Nominacje 2023 i rozkład jazdy

Awards-Honors-header12-1

Cześć! To już naprawdę TEN czas. Dla jednych najpiękniejszy i najbardziej magiczny w roku, dla innych okres ważnych refleksji i podsumowań, a dla nas moment, w którym możemy zwolnić i zastanowić się nad tym, co dobrego wydarzyło się w szwedzkiej piłce nożnej na przestrzeni mijających dwunastu miesięcy. W tej podróży towarzyszyć nam będzie doskonale znany już stałym bywalcom tego serwisu rytuał w postaci przyznania wirtualnych nagród indywidualnych (koniec grudnia), a także prezentacji tegorocznych zestawień Szwedzkiego TOP-50 (początek stycznia). Aby się w tym wszystkim nie pogubić, poniżej znajdziecie pełne listy nominowanych w poszczególnych kategoriach, a także kompletny, blogowy rozkład jazdy na najbliższe tygodnie. Zgodnie z tradycją, choć podczas procesu tworzenia rankingu odbywam dziesiątki niezwykle inspirujących rozmów, wszystkie ostateczne werdykty są tutaj podejmowane jednoosobowo. Z tego powodu są one w sposób naturalny nacechowane subiektywnymi odczuciami i nawet jeśli jak zawsze dołożyłem wszelkich starań, aby zachować całkowitą bezstronność, to zachęcam do traktowania ich wyłącznie w charakterze zabawy mającej jednak na celu docenienie boiskowych osiągnięć poszczególnych zawodniczek i klubów. Nie zamierzam absolutnie protestować, jeżeli ktokolwiek z was z proponowaną zwyciężczynią lub nominacją się nie zgadza, a wręcz będę niesamowicie wdzięczny za podzielenie się swoimi uwagami oraz argumentacją. Bo sport, podobnie zresztą jak na przykład sztuka, różni się od nauk ścisłych tym, że w naszym świecie jak najbardziej może istnieć więcej niż jedno prawidłowe rozwiązanie, a wielu kluczowych kwestii zwyczajnie nie da się statystycznie zmierzyć.

Skoro jednak wstęp mamy za sobą, to najwyższy czas oddać pole tym, którzy dokonaniami w ostatnich miesiącach zasłużyli na to, aby tutaj się znaleźć. Poznajcie proszę komplet nominacji w sześciu tegorocznych kategoriach, a także plan działania na pierwsze dni nowego roku 2024.

Bez zbędnego przedłużania – zaczynamy:


Zagraniczna gwiazda Damallsvenskan

(prezentacja zwyciężczyni – 25. grudnia)

nom_01


Mecz roku

(prezentacja zwycięzcy – 26. grudnia)

nom_02


Progres roku

(prezentacja zwyciężczyni – 27. grudnia)

nom_03


Trener roku

(prezentacja zwycięzcy – 28. grudnia)

nom_04


Odkrycie roku

(prezentacja zwyciężczyni – 29. grudnia)

nom_05


Piłkarka roku

(prezentacja zwyciężczyni – 30. grudnia)

nom_06_a

nom_06_b


Szwedzkie TOP-50 – rozkład jazdy:

3. stycznia 2024 – TOP bramkarki 2023

6. stycznia 2024 – TOP obrończynie 2023

9. stycznia 2024 – TOP pomocniczki 2023

12. stycznia 2023 – TOP napastniczki/skrzydłowe 2023


A do spraw bieżących wrócimy jak zawsze w połowie stycznia (najpewniej w okolicach 16.01.2024) szczegółowym raportem aktualizującym zimowe okienko transferowe w wykonaniu każdego z czternastu klubów Damallsvenskan. A już nieco ponad tydzień później na Bravida Arenie czeka nas kluczowe starcie piłkarek BK Häcken z francuskim Paris FC, więc tym razem o łagodnym wejściu w nowy rok możemy zdecydowanie zapomnieć. A skoro dni na ponownie naładowanie paska energii będziemy mieli mniej niż zwykle, to warto każdy z nich wykorzystać do absolutnego maksimum. Trzymajcie się i raz jeszcze dobrej zabawy z rankingami!

One znów to zrobiły!

anveg

Anna Anvegård, podobnie jak każda z piłkarek Häcken, zostawiła na londyńskiej murawie mnóstwo zdrowia (Fot. BK Häcken)

To na zdrowy rozum nie miało prawa się udać. Oczywiście, w tej edycji pucharowych zmagań wicemistrzynie Szwecji już czterokrotnie pokazywały, że niestraszna im gra przeciwko wyżej notowanej, europejskiej marce, ale jednak tym razem poprzeczka poszła od razu o kilka poziomów w górę. Bo nie dość, że wyjazd na teren jednego z trzech najlepszych klubów świata, to jeszcze mecz zaplanowany na połowę grudnia, czyli okres, w którym nordyckie stadiony – w przeciwieństwie chociażby do tych angielskich – z zasady częściej wypełniają się śniegiem niż kibicami. I nie da się ukryć, że pierwszy kwadrans rywalizacji na Stamford Bridge dobitnie pokazał, że klub z Hisingen może mieć w tej konfrontacji nie lada problem. Rzuty rożne dla gospodyń bite były dosłownie taśmowo, głodna wielkiego grania Guro Reiten szalała na lewym skrzydle, a instruowane przez tradycyjnie już aktywną na swoim stanowisku Emmę Hayes mistrzynie WSL z niesamowitą konsekwencją próbowały eksplorować trochę zbyt nonszalancko odsłaniane przez boczne defensorki Häcken sektory boiska. Osy oczywiście nie byłyby sobą, gdyby choć raz nie spróbowały się odgryźć, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że strzały Anny Anvegård oraz Clarissy Larisey bardziej zapamiętali statystycy niż na przykład Zecira Musovic. Na przestrzeni całego meczu tak naprawdę tylko raz udało się wykreować realne zagrożenie pod bramką Chelsea, ale całą zabawę szybko zakończyła sędzia liniowa, błyskawicznie podnosząc do góry chorągiewkę. I choć szwajcarska rozjemczyni błędu w tej sytuacji absolutnie nie popełniła, to aż szkoda, że obsłużona doskonałym podaniem Aisha Masaka nie miała okazji, aby solidnie przetestować refleks oraz umiejętność gry na przedpolu wspomnianej Musovic. O ile jednak fani Häcken mogli tego wieczora gdybać raz, o tyle sympatycy Chelsea za głowy łapali się niesamowicie regularnie, a każdą upływającą minutę spotkania obserwowali z coraz to większym niedowierzaniem.

Bo fakt, że przy takim obrazie meczu tablica wyników niezmiennie wskazywała bezbramkowy remis, zakrawał wręcz o cud. Zgadza się, Samantha Kerr, czy Francesca Kirby raz po raz testowały cierpliwość fanów licznymi, niedokładnymi zagraniami, ale przecież nie było też tak, że czystych okazji strzeleckich gospodyniom jakkolwiek brakowało. Skuteczność pozostawiała oczywiście wiele do życzenia, ale choćby taka Erin Cuthbert w dziewięciu na dziesięć prób zamieniłaby przytomne wycofanie piłki przez Reiten na gola. Tym razem jej uderzenie wylądowało jednak na poprzeczce, następnie piłka odbiła się jeszcze od linii bramkowej i wyszła w pole. Sporo pretensji może mieć do siebie także rozgrywająca właśnie najlepszą rundę od czasu transferu na Wyspy Brytyjskie Johanna Kaneryd, która w 60. minucie stanęła oko w oko z Jennifer Falk i pojedynek ze swoją reprezentacyjną koleżanką przegrała. A gdy zawodniczkom z Londynu wreszcie powiodła się misja umieszczenia futbolówki w szwedzkiej bramce, to asystentka pani Esther Staubli dopatrzyła się spalonego Samanthy Kerr, choć powtórki nie dały nam jednoznacznej odpowiedzi co do tego, czy Elma Nelhage przypadkiem nie złamała w tej sytuacji linii. Nawet w szóstej doliczonej minucie o zwycięstwie gospodyń mogła jeszcze przesądzić Eve Perisset, ale jej uderzenie z rzutu wolnego było jedynie najlepszym możliwym podsumowaniem ofensywnej niemocy, która z niewiadomych przyczyn dosięgnęła w czwartkowy wieczór mistrzynie Anglii.

Inna sprawa, że nieprzypadkowo w piłkarskim środowisku od lat funkcjonuje powiedzenie, że gra się tak, jak pozwala rywal. A zawodniczki Häcken wyszły dziś na murawę Stamford Bridge niezwykle zmotywowane i wszelkie ewentualne niedostatki skutecznie niwelowały ambicją. Przed pierwszym gwizdkiem mogliśmy zastanawiać się, jak na tle takiego przeciwnika poradzi sobie zastępująca dziś kontuzjowaną Filippę Curmark Johanna Fossdalsa, ale szybko okazało się, że wszelkie obawy były tu całkowicie bezzasadne. Osiemnastolatka z Wysp Owczych swój najpoważniejszy, futbolowy egzamin zdała bowiem tak, jakby całe dotychczasowe życie spędziła przygotowując się do tego jednego występu. Kilka zaprezentowanych przez nią zagrań wzbudziło niekłamany podziw nawet wśród miejscowych kibiców, a brak nadmiernego respektu w pojedynkach z zawodniczkami pokroju Kerr czy Ingle autentycznie imponował. Podobnie zresztą jak fakt, że pojedyncze kiksy zdawały się nie tylko nie wytrącać jej z równowagi, co wręcz motywować do jeszcze lepszej gry. Tytaniczną pracę w drugiej linii wykonała zresztą także Marika Bergman Lundin, która wraz z Fossdalsą stworzyła nadspodziewanie zgrany duet, wzorowo wspomagany zresztą przez wykonującą zdecydowanie więcej niż zazwyczaj zadań stricte defensywnych Rosę Kafaji. Najbardziej namacalnym obrazem ofiarności i zaangażowania Häcken była jednak postawa Anny Anvegård, która pomimo wyraźnie doskwierającego dyskomfortu wytrwała na placu gry aż do 86. minuty. W samej końcówce jej miejsce na boisku zajęła Felicia Schröder i – podobnie jak wszystkie zmienniczki w ekipie Os z Hisingen – od razu zdecydowała się na pierwszy sprint. Tak, Chelsea była zespołem wyraźnie górującym nad rywalkami ze Szwecji jakościowo, ale po takim meczu chyba nikt nie ma wątpliwości, że ten jeden punkt wicemistrzyniom Damallsvenskan się po prostu należał. Już za niespełna tydzień przed nami wielki rewanż na Bravida Arenie, ale coraz bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym to zdecydowanie najważniejszą datą dla kibiców Häcken stanie się 24. stycznia 2024. Właśnie wtedy może bowiem napisać się historia i choć jest to termin w samym środku czegoś, co zwyczajowo nazywaliśmy zimowymi wakacjami, to pomni doświadczeń z ostatnich miesięcy, ani trochę nie będziemy się tym faktem sugerować. Szczególnie, że oto realnie otwiera się szansa, aby szwedzki klub napisał historię, którą niełatwo będzie powtórzyć.

******

A co słychać w Malmö? Stabilnie, czyli dziewiąty raz w łeb! Przez pierwszy kwadrans mogliśmy nawet łudzić się, że rywalizacja Rosengård z Barceloną okaże się w przypadku klubu ze Skanii jakimś pozytywnym przełamaniem, ale samobójczy gol autorstwa Jessiki Wik stosunkowo szybko sprowadził nas z powrotem na ziemię. Później jeszcze mogliśmy przez chwilę ucieszyć się niesygnalizowanym strzałem z dystansu Hanny Andersson (Sandra Panos sparowała go ostatecznie na poprzeczkę), czy pojedynczymi rajdami Rii Öling, ale tegoroczne triumfatorki Ligi Mistrzyń wypunktowały zespół Ievy Cederström tak boleśnie, że aż przykro było na to patrzeć. Oczywiście pod warunkiem, że nie było się akurat kibicem Barcelony, bo ci dla odmiany powodów do narzekań wyjątkowo nie zgłaszali. Ku ich uciesze na listę strzelczyń wpisywały się kolejno Paralluelo, Guijarro, Bonmati i Caldentey, a w samej końcówce swojego gola poszukała nawet młodziutka rezerwowa Martina Fernandez. Tym sposobem Barcelona utrzymała status jedynego obok Olympique Lyon zespołu z kompletem punktów w fazie grupowej i nic nie wskazuje na to, aby po kolejnej serii spotkań miało się to zmienić. Bo nawet jeśli w stolicy Katalonii zawodniczki Rosengård zagrają bez żadnego obciążenia, to i tak znalazłoby się bardzo niewielu śmiałków, którzy postawiliby choćby minimalną część swoich oszczędności na to, że w tej rywalizacji dojdzie do jakiejkolwiek niespodzianki. I żeby było jasne – ani trochę się można się temu dziwić.


Komplet wyników:


Tabele grup LM:

Wyjątkowy rok w kadrze

v6zsq8knkotmdhqedflo

Filippa Angeldal strzela, Japonia pokonana, a Szwecja melduje się na samym szczycie rankingu FIFA. Właśnie tak przywitaliśmy drugą dekadę sierpnia (Fot. Getty Images)

Szanowni czytelnicy, drodzy przyjaciele: 5. grudnia 2023 oficjalnie zakończyła się złota era szwedzkiej piłki reprezentacyjnej. Czas absolutnie wyjątkowy, który przez kilkanaście ostatnich lat mieliśmy szczęście i honor wspólnie przeżywać. Dlatego właśnie pozwolę sobie na delikatne odejście od profesjonalnego tonu i na wstępie zaznaczę, że dla mnie osobiście możliwość opisywania losów tej drużyny w takim okresie jej dziejów jest niesamowitym przywilejem, który dostrzegam i doceniam. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się kiedykolwiek doczekać dnia, w którym przyjdzie mi obwieszczać światu, że oto szwedzka kadra znalazła się na samym szczycie światowego rankingu. A kończący się właśnie rok dostarczył mi aż dwie takie okazje; po sierpniowych zwycięstwach podopiecznych trenera Gerhardssona nad odpowiednio Japonią i Australią. Paradoksalnie, na koniec roku była nawet szansa ustrzelić swoistego hat-tricka, bo ewentualny triumf na La Rosaledzie w Maladze ponownie pozwoliłby Blågult usadowić się w fotelu liderek, ale naprawdę z tego powodu nie narzekajmy, bo futbolowego szczęścia i tak spływało na nas ostatnimi czasy wiele. A 38 gorących, letnich dni, podczas których spoglądaliśmy z góry na cały, piłkarski świat na zawsze pozostanie już w mojej pamięci. I mam nadzieję, że nie tylko w mojej, gdyż bardziej symbolicznego końca wspaniałej ery nie dałoby się chyba wymyślić.

Hedvig Lindahl, Nilla Fischer, Linda Sembrant, Magdalena Eriksson, Sara Thunebro, Lisa Dahlkvist, Kosovare Asllani, Caroline Seger, Therese Sjögran, Fridolina Rolfö, Sofia Jakobsson, Lotta Schelin – to tylko kilka znaczących nazwisk, które za kilkadziesiąt lat będą w Szwecji nazwiskami pomnikowymi. Symbolami ambicji, determinacji, wytrwałości i zwycięstwa. Czasami mocno wyczekiwanego, innym razem wyszarpanego w bólach, trochę na przekór wszystkim racjonalnym argumentom. Dobrze wiecie zresztą jak jest. Nasza kadra nie jest Japonią czy Hiszpanią, jej styl niekoniecznie porywa tłumy i nie ma przypadku w tym, że neutralni kibice stosunkowo rzadko zachwycają się jej grą. Dlatego właśnie tak niesamowitym czasem były dla nas Igrzyska w Tokio, gdzie futbol w szwedzkim wydaniu na nieco ponad dwa tygodnie skutecznie zaczarował cały świat. Na przestrzeni lat radosnych momentów było jednak zdecydowanie więcej, wszak z trzech spośród czterech ostatnich mundiali wracaliśmy do domu z medalem i jest to seria, którą oprócz nas pochwalić mogą się jedynie Amerykanki. Dodajmy od razu, że seria niezwykła, bo przecież funkcjonujemy już w rzeczywistości dalece innej od tej z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to w grze o najwyższe zaszczyty tak naprawdę liczyło się zaledwie kilka krajów. Teraz kolejka chętnych do wygrywania zrobiła się dłuższa niż kiedykolwiek wcześniej, a my, choć startujemy ostatnio raczej z tylnego szeregu, zawsze potrafimy w najważniejszej chwili swoją obecność wyraźnie zaakcentować. Drużyna turniejowa? Być może, ale z całą pewnością drużyna z charakterem. I za ten niezłomny charakter należą się temu zespołowi największe podziękowania. Bo nawet jeśli nie zawsze zgadzaliśmy się we wszystkich detalach, to pomimo znaczących różnic obserwowanie i opisywanie waszej gry niezmiennie było dla mnie najwyższym honorem, a także wyzwaniem, do którego zawsze starałem się podchodzić z maksymalnym zaangażowaniem. Tak, ta droga niewątpliwie była wyboista, lecz spoglądając wstecz dostrzegam zdecydowanie więcej emocji pozytywnych, do których zawsze będę wracać z niewymuszonym uśmiechem na twarzy.

Grudniowy mecz w Maladze traktuję jako swego rodzaju cezurę, gdyż nie mam wątpliwości, że kolejny cykl eliminacyjny będzie już pierwszym rozdziałem zupełnie nowej historii. I to bez względu na to, jak szybko będzie postępował proces pokoleniowej ewolucji, przed którym selekcjoner Gerhardsson ostatnimi czasy bronił się na wszelkie możliwe sposoby. Jeżeli ktoś wierzy w symbole, to w jakimś sensie może być nim fakt, iż pierwszy po noworocznej przerwie mecz przyjdzie nam rozegrać w Bośni, czyli miejscu z wielu powodów szczególnym dla Zeciry Musovic. I to właśnie golkiperka londyńskiej Chelsea może być jedną z wiodących postaci tej kadry w najbliższych latach. Obok niej wielkiej nadzieje pokładamy przede wszystkim w licznym i doskonale rokującym już od czasów juniorskich zaciągu z roczników -96 oraz -97, reprezentowanym między innymi przez Filippę Angeldal, Johannę Kaneryd, Nathalie Björn, czy Julię Zigiotti. Wiekowo łapałyby się do tego grona także Stina Blackstenius, ale snajperce Arsenalu nie tak dawno stuknęło właśnie sto meczów w pierwszej reprezentacji, więc ją możemy traktować bardziej jako jedną z łączniczek między złotą generacją, a nową erą szwedzkiego futbolu reprezentacyjnego. W tym gronie znajdują się także takie nazwiska jak Eriksson, Ilestedt i Rolfö, a także Kosovare Asllani, jeśli tylko gra w niebiesko-żółtych barwach cały czas będzie dla 34-letniej już pomocniczki włoskiego Milanu wyzwaniem i motywacją. Powiew świeżości i nowej energii zapewnić mogą takie zawodniczki jak Rosa Kafaji, Anna Sandberg, Hanna Wijk, czy Matilda Vinberg, choć na swoją prawdziwą szansę cierpliwie czekają również takie piłkarki jak nieco starsze od wymienionego tu kwartetu Marika Bergman Lundin, Evelyn Ijeh i My Cato. Gorąco liczymy także, że selekcjoner (lub w perspektywie jego następcy) zaskoczą także odkryciem dla reprezentacji zawodniczki cokolwiek nieoczywistej. Takim złotym strzałem mogłaby na przykład okazać się Monica Jusu Bah, Johanna Renmark, a nawet – choć na pozór może wydać się to nieco szalone – szesnastoletnia Felicia Schröder, która przecież dopiero co strzelała gole na wagę awansu Häcken do fazy grupowej tegorocznej Ligi Mistrzyń. Jasne, nie dysponujemy tak długą kołderką jak wiele czołowych, europejskich nacji, ale wciąż mamy z kogo wybierać i byłoby miło, aby proces selekcji przynajmniej w tym najbardziej podstawowym wymiarze właśnie rozpoczął się na nowo. Wszak nowa era wcale nie musi okazać się mniej przyjemna, ale – jak mawiał pewien klasyk – jeśli na końcu chcemy się cieszyć, to na początku musimy sami dać sobie szansę. I tym tak naprawdę optymistycznym przesłaniem chciałbym tę krótką refleksję zakończyć. A teraz, jak to zawsze w tym okresie roku bywa, niech przemówią liczby:

swe23

W 2023 roku kadra Petera Gerhardssona rozegrała 17 oficjalnych meczów. Ich ostateczny bilans okazał się korzystny, choć jednocześnie daleki od perfekcji, bo chyba w tych kategoriach powinniśmy traktować 8 zwycięstw, 4 remisy oraz 5 porażek, 29 goli strzelonych i 19 straconych. Jeśli chcielibyśmy poszukać najlepszego piłkarsko występu naszej reprezentacji, to jako pierwszy przychodzi chyba do głowy bezbramkowy remis w Duisburgu, ale ze względu na rangę meczu oraz kapitalne 65 minut, wyróżnienie to trafiłoby chyba ostatecznie do ćwierćfinałowej wiktorii nad Japonią w nowozelandzkim Auckland. Po drugiej stronie barometru emocji i wzruszeń bez wątpienia znalazłaby się porażka w zaśnieżonej Lucernie ze Szwajcarią, ale to w jesiennym dwumeczu z Włoszkami nasza kadra spisywała się chyba najsłabiej i jedynie sporej dawce szczęścia zawdzięczamy fakt, że w tej rywalizacji udało nam się sięgnąć po zwycięstwo i remis. Bo sportowej wyższości nad zdecydowanie niżej notowanymi przeciwniczkami ani trochę nie udowodniliśmy ani w wietrznym Malmö, ani na ulokowanym dokładnie pośrodku niczego stadionie na bezdrożach Abruzji.

Powyższa grafika dobitnie pokazuje, że podczas minionych dwunastu miesięcy żadna ze szwedzkich snajperek znacząco nie podreperowała swoich indywidualnych statystyk. Zarówno podczas finałów mistrzostw świata (Amanda Ilestedt), jak i w fazie grupowej Ligi Narodów (Magdalena Eriksson), naszą najlepszą strzelczynią okazała się stoperka, co – jeśli lubimy widzieć szklankę do połowy pełną – pokazuje, jak świetnie radzimy sobie w zamienianiu na gole ofensywnych stałych fragmentów gry. Żeby było zabawniej, Ilestedt okazała się także najskuteczniejszą obok Fridoliny Rolfö szwedzką piłkarką w ujęciu całorocznym. Równie nieoczywiste wydaje się nazwisko zwyciężczyni klasyfikacji asystentek, w której to na sam szczyt wdrapała się Stina Blackstenius. Ta ostatnia okazała się też bezkonkurencyjna w zestawieniu punktowym, choć tuż za jej plecami usadowił się tercet Rolfö – Kosovare AsllaniJohanna Kaneryd.

Kolejny rok z rzędu najwierniejszą żołnierką w armii Gerhardssona okazała się Stina Blackstenius, zaliczając na boisku komplet siedemnastu spotkań. Podobnym wyczynem pochwalić może się wyłącznie Johanna Kaneryd, co jedynie potwierdza nieco kontrowersyjną tezę, że stolicą szwedzkiej piłki jest na tę chwilę Londyn. Szesnaście występów w niebiesko-żółtych barwach to tegoroczny dorobek Filippy Angeldal, zaś Jonna Andersson, Nathalie Björn oraz Magdalena Eriksson zapisały na swoich kontach po piętnaście reprezentacyjnych gier.

A postawą której ze szwedzkich kadrowiczek zachwycaliśmy się najbardziej i najczęściej? Cóż, tutaj opinie jak zwykle bywają mocno subiektywne, ale według ocen szwedzkapilka.com tą najlepszą w roku kalendarzowym 2023 okazała się Elin Rubensson (średnia not 6.27; 11 ocenianych występów), natomiast kolejne miejsca w zestawieniu przypadły Fridolinie Rolfö (6.10; 10), Filippie Angeldal (5.88; 16), Nathalie Björn (5.80; 15) oraz Johannie Kaneryd (5.80; 15).

Liga Narodów – po kolejce (5-6)

uwnl


Wydarzenia tygodnia

Liga, liga i po lidze. No, a przynajmniej po jej zasadniczej fazie. Na jesień z piłkarską Ligą Narodów czekaliśmy z wielkimi oczekiwaniami i nawet jeśli niekoniecznie wszystko wyglądało w stu procentach perfekcyjnie, to nie ma co ukrywać, że w porównaniu do towarzyszących nam przez kilkanaście ostatnich lat, rozgrywanych według kompletnie bezsensownego klucza eliminacji wielkich imprez, niewątpliwie wykonaliśmy przynajmniej kilka kroków we właściwym kierunku. A emocjonujące starcia zespołów o zbliżonym potencjale sportowym nie tylko przyniosły nam odpowiedzi na sporo nurtujących pytań, ale i pokazały na kogo w najbliższym czasie warto zwrócić baczniejszą uwagę, a kto dla odmiany pływa w zasadzie bez bielizny. I wszystko to są wnioski, z których można, a nawet trzeba wyciągnąć jakieś lekcje na przyszłość, nawet jeśli dla niektórych, mocno przyzwyczajonych do wygrywania ekip, nie są one przesadnie miłe i przyjemne.

Sporo kwestii można więc niewątpliwie chwalić, ale grudzień z Ligą Narodów przyniósł nam także wiele niepotrzebnych kontrowersji, wśród których na pierwszy plan wysunęły się te powiązane z połączeniem nowego cyklu z europejskimi kwalifikacjami do rozgrywanych latem przyszłego roku Igrzysk. Jak doskonale wiadomo, na turnieju finałowym we Francji prawo gry posiada reprezentacja Wielkiej Brytanii, ale w jej imieniu o awans biją się prowadzone przez Sarinę Wiegman Angielki. I cały terminarz ułożył się tak nieszczęśliwie, że w ostatniej serii spotkań grupowych aktualne wicemistrzynie świata udały się do Glasgow, gdzie przyszło im zmierzyć się ze zdegradowaną już z najwyższej dywizji Szkocją. A ponieważ, wobec fiaska referendum niepodległościowego sprzed kilku lat, szkockie kadrowiczki niezmiennie pozostają obywatelkami Wielkiej Brytanii, to na przykład taka Erin Cuthbert w teorii mogłaby kombinować, że ewentualna wysoka porażka z Anglią może otworzyć jej bramę do zaprezentowania się za kilka miesięcy na olimpijskiej arenie. I tak, są to oczywiście daleko idące dywagacje, ale na przyszłość, choćby tylko dla higieny ducha sportowej rywalizacji, takiego konfliktu interesów warto jednak unikać. Szczególnie, że mądrzejsi o wydarzenia z wtorkowego wieczoru, wszyscy czujemy chyba w tym temacie jeszcze większy niesmak. A w celu uczynienia rywalizacji bardziej sprawiedliwą nie trzeba przecież przesadnie wiele wysiłku, wystarczy tylko szczypta wyobraźni, umiejętnego planowania oraz zdrowego rozsądku.

Chłodnym kalkulacjom ostatecznie nie trzeba było poświęcać więcej uwagi ze względu na to, że prowadzone do kolejnych zwycięstw przez dynamiczną Lineth Beerensteyn Holenderki zrewanżowały się sąsiadkom z Belgii za niespodziewaną, wrześniową porażkę w derbach Beneluksu, choć na gola pieczętującego ostatecznie pierwsze miejsce w grupie musiały czekać aż do piątej minuty doliczonego czasu gry. Finisz w wykonaniu pomocniczki Olympique Lyon Damaris Egurroli okazał się jednak wyjątkowo spektakularny, dzięki czemu podopieczne trenera Jonckera wykonały swoją część zadania i choć podczas pełnej niespodziewanych zwrotów akcji rywalizacji w grupie A1 nie brakowało delikatnych potknięć ze strony Pomarańczowych Lwic, to właśnie one mogą ostatecznie witać nowy, 2024 rok jako finalistki premierowej edycji Ligi Narodów. O obsadzie dwóch ostatnich miejsc w lutowym Final Four decydowały bezpośrednie potyczki pomiędzy zainteresowanymi ekipami i w obu faworytki nie pozostawiły najmniejszych wątpliwości aspirującym pretendentkom. W nadbałtyckim Rostocku Niemki rozbiły niepokonaną dotąd Danię 3-0, a szybkie gole autorstwa niezniszczalnej Alexandry Popp oraz jej klubowej koleżanki Mariny Hegering sprawiły, że dwukrotne mistrzynie świata kontrolowały przebieg boiskowych wydarzeń w zasadzie od pierwszego gwizdka. Równie jednostronny obraz miała konfrontacja Francji z Austrią na Roazhon Park w Rennes, które w pewnym sensie ustawiło trafienie doświadczonej Amandine Henry już w piątej minucie spotkania. W dalszej fazie meczu prowadzenie gospodyń podwyższyły jeszcze Eugenie Le Sommer oraz Marie-Antoinette Katoto, dzięki czemu Francuzki nie tylko definitywnie rozstrzygnęły kwestię awansu, ale dodatkowo pozostały jedynym niepokonanym zespołem w najwyższej dywizji Ligi Narodów i status ten podtrzymały już do końca rywalizacji grupowej, dzięki skromnemu, wyjazdowemu zwycięstwu nad Portugalią.

A co tam słychać w naszej grupie A4? Przecież tutaj również działy się rzeczy i nawet fenomenalny występ Athenei del Castillo nie pozwolił hiszpańskim mistrzyniom świata uniknąć sensacyjnej porażki na własnym boisku z Włoszkami. Ewidentnie odmienione pod wodzą nowego selekcjonera Andrei Soncina Azzurre miały oczywiście na stadionie w Pontevedrze mnóstwo szczęścia, ale tego wieczora los najwyraźniej postanowił zwrócić im to, co niewątpliwie zabrał w dwumeczu ze Szwecją, w którym to zawodniczki z Italii zasłużyły na przynajmniej cztery punkty. Możemy zatem zaryzykować stwierdzenie, że końcowa kolejność w tabeli całkowicie oddaje ostatecznie to, co oglądaliśmy w ostatnich miesiącach na boisku, a rozpoczynające się niebawem eliminacje EURO ’25 zapowiadają się na tak otwarte i nieprzewidywalne jak nigdy wcześniej. I bardzo dobrze, bo przecież w tej zabawie chodzi przede wszystkim o to, aby zachęcić do niej jak najwięcej uczestników. A nie da się ukryć, że lista chętnych do tego, aby za niespełna dwa lata nie tylko pojechać na piłkarskie wakacje do Szwajcarii, ale wręcz powalczyć w finałach ME o konkretne cele, wydaje się być dłuższa niż ktokolwiek mógł to przewidzieć.


Grupa A1

a1

b1


Grupa A2

a2

b2


Grupa A3

a3

b3


Grupa A4

a4

b4

Porażka w piąteczek, piąteczka we wtorek

contentmedium

Salma Paralluelo zdecydowanie potrafi strzelać gole szwedzkim bramkarkom. Kolejna okazja już za tydzień (Fot. Bildbyrån)

Czy na bawiącej się w ten grudniowy wieczór zaskakująco dobrze La Rosaledzie rzeczywiście byliśmy o krok od sprawienia sporej niespodzianki? Z jednej strony tak to mogło wyglądać, bo przecież jeszcze na dwanaście minut przed końcem regulaminowego czasu gry na tablicy wyników utrzymywał się korzystny dla nas rezultat, którego żadną logiką nie dało się racjonalnie wytłumaczyć. Ktoś inny nie bez racji zauważy jednak, że jeśli jedziesz na teren mistrzyń świata i pozwalasz im oddać trzydzieści strzałów w kierunku twojej bramki, z czego dokładnie połowa leci w jej światło, to trudno w ogóle rozpoczynać jakąkolwiek dyskusję o przyzwoitym występie. Tak, czy inaczej, pierwsza połowa dzisiejszego meczu byłą prawdopodobnie najlepszą w wykonaniu szwedzkich piłkarek w tej edycji Ligi Narodów, a prawdopodobnie najważniejsza dla dalszych losów rywalizacji sytuacja miała miejsce tuż po rozpoczęciu drugiej części gry. Wtedy właśnie podopieczne Petera Gerhardssona zdecydowały się na kilka chwil bardziej odważnego pressingu, rozgrywająca do tamtego momentu kapitalne zawody Johanna Kaneryd zapędziła się z piłką aż pod linię końcową i przytomnie odegrała do nabiegającej z głębi pola Stiny Blackstenius. Napastniczka londyńskiego Arsenalu znalazła się w naprawdę dogodnej pozycji do oddania strzału, ale ten zatrzymał się ostatecznie jedynie na poprzeczce, a próba dobitki w wykonaniu Amandy Ilestedt przestraszyć mogła jedynie kibiców siedzących w dalszych rzędach trybun. Ewentualny gol sprawiłby, że Szwedki odskoczyłyby na trzybramkowe prowadzenie, co nie dość, że zapewniłoby wyraźnie okazalszy bufor bezpieczeństwa, to jeszcze pozwoliłoby przynajmniej na chwilę wybić rozpędzające się gospodynie z uderzenia. W takich meczach takie okazje trzeba po prostu wykorzystywać, bo w przeciwnym wypadku sprawy przybiorą zdecydowanie mniej przyjemny obrót, o czym sami przekonaliśmy się dosłownie kilkadziesiąt sekund później. Olga Carmona doskonale wypatrzyła na dalszym słupku Atheneę del Castillo i po błyskawicznej akcji zawodniczek madryckiego Realu zamiast spodziewanego 4-1 zrobiło się 3-2. A w ostatnim kwadransie dzieła zniszczenia niepotrafiącej nawiązać równorzędnej walki w tej fazie meczu reprezentacji Szwecji dopełniły już piłkarki Barcelony, z niezawodną Marioną Caldentey na czele, choć hiszpańskiej publiczności doskonale przedstawiła się także dziewiętnastoletnia pomocniczka Valencii Fiamma Ianuzzi.

Dziś obędzie się jednak bez większych słów krytyki, bo na nie przyjdzie czas w czekającym nas już w przyszłym tygodniu podsumowaniu reprezentacyjnego roku. Tutaj dla odmiany skupimy się więc głównie na pozytywach, bo tym razem naprawdę da się znaleźć aspekty, za które naszym kadrowiczkom należą się słowa równie ciepłe co hiszpańska zima (porównanie o tyle na miejscu, że w obu kwestiach jest to ciepło relatywne). Po pierwsze: Johanna Kaneryd. Nie możemy się dziwić, że 26-letnia skrzydłowa tej jesieni regularnie występuje w wyjściowej jedenastce jednego z trzech najlepszych klubów świata. Dziś znów dała nam próbkę swoich nieprzeciętnych umiejętności i choć koniec końców pozostawiła nas z delikatnym niedosytem, to w jej przypadku naprawdę nie możemy się doczekać tego, co przyniosą najbliższe miesiące. Bo co do tego, że potencjalnie może być jeszcze lepiej, nie mamy oczywiście najmniejszych wątpliwości. Po drugie: duet Zigiotti – Angeldal w środku pola. Dopóki graliśmy w tym zestawieniu, ani trochę nie były nam straszne nawet Jennifer Hermoso z Teresą Abelleirą. I znów forma prezentowana w rozgrywkach ligowych znalazła przełożenie na kadrę, gdyż Zigiotti właśnie rozgrywa swoją najlepszą rundę od czasu przeprowadzki na Wyspy Brytyjskie, natomiast Angeldal odgrywa coraz ważniejszą rolę w naszpikowanej głośnymi nazwiskami drugiej linii Manchesteru City. Duet podstawowych, środkowych pomocniczek obie panie stworzyły w zasadzie po raz pierwszy, ale choć zostały rzucone w ten sposób na niezwykle głęboką wodę, to zdecydowanie w niej nie utonęły. Po trzecie: dwa gole z gry. W starciach z Włoszkami i Szwajcarkami wiele razy byliśmy zmuszeni uciekać się do broni ostatecznej, jaką niewątpliwie stanowią stałe fragmenty. Dziś także podtrzymaliśmy chlubną tradycję zaskakiwania rywalek w ten właśnie sposób, ale gole numer dwa i trzy to już całkowicie pełnoprawne akcje z tzw. ruchomej piłki. W obu udział wzięła napędzająca szwedzką maszynę Kaneryd, ale nie sposób nie docenić także roli Kosovare Asllani oraz tego, że Stina Blackstenius przejściowo przypomniała sobie, że środkowa napastniczka może odegrać bardzo przydatną rolę nie tylko wówczas, gdy akurat trzeba oddać strzał. Pamiętacie czasy, gdy wszyscy byliśmy tak bardzo pełni uznania dla boiskowej inteligencji zawodniczki Arsenalu, że nazwaliśmy ją najbardziej wartościową snajperką z pozycji dziewięć i pół? Cóż, mając w pamięci ostatnie miesiące łatwo było ten fakt wymazać z pamięci, ale w Maladze wreszcie obejrzeliśmy przebłyski ze starych, zdecydowanie lepszych czasów. Jasne, chciałoby się więcej, ale i z małych rzeczy trzeba się przecież podobno cieszyć.

Grudniowe zgrupowanie zamykamy zatem z bilansem dwóch porażek, sześciu straconych goli oraz perspektywy baraży o prawo gry w ścieżce A zbliżających się wielkimi krokami eliminacji EURO ’25. W tych ostatnich przyjdzie nam zmierzyć się w dwumeczu z kimś z kwartetu: Węgry, Chorwacja, Serbia, Bośnia i jeśli unikniemy w tym zestawie rywalizacji z Jeleną Cankovic i koleżankami, to nawet w aktualnym stanie osobowym (oraz mentalnym) tej drużyny sportowo powinniśmy sobie z tym wyzwaniem w miarę gładko poradzić. Niezmiennie jednak wyrażamy nadzieję, że selekcjoner wraz ze swoim sztabem potraktują nadejście nowego roku jako otwarcie zupełnie nowego rozdziału w dziejach tego zespołu, bo jeśli wciąż będziemy próbowali przeciągać złotą erę w nieskończoność, to jedynym efektem takich działań może okazać się nieintencjonalna przemiana złota w tombak. A takiego czegoś bardzo nie chcielibyśmy oglądać. Podobnie zresztą jak wpuszczania na plac gry Rosy Kafaji w 90. minucie przy wyniku 3-5, bowiem taki ruch nie miał zbyt wiele wspólnego ani z rozsądkiem, ani z taktyką, ani tym bardziej z przyzwoitością. To już naprawdę więcej sensu miałoby pożegnanie symbolicznym występem Caroline Seger, która sama zresztą otwarcie przyznała, że oczekiwała dziś przynajmniej krótkiego epizodu na boisku. Póki co czekamy jednak na poniedziałkowe losowanie, aby już w pełni rozpocząć operację EURO, o które miejmy nadzieję powalczymy w trochę odmienionym składzie. Trzymajcie się, do następnego razu!

espswe

Kolejny stracony dzień

suiswe2

W ten sposób padł gol, który zapewnił Szwajcarkom premierowe punkty w Lidze Narodów (Fot. Bildbyrån)

Czy można uparcie powtarzać tę samą czynność i oczekiwać przy tym innych rezultatów? Oczywiście. Czy jest to jakkolwiek rozsądna taktyka? Tutaj zdania byłyby już podzielone, bo w szwedzkim sztabie szkoleniowym ewidentnie hołdują teorii, że faktycznie ma to sens. W praktyce jednak piąty mecz Ligi Narodów ponownie pokazał nam dokładnie tę samą wersję kadry Petera Gerhardssona i nie był to niestety miły dla oka obrazek. Raz jeszcze obejrzeliśmy bowiem zespół będący zbieraniną zawodniczek o sporym potencjale indywidualnym (choć w dużej części już w wersji post-prime), całkowicie pozbawiony jednak pasji, błysku i pozytywnego impulsu, którego ta grupa piłkarek od dłuższego już czasu ewidentnie potrzebuje niczym tlenu. Paradoksalnie, dzisiejszy mecz w Lucernie wcale nie był najgorszym popisem naszych kadrowiczek w ostatnich miesiącach pod względem sportowym. Podstawowa różnica polega jednak na tym, że o ile w dwumeczu z Włoszkami, czy w starciu z Helwetkami na Gamla Ullevi wchodziły nam stałe fragmenty, tak dziś futbolówka nijak nie chciała wpadać do bramki strzeżonej przez Elvirę Herzog. Sama gra wyglądała jednak równie topornie, co zwykle i nie ma przypadku w tym, że zarówno na mundialu, jak i w okresie bezpośrednio po nim, naszą najlepszą snajperką niezmiennie pozostaje stoperka.

O samym meczu napisać możemy tyle, że gospodynie na prowadzenie powinny wyjść jeszcze przed upływem sześćdziesięciu sekund gry, ale Geraldine Reuteler w nieprawdopodobny sposób zmarnowała niemal stuprocentową, bramkową okazję. Równie szybko nadeszła jednak konkretna odpowiedź ze strony Nathalie Björn, a po chwili szwajcarską golkiperkę RB Lipsk przetestowała Madelen Janogy. Rozgrywany przy uporczywie padającym śniegu mecz rozpoczął się zatem na niezwykle wysokiej intensywności, ale to naszym rywalkom jako pierwszym udało się podczas tej szalonej wymiany wyprowadzić celny cios. W szóstej minucie dokonała tego niechciana latem w Barcelonie Ana Maria Crnogorcevic, która zresztą miała w szwedzkim polu karnym tyle wolnego miejsca, że chyba sama była takim stanem rzeczy zaskoczona. Jak się jednak miało okazać, skonfundowanych twarzy było tego wieczora na Swissporarenie zdecydowanie więcej, gdyż teoretycznie podrażnione szybko straconym golem Szwedki ani trochę nie przypominały zespołu pragnącego błyskawicznie zatrzeć niekorzystne wrażenie. Trochę mocniej na szwajcarską defensywę udało się wreszcie nacisnąć w okolicach… dwudziestej minuty drugiej połowy, kiedy to gospodynie zaczynały powoli opadać z sił, a Gerhardsson ratował się wprowadzaniem na plac gry pierwszych zmienniczek. I rzeczywiście, Amanda Nildén, a nieco później również Matilda Vinberg oraz Anna Sandberg wniosły do gry sporo ożywienia, ale odwrócić niekorzystnego wyniku tym razem się niestety nie udało. Choć pomocniczka mistrzowskiego Hammarby była tego niezwykle bliska, gdy futbolówka po jej strzale odbiła się od wewnętrznej części słupka i wyszła w pole. Choć z perspektywy czasu, to może stało się nawet i bardziej sprawiedliwie, gdyż to Helwetki swoją boiskową postawą zdecydowanie bardziej zasłużyły na to, aby po ostatnim gwizdku cieszyć się z kompletu punktów. I bynajmniej nie dlatego, że miały więcej z gry, lecz dlatego, że wykazały zdecydowanie więcej determinacji, aby po to zwycięstwo sięgnąć. Tymczasowy selekcjoner Reto Gertschen zaliczył więc tym samym debiut marzeń, gdyż chyba nawet on nie spodziewał się, że już w pierwszym podejściu poprowadzi do trzech punktów zespół, który od mniej więcej dwóch lat nie potrafi w oficjalnym meczu pokonać żadnego poważnego rywala. Bo tak, pomimo wszelkich słów krytyki szwedzką kadrę wciąż postrzegamy w tych kategoriach.

Możemy oczywiście na siłę wyciągać, że przebłyski lepszej gry miały dziś Angeldal, czy Kaneryd, bo akurat tę dwójkę jak najbardziej widzimy w rolach liderek nowego zespołu, który właśnie w tej chwili powinien nabierać na naszych oczach kształtu. Stosunkowo przyzwoite momenty, szczególnie w swojej ofensywnej wersji, miała także Nathalie Björn, która całościowo zaliczyła jednak niesamowicie nierówny występ. Inna sprawa, że do teraz nie rozumiemy, dlaczego Gerhardsson zdecydował się wystawić wspomnianą Björn na prawej stronie formacji obronnej, podczas gdy w środku pola dzielnie biegała Hanna Lundkvist. Wydaje się, że zdecydowanie bardziej intuicyjna byłaby dokładnie odwrotna konfiguracja, ale sztab szkoleniowy najwyraźniej zdecydował inaczej. I jak się okazało: racji chyba jednak nie miał. Takie wyciąganie pojedynczych wisienek z reprezentacyjnego tortu wydaje się jednak kompletnie bezcelowe, gdyż mi osobiście z pokrytą śniegiem, zimową Lucerną na zawsze kojarzyć się będzie kompletnie inny obrazek. Pamiętacie może złość Rosy Kafaji, czy Mariki Bergman Lundin, gdy trener Lind zdecydował się ściągnąć je z boiska przy niekorzystnym wyniku kluczowego meczu z Hammarby? A może kojarzycie wzrok kapitanki beniaminka z Norrköping My Cato, gdy ta wychodziła z tunelu na rozgrywane przy wypełnionej po brzegi Platinumcars Arenie derby Östergötland? No właśnie, tam od razu dało się dostrzec bezgraniczną pasję do futbolu i gotowość rywalizacji o każdy milimetr murawy. Tymczasem schodzące z placu gry w Lucernie reprezentantki Szwecji swoją mową ciała zdradzały przede wszystkim rezygnację oraz chęć jak najszybszego założenia ciepłej kurtki i napicia się ciepłego napoju. Jasne, mamy zimę i każdemu o tej porze roku (o innej zresztą też) ma prawo być zimno. Tego oczywistego faktu nikt nie będzie ani oceniać, ani tym bardziej kontestować. Tyle tylko, że na przykład w równie bliskim mi środowisku teatralnym istnieje dość popularne powiedzenie, że jedynie artysta głodny to artysta płodny. A doświadczenie wyniesione z kilkunastu lat podróży po światowych stadionach przekonało mnie, że słowa te możemy z powodzeniem odnosić również do futbolu. Podstawowy problem polega jednak na tym, że kadra Gerhardssona od wielu miesięcy sprawia wrażenie nawet nie sytej, co ociężałej z przejedzenia. A Kaneryd i Angeldal, pomimo najszczerszych chęci, we dwójkę tego wózka nie pociągną dalej niż do zwycięskich baraży o pozostanie w najwyższej dywizji. Bo mając na uwadze niespodziewany triumf Włoszek na hiszpańskiej ziemi, perspektywa lutowej rywalizacji z Węgrami czy inną Słowacją, stała się właśnie niezwykle realnym scenariuszem.

suiswe