Rozliczenie z Oceanią

elin

Najlepsza szwedzka piłkarka na MŚ 2023 nigdy w karierze nie grała w zagranicznym klubie (Fot. Getty Images)

Czwarty w historii brązowy medal mundialu, czwarty półfinał ery Gerhardssona i kolejny wielki turniej, którym mogliśmy emocjonować się do samego końca. Wynik ponad stan? Być może, ale jeśli już trochę mnie znacie, to pewnie wiecie, jak jest. Ja od zawsze należę do tych, którzy starają się tonować nastroje, gdy większość wpada w euforię lub pokazywać, że nie wszystko stracone, gdy wszyscy powoli szykują się na klęskę. Cóż, taka postawa popularności bynajmniej nie przysparza, ale moim celem absolutnie nigdy nie była i nie jest próba bycia kontrowersyjnym na siłę. Ot, po prostu czasami trzeba zakrzyknąć, że coś jest białe tylko i wyłącznie po to, aby niektórzy zauważyli, że rzeczony przedmiot jest niekoniecznie czarny, lecz ciemnoszary. Ta cokolwiek mało zgrabna metafora pojawiła się w tym miejscu nieprzypadkowo, gdyż teraz nadszedł moment najbardziej intensywnego konsumowania sukcesu, a doświadczenie podpowiada, że właśnie wtedy często rodzą się śmiałe i nie do końca mające poparcie w rzeczywistości tezy. A wystarczy przecież jedno spojrzenie na piłkarską demografię i geografię, aby zauważyć, że na kolejne dwa mundiale z rzędu z medalami możemy tym razem czekać zdecydowanie dłużej. Podkreślam przy tym, że możemy nie znaczy wcale musimy i również nie mam nic przeciwko temu, aby już latem 2027 ponownie przeżywać miesiąc turniejowych uniesień z kadrą Blågult w rolach głównych. Tyle tylko, że nawet w chwilach triumfu warto mieć świadomość nadchodzących wyzwań, gdyż jedynie wtedy można skutecznie stawić im czoła.

Teksty poturniejowe zaplanowałem jednak dwa i kwestią przyszłości zajmiemy się jednak dopiero w tym, który wciąż przed nami. Chronologia i logika podpowiadają bowiem, że na początek warto byłoby podsumować to, co za nami, dokonując przy tym klasycznego rozliczenia z zakończoną w niedzielę na Antypodach imprezą. Bywało na niej głośno, bywało i radośnie, niektóre zawodniczki przeżywały swoje chwile chwały, ale jak wypadły w indywidualnym ujęciu? Zapraszam do tradycyjnego zestawienia, w którym jak zawsze posiłkujemy się najpopularniejszą w szwedzkich mediach skalą 1-5:

Zecira Musovic – 3. Bardzo dawno nie jechaliśmy na wielki turniej z tak ogromnymi obawami o pozycję bramkarki. I co? I Musovic naprawdę dała radę! Oczywiście, cały turniej nie był w jej wykonaniu aż tak wybitny, jak chcieliby tego ci, którzy pamiętają głównie niesamowity popis w 1/8 finału przeciwko USA, ale nawet spory udział przy golu na 1-2 dla Hiszpanii, czy kilka niepewnych interwencji w obu meczach fazy grupowej, ani trochę nie przesłaniają faktu, że ze szwedzkiej perspektywy jest ona jedną z największych zwyciężczyń wprawy na Antypody. Choć z wręczaniem złotych, srebrnych i innych kolorowych rękawic zdecydowanie bym się tutaj jeszcze wstrzymał.

Nathalie Björn – 3.5. Wróciła na pozycję, na której przedstawiła się szerszemu światu jeszcze jako piłkarka stołecznego AIK i szybko okazało się, że pewnych automatyzmów po prostu się nie zapomina. Pod względem stricte defensywnym zdecydowanie najpewniejszy punkt szwedzkiej formacji obronnej, co brzmi tym bardziej dumnie, że na boiskach Nowej Zelandii i Australii tyły mieliśmy akurat nadzwyczaj dobrze zabezpieczone. Ciekawe tylko, jakie spojrzenie ma na to wszystko trener Brian Sørensen?

Amanda Ilestedt – 3.5. Rozpoczęła turniej dokładnie tak samo, jak dekadę wcześniej Nilla Fischer podczas EURO 2013, czyli… prezentem przy golu dla rywalek. Później jednak również podążyła jej śladem, skutecznie włączając się do wyścigu o tytuł najlepszej snajperki turnieju, co najwidoczniej w poważnym futbolu zdarza się przede wszystkim Szwedkom. Jasne, wzrost jest jej sporym atutem, ale wkładu Ilestedt w przywieziony z Oceanii medal zdecydowanie nie powinniśmy sprowadzać wyłącznie do analizy jej warunków fizycznych. Byłoby to bowiem zwyczajnie niesprawiedliwe.

Magdalena Eriksson – 3. Ostatnio coraz częściej przytrafiają się jej boiskowe drzemki, o czym przypomnieliśmy sobie chociażby w pierwszej połowie rywalizacji z Japonią. Na szczęście, w przeciwieństwie do EURO ’22, tym razem nie było mowy o żadnej serii podobnych kiksów, a długimi minutami 30-letnia stoperka przypominała wręcz zawodniczkę, którą przed laty trzykrotnie wybieraliśmy szwedzką piłkarką roku. I choć na czwarte tego typu wyróżnienie na koniec grudnia raczej się nie zanosi, to nowa zawodniczka mistrzyń Niemiec jak najbardziej może pogratulować sobie przyzwoicie wykonanego, mundialowego zadania.

Jonna Andersson – 2.5. Zdecydowanie najbardziej wrażliwy punkt szwedzkiej defensywy, z czego skwapliwie próbowały korzystać nasze kolejne rywalki. Gerhardsson zaufał jej jednak bezgranicznie i koniec końców zapewne decyzji tej nie żałuje. Choć fakt, że wahadłowa Hammarby w starciach z przeciwniczkami ze ścisłego topu miała zdecydowanie mniej zadań ofensywnych, wyraźnie pokazuje, że sztab również doskonale zdawał sobie z pewnych ograniczeń sprawę. Ocenę o pół stopnia podnoszą ponadto niesamowicie precyzyjne dogrania ze stojącej piłki, bo akurat w tym konkretnym elemencie, to Andersson była naszą liderką.

Filippa Angeldal – 3. Ostatnie dwa lata to dla tej pomocniczki prawdziwa sinusoida pod każdą postacią, ale jeśli prześledzimy jej karierę jeszcze od czasów AIK, to akurat Angeldal ewidentnie zdaje się być personifikacją powiedzenia, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. I właśnie tę wzmocnioną wersję zawodniczki Manchesteru City mieliśmy przyjemność oglądać przez przeważającą część mundialu.  Do pełni szczęścia zabrakło jedynie większej liczby otwierających podań do przodu oraz… nieco częstszego podnoszenia głowy podczas prowadzenia piłki, w wyniku czego nie zawsze potrafiła w porę dostrzec urywające się rywalkom koleżanki. Ogólnie jednak turniejowy egzamin uznać możemy za zaliczony.

Elin Rubensson – 4. Rekonwalescentka. Liderka. Profesorka. Udowodniła, że można stać się jedną z najważniejszych postaci największej, piłkarskiej imprezy czterolecia, grając przez całą dotychczasową karierę w Damallsvenskan. Nie sposób przejść obojętnie obok jej tytanicznej pracy zarówno w ofensywie, jak i w defensywie, ale chyba nikogo nie powinno to dziwić, skoro mówimy o zawodniczce, która zaliczyła już chyba każdą pozycję na boisku. Niektórzy żałują, że w półfinale opuściła plac gry w 86. minucie, bo istnieje przekonanie, iż ona akurat w porę doskoczyłaby do pozostawionej bez opieki Carmony nawet wówczas, gdyby nie była do tego wyznaczona. I nawet jeśli wiara ta jest nieco na wyrost, to o sportowej wartości Rubensson mówi ona więcej niż tysiąc słów.

Johanna Kaneryd – 2.5. Rozpoczęła fantastycznie i w meczu przeciwko RPA była zdecydowanie najjaśniejszym punktem szwedzkiej kadry. Tyle tylko, że zdobyty Fridoliną Rolfö (tak, nie ma tutaj literówki!) wyrównujący gol w starciu w mistrzyniami Afryki okazał się jej najbardziej efektownym zagraniem na całym turnieju. Dryblowała, nie bała się sprintów, szarpała prawym skrzydłem, ale sumarycznie w fazie pucharowej nie dała tyle, ile najpewniej sama by od siebie oczekiwała. Ale to jedynie zaostrza nasze apetyty na przyszłość, bo potencjał u tej zawodniczki niewątpliwie jest ogromny.

Kosovare Asllani – 3. Podczas poprzednich turniejów za kadencji Gerhardssona była niemal bezbłędna i w zasadzie za każdym razem albo ocierała się o najlepszą jedenastkę turnieju, albo była w niej pewniaczką. Na boiskach Nowej Zelandii i Australii aż tak efektownie się nie zaprezentowała, ale poprzeczkę ustawiła sobie tak wysoko, że podnoszenie jej w nieskończoność było zadaniem po prostu niewykonalnym. A Kosse, choć w turniej wchodziła bardzo powoli, to w decydujących momentach znów wzięła na siebie odpowiedzialność i w rywalizacji z Japonią oraz Australią poprowadziła zespół do dwóch bezcennych zwycięstw. A łatwo jej bynajmniej nie było, gdyż po raz pierwszy miała sposobność wystąpić na tak wielkiej scenie w roli kapitanki najważniejszej drużyny w kraju.

Fridolina Rolfö – 2.5. Gwiazda Barcelony jechała na Antypody opromieniona zwycięskim golem w finale tegorocznej Ligi Mistrzyń, ale życia niestety nie ułatwiała jej przewlekła kontuzja kolana. Kłopoty ze zdrowiem to niestety w przypadku tej zawodniczki nawracający problem i możemy jedynie zastanawiać się, czy gdyby nie kolejne urazy, to właśnie 29-latka z Kungsbacki nie byłaby na tę chwilę posiadaczką przynajmniej kilku Złotych Piłek. Wracając jednak do mundialu, Rolfö z całą pewnością nie zapisze tego turnieju w rubryce swoich największych osiągnięć indywidualnych, ale jeśli od kluczowych zawodniczek oczekujemy konkretów i liczb nawet wtedy, gdy nie znajdują się w optymalnej dyspozycji, to wahadłowa mistrzyń Hiszpanii swoje na boiskach Oceanii zdecydowanie zrobiła.

Stina Blackstenius – 2.5. Gdyby nie puentujący całą tę piłkarską zabawę mecz o brąz, to właśnie snajperka Arsenalu byłaby najniżej ocenioną zawodniczką kadry Gerhardssona. Gdy jednak wszyscy coraz głośniej domagali się obecności w wyjściowej jedenastce Hurtig lub Blomqvist, 97-krotna reprezentantka Szwecji odpowiedziała krytykom w najlepszy możliwy sposób, a jej popis na Lang Park w Brisbane jak najbardziej możemy porównać z tym, czego kilkanaście dni wcześniej dokonała w rywalizacji z USA Zecira Musovic. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że Blackstenius nigdy nie zaprezentuje nam sprinterskich umiejętności Beerensteyn, czy skuteczności Christen Press, ale nasz obecny selekcjoner najlepiej na świecie potrafi uwypuklić jej największe, sportowe atuty.

Hanna Bennison – 2.5. Szwedzka Golden Girl ze Skanii (ten tytuł chyba będzie jej błogosławieństwem lub przekleństwem do końca kariery) wchodziła najczęściej z ławki, ale niestety znów zdarzało się, że jej obecność na placu gry wprowadzała w naszych szeregach więcej zamieszania niż spokoju. Zdecydowanie najrówniej i najbardziej solidnie zaprezentowała się na tle Argentynek, ale z oczywistych powodów ten mecz miał zdecydowanie inny ciężar gatunkowy niż wszystkie pozostałe.

Lina Hurtig – 2.5. Bohaterka większości fotografii po niesamowitej serii rzutów karnych w 1/8 finału, choć sama z jedenastu metrów uderzyła wprost fatalnie. Szczęście zdecydowanie było jednak wtedy po jej stronie, a w półfinale przeciwko Hiszpanii pomogła już sobie sama, przytomnie zgrywając futbolówkę pod nogi Blomqvist. Na tym jednak kończą się pozytywne wspomnienia jej mundialowej przygody, gdyż pozostałe epizody – pomimo ogromnych chęci – okazały się być raczej z gatunku tych na zaliczenie.

Sofia Jakobsson – 2.5. Gdyby o obecności w kadrze na mundial decydowały wyłącznie względy sportowe, skrzydłowa San Diego Wave nie miałaby prawa się w niej znaleźć. Gerhardsson raz jeszcze wiedział jednak swoje i choć wydaje się to wprost nieprawdopodobne – znów się nie pomylił. Przeciwko USA Jakobsson rozegrała bowiem najbardziej efektowne minuty w kadrze od czasu poprzedniego mundialu, na którym – co warto przypomnieć – była jedną z niekwestionowanych bohaterek.

Madelen Janogy – 2.5. Faza grupowa wyglądała naprawdę solidnie i wiele wskazywało na to, że jokerka sprzed czterech lat z Francji i na tym mundialu doskonale odnajdzie się w identycznej roli. W starciu z Japonkami weszła jednak na dwadzieścia minut i najpierw niemal od razu sprokurowała zupełnie niepotrzebny rzut karny (przyznajemy, że dyskusyjny), a następnie nijak nie potrafiła odnaleźć właściwego dla siebie rytmu. I być może między innymi z tego powodu, w fazie medalowej już jej na boisku nie oglądaliśmy.

Rebecka Blomqvist – 3. W Wolfsburgu pełni rolę ofensywnej piłkarki numer sześć, ale w kadrze nie musi rywalizować o plac z koleżankami pokroju Pajor, Popp, czy Jonsdottir i skwapliwie z tego korzysta. Napastniczka o zdecydowanie innej charakterystyce niż Blackstenius, co również otwiera Gerhardssonowi kilka dodatkowych furtek. Na mundialu cechowała ją przede wszystkim niesamowita skuteczność, co nie zawsze było w jej przypadku aż taką oczywistością.

Tove Enblom, Jennifer Falk, Stina Lennartsson, Anna Sandberg, Linda Sembrant, Olivia Schough, Caroline Seger – bez oceny.


A jak przedstawia się występ szwedzkich piłkarek na tegorocznym mundialu w zestawieniu z innymi wielkimi turniejami ostatniej dekady? Naprawdę bardzo dobrze! Średnia ocen całej drużyny to 2.88, co jest we wspomnianym okresie czwartym najwyższym wynikiem, niewiele tylko ustępującym tym z EURO 2013 oraz MŚ 2019. Dla porządku, przypominamy chronologicznie wszystkie turnieje z interesujących nas lat 2013-2023:


EURO 2013 – średnia ocen 2.90

Najlepsze indywidualnie: Lotta Schelin (4.0), Nilla Fischer (3.5), Marie Hammarström (3.5)


MŚ 2015 – średnia ocen 2.33

Najlepsze indywidualnie: Hedvig Lindahl (3.5), Sofia Jakobsson (3.0), Caroline Seger (2.5)


IO 2016 – średnia ocen 2.53

Najlepsze indywidualnie: Hedvig Lindahl (3.5), Fridolina Rolfö (3.0), Lotta Schelin (3.0)


EURO 2017 – średnia ocen 2.40

Najlepsze indywidualnie: Linda Sembrant (3.0), Kosovare Asllani (3.0), Stina Blackstenius (3.0)


MŚ 2019 – średnia ocen 2.94

Najlepsze indywidualnie: Kosovare Asllani (4.0), Nilla Fischer (4.0), Sofia Jakobsson (3.5)


IO 2021 – średnia ocen 3.10

Najlepsze indywidualnie: Fridolina Rolfö (4.5), Hanna Glas (3.5), Caroline Seger (3.5)


EURO 2022 – średnia ocen 2.56

Najlepsze indywidualnie: Kosovare Asllani (3.5), Stina Blackstenius (3.0), Jonna Andersson (3.0)


MŚ 2023 – średnia ocen 2.88

Najlepsze indywidualnie: Elin Rubensson (4.0), Nathalie Björn (3.5), Amanda Ilestedt (3.5)

Liderki poprowadziły po medal

brons_prisutdelning

Takie obrazki chcielibyśmy oglądać jak najczęściej (Fot. Bildbyrån)

Przez cały turniej ich boiskowe poczynania wzbudzały wiele skrajnych emocji, bo choć ambicji i zaangażowania odmówić im było nie sposób, to jednak gdzieś w środku czuliśmy, że to do końca nie jest to. Gdy jednak nadszedł dzień walki o medal, to właśnie one wzięły na siebie ciężar gry i na własnych barkach zaniosły szwedzką kadrę na podium mundialu w Australii i Nowej Zelandii. O kim mowa? O liderkach tego zespołu, które niektórzy po przegranym półfinale zdążyli już odesłać na ławkę rezerwowych. Peter Gerhardsson wiedział jednak swoje i raz jeszcze okazało się dlaczego to on od ponad sześciu lat zajmuje tak zaszczytne stanowisko. Siódmy mecz turnieju okazał się zdecydowanie najlepszym dla Kosovare Asllani, Fridoliny Rolfö oraz Stiny Blackstenius i to właśnie ich postawa w znacznym stopniu zrobiła nam różnicę, dzięki której możemy teraz cieszyć się z kolejnego medalu wielkiej imprezy. Na uwagę zasługuje szczególnie postawa napastniczki londyńskiego Arsenalu, dla której ostatnie tygodnie okazały się być wyjątkowo trudne. Pomimo ogromnego kredytu zaufania Blackstenius długo nie potrafiła złapać właściwego dla siebie rytmu i choć tu i ówdzie chwaliliśmy ją za grę tyłem do bramki lub stwarzanie przestrzeni dla koleżanek z formacji ofensywnej, to jednak nie było przypadku w tym, że z meczu na mecz coraz głośniejsze zdawały się być prośby o więcej minut dla Rebecki Blomqvist oraz Liny Hurtig. Gerhardsson, Wikman i reszta sztabu wiedzieli jednak swoje, a w starciu przeciwko Australii 27-letnia snajperka z Östergötland za otrzymane wsparcie podziękowała w najlepszy możliwy sposób. Pamiętacie może szalony mecz w Viborgu, który decydował o tym, czy w ogóle pojedziemy na mundial we Francji? Wtedy Blackstenius prawdopodobnie po raz pierwszy zaprezentowała się nam jako zawodniczka kompletna i gdyby jej dzisiejszy popis trzeba było do czegoś porównać, to właśnie tam należałoby szukać inspiracji. Przed pierwszym gwizdkiem pani Cheryl Foster obawialiśmy się, że to wśród rywalek możemy oglądać piłkarki o charakterystyce dziewątki i pół, a tymczasem to Szwedka pokazała światu, jak uniwersalna może być we współczesnym futbolu wysunięta napastniczka.

Wielu malkontentów zapewne podniesie kwestię zmęczenia australijskich piłkarek, które – co trzeba uczciwie przyznać – rozegrały prawdopodobnie swój najsłabszy mecz na tegorocznym mundialu. Stara, sportowa prawda mówi jednak, że gra się tak dobrze, na ile pozwala przeciwnik, a Szwedki na przestrzeni dziewięćdziesięciu minut nie pozwoliły dziś Matyldom na zbyt wiele. Kilka groźnych dośrodkowań, strzały z dystansu, dwa lub trzy zamieszania w szesnastce – to wszystko, na co na murawie Lang Park w Brisbane stać było podopieczne trenera Gustavssona. Oczywiście, gdyby któraś z tych sytuacji przyniosła ostatecznie gola, to cała zabawa mogła potoczyć się według kompletnie innego scenariusza, ale w podobny sposób gdybać moglibyśmy przecież po każdym meczu. A mówiąc zupełnie obiektywnie, to Szwecja była dziś w swoich poczynaniach zdecydowanie bardziej konkretna, a jej zwycięstwo nawet w końcówce ani przez moment nie wydawało się tak naprawdę zagrożone. I nie ma co kryć, że pomni niedawnych thrillerów z USA i Japonią, taki przebieg drugiej połowy meczu przyjęliśmy jako całkiem przyjemną odmianę. Jeszcze jeden niezwykle solidny występ w środku pola zaliczyła Elin Rubensson i choć nagrodę MVP tego spotkania przyznajemy jej troszkę na wyrost (bo pewnie bardziej na ten tytuł zasłużyła sobie chociażby Blackstenius), to jednak warto docenić i zaakcentować, jak kapitalnie prezentowała się na Antypodach pomocniczka grająca na co dzień w Häcken. A nie zapominajmy, że piłkarka lidera Damallsvenskan na mundial jechała jako rekonwalescentka, która na szczęście w porę zdążyła nie tylko się wykurować, ale także wskoczyć na swój najwyższy, sportowy poziom. Podobne słowa możemy skierować także pod adresem Amandy Ilestedt, Magdaleny Eriksson, czy Filippy Angeldal. Ta ostatnia nie miała wprawdzie problemów zdrowotnych, ale przecież pół roku temu w rotacji Manchesteru City wydawała się być tak daleko od wyjściowej jedenastki, że realna wydawała się nawet zmiana klubu na zasadzie wypożyczenia. Wszystko zmieniło się jednak wraz z nadejściem wiosny, a okraszony kapitalnym golem występ przeciwko Chelsea okazał się jedynie zapowiedzią niezwykle udanego lata.

Co dalej z tą kadrą? Poszukanie odpowiedzi na to pytanie wydaje się zadaniem niezwykle trudnym, gdyż dla wielu zawodniczek turniej w Australii i Nowej Zelandii był swego rodzaju klamrą, która w niesamowicie efektowny sposób spięła najbardziej medalodajny okres szwedzkiej piłki reprezentacyjnej. Teraz niechybnie czeka nas zmiana pokoleniowa, a wyniki osiągane w ostatnich latach przez kadry młodzieżowe nie napawają bynajmniej przesadnym optymizmem. I nawet jeśli Gerhardsson zdecyduje, że rozpoczynającą się już za nieco ponad miesiąc inauguracyjną edycję Ligi Narodów pociągną jeszcze dotychczasowe liderki, to prędzej czy później (raczej jednak prędzej) coraz większą odpowiedzialność za losy najważniejszej drużyny w kraju będą musiały brać na siebie zawodniczki, które na tegoroczne mistrzostwa w ogóle nie pojechały. Tym wszystkim zajmiemy się jednak za kilka(naście) dni, bo teraz wciąż mamy przed oczami Blackstenius wychodzącą na pozycję i odgrywającą do Asllani, Rubensson rządzącą w środku pola, defensywę kończącą jeszcze jeden mecz na zero z tyłu i Madelen Janogy śpiewającą Våran sång na podium w Brisbane. I bardzo dobrze, bo to właśnie te obrazki powinny zostać nam w pamięci na długie miesiące. Gerhardsson znów pojechał na wielki turniej jako underdog i znów wróci z niego z medalem. A cały świat znów może rozpisywać się o szwedzkich stałych fragmentach, choć tym razem nie w kontekście wrzutek na głowę Ilestedt z każdego możliwego kąta. Pamiętacie, jak w ćwierćfinale z Japonią podyktowano dla nas rzut karny po analizie VAR? Wtedy futbolówkę wzięła do rąk Fridolina Rolfö, ale gdy wszyscy (z Ayaką Yamashitą na czele) szykowali się na strzał wahadłowej Barcelony, ta oddała piłkę Filippie Angeldal. Dziś raz jeszcze przyszło naszym kadrowiczkom wykonywać jedenastkę i tym razem to pomocniczka Manchesteru City skutecznie odwróciła uwagę od egzekutorki, którą tym razem okazała się być Rolfö. Wydaje się wielce prawdopodobne, że takie zachowania już na stałe znajdą się w notesach piłkarskich trenerów, a my będziemy mogli mieć satysfakcję, że to właśnie kadra Gerhardssona jako pierwsza zaprezentowała je na wielkiej scenie. Czyli co, mundial na plus? Oczywiście, że tak i to z tysiąca powodów!

ausswe

Pokonać bohaterki milionów serc

F3tpmfHacAAy6A_

Australijskie piłkarski podczas mundialu stały się w swoim kraju prawdziwymi bohaterkami tłumów (Fot. Getty Images)

Kilka lat temu w internecie ogromną popularność zdobywały memy zaczynające się od słów To uczucie, gdy… i właśnie one lepiej niż cokolwiek innego obrazują sytuację, w jakiej przed swoim ostatnim meczem na tegorocznym mundialu znalazła się piłkarska reprezentacja Szwecji. Już za kilkadziesiąt godzin, na murawie wypełnionego po brzegi Lang Park w Brisbane, podopieczne Petera Gerhardssona zmierzą się bowiem z drużyną, która w ostatnich tygodniach rozkochała w futbolu całą Australię. I nie, absolutnie nie ma w tych słowach żadnej hiperboli, bo szaleństwo na punkcie popularnych Matildas osiągnęło taką skalę, że bohaterkami codziennych rozmów na ulicach stały się nie tyle Samantha Kerr, czy Caitlin Foord, lecz Clare Hunt, Kyra Cooney-Cross i Mackenzie Arnold. Półfinałowa porażka z Anglią wszystkich Australijczyków oczywiście mocno zabolała, tu i ówdzie na trybunach polały się łzy, ale szybko zostały one otarte, gdyż na horyzoncie wciąż znajduje się historyczny sukces, jakim niewątpliwie byłby dla tego kraju pierwszy medal wielkiej, globalnej imprezy. Spełnienie pragnień niemal trzydziestomilionowego narody zniweczyć spróbuje jednak reprezentacja Szwecji, która w roli tak zwanych party poopers sprawdza się zazwyczaj całkiem nieźle. Rok temu w Anglii w analogicznej sytuacji poszaleć się wprawdzie za bardzo nie udało, ale już na Antypodach najpierw przerwaliśmy amerykański sen o trzecim z rzędu złocie, a następnie wyrzuciliśmy z turnieju zespół grający najpiękniejszy futbol, któremu – co bez większego trudu dało się usłyszeć – mocno sprzyjało ponad dziewięćdziesiąt procent trybun w Auckland. Tym razem zarówno dysproporcje wśród kibiców, jak i stawka meczu będą jeszcze większe, ale… na piłkarskiej murawie nie ma żadnych sentymentów. I choć filmiki z samolotów, stref kibica, czy nawet organizowanych naprędce prywatnych eventów ogląda się z niekłamaną radością, to mamy nadzieję, że za kilkadziesiąt godzin wszyscy ci Australijczycy będą dziękować za wspaniały mundial czwartej drużynie świata. A brązowe medale wrócą wraz z naszymi kadrowiczkami do Sztokholmu.

Co wiemy zatem o Australijkach? No, nie da się ukryć, że całkiem sporo. Można chyba nawet pokusić się o opinię, że z szerokiej, światowej czołówki to właśnie ta kadra (może jeszcze obok Holandii) najbardziej przypomina szwedzką. I to nie tylko dlatego, że za jej sterami od kilku już lat siedzi doskonale znany nam trener Tony Gustavsson, który równo dekadę temu budował na przedmieściach Sztokholmu potęgę kontrowersyjnego z tysiąca powodów projektu o nazwie Tyresö. Tamte czasy to już jednak zamierzchła przeszłość, a charakterystyczny szkoleniowiec, po kilku latach spędzonych z sukcesami w USA, osiadł na stałe na Antypodach, gdzie czuje się na tyle dobrze, że przed każdym meczem wraz ze swoimi podopiecznymi dumnie śpiewa słowa Advance Australia Fair. A powody do dumy ma tym większe, że tegoroczny mundial bez względu na wszystko zakończy się jego osobistym sukcesem, choć po całkowitej klęsce w Pucharze Azji oraz fatalnej serii meczów towarzyskich jego posada zdawała się nawet nie tyle zagrożona, co po prostu wisiała na włosku. Porażki, nawet te najbardziej dotkliwe, mogą jednak stanowić materiał do nauki, co Gustavsson skrzętnie wykorzystał. A federacja chyba w tej chwili nie żałuje, że nie wysłuchała całkiem licznych przecież podszeptów nawołujących do natychmiastowej i bezwarunkowej dymisji urodzonego w Sundsvall selekcjonera. Podjęta wtedy decyzja broni się zresztą nie tylko ze względu na sam awans do półfinału, bo o ile przeciwko Irlandii czy Francji zwycięstwo Matildas było wypadkową umiejętności i szczęścia, o tyle potyczki z Kanadą i Danią mogą być po latach wspominane jako najlepsze mecze australijskiej kadry w historii mundiali. A to jest już pewien dorobek, choć z oczywistych względów dziś absolutnie nikt o tym nie myśli. Teraz bowiem liczy się wyłącznie znajdujący się w zasadzie na wyciągnięcie ręki medal, o który przyjdzie w sobotę powalczyć ze Szwecją.

Wystarczy już o Gustavssonie, bo przecież na koniec to prowadzone przez niego zawodniczki wystąpią w sobotę w pierwszoplanowych rolach. A wśród nich także nie brakuje tych, które kojarzymy całkiem dobrze chociażby z boisk Damallsvenskan. Podstawowy duet środkowych pomocniczek tworzą na tym mundialu Kyra Cooney-Cross z Hammarby oraz Katrina Gorry z Vittsjö, a w klubie z najsłynniejszej, piłkarskiej wsi w Europie na co dzień występują także Clare Polkinghorne oraz Charlotte Grant. W razie potrzeby selekcjoner z Västernorrland będzie mógł także skorzystać z usług doświadczonej stoperki Aivi Luik (Häcken), a w kadrze na mundial znalazło się ponadto miejsce dla Courtney Nevin (Leicester, do niedawna Hammarby) oraz trzeciej bramkarki Teagan Micah (Liverpool, do niedawna Rosengård). A przecież w przeszłości barwy Mallbacken reprezentowała jeszcze Tameka Butt występująca obecnie pod nazwiskiem Yallop. To wszystko sprawia, że duch Damallsvenskan będzie unosił się nad areną w Brisbane zdecydowanie mocniej niż podczas któregokolwiek z dotychczasowych meczów tegorocznych mistrzostw. A to się nawet całkiem dobrze składa, wszak już za niespełna dwa tygodnie nasza rodzima liga wraca z wielkim przytupem. I z całą pewnością piłkarki obu nacji zrobią wszystko, aby to one mogły wrócić do swoich klubów z medalami na szyjach i zdecydowanie szerszymi uśmiechami na twarzach. Choć nie jest wcale wykluczone, że jeszcze podczas letniego okienka transferowego przynależność klubowa kilku z nich ulegnie zmianie, bo na przykład po wspomnianą Cooney-Cross już od wczesnej wiosny ustawia się całkiem zacna kolejka chętnych, na czele której widzimy między innymi przedstawicieli czołowych ekip FA WSL. I nawet jeśli zgadzamy się co do tego, że Hammarby wcale nie musi jednej ze swoich liderek pilnie sprzedawać, to jednak w futbolu zdarzają się czasami oferty, obok których zwyczajnie nie wypada przejść obojętnie.

Skoro czeka nas starcie dobrych znajomych, to raczej nie spodziewamy się, aby którakolwiek ze stron potrafiła tutaj w trybie last-minute zaatakować z zaskoczenia. Po Australijkach spodziewamy się więc najbardziej tradycyjnego ustawienia 1-4-2-3-1, a w zasadzie pewnej jego wariacji, gdyż Matildas doskonale opanowały zarówno sztukę błyskawicznego przechodzenia na dwójkę ustawionych niemal w linii napastniczek, jak i wykorzystywania jednej z ofensywnych pomocniczek w roli klasycznej dziesiątki. Choć jeśli w tej ostatniej roli występuje akurat Fowler lub van Egmond, to na tym mundialu chyba bardziej powinniśmy nazwać ją piłkarką dziewięć i pół, bo właśnie tak swego czasu umownie określiliśmy zawodniczki o takiej właśnie charakterystyce. Moc australijskiego lewego skrzydła poznać zdołał każdy, kto choć raz odwiedził stadion londyńskiego Arsenalu i wszyscy zgodzimy się chyba co do tego, że bez duetu Catley – Foord przetrzebiona kontuzjami drużyna Jonasa Eidevalla miałaby wielkie trudności w wywalczeniu lokaty premiującej ją udziałem w eliminacjach piłkarskiej Ligi Mistrzyń. Szczególnej tajemnicy nie stanowią także boiskowe zalety oraz wady Samanthy Kerr czy Hayley Raso, ale nawet posiadana przez nas dogłębna wiedza nie była w stanie uchronić nas przed nieco wstydliwą porażką 0-4, którą w listopadzie ubiegłego roku zaserwowała nam w Melbourne kadra trenera Gustavssona. Bohaterką tamtego spotkania jak najbardziej słusznie okrzyknięto filigranową Katrinę Gorry, która również tego lata rozgrywa właśnie kapitalny mundial. Czy popularna Mini w najbliższą sobotę raz jeszcze pogrąży szwedzką kadrę? A może to nasze piłkarki wezmą udany rewanż, łamiąc niejako przy okazji miliony całkowicie rozkochanych w futbolu australijskich serc? W tej rywalizacji zdarzyć może się naprawdę wszystko, więc z tym większą ciekawością oczekujemy turniejowej puenty. I oby okazała się ona dla nas szczęśliwa! Dobrego meczu!

PS. informacja dodatkowa dla osób śledzących temat rankingu: każde zwycięstwo szwedzkich piłkarek w czasie regulaminowym lub po dogrywce sprawi, że przynajmniej na 26 godzin odzyskamy pierwszą lokatę w wirtualnym rankingu FIFA i na pewno nie spadniemy do końca turnieju niżej niż na drugie miejsce (w przypadku porażki z Australią może oznaczać to przesunięcie się na pozycję numer trzy lub nawet cztery). Aby zachować prowadzenie także po finale, będziemy jednak potrzebowali korzystnego z naszej perspektywy rozstrzygnięcia meczu pomiędzy Anglią i Hiszpanią. Na ten moment najbardziej wymarzony scenariusz to 0-0 po dogrywce i triumf podopiecznych Jorge Vildy po rzutach karnych, ale to wszystko może jeszcze ulec delikatnej modyfikacji w zależności na przykład od rozmiarów ewentualnego zwycięstwa Szwedek nad Australijkami.

To jeszcze nie koniec

contentmedium

Rebecka Blomqvist, czyli napastniczka numer sześć w Wolfsburgu z golem w półfinale MŚ (Fot. Bildbyrån)

To miał być szalony mecz, choć trzeba uczciwie przyznać, że spodziewaliśmy się trochę innego rodzaju szaleństwa. Piłka nożna raz jeszcze jednak zaskoczyła, dzięki czemu ostatni kwadrans widowiska na Eden Park w Auckland był czymś w rodzaju przejażdżki najbardziej ekstremalną kolejką w parku rozrywki. Mogę jedynie przypuszczać, że neutralni kibice oglądali go z wielką przyjemnością, ale dla osób zaangażowanych emocjonalnie po jednej ze stron stanowił on prawdziwą huśtawkę naprawdę skrajnych przeżyć. Próbę nerwów tym razem lepiej wytrzymały jednak Hiszpanki, a futbol znów pokazał nam, że teoria o równowadze szczęścia i pecha ma w naszej dyscyplinie zastosowanie. Na otwarcie mundialu to my cieszyliśmy się przecież ze zwycięstwa 2-1 po golu ze stałego fragmentu gry w 90. minucie. Od tamtych wydarzeń upłynęły zaledwie trzy tygodnie i dziś to piłkarki trenera Vildy zapewniły sobie bezcenną wygraną w dokładnie ten sam sposób. Trafienie Olgi Carmony po sprytnym zagraniu Teresy Abelleiry sprawia, że to one mogą od tej chwili szykować się do niedzielnego finału, nam pozostaje natomiast do rozegrania sobotnia batalia o brąz. Bo szansa na to, aby trzecie z czterech ostatnich finałów mistrzostw świata zakończyć z medalami na szyjach, cały czas przecież istnieje.

Paradoksalnie, całkiem sporo zadań na dzisiejszy półfinał udało się podopiecznym Petera Gerhardssona skutecznie zrealizować. Po pierwsze, hiszpańska dominacja w posiadaniu piłki oraz liczbie wymienionych, celnych podań wcale nie była aż tak przygniatająca. Przed pierwszym gwizdkiem istniały obawy, czy uda nam się wyjść z trzydziestki, ale wyłączając dwa naprawdę krótkie momenty wyraźnego naporu atakujących wówczas większą liczbą zawodniczek rywalek, Szwedki bez większego problemu balansowały ponad granicą czterdziestu procent. Po drugie, liczbę oddanych przez Hiszpanki strzałów również udało się zredukować do najniższego na tym turnieju poziomu, a zaledwie dwie spośród dwunastu prób piłkarek Vildy poleciały ostatecznie w światło bramki. Do tego, że oba koniec końców znalazły do niej drogę, jeszcze zdążymy się w innym miejscu odnieść. Po trzecie, większego zagrożenia nie stanowiły dla nas ani Olga Carmona, ani powracająca na swoją nominalną pozycję prawej defensorki Ona Battle, choć oba wahadła nieustannie starały się aktywnie uczestniczyć w kreowaniu gry i dostarczaniu środkowym pomocniczkom dodatkowych opcji w ataku. Jasne, Andersson oraz Björn nie grały na stuprocentowej skuteczności i kilka razy dały się w swoich sektorach boiska objechać, ale sumarycznie nie potwierdziły się obawy, że to właśnie ten element będzie stanowić przyczynę numer jeden ewentualnego niepowodzenia. Mocno obawialiśmy się także tego, że naszym defensorkom zabraknąć może w newralgicznych momentach koncentracji, ale i tutaj spotkało nas naprawdę miłe zaskoczenie, bo poza jedną drzemką Magdaleny Eriksson w pierwszej połowie (na szczęście bez konsekwencji), Szwedki postanowiły nie sprawiać sobie niepotrzebnych problemów w okolicach własnej szesnastki. Taki stan rzeczy utrzymywał się do mniej więcej siedemdziesiątej minuty, kiedy to zaczęły pojawiać się pierwsze, niepokojące ostrzeżenia. A co wydarzyło się później, to chyba pamiętamy aż za dobrze.

No właśnie: dwa celne strzały – dwa gole. Pierwszy z nich to wypadkowa kilku niefortunnych wydarzeń, a całe nieszczęście rozpoczęło się od miękkiej wrzutki Jennifer Hermoso z lewego skrzydła. Dośrodkowana przez byłą napastniczkę Tyresö futbolówka odbiła się od interweniującej Jonny Andersson, ale mocno naciskana przez Evę Navarro defensorka stołecznego Hammarby pechowo skierowała ją pod nogi super-rezerwowej Salmy Paralluelo. Błyskotliwa nastolatka z Saraogssy nie zastanawiała się przesadnie długo i po chwili mogła cieszyć się z gola, który podobnie jak ten sprzed czterech dni przeciwko Holandii, wydawał się na tamten moment trafieniem na wagę awansu. Do akcji wkroczyli jeszcze sędziowie VAR, ale ostatecznie i oni doszli do w pełni słusznych wniosków, że o żadnym spalonym Navarro mowy być nie może, dzięki czemu radość hiszpańskich piłkarek nie okazała się być falstartem. W 88. minucie do wyrównania doprowadziła jednak Rebecka Blomqvist i mogło się wydawać, że raz jeszcze uda się nam podczas tego turnieju oszukać przeznaczenie. Piłkarki z Półwyspu Iberyjskiego uznały jednak, że chyba tego dobrego już wystarczy, a sprytnie rozegrany rzut rożny znów doprowadził całkiem licznie obecnych na trybunach stadionu w Auckland fanów La Roja do ekstazy. Teresa Abelleira wycofała piłkę do ustawionej przed linią pola karnego Carmony, co wydawało się zdecydowanie lepszym wyborem niż perspektywa walki o górną piłkę z Ilestedt czy Hurtig. Tym bardziej, że z niewiadomych przyczyn zawodniczka madryckiego Realu znajdowała się na dwudziestym metrze zupełnie bez opieki, a po zejściu z placu gry Elin Rubensson żadna ze Szwedek nie zdecydowała się na szybki, utrudniający oddanie mierzonego strzału doskok (wcześniej odpowiedzialność ta spoczywała właśnie na barkach pomocniczki Häcken). Prawda jest jednak taka, że tego braku reakcji na podanie Abelleiry do Carmony prawdopodobnie w ogóle byśmy teraz nie analizowali, gdyby nie fatalne ustawienie Zeciry Musovic. Trudno powiedzieć z jakiego powodu rezerwowa golkiperka Chelsea ustawiona była w najgorszy możliwy sposób, do tego dwa metry przed linią bramkową, ale nie da się ukryć, że wystarczyłaby drobna, automatyczna korekta (na którą szwedzka bramkarka miała relatywnie dużo czasu), a o strzale Hiszpanki z dziewięćdziesiątej minuty zapomnielibyśmy w kilka sekund. Stało się jednak inaczej, a spora część winy za utratę drugiego gola spada niestety na 27-letnią golkiperkę, która dziś puściła niestety każdą piłkę lecącą w światło jej bramki. Nie jest to oczywiście żadną tragedią, ale szerszą perspektywę warto mieć na uwadze, gdy następnym razem będzie się napędzać hype na konkretną zawodniczkę po jednym, wybitnym występie. A prawda jest taka, że Musovic ogólnie nie jest ani tak fenomenalna jak w meczu przeciwko USA, ani tak słaba jak dziś w Auckland. Choć oczywiście mocno trzymamy kciuki, aby kolejne miesiące (a najlepiej już kolejne dni!) pokazały, że jej kariera podąża we właściwym kierunku.

Przed mundialem mocno kontrowersyjne wydawały się powołania Petera Gerhardssona, bo nawet jeśli kilka razy wspominaliśmy, że wyjściowa jedenastka przy dobrym dniu, szczypcie szczęścia i innych sprzyjających okolicznościach będzie w stanie rzucić wyzwanie każdemu, to jednak brak w mundialowej kadrze takich nazwisk jak Kafaji, Ijeh, Anvegård, Vinberg, czy Cato zdawał się mocno ograniczać naszemu selekcjonerowi pole manewru w trakcie meczu. To właśnie od wymienionych tu zawodniczek oczekiwalibyśmy tak bardzo potrzebnego czasami impulsu z ławki, a decyzje Gerhardssona – choć w pełni zrozumiałe ze względów czysto ludzkich – sportowo zdawały się kompletnie nie bronić. I wiecie co? I wyszło na jego! Bo nawet jeśli wrócimy do analizy meczów z RPA, czy Hiszpanią, to nie rezerwowe były w nich problemem. Szwedzki selekcjoner postawił na sprawdzone rozwiązania, a Hurtig, Blomqvist, czy Jakobsson za okazane zaufanie odpłaciły się najlepiej, jak tylko umiały. Nieistotne, że ich kariera klubowa ostatnimi czasy nie tyle zwolniła, co zwyczajnie wyhamowała, bo na boiskach Nowej Zelandii (i Melbourne) oglądaliśmy może nie najlepsze, ale naprawdę bardzo solidne ich wersje. I nawet dziś, w przegranym przecież półfinale, tego gola przywracającego na kilkadziesiąt sekund nadzieję zrobiły nam rezerwowe, bo to Hurtig przytomnie zgrywała futbolówkę pod nogi Blomqvist. Trudno jednoznacznie powiedzieć z jakim nastawieniem sztab Gerhardssona podejdzie do sobotniego meczu o brąz, bo nie należy zapominać, że dla naszych kadrowiczek będzie to już siódma potyczka na przestrzeni zaledwie czterech tygodni. Na francuskim mundialu, pomimo chyba jeszcze większego wycieńczenia kluczowych piłkarek, szwedzki trener nie zdecydował się w analogicznym momencie na kadrową rewolucję. Czy tym razem znów zdecyduje się podążać utartą ścieżką? Czy może postąpi wręcz przeciwnie, dając swoim rezerwowym jeszcze większy fragment piłkarskiej sceny, na którym przyjdzie im udowodnić swoją wartość? Przekonamy się niebawem, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że na tę chwilę to właśnie zawodniczki pokroju Blomqvist czy Jakobsson są obok Elin Rubensson największymi wygranymi tego turnieju. Bo po latach nikt nie będzie miał prawa powiedzieć, że na Antypody piłkarki te pojechały wyłącznie za zasługi. A jeśli uda się wrócić do domów z medalem, to warto pamiętać, że będzie to także ich medal. Ale o tym, czy podobnie jak w latach 2011 oraz 2019 uda się zakończyć turniej miłym akcentem, przekonamy się dopiero w najbliższą sobotę.

espswe

Dzień jeden w roku

laia

Laia Codina na tegorocznym mundialu pokonywała już między innymi własną bramkarkę (Fot. Jason Anderson)

And then there were four! Niecały miesiąc temu 32 reprezentacje przyjechały do Australii i Nowej Zelandii z bardzo podobnymi pragnieniami i marzeniami. Jedne wydawały się nieco bardziej realne, inne zdawały się niebezpiecznie zahaczać o półkę z napisem soccer fiction, ale prawda jest taka, że przed pierwszym gwizdkiem meczu otwarcia każda z ekip znajdowała się dokładnie tak samo blisko i jednocześnie tak samo daleko celu. A później piłka zaczęła toczyć się po murawach stadionów w Auckland, Wellington, Brisbane, czy Perth, a każde kolejne rozstrzygnięcie, wśród których nie brakowało bynajmniej tych całkowicie niespodziewanych, zawężało nam grono pretendentów do mistrzowskiego tytułu. Jeszcze w fazie wstępnej z wyścigu wypisały się na przykład złote przed dwoma laty w Tokio Kanadyjki oraz wicemistrzynie Europy z Niemiec, które przecież nawet znajdując się w słabszej dyspozycji, po grupowych rywalkach z Maroka, Kolumbii i Korei Południowej miały się po prostu przejechać. I to jadąc sobie spokojnie na maksymalnie trzecim biegu. Nic takiego nie miało jednak miejsca, a grono przegranych stosunkowo szybko powiększyło się między innymi o skłócone ze sobą i całym światem Norweżki, bezbarwne i sprawiające wrażenie drużyny pozbawionej jakiegokolwiek sensownego konceptu Dunki, czy stanowiące w piłkarskim uniwersum osobny, jednozespołowy zbiór Amerykanki, które po raz pierwszy w nowożytnej erze zakończyły mundial bez medalu. Sport nie znosi jednak próżni, wobec czego nawet odpadnięcie dyżurnych faworytek i obrończyń tytułu nie było w stanie zatrzymać rosnącej już nie tyle z dnia na dzień, co z godziny na godzinę futbolowej gorączki. Ta ogarnęła bowiem cały świat, choć realnie w grze od tron według stanu na dziś pozostały już tylko cztery nacje. W jednym z półfinałów Australia zmierzy się z Anglią, dzięki czemu doskonale znany nam tercet z Vittsjö raz jeszcze stanie przed szansą powstrzymania dowodzonych przez Sarinę Wiegman Lwic. I trochę w ciemno zakładam, że pewnie wielu z was również nie miałoby nic przeciwko temu, aby Katrina Gorry z Charlotte Grant zostały w najbliższych dniach prawdziwymi bohaterkami tłumów. Nas jednak z dość oczywistych względów zdecydowanie bardziej interesuje w tej chwili ta druga strona drabinki, gdzie dziać się może jeszcze więcej i jeszcze ciekawiej.

Gdy ostatni raz Szwedki i Hiszpanki mierzyły się w meczu o punkty, świat wyglądał nieco inaczej niż obecnie. Jak bardzo inaczej? Ano tak, że most nad cieśniną Sund wciąż czekał na oficjalne otwarcie, piłkarskim mistrzem Hiszpanii została Extreamadura (dla niepoznaki jeszcze pod nazwą Puebla), na liście Billboarda pierwsze miejsce okupował utwór Maria Maria Carlosa Santany, Megan Rapinoe przygotowywała gdzieś w północnej Kalifornii imprezę z okazji swoich piętnastych urodzin, a my wszyscy z niecierpliwością i zaciekawieniem wyczekiwaliśmy nadejścia nowego tysiąclecia. Nie zaryzykuję wiele zakładając, że wśród osób czytających właśnie te słowa są i tacy, którzy tamtego świata pamiętać nie mogą. W takich jednak realiach, na kameralnym stadionie w Karlskodze nieopodal Örebro, reprezentacje Szwecji i Hiszpanii zagrały w czerwcu 2000 mecz w ramach eliminacji piłkarskiego EURO 2001. Wynik? Jak najbardziej planowy, czyli 7-0 dla zespołu prowadzonego wówczas od pięciu lat przez Marikę Domanski. Łupem bramkowym podzieliły się Victoria Svensson, Jane Törnqvist, Linda Fagerström, Sara Call oraz Kristin Bengtsson, a szwedzka kadra dała wyraźny sygnał, że już za moment może być ją stać na dokonanie rzeczy wielkich. I tak się w istocie stało, bo choć o awans na niemieckie EURO musieliśmy ostatecznie walczyć w barażach, to dwumecz z Finlandią okazał się wyłącznie formalnością, a same finały – podobnie jak rozgrywany dwa lata później mundial w USA – dostarczyły nam sporo pozytywnych wspomnień. Choć do dziś pewnie wielu z nas nie bez racji twierdzi, że złoty gol to prawdopodobnie jeden z najgłupszych pomysłów FIFA w historii. A konkurencja w tym względzie jest przecież naprawdę spora. O rywalizacji sprzed dwudziestu lat wspominamy jednak nie tylko z kronikarskiego obowiązku, gdyż znów znaleźliśmy się w punkcie, w którym ewentualne zwycięstwo nad Hiszpanią może okazać się zapowiedzią naprawdę historycznych dla szwedzkiego futbolu chwil. Tyle podobieństw, bo są w tym wszystkim także dwie zasadnicze różnice. Pierwsza wygląda tak, że tym razem na ostateczną puentę nie będziemy musieli czekać kilkanaście miesięcy, lecz zaledwie pięć dni. Druga, że o żadnym 7-0 w tym wypadku mowy być nie może, bo hiszpańska piłka z roku 2000 różni się od obecnej mniej więcej tak, jak ówczesna Puebla od współczesnej Barcelony. A to wbrew pozorom mówi naprawdę sporo.

Drużynę ze stolicy Katalonii wspominam nieprzypadkowo, gdyż to właśnie ona pozostaje niedoścignionym wzorcem czegoś, co neutralni kibice zwykli nazywać najbardziej atrakcyjną twarzą piłki nożnej. A jeżeli weźmiemy pod uwagę nasze, europejskie podwórko, to właśnie Hiszpania próbuje z powodzeniem przenosić te metody na niwę reprezentacyjną. Z bardzo dobrym zresztą skutkiem, co w żadnym razie dziwić nie może, gdyż o sile kadry Jorge Vildy stanowią w sporej części właśnie zawodniczki klubu, który w czerwcu tego roku po raz drugi w swojej historii sięgnął po triumf w Lidze Mistrzyń. To znaczy, stanowią o tej sile wtedy, gdy akurat nie strajkują przeciwko metodom swojego selekcjonera, ale na temat tego konfliktu tutaj wypowiadać się nie będziemy. Przede wszystkim dlatego, że ta cytryna została już chyba wyciśnięta do ostatniej kropli i każdy miał mnóstwo czasu, aby wyrobić sobie w tym temacie własną opinię. Suche fakty przedstawiają się jednak tak, że spora część buntowniczek (lub według innej narracji: wojowniczek w słusznej sprawie) z okazji mundialu do kadry wróciła, co zdecydowanie jeszcze bardziej zwiększyło jej potencjalną siłę rażenia. A ta nawet wcześniej wydawała się być niesamowita, o czym sami przekonaliśmy się podczas meczu towarzyskiego w Kordobie. To znaczy, dwadzieścia początkowych minut wyszło nam nawet całkiem nieźle, ale jak Marta Cardona z Atheneą del Castillo zdecydowały się trochę podkręcić imprezę, to pozostało nam głównie przesuwanie się i bieganie za piłką. Bo ta ostatnia znajdowała się niezmiennie w posiadaniu Hiszpanek, które mają to do siebie, że futbolówki zdecydowanie oddawać rywalkom nie lubią. I dokładnie tego samego spodziewamy się we wtorek w Auckland, choć tym razem będziemy przesuwać się za Aitaną Bonmati, Marioną Caldentey, czy Salmą Paralluelo. Ale zadania z pewnością nam to nie ułatwi. Jasne, swoje lepsze momenty tez mieć będziemy, ale przebłysk zdrowego rozsądku podpowiada, że statystyki posiadania piłki najpewniej wygrać się jednak nie uda.

W czym zatem możemy upatrywać szans? Na pewno nie w tym, czego w pełni zasadnie próbowały chociażby Zambijki lub Holenderki. Ich pomysłem numer jeden było bazowanie na dynamice odpowiednio Barbry Bandy oraz Linneth Beerensteyn, ale Stina Blackstenius zdecydowanie nie jest typem szybkościowym, a błyskawiczne przyspieszenie do trzydziestki absolutnie nie znajduje się na liście jej największych, piłkarskich atutów. Jakąś wskazówkę może za to stanowić fakt, że hiszpańska defensywa zdecydowanie nie stanowi monolitu i nadspodziewanie często da się wprowadzić w jej szeregach popłoch jednym, niekonwencjonalnym zagraniem. Niesamowicie efektywnie w meczu fazy grupowej korzystały z tego Japonki, ale kto wie, czy jeszcze bardziej wartościową wskazówką dla Gerhardssona i jego sztabu nie powinien być lutowy mecz Hiszpanek z Australią. Inna sprawa, że kilka razy zasieki postawione przez podopieczne trenera Vildy bez większego trudu pokonały nawet Norweżki, ale akurat tamto spotkanie było tak bardzo towarzyskie, że rozegrano je na Ibizie. Mówiąc jednak już całkiem poważnie, o ile Ona Battle to na tę chwilę jedna z najlepszych bocznych defensorek w Europie, która na dodatek na lewej flance potrafi radzić sobie prawie tak samo dobrze jak na prawej, o tyle Irene Paredes, Ivana Andres, czy Laia Codina prezentują dyspozycję mocno nierówną i nawet hiszpańscy fani nie mają pojęcia, czego akurat danego dnia można się w ich wydaniu spodziewać. Taki stan rzeczy dziwi szczególnie w przypadku pierwszej z wymienionych, ale czasy, w których Paredes była dosłownie żywą legendą PSG, należą już zdecydowanie do przeszłości, a błędy i kiksy przytrafiają się 32-letniej stoperce zauważalnie częściej niż na którymkolwiek z wcześniejszych etapów jej kariery.

Nie mamy pojęcia, dlaczego selekcjoner Vilda zdecydował się już podczas turnieju na roszadę w bramce i zastąpienie Misy Rodriguez Cataliną Coll, ale żadnej z wymienionych zdecydowanie nie nazwalibyśmy wartością dodaną ekipy La Roja. W tym miejscu koniecznie musi znaleźć się jednak adnotacja, że przecież my także rozpoczynaliśmy turniej z ogromną niepewnością co do dyspozycji bramkarek, a później przyszedł mecz przeciwko USA i chyba nie trzeba przypominać, kto ratował nas w drugiej połowie kilkoma fenomenalnymi interwencjami. Zecira Musovic rozegrała wówczas swój zdecydowanie najlepszy mecz od ponad ośmiu lat i nie jest ani trochę wykluczone, że na przykład taka Coll zechce za kilkadziesiąt godzin pójść w jej ślady. Tym bardziej, że mundial bardzo lubi kreować nieoczywiste bohaterki, o czym dopiero co przekonała się chociażby Clare Hunt. O ile dobra dyspozycja golkiperki rzeczywiście może stanowić dla Hiszpanów miłą niespodziankę, o tyle solidna postawa zawodniczek z przednich formacji jest nawet nie spodziewana, ale wręcz oczekiwana. Tutaj o żadnych słabych punktach mowy być nie może, choć malkontenci czasami potrafią zarzucać zawodniczkom z Półwyspu Iberyjskiego bezsensowne klepanie wszerz boiska, czy wnoszące bardzo niewiele wymienianie między sobą tysiąca podań. To wszystko jednak wyłącznie pozory, bo w tym hiszpańskim graniu zdecydowanie jest metoda, a potencjalne zagrożenie dla rywalek czai się w każdej sekundzie meczu i w każdym sektorze boiska. Dopóki zachowujesz pełną koncentrację, a do tego starcza ci sił, to faktycznie możesz zapędy La Roja skutecznie neutralizować. Ale naprawdę wystarczy jedna, krótka chwila dekoncentracji lub jedno nawet minimalne spóźnienie, a Gonzalez, Redondo lub Bonmati wykorzystają to w sposób całkowicie bezwzględny. Dunki na EURO długo broniły się naprawdę dzielnie, ale pozornie błaha pomyłka z 90. minuty poskutkowała tym, że na koniec zostały z niczym. A my przecież znamy nasze zawodniczki i choć kochamy je miłością niemal bezgraniczną, to jednak wiemy, że akurat Ilestedt, Eriksson, czy Andersson mają do siebie to, że czasami zdarzy im się drobna, boiskowa drzemka. I mając to na uwadze, Hiszpania wydaje się być dla nich zdecydowanie najbardziej wymagającym z dotychczasowych rywali. Tym bardziej, że w nogach są już dwa ekstremalnie trudne mecze.

Analizując na chłodno szanse we wtorkowym półfinale, to w Hiszpankach z wielu względów należałoby upatrywać wyraźnych faworytek tej potyczki. I nawet jeśli przed rywalizacją z USA i Japonią rozkład sił wyglądał dość podobnie, to jednak tutaj ewentualne dysproporcje wydają się być jeszcze wyraźniejsze i niełatwe do skutecznego zasypania. Co to może oznaczać? Tegoroczny turniej sugeruje, że… absolutnie nic i właśnie dlatego we wtorkowy poranek znów zasiądziemy do piłkarskiego seansu z wielkimi nadziejami. Tak, na tym mundialu na pewno rozegramy jeszcze dwa mecze, ale byłoby naprawdę super gdyby ten drugi trafił nam się na przykład w niedzielę. Wiecie, chociażby dlatego, że z tym dniem tygodnia mamy ostatnio całkiem przyjemne wspomnienia.

Zostajemy do końca!

contentmedium

Szwedzkie piłkarki wzniosły się w Auckland naprawdę wysoko (Fot. Mathias Bergeld)

Co by się nie wydarzyło, z tej imprezy przedwcześnie nas już nie wyproszą! Ćwierćfinał przeciwko Japonii, od meczu rozegranego w tej samej fazie poprzedniego mundialu, różnił się w zasadzie wszystkim… oprócz końcowego wyniku. Bo zupełnie jak przed czterema laty, wbrew wskazaniom bukmacherów i większości ekspertów, kadrowiczki Petera Gerhardssona znów zwyciężyły 2-1 i znów zameldowały się w najlepszej czwórce turnieju. To ostatnie stało się zresztą w ostatnich latach swego rodzaju normą, gdyż za kadencji 63-letniego selekcjonera z Uppsali Szwedki jeszcze ani razu nie wróciły do domów przed półfinałami. Możemy więc powiedzieć, że nowa, sympatyczna tradycja została niejako podtrzymana, choć nerwów i prawdziwego rollercoastera sportowych emocji znów nie udało się przy tym uniknąć. A przed ponad godzinę absolutnie nic na to nie wskazywało.

Bardzo długo wydarzenia na murawie w Auckland mogliśmy bowiem śledzić z umiarkowanym spokojem. Tak bardzo chwalone w poprzednich meczach Japonki żadnym sposobem nie potrafiły odnaleźć właściwego rytmu i poza jedną, nieco chaotyczną wrzutką Risy Shimizu, nie zaprezentowały w ofensywie kompletnie nic ciekawego. Zdecydowanie więcej działo się za to pod drugą bramką, bo choć Szwedki także rozpoczęły dość spokojnie, to ich akcje z minuty na minutę nabierały coraz więcej tempa. Sygnał do ataku dała Nathalie Björn, która jednym, prostopadłym podaniem wypuściła w bój Stinę Blackstenius. Napastniczka londyńskiego Arsenalu walkę o pozycję z Saki Kumagai wygrać nawet zdołała, ale jakość jej strzału pozostawiała już sporo do życzenia. Zmarnowanej szansy nie rozpamiętywaliśmy jednak przesadnie długo, bo chwilę później trafił się nam stały fragment gry, a już chyba cały, futbolowy świat doskonale zdaje sobie sprawę, co to oznacza. Tym razem trochę więcej było w tym wszystkim przypadku niż schematu, ale ani trochę nie zmienia to faktu, że w podbramkowym zamieszaniu zdecydowanie najlepiej odnalazły się Magdalena Eriksson z Amandą Ilestedt, a ta ostatnia już po raz czwarty na tym turnieju umieściła swoje nazwisko na liście strzelczyń. Jednobramkowe prowadzenie zdecydowanie nie było jednak szczytem marzeń naszych piłkarek, które ewidentnie dążyły do tego, aby jeszcze przed przerwą podwyższyć rezultat. I szczęście rzeczywiście było o krok, gdy najlepsza na placu gry Kosovare Asllani uderzała z dystansu po przytomnym zgraniu Fridoliny Rolfö. Lecącą idealnie futbolówkę na słupek zdołała jednak sparować Yamashita, niejako utrzymując swój zespół w grze o półfinał.

Druga połowa zaczęła się od kolejnego szturmu Szwedek, który dość szybko przyniósł konkretne efekty. Dośrodkowanie z prawego skrzydła nieco instynktownie przedłużyła Mina Tanaka, a zagrana przez nią piłka zatrzymała się dopiero na ręce Fuki Nagano. Tak, było w tym wszystkim trochę szczęścia, ale rzut karny wydawał się być ewidentny, a Filippa Angeldal z jedenastu metrów (a będąc bardziej precyzyjnym: z dwunastu jardów) ani myślała się pomylić. I tym razem nie potrzebowaliśmy już przychylności technologii goal-line, aby cieszyć się z dwubramkowej zaliczki, która na tamten moment wydawała się całkiem bezpieczną. Tym bardziej, że kolejne minuty to dalszy ciąg wzorowej postawy kadrowiczek Gerhardssona, które cały czas nie pozwalały Japonkom na wiele. Asllani wreszcie przypominała na boisku tę tak bardzo podziwianą i oklaskiwaną przez nas liderkę, a Rubensson wraz z Angeldal skutecznie zamknęły środek pola, mocno utrudniając prowadzenie gry kluczowej z punktu widzenia Nadeshiko Yui Hasegawie. To było o tyle istotne, że w tej fazie meczu pod ciągłą presją rywalek nie musiały grać nasze defensorki, a właśnie tego w konfrontacji z techniczną Japonią obawialiśmy się najbardziej. Im dłużej jednak Eriksson, Ilestedt i Björn mogły w miarę spokojnie skupiać się na realizacji indywidualnych zadań, tym bardziej realny zaczął wydawać się ten upragniony półfinał. W końcu nadeszła jednak 65. minuta i wtedy rozpoczął się nowy mecz.

Trudno powiedzieć, co dokładnie się wówczas stało, ale patrząc z boku wyglądało to tak, jakby jedna drużyna grać przestała, a druga w tym samym momencie zaczęła. Czy wpływ na taki przebieg wydarzeń mógł mieć fakt, iż Szwedki swój mecz 1/8 finału rozgrywały dzień później, na zdecydowanie większej intensywności, z dogrywką i serią rzutów karnych, a dodatkowo do Auckland podróżowały zdecydowanie dłużej? Całkiem prawdopodobne, choć jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie nigdy zapewne nie poznamy. Flashbacki z meczu o brąz podczas mundialu we Francji były jednak oczywiste; Szwedki skupiły się na głębokiej defensywie, a znajdujące dla siebie coraz więcej przestrzeni Japonki – zupełnie jak przed czterema laty Angielki – atakowały coraz śmielej i z coraz większym polotem. Pod bramką Zeciry Musovic robiło się naprawdę gorąco, a pierwsze roszady personalne Gerhardssona przyniosły nie do końca oczekiwany efekt. Rezerwowa Madelen Janogy dość bezmyślnie starła się we własnej szesnastce z Riką Ueki, dając pani Staubli pretekst do podyktowania rzutu karnego i choć była to wybitnie miękka jedenastka, to szwajcarska sędzia skwapliwie z tego prawa skorzystała. Piłkę w ręce wzięła sama poszkodowana i mocnym strzałem obiła poprzeczkę szwedzkiej bramki, dzięki czemu wciąż mieliśmy do dyspozycji dwa gole zaliczki. Kontaktowa bramka dla Japonii zdawała się jednak wisieć w powietrzu, a my znów oddychaliśmy z ulgą, gdy po rzucie wolnym Aoby Fujino i rykoszecie od pleców Musovic futbolówka zatańczyła na linii bramkowej i wyszła w pole. Tyle tylko, że tym razem radość była wyjątkowo krótkotrwała, a rezerwowe Seike oraz Hayashi w końcu udokumentowały okres całkowitej dominacji Nadeshiko trochę sytuacyjnym trafieniem na 1-2. A pani Staubli emocje postanowiła jeszcze bardziej podkręcić, dając Azjatkom aż dziesięć minut dodatkowego czasu na poszukanie wyrównującego gola. Trener Ikeda także poszedł all-in, szansę mundialowego debiutu otrzymała w samej końcówce znana nam z boisk Damallsvenskan Maika Hamano, ale ani ona, ani żadna z pozostałych Japonek nie potrafiła doprowadzić do remisu i przedłużyć tym samym nadziej byłych mistrzyń świata na pozostanie w turnieju. Miało nie być thrillera? Nie tym razem, ale najważniejsze, że mamy kolejny tego lata happy end!

jpnswe