły zasłużyły na to, aby dopisać do swojego tegorocznego dorobku przynajmniej jeden punkt. A wcale nie jest przecież tak, że tylko i wyłącznie gościnie ze Skanii mogły w samej końcówce postawić na tym meczu decydującą pieczęć. Coś na ten temat z pewnością miałaby do powiedzenia Kyra Cooney-Cross, której pudło z 80. minuty śnić może się jeszcze bardzo, bardzo długo. I nic w tym dziwnego, gdyż reprezentantka Australii dziewięćdziesiąt dziewięć ze stu analogicznych sytuacji spokojnie zakończyłaby z golem lub asystą do Maiki Hamano. Pech polegał jednak na tym, iż ten jeden wyjątek przyplątał się akurat w najgorszym możliwym momencie.

Jeszcze jeden rewelacyjny występ rozegrała skrzydłowa Rosengård Olivia Schough, a historia jej kariery może stanowić wspaniałą inspirację dla wielu sportowców, którzy w swoich dyscyplinach niekoniecznie byli uważani za cudowne dzieci. Widzimy jednak, że wcale nie jest to warunkiem koniecznym do tego, aby skutecznie przełamywać kolejne bariery, a realnego skoku jakościowego równie dobrze można dokonać także po trzydziestce. A przecież gdzieś w okolicach kanadyjskiego mundialu nie bez racji mnożyły się kąśliwe uwagi, że jednymi z największych atutów Schough są nieprzeciętne umiejętności wokalne, a także dbanie o podtrzymanie pozytywnej atmosfery w klubowej szatni. Osiem lat później słowa te jawią się jednak niemal jak bluźnierstwo, choć malkontenci niezmiennie zarzucają 32-letniej dziś skrzydłowej, że wachlarz jej zagrań wcale nie jest przesadnie szeroki. Cóż jednak z tego, skoro swoje popisowe akcje udało jej się dorowadzić do takiej perfekcji, że nabierają się na nie nawet te rywalki, które doskonale wiedzą, co Schough za moment będzie robić. I chyba właśnie ten aspekt najbardziej celnie podkreśla jej aktualną, sportową klasę. A przestrzelony rzut karny? Cóż, podobne historie zdarzały się największym legendom, choć akurat dziś wieczorem to pozornie kompletnie nieudane kopnięcie zawodniczki Rosengård wcale nie było efektem przegranej próby nerwów. Jak przyznała bowiem po ostatnim gwizdku sama zainteresowana, strzał po ziemi w środek bramki był efektem tego, że… z zasady nigdy tak nie strzela, a spodziewała się, że w Hammarby solidnie odrobili pracę domową. I nie było to nawet do końca błędne założenie, ale celowo delikatnie opóźniona reakcja Tamminen pozwoliła sztokholmiankom uratować jeden punkt. Gdyby jednak ktoś chciał w wolnej chwili nadrobić skrót poniedziałkowego spektaklu, to gorąco polecamy tylko i wyłącznie wersję 90-minutową. Bo Öling, Wik, Sørbo, Hamano i reszta obsady uraczyły nas taką gamą cudownych zagrań, że naprawdę szkoda byłoby przegapić którekolwiek z nich.

Dziewiąta kolejka należała ewidentnie do bramkarek, gdyż aż trzy specjalistki od gry na tej właśnie pozycji zapracowały sobie na miano bohaterek meczu. A znając specyfikę naszej ligi, jest to ewenement zdecydowanie godny uwagi. Oprócz wspomnianej już Tamminen, w rolach jak najbardziej pierwszoplanowych wystąpiły także Melina Loeck z Kristianstad oraz Milla-Maj Majasaari z Uppsali i to właśnie ich postawa pozwoliła zostawić w pokonanym polu rywalki z odpowiednio Djurgården i Örebro. A trzeba uczciwie przyznać, że w obu tych meczach po zwycięstwo wcale nie sięgnęły zespoły lepsze tego dnia piłkarsko. Jeśli jednak masz niemal bezgraniczne oparcie w swojej golkiperce, a do tego z przodu grają w twoich barwach takie liderki jak Evelyne Viens (to o Kristianstad) czy Johanna Renmark (a to o naszym rewelacyjnym beniaminku), to punkty wpadają ci do skarbczyka nawet wtedy, gdy niekoniecznie wszystko układa się po twojej myśli na boisku i poza nim. I super, gdyż futbol kochamy również za to, że nie zawsze da się go odmierzyć jedynie za pomocą suchych liczb. Choć Audrey Harding na tę chwilę miałaby w tym temacie trochę inną opinię.

Skoro jesteśmy już przy beniaminkach, to warto odnotować, iż piątą kolejną porażkę zanotował tak często chwalony przez nas tej wiosny Norrköping. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że majowy terminarz ani trochę nie rozpieszczał podopiecznych trenera Fredheima, które na tle zdecydowanie bardziej doświadczonych w pierwszoligowym graniu przeciwniczek i tak potrafiły pokazać się z naprawdę przyzwoitej strony. Nie inaczej było w niedzielnej rywalizacji z Vittsjö, bo choć Gorry, Markstedt i Rantala udanie zadbały o to, aby komplet oczek wrócił razem z nimi do północnej Skanii, to po końcowym gwizdku i tak zdecydowanie najwięcej mówiło się o fenomenalnej dyspozycji Wilmy Leidhammar oraz My Cato. Jasne, do kadry na tegoroczny mundial żadna z nich w trybie last minute raczej nie wskoczy, ale sam fakt, że w ogóle ktokolwiek bierze taki scenariusz pod uwagę pokazuje, iż w Norrköping chyba robią coś dobrze. I teraz pozostaje tylko życzyć cierpliwości i konsekwencji w dążeniu do realizacji wytyczonych sobie niezwykle ambitnych, długoterminowych celów. Powody do uśmiechu mają także w Växjö, bo naprawdę mało kto spodziewał się, że doskonale naoliwiona przez trenera Unogårda maszyna na tym etapie sezonu będzie miała już na koncie aż cztery zwycięstwa. Co ciekawe, wszystkie odniesione w najskromniejszych możliwych rozmiarach (1-0) i za każdym razem bezpośredni udział w bramkowej akcji brała Evelyn Ijeh. Liderka formacji ofensywnej ze swoich zadań niewątpliwie wywiązuje się więc perfekcyjnie, ale równie wielki wkład w tak efektowną sekwencję wyników mają także Elin Nilsson oraz Alexandra Jonasson i to właśnie one są jednymi z najpoważniejszych pretendentek do miana nieoczywistych bohaterek ligowego przedwiośnia (cóż, wiosna do Szwecji przyszła w tym roku wyjątkowo późno). Osobne słowa uznania należą się także dowodzonej przez Emmę Pennsäter defensywie z Växjö, która najwyraźniej doskonale zdaje sobie sprawę, że w piłce nożnej lepiej wpuścić sześć goli w jednym meczu niż jednego w sześciu kolejnych potyczkach. I tak, zderzenie z rozpędzonym Hammarby było na swój sposób traumatycznym doświadczeniem, ale dziś w Småland już nikt o nim nie pamięta. I całkiem słusznie.

Natłok wrażeń sprawił, że trochę zapomnieliśmy o tym, jak piękne show dały nam w piątkowy wieczór piłkarki Häcken. Podopieczne Roberta Vilahamna do przerwy trzykrotnie trafiały w obramowanie bramki Linköping, ale gdy na trybunach Bravida Areny zaczęto nieśmiało przebąkiwać coś o klątwie, w niespełna czterdzieści sekund po wznowieniu gry bezsensowne dyskusje zamknęła Marika Bergman Lundin, wykorzystując niepewną interwencję Cajsy Andersson. I od tego momentu sympatycy coraz bardziej żwawych Os z Hisingen (w sumie nic w tym dziwnego, wszak w maju natura budzi się do życia) mogli już tylko z szerokimi uśmiechami na ustach oklaskiwać rajdy Anny Sandberg, techniczną maestrię Rosy Kafaji, czy najlepszy występ na szwedzkich boiskach Julie Blakstad oraz Clarissy Larisey. Dobry prognostyk przed meczem na szczycie? A jakże, choć w Norrbotten również dołożą wszystkich starań, aby Piteå nie okazało się przesadnie gościnnym miejscem dla przybyszy z zachodniego wybrzeża. To wszystko brzmi chyba jak zapowiedź kolejnych, niepowtarzalnych emocji, a zatem… widzimy się w kolejny weekend!


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2

Nic dwa razy…?

pif

Czy to zdjęcie z roku 2018? Nie, to maj 2023, a Piteå znów na szczycie! (Fot. Bildbyrån)

Podobno istnieją historie, które na przestrzeni dziejów nie mają prawa wydarzyć się więcej niż raz. I wiele przemawiało za tym, że sezon 2018 w Damallsvenskan należy właśnie do tej kategorii. Wszak w realiach współczesnego futbolu próżno szukać innego zespołu, który wywalczył tytuł mistrzowski poważnej ligi w sytuacji, gdy typowano go raczej jako potencjalnego spadkowicza. Po sensacyjnym wdrapaniu się na sam szczyt krajowej piramidy, w Piteå szybko wrócili jednak w lepiej zbadane rejony, jakimi w przypadku zawodniczek z Norrbotten niewątpliwie są dolne strefy stanów średnich ligowej tabeli. Co więcej, przed dwoma laty drużyna prowadzona przez Stellana Carlssona de facto zakończyła ligowe granie pod kreską, a pozostanie w najwyższej klasie rozgrywkowej zapewniło jej wyłącznie średnio przemyślane rozszerzenie Damallsvenskan do czternastu zespołów. Szalony wyskok sprzed pięciu lat coraz bardziej jawił się więc jako filmowa, lecz zdecydowanie jednorazowa anomalia. Aż tu nagle nadeszła wiosna 2023…

Tym razem o wskazywaniu Piteå jako potencjalnego spadkowicza nie było wprawdzie mowy, ale wynikało to przede wszystkim z tego, że w nadętej lidze znalazło się miejsce dla takich wynalazków, jak Bromma, Uppsala, czy inny Kalmar. A gorzej od nich w piłkę grać się zwyczajnie nie da (dla porządku: mówimy tu o pierwszoligowym graniu). Wśród ekspertów panował jednak konsensus, że w grze o medale liczyć się będzie wyłącznie Wielka Szóstka (trzy kluby ze Skanii, Hammarby, Häcken oraz Linköping), a jeśli ktoś będzie w stanie im w pojedynczych meczach zagrozić, to w tej roli widziano przede wszystkim stołeczny Djurgården. Dla Piteå miał to być natomiast jeszcze jeden spokojny sezon spędzony w strefie niczyjej, gdzieś w okolicach lokat 8-10. Tym bardziej, że u progu ligowej wiosny kontuzje wyłączyły z gry między innymi Josefin Johansson, Ronję Aronsson oraz Selinę Henriksson, a problemy natury fizycznej nie omijały również kluczowych z ofensywnego punktu widzenia Anam Imo, czy Kartiny Guillou. Tyle teorii, gdyż ta – jak to często bywa – mocno rozjechała nam się z praktyką. Duma Norrbotten przebłyski dobrej gry pokazała nam już w krajowym pucharze, gdzie naszpikowane gwiazdami Hammarby dopiero w dogrywce potrafiło przechylić szalę awansu na swoją korzyść, a start ligowych zmagań udowodnił nam, że nie był to bynajmniej chwilowy wystrzał formy, a stały i mający nadspodziewanie solidne fundamenty trend.

Mówi się, że w futbolu tytuły wygrywa defensywa, więc nie będzie wielkiego zaskoczenia, że bohaterką numer jeden jest dla sympatyków Piteå wyciągnięta z ligi islandzkiej Samantha Murphy. 26-letnia Amerykanka znalazła się na sportowym zakręcie po niezbyt przyjaznym rozstaniu z rodzimą ligą NWSL, ale Stellan Carlsson kolejny już raz pokazał, że pod kołem podbiegunowym potrafią radzić sobie z podobnymi przypadkami jak mało gdzie. Pamiętacie, jak przed laty zaczęliśmy na własne potrzeby nazywać klub z Norrbotten kliniką złamanych karier? Cóż, najwyraźniej czas potwierdzić, że działa ona cały czas, a jej skuteczność ani trochę nie spada. A nazwisko Murphy spokojnie możemy dopisać do długiej listy, na której znajdują się już tak zasłużone dla naszej dyscypliny postacie jak Stephanie Labbé, Pauline Hammarlund czy Madelen Janogy. Zdecydowanie bardziej harmonijne są sportowe losy Faith Ikidi oraz Ellen Löfqvist, czyli jedynych przedstawicielek mistrzowskiego składu 2018 w obecnej wyjściowej jedenastce. To właśnie one zbudowały wraz z młodą, wyciągniętą z Umeå Wilmą Carlsson trzyosobowy blok defensywny, na którym tej wiosny cyklicznie łamią sobie zęby kolejni ligowi potentaci. Prawdziwym odkryciem minionych tygodni jest jednak z pewnością Rebecka Holm, która do tego momentu w poważnym futbolu nie wyróżniła się absolutnie niczym. Czy ktoś jeszcze dwa miesiące temu mógł przypuszczać, że to właśnie ta zawodniczka stworzy z Fanny Andersson jeden z najlepiej rozumiejących się duetów środka pola? Być może wierzył w to trener Carlsson i jeśli rzeczywiście tak wyglądał jego plan, to wypada mu tylko pogratulować. Bo skoro wspomniana już Johansson stanowiła w poprzednich sezonach centralny punkt drugiej linii, to teraz okazało się, że nawet bez tak kluczowej zawodniczki istnieje w Norrbotten życie. I wcale nie musi być ono smutne i pozbawione perspektyw. A przecież na wznoszącej znajdują się jeszcze takie talenty, jak Sara Eriksson i Tuva Skoog, które w najmniej spodziewanym momencie także mogą przywdziać peleryny superbohaterek i na swoich barkach przeprowadzić całą drużynę przez ewentualny kryzys. Bo w Piteå mamy taki mikroklimat, że do wygrywania nie trzeba tu głośnych nazwisk.

Nie bez przyczyny to drużyna trenera Carlssona znajduje się w centrum uwagi, gdyż to właśnie ona po rozegraniu ośmiu serii spotkań wygodnie rozsiadła się w fotelu przeznaczonym dla liderek Damallsvenskan. Co równie istotne, dokonała tego w chyba najlepszym możliwym stylu, czyli pokonując w bezpośrednim starciu przewodzące dotąd ligowej stawce Hammarby. Gościniom z Södermalm nie pomógł nawet powrót do wyjściowej jedenastki Madelen Janogy, choć oddajmy, że 33-krotna reprezentantka kraju miała akurat całkiem spory udział przy wyrównującym trafieniu Sary Kanutte. Decydujące słowo należało jednak do gospodyń, które tuż po wznowieniu gry zagrały coś, co potrafią najlepiej. Akcja po części sytuacyjna, po części wypracowana, ale gdy przyszło do finalizacji, to zarówno Filipinka Guillou, jak i Nigeryjka Imo znalazły się dokładnie w tym miejscu, w którym znaleźć się powinny. Sztokholmianki oczywiście miały swoje okazje, aby doprowadzić przynajmniej do remisu, w doliczonym czasie gry zresztą niemal dokonała tej sztuki Jonna Andersson, ale po końcowym gwizdku podopieczne trenera Pinonesa-Arce znów mogły jedynie żałować niewykorzystanych szans. I podobnie jak tydzień temu w Hisingen, fani Bajen głośno narzekali, że gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka, to lider na pewno pozostałby w zielono-białej części Sztokholmu. Cóż, trochę prawdy w tych rozważaniach jest, choć czy możemy tak z ręką na sercu powiedzieć, że Hammarby z przebiegu gry bezwzględnie zasłużył na komplet punktów w którymś z dwóch ostatnich meczów? Raczej nie, oba te starcia były w znacznym stopniu wyrównane i miały pełne prawo pójść w obie strony. A że ostatecznie poszły w tę niezbyt z perspektywy południowych dzielnic stolicy korzystną? Football, bloody hell!

W rzeczywistości każdego człowieka istnieje bardzo niewiele pewnych rzeczy. Wiecie, podatki, celne główki Lindsey Horan oraz fakt, że Häcken nigdy nie wygrywa w Malmö. Klub z Västergötland już wiele razy potrafił objąć w stolicy Skanii prowadzenie, a później nawet je podwyższyć i dowieźć do 90. minuty, ale cóż z tego, skoro na koniec i tak zostawało z niego wyłącznie niedowierzanie mieszające się z rozczarowaniem. Nie inaczej było w miniony piątek, kiedy to po dwóch trafieniach Anny Anvegård wydawało się, że Osy z Hisingen mają pełną kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Fanom w sektorze gości humorów nie popsuła nawet kontaktowa bramka Sofie Bredgaard i w sumie całkiem słusznie, gdyż podopieczne trenera Vilahamna ani myślały zwalniać tempa i najpierw Kafaji, a następnie Blakstad powinny zamknąć ten mecz jeszcze przed rozpoczęciem finałowego kwadransa. Tak się jednak nie stało, a później – niczym w słynnej kibicowskiej przyśpiewce – mistrzynie Szwecji wrzuciły wyższy bieg, Loreta Kullashi perfekcyjnie obsłużyła Olivię Schough i… dziękujemy, po ewentualne zwycięstwo zapraszamy panie z Hisingen za rok. Na historyczne, derbowe punkty w najwyższej klasie rozgrywkowej poczekają także fani z Norrköping, którzy jednak dodają tej lidze tyle kolorytu, że aż szkoda, iż nie przekłada się to na dodatkowe punkty w ligowej tabeli. Choć czy aby na pewno się nie przekłada? Obserwując ambicję i determinację, z jaką piłkarki absolutnego beniaminka tydzień po tygodniu stawiają czoła zdecydowanie bardziej rutynowanym rywalkom, możemy dojść do dokładnie odwrotnej konkluzji, nawet jeśli akurat z nieodległego Linköping ponad czterotysięczna (!) grupa fanów wracała tym razem na tarczy. Nie mamy jednak żadnych wątpliwości, że ekipa zasiadająca na co dzień na słynnej Curva Nordahl jeszcze nie raz poniesie tego lata swoje ulubienice do rzeczy naprawdę wielkich. A mając przed oczami zawodniczki pokroju Wilmy Leidhammar czy My Cato widzimy, że i na sportowym polu przyszłość futbolu w Norrköping rysuje się w zdecydowanie jasnych barwach. Skoro jesteśmy już przy derbach, to takowe odbyły się również w Vittsjö, gdzie drużyna Ulfa Kristianssona podzieliła się punktami z mającym mistrzowskie aspiracje Kristianstad. Gościnie prowadziły od 3. minuty po trafieniu niezawodniej Evelyne Viens i do pewnego momentu wydawało się, że nic złego tego wieczora stać im się po prostu nie może. Wtedy jednak do gry weszła Hanna Ekengren i do spółki z Rantalą, Persson oraz Grant wyszarpała dla najsłynniejszej, piłkarskiej wsi w Szwecji jeden punkt. A do tego, aby ostatecznie zamienić go w trzy, zabrakło dosłownie centymetrów. Podczas tak napakowanej ładunkiem emocjonalnym kolejki jeszcze bardziej odstawał od stawki pewien produkt meczopodobny, ale dla dobra nas wszystkich… ani słowa o Kalmarze. Nie w tym miejscu i nie w tych okolicznościach, bo po prostu nie wypada.


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2

Rosa kwitnie w maju

Fvn8yCgX0AEnCZM

Dwie bohaterki meczu na szczycie celebrują zwycięskiego gola (Fot. Bildbyrån)

To miał być mecz godny starcia dwóch kandydatów do tytułu i trzeba przyznać, że oczekiwań nie zawiódł. Na koniec dnia powody do zadowolenia mieli jednak wyłącznie sympatycy Häcken, gdyż za sprawą złotego gola Rosy Kafaji komplet punktów pozostał ostatecznie w Hisingen, a drużyna trenera Roberta Vilahamna dogoniła w przejściowej tabeli liderki z Hammarby. Znajdująca się tej wiosny w wybornej formie 19-letnia napastniczka przytomnie wykorzystała nieco sytuacyjną, choć niesamowicie dokładną centrę Julie Blakstad i w 39. minucie przymierzyła tak idealnie, że Anna Tamminen tym razem do powiedzenia nie miała absolutnie nic. Skromne prowadzenie gospodyń było wynikiem, który chyba w najlepszy możliwy sposób oddawał przebieg pierwszej połowy spotkania. Po wyrównanym i ostrożnym początku to piłkarki z Västergötland ruszyły bowiem do zdecydowanie odważniejszych ataków, a na szczególną uwagę zasługiwała niezwykle płynna współpraca Anny Sandberg ze swoją imienniczką Anvegård po lewej stronie boiska. Gola doczekaliśmy się jednak po dośrodkowaniu z prawego skrzydła, a wspomniana już Norweżka Blakstad pokazała, że po nadspodziewanie trudnych początkach, aklimatyzacja na boiskach Damallsvenskan wreszcie przebiega u niej bez większych turbulencji. I całe szczęścia, bo ta liga potrzebuje takich zawodniczek w najlepszej możliwej dyspozycji.

Po przerwie do głosu coraz częściej zaczęły dochodzić zawodniczki Hammarby, w związku z czym wreszcie kotłowało się także pod bramką Jennifer Falk. Reprezentacyjna golkiperka zachowywała jednak czujność zarówno przy nieprzyjemnych strzałach sztokholmianek z dystansu, jak i w zakresie gry na przedpolu, co akurat w jej przypadku wcale nie było ostatnimi czasy aż taką oczywistością. Plan trenera Vilahamna skutecznie pozbawił piłkarki Bajen kilku największych atutów, gdyż ani Matilda Vinberg, ani Maika Hamano tym razem wyjątkowo nie zachwycały nas płynną i efektowną grą. Co więcej, także po przerwie to gospodynie potrafiły wykreować najbardziej konkretną okazję do ponownej zmiany rezultatu, ale tym razem finalizacja w wykonaniu Kafaji pozostawiała już wiele do życzenia. Na skromne 1-0 nikt w Hisingen obrażać się jednak nie zamierza, a okazja do ponownego sprawdzenia swoich umiejętności na tle tych samych przeciwniczek pojawi się już za niespełna cztery tygodnie, kiedy to oba kluby zmierzą się w finale Pucharu Szwecji na sztokholmskiej Tele2 Arenie. I patrząc na to, jak sprzedają się bilety na to widowisko, możemy być więcej niż pewni, że oto czeka nas kolejny najwyższej klasy piłkarski spektakl.

Na sprawienie kolejnej niespodzianki mocno liczyli fani beniaminka z Norrköping, ale w rywalizacji z mistrzyniami z Rosengård o niczym podobnym mowy być nie mogło. Cato, Burvall i Zomers starały się jak mogły, ofiarności i determinacji odmówić im żadną miarą nie można, ale to zawodniczki ze Skanii były tego dnia zwyczajnie lepsze piłkarsko. Gol powracającej po kontuzji Lorety Kullashi oraz poprawka w wykonaniu Emilii Larsson w zupełności wystarczyły, aby zespół prowadzony od niedawna przez Joela Kjetselberga spokojnie zapisał na swoim koncie czwarte kolejne zwycięstwo. Z kompletem oczek wrócił z Växjö także Linköping, choć zawodniczki ze Småland jeszcze na kwadrans przed końcem trzymały w pełni satysfakcjonujący je wynik 2-2. Wtedy jednak różnicę zrobiła jedna z bohaterek pierwszej części ligowego sezonu w Damallsvenskan Cathinka Tandberg i o jakiejkolwiek niespodziance błyskawicznie zapomnieliśmy. W położonym nieopodal wspomnianego Växjö Kalmarze piłkarskie show zaprezentował nam fiński duet z Örebro. Heidi Kollanen strzelała, Katariina Kosola asystowała, a my z każdą minutą coraz głośniej zastanawialiśmy się co taki wynalazek jak Kalmar w ogóle robi w najwyższej klasie rozgrywkowej. Wynik meczu na szczycie oznaczał, że do wtorkowej potyczki na Stadionie Olimpijskim Piteå przystępowało jako jedyny niepokonany zespół w całej, ligowej stawce. Taki stan rzeczy trzeba było nazwać niemałym zaskoczeniem, ale mający już na rozkładzie kilku krajowych potentatów Djurgården zdecydowanie chciał go zmienić. Ambitne plany podopiecznym trenera Pålssona popsuła jednak niesamowicie skuteczna w ostatnich tygodniach Anam Imo. 22-letnia reprezentantka Nigerii potrzebowała zaledwie jednego dobrego podania, aby jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa pokonać Elvirę Björklund i w efektownym stylu otworzyć wynik spotkania. Gospodynie nie zamierzały oczywiście zwieszać głów i – podobnie jak w niedawnych derbach przeciwko Hammarby – rzuciły się do odrabiania strat, ale potężne nieporozumienie pomiędzy Björklund i Matildą Plan pozwoliło gościniom z Norrbotten odskoczyć na bezpieczną odległość dwóch goli, a takiej zaliczki Piteå nie zwykło trwonić. Przywiezione w samolocie ze stolicy zwycięstwo sprawiło, że drużyna prowadzona przez Stellana Carlssona wspięła się na ligowe podium, co – biorąc pod uwagę przedsezonowe przewidywania – jest oczywiście sporym sukcesem Dumy Północy. I nic dziwnego, że pod kołem podbiegunowym coraz częściej wracają wspomnieniami do niezapomnianego, cudownego sezonu 2018.


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2