Powiedzmy to w twarz: ten awans będzie wasz!

1697871745BB231018MB076

Ta piękna historia rozpoczęła się na stadionie w holenderskim Enschede. A gdzie i kiedy się zakończy? (Fot. BK Häcken)

Przed tygodniem prezes BK Häcken Marcus Jodin nieco żartobliwie rzucił na konferencji prasowej, że mocno rozczarował go brak większego zainteresowania mediów konfrontacją jego zespołu z Paris FC. Mówiąc bardziej konkretnie, właściciel klubu z Hisingen dziwił się, że bardzo niewiele pojawiło się w przestrzeni publicznej zapowiedzi, analiz i szeroko rozumianej publicystyki, która w założeniu miałaby rozbudzić zainteresowanie meczem niewątpliwie z perspektywy szwedzkiej piłki klubowej historycznym. Bezbramkowy remis w konfrontacji z francuskimi rywalkami dał nam jednak szansę, aby to niedopatrzenie błyskawicznie naprawić, więc dziś – na kilka godzin przed rozpoczęciem boju o wszystko w Madrycie – podkreślamy z pełną mocą i dumą, że oto nadszedł dzień, w którym wicemistrzynie Damallsvenskan mają szansę dokonać rzeczy absolutnie niebywałej. Jesienią cieszyliśmy się, że po raz pierwszy w historii klub z naszej ligi zdołał awansować do fazy grupowej Champions League przez zdecydowanie bardziej wymagającą ścieżkę ligową, ale dosłownie za chwilę może się okazać, że bynajmniej nie było to w wykonaniu zawodniczek z Västergötland ostatnie słowo. Bo pomimo wielu zawirowań kadrowych, rozczarowującego finiszu krajowej kampanii, czy wreszcie niemal najgorszego z możliwych losowania, zawodniczki Häcken mogą dziś wieczorem przedłużyć przynajmniej do wiosny przygodę, która według wszelkich prognoz miała zakończyć się gdzieś w okolicach połowy października. Przyznacie, że brzmi to dumnie, prawda?

Czy jest sens jeszcze raz zagłębiać się w tabelę i analizować wszystkie możliwe scenariusze? Zdecydowanie nie, bo przecież bez pomyłki potrafilibyśmy wyrecytować je nawet wybudzeni z głębokiego snu w środku nocy. Do pełni szczęścia piłkarki Häcken potrzebują albo zwycięstwa w Madrycie (szacowane prawdopodobieństwo według średniego kursu proponowanego przez bukmacherów wynosi obecnie ~14.1%), albo przynajmniej jednego punktu przywiezionego z Paryża przez pewną już pierwszego miejsca w grupie londyńską Chelsea (prawdopodobieństwo ~76.6%). Mając te dane, miłośnicy matematyki są już bez większego trudu w stanie obliczyć, że niemal dokładnie cztery na pięć symulacji wypluwa nam taki układ końcowej tabeli, w którym to przedstawiciele Häcken udadzą się 6. lutego na losowanie mające na celu wyłonienie ćwierćfinałowego rywala dla wicemistrzyń Szwecji. Swoją tytaniczną pracą, niebywałym zaangażowaniem i skutecznym odwracaniem sytuacji beznadziejnych, podopieczne libańskiego szkoleniowca Maka Adama Linda przeszły drogę od zespołu skazywanego z niemal osiemdziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem na odpadnięcie już w kwalifikacjach, do drużyny dosłownie stojącej u progu awansu do najlepszej ósemki tegorocznej Ligi Mistrzyń. Do wykonania pozostał już tylko jeden, ostatni krok, ale jeśli ktoś ma nadzieję, że oto dziś czeka nas spokojne, bezstresowe popołudnie i wieczór, to doradzałbym jednak te założenia prewencyjnie odrzucić. Bo mając w pamięci wydarzenia z Enschede, Paryża, Londynu, czy wreszcie ubiegłotygodniowego starcia na Bravida Arenie, niemal pewni możemy być tylko i wyłącznie tego, że piłkarki Häcken raz jeszcze zafundują nam futbolowy horror. Oby tylko z podobnym zakończeniem, co wszystkie dotychczasowe…

Co ciekawe, wszyscy grupowi rywale Häcken zamknęli miniony weekend w całkiem dobrych nastrojach. Madrycki Real skromnie pokonał na wyjeździe Athletic Bilbao po golu Naomie Feller (kapitalna asysta Oihane Hernandez), zupełnie niepotrzebnie fundując sobie w ostatnim kwadransie meczu niemałą nerwówkę. Piłkarki ze stolicy były bowiem zdecydowanie lepsze od rywalek z Kraju Basków w niemal każdym elemencie gry i jedynie fantastyczna dyspozycja Adriany Nanclares w bramce gospodyń sprawiła, że wynik rywalizacji był w zasadzie do ostatniej minuty czasu doliczonego sprawą otwartą. Samo zwycięstwo w Bilbao okazało się jednak z perspektywy Realu o tyle cenne, że punkty straciły w tej kolejce… wszystkie bezpośrednie konkurentki Las Blancas w wyścigu o wicemistrzostwo Ligi F, czyli Levante, Atletico oraz stołeczny CFF. Jeszcze bardziej przekonująco na obcych stadionach wygrywały w sobotę również Chelsea oraz Paris FC. Podopieczne Emmy Hayes kwestię trzech punktów w rywalizacji z Brightonem zamknęły w pierwszym kwadransie po przerwie, kiedy to całkiem skądinąd efektownym dubletem popisała się niezawodna Lauren James. Jeszcze dłużej na gola swoich piłkarek czekali sympatycy ekipy prowadzonej przez Sandrine Soubeyrand, ale ich cierpliwość została wynagrodzona w 71. minucie, kiedy to po raz pierwszy na francuskich boiskach na listę strzelczyń wpisała się Słowenka Kaja Korosec. W samej końcówce drugie trafienie dołożyła jeszcze legenda PFC Gaetane Thiney, pieczętując w ten sposób awans swojego zespołu do ćwierćfinału Pucharu Francji. My jednak, nie życząc oczywiście źle nikomu, wyrażamy głęboką nadzieję, że będzie to jedyny ćwierćfinał, jakim w najbliższej przyszłości będą musieli się na Stade Sébastien Charléty kłopotać.

Dziesięć porażek i wystarczy

kadowaki

Mai Kadowaki wreszcie doczekała się swojego premierowego gola w fazie grupowej Ligi Mistrzyń (Fot. FC Rosengård)

Wczoraj pasjonowaliśmy się niesamowitą walką piłkarek Häcken o miejsce w najlepszej ósemce tegorocznej edycji Ligi Mistrzyń, dziś za sprawą klubu z Malmö czekały nas emocje całkowicie innego typu. I to nie tylko ze względu na to, że trzynastokrotne mistrzynie Szwecji jeszcze w starym roku skutecznie pozbawiły się choćby matematycznych szans na awans do kolejnej fazy rozgrywek. Drużyna ze stolicy Skanii znalazła się bowiem w stosunkowo pilnej potrzebie zdefiniowania się na nowo i szybkiego odnalezienia się w rzeczywistości, w której nie jest się już niepodważalnym numerem jeden w kraju, a za chwilę być może i w regionie. W tej sytuacji ratowanie i tak przegranej dawno temu europejskiej misji nie znajdowało się zapewne na szczycie listy priorytetów, ale przełamanie passy dziesięciu porażek z rzędu w fazie grupowej z pewnością znacząco poprawiłoby mocno nadwątlone jesienną serią niefortunnych zdarzeń morale w klubowej szatni. Do tego wszystkiego dochodziły jeszcze oczywiście kwestie ambicjonalne, a także chęć zrewanżowania się mistrzyniom Portugalii za wydarzenia z listopada, kiedy to starcie na stadionie w Seixal powinny rozstrzygnąć Bea Sprung lub Mai Kadowaki, lecz zamiast nich dokonała tego – rzecz jasna po przeciwnej stronie boiska – idolka lizbońskich trybun, 21-letnia wychowanka Benfiki Kika Nazareth.

Czwartkowy wieczór przez mniej więcej czterdzieści minut był jednak dla kibiców z Malmö niczym kojący balsam na skołatane nerwy. Piłkarki ze Skanii nie dość, że ani trochę nie przypominały bezradnego i pozbawionego energii zespołu sprzed kilku tygodni, to jeszcze potrafiły zaprezentować coś ekstra, dzięki czemu najwierniejsi sympatycy Rosengård jeszcze przed upływem inauguracyjnego kwadransa przeżyli swoją chwilę radości. Mierzony strzał Olivii Schough z jej ulubionej pozycji tuż przed linią pola karnego był niewątpliwie ozdobą tej części gry, ale należy z pełną mocą podkreślić, że bramkowa akcja była następstwem nadspodziewanie przemyślanej postawy całego zespołu. Pressing i dokładne zgranie futbolówki przez Sofie Bredgaard, podprowadzenie piłki w wykonaniu Bei Sprung, czy wreszcie przytomna asysta Rii Öling złożyły się na coś, co bez wielkiej przesady możemy nazwać najbardziej udanym momentem fazy grupowej z perspektywy fanów FCR. Na pojedynczym przebłysku popisy gospodyń się jednak nie skończyły, gdyż niemal do końca pierwszej połowy to właśnie podopieczne Ievy Cederström i Joela Kjetselberga zdawały się mieć boiskowe wydarzenia pod całkowitą kontrolą. Wracająca do gry po przerwie spowodowanej kontuzją Halimatu Ayinde wraz z przywoływaną już wcześniej Öling skutecznie wybijały z głów pomocniczek Benfiki próby kombinacyjnej gry, a śmigające po skrzydłach w ekipie mistrzyń Portugalii Jessica Silva i Andrea Falcon ani trochę nie przypominały zawodniczek występujących w niedalekiej przeszłości w Olympique Lyon czy Barcelonie. Gościnie z Lizbony bramce Rosengård konkretnie zagroziły dopiero tuż przed przerwą, ale sytuacje te nie wynikały bynajmniej z piłkarskiego kunsztu zawodniczek z Półwyspu Iberyjskiego, lecz z prostych, indywidualnych błędów odpowiednio Emmy Jansson oraz Jessiki Wik. Na szczęście dla miejscowych, w obu przypadkach obyło się bez poważniejszych konsekwencji.

Wznowienia gry piłkarki, trenerzy i kibice Rosengård mogli się jednak obawiać z przynajmniej dwóch powodów. Po pierwsze, historia dotychczasowych potyczek obu ekip jednoznacznie wskazywała, że zespół z Lizbony zdecydowanie lepiej prezentuje się po przerwie. Po drugie, wczorajsza konfrontacja Häcken z rywalkami z Paryża jasno pokazała jak trudno rozegrać dziewięćdziesiąt minut na maksymalnej koncentracji i intensywności drużynie znajdującej się całkowicie poza meczowym rytmem. Czy w istocie było czego się bać? Cóż, w pewnym sensie tak, gdyż podopiecznym trenerki Filipy Patao wystarczyło niespełna pięć minut, aby niekorzystny dla siebie rezultat odwrócić o sto osiemdziesiąt stopni. Najpierw stan rywalizacji wyrównała najsilniejsza karta w talii gościń, czyli Jessica Silva, która zachowała najwięcej zimnej krwi w podbramkowym zamierzaniu po tym, gdy poprzeczkę bramki Rosengård obiła Andreia Faria. Jako się rzekło, remis na tablicy wyników nie utrzymał się jednak długo, gdyż jeszcze jeden tego dnia kardynalny błąd popełniła Emma Jansson, a mająca za sobą występy między innymi w Linköping Marie-Yasmine d’Anjou z podarowanego na tacy prezentu postanowiła bezlitośnie skorzystać. Niektórzy będą zapewne podnosić w tym miejscu fakt, że była piłkarka Hammarby z konieczności występowała dziś na kompletnie obcej dla siebie pozycji, ale dwa takie kiksy w odstępie kilkunastu minut na tym poziomie po prostu nie mają prawa się zdarzyć. Na szczęście dla miejscowych fanów, Rosengård tym razem naprawdę zagrał do końca, dzięki czemu jedenastej z rzędu pucharowej porażki udało się koniec końców uniknąć. Raz jeszcze perfekcyjną asystą popisała się najbardziej aktywna w szeregach gospodyń Ria Öling, a na listę strzelczyń po długim wyczekiwaniu w pełni zasłużenie wpisała się Mai Kadowaki. Podział punktów oznaczał tyle, że zawodniczki z Lizbony nie mogły rozpocząć celebracji historycznego awansu bezpośrednio po ostatnim gwizdku pani Ivany Martincic, a brakowało naprawdę niewiele, aby murawę Malmö Idrottsplats przyszło im opuszczać w jeszcze bardziej minorowych nastrojach. W doliczonym czasie gry ponownie zagotowało się bowiem w szesnastce Lany Pauels, ale sprytnego dośrodkowania Bredgaard nie udało się zamienić na zwycięskiego gola żadnej z jej koleżanek. Pierwszy podniesiony z murawy Ligi Mistrzyń punkcik i tak jest jednak czymś, co zdecydowanie warto docenić i uszanować. Szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie okoliczności, w których został on ostatecznie przez najbardziej utytułowany szwedzki klub wywalczony.

fcrben


Tabele grup LM:

Coraz bliżej celu

larisey

Kanadyjka Clarissa Larisey pokazała się na Bravida Arenie z bardzo dobrej strony (Fot. Bildbyrån)

Na ten wieczór, na ten dzień, na ten być może jedyny i niepowtarzalny moment kibice obu stojących u progu dokonania czegoś absolutnie historycznego klubów czekali z narastającym niepokojem. W Hisingen obawiano się przede wszystkim mocno niefortunnego terminu meczu, a także potencjalnej zimowej wyprzedaży kadry, która dopiero co każdym kolejnym pucharowym występem wprawiała w niekłamany zachwyt całą piłkarską Europę. We francuskiej stolicy z niepokojem wysłuchiwano za to coraz to nowych komunikatów meteorologicznych, uprzejmie donoszących, że oto na zachodnim wybrzeżu Szwecji niezmiennie wieje silny wiatr, a odczuwalna temperatura późnym wieczorem waha się w okolicach dwudziestu kresek poniżej zera. Wspólnym dla obu obozów zmartwieniem były ponadto kwestie natury zdrowotnej, gdyż nie da się ukryć, że w ostatnich miesiącach kontuzje i choroby skutecznie zdziesiątkowały kadrę niejednego klubu, bezlitośnie niwecząc w ten sposób ambitne, sportowe plany. Na szczęście los okazał się ostatecznie umiarkowanie łaskawy, dzięki czemu udało się uniknąć zarówno plagi urazów, jak i ekstremalnych doznań pogodowych, w związku z czym kwestię awansu jednego z zespołów do ćwierćfinału obecnej edycji Ligi Mistrzyń rozstrzygnąć miało wyłącznie boisko. I nawet jeśli jego płyta koniec końców znajdowała się w stanie dalekim od idealnego (bo o tej porze roku zwyczajnie nie da się inaczej), to przynajmniej mogliśmy żywić nadzieję, że o najważniejszych rozstrzygnięciach w grupie D zdecydują przede wszystkim aspekty piłkarskie, a nie czysty przypadek lub krótkowzroczność decydentów z UEFA. Cóż, na początek dobre i to…

Gdy jednak wybrzmiał pierwszy gwizdek rumuńskiej sędzi, przestaliśmy kłopotać się takimi drobnostkami jak kontrowersyjne decyzje działaczy, bo od tej chwili liczyło się tylko i wyłącznie to, co na murawie. A na niej nie serwowano nam bynajmniej wybitnego spektaklu, co najbardziej dobitnie podkreśla fakt, iż na pierwszy konkret pod którąkolwiek z bramek musieliśmy poczekać aż do dwudziestej minuty. Jak już się jednak doczekaliśmy, to asystentka pani Demetrescu, do spółki ze stoperką z Paryża Teninssoun Sissoko, zaserwowały nam prawdziwe trzęsienie ziemi. A sekwencja wydarzeń była następująca: pozyskana z Turbine Poczdam defensorka, jak najbardziej słusznie przekonana o tym, że zagrywana przez Clarissę Larisey futbolówka całym obwodem przekroczyła linię bramkową, zdecydowała się zatrzymać piłkę ręką we własnym polu karnym. Ku zaskoczeniu nawet miejscowych zawodniczek, pani arbiter wskazała jednak pewnym gestem na jedenasty metr i ani myślała słuchać w tej sprawie głośnych i energicznych protestów gościń z Francji. Przed wymarzoną wręcz szansą na otwarcie wyniku stanęła więc Rosa Kafaji, ale liderka ofensywy Häcken tym razem przegrała piłkarską wojnę nerwów z Chiamaką Nnadozie, która tym samym kolejny już raz stała się postacią dla Paris FC absolutnie kluczową. Kilka chwil później gospodynie stworzyły sobie jeszcze jedną naprawdę dogodną okazję, kiedy to zaledwie dwa perfekcyjne, prostopadłe podania wystarczyły, aby puścić w bój dynamiczną Monicę Jusu Bah. Występująca do niedawna w Umeå dwudziestoletnia skrzydłowa bez większego trudu poradziła sobie w pojedynku biegowym ze zdecydowanie bardziej od niej doświadczoną Julie Soyer, ale o ile pod względem szybkości wszystko się u młodzieżowej reprezentantki Szwecji zgadzało, o tyle co do precyzji strzału mogliśmy już zgłaszać zastrzeżenia. Trzeci zespół francuskiej Division 1 mocniej przycisnął dopiero w samej końcówce pierwszej części gry, ale to podopieczne trenera Linda mogły schodzić do szatni zdecydowanie bardziej ukontentowane. Po pierwsze, na tablicy wyników wciąż widniał w pełni akceptowalny z ich perspektywy rezultat. Po drugie, to one były przed przerwą zdecydowanie bliższe tego, aby choć raz pokonać golkiperkę rywalek.

Druga połowa rozpoczęła się zresztą równie obiecująco, gdyż wspomniana Jusu Bah raz jeszcze postanowiła sprawdzić czujność nigeryjskiej golkiperki z Paryża i ponownie górą wyszła z tej konfrontacji ta ostatnia. Kolejne minuty to już jednak coraz większa dominacja gościń, które jedynie w pierwszym kwadransie po wznowieniu gry oddały na bramkę Jennifer Falk dwa razy więcej strzałów niż w początkowych 45 minutach. Inna sprawa, że zawodniczki Häcken nierzadko same prowokowały to zagrożenie, zupełnie niepotrzebnie bawiąc się futbolówką na wysokości własnego pola karnego. Bo nawet jeśli próbę cierpliwego rozegrania akcji od formacji defensywnej zawsze cenić będziemy wyżej niż rozpaczliwe wybijanie byle dalej, to piłkarki z Bravida Areny wykazywały się w tym temacie zbyt daleko posuniętą konsekwencją, w efekcie czego trochę niefrasobliwe zagrania Rybrink, Luik, czy Fossdalsy rozgrzewały miejscowych kibiców lepiej niż mocna kawa połączona z napojem energetycznym. Na szczęście dla gospodyń, trzeci zespół Division 1 z otrzymanych prezentów skorzystać ostatecznie nie potrafił, choć serca niewątpliwie biły nam wszystkim zdecydowanie szybciej, gdy Falk wygrywała pojedynek sam na sam z Gaetanane Thiney, a pozostawiona kompletnie bez opieki Clara Mateo w sobie tylko znany sposób przeniosła futbolówkę nad poprzeczką szwedzkiej bramki. Trenerka Sandrine Soubeyrand próbowała jeszcze szukać zwycięskiego gola, dokonując w składzie swojego zespołu kilku ciekawych roszad personalnych. Na murawie pojawiły się kolejno bramkostrzelna Mathilde Bourdieu, nieobliczalna Kaja Korosec, czy wreszcie uznawana za wielki, choć jeszcze nieoszlifowany w pełni talent Malween N’Dongala, ale tego wieczora żadnej z nich nie dane było wystąpić na pucharowej scenie w roli nieoczywistej bohaterki. Dość nieoczekiwanie, zdecydowanie najbliżej tego zaszczytu znalazła się w doliczonym czasie gry rezerwowa Häcken Ruby Grant, ale z jej strzałem – co nie będzie zapewne wielkim zaskoczeniem – także poradziła sobie Nnadozie, a to z kolei równało się z tym, że zimowy bój o ćwierćfinał nie doczekał się ostatecznie rozstrzygnięcia.

Bezbramkowy remis oznacza wprawdzie, że fani z Hisingen muszą chwilowo schować przygotowane uprzednio szampany z powrotem do lodówki, ale perspektywa awansu Häcken do najlepszej ósemki Ligi Mistrzyń cały czas przedstawia się więcej niż obiecująco. Upragniony ćwierćfinał stanie się bowiem faktem, jeżeli za tydzień spełniony zostanie przynajmniej jeden z dwóch warunków, którymi są zwycięstwo podopiecznych Maka Linda w Madrycie oraz brak zwycięstwa Paris FC nad londyńską Chelsea. I o ile scenariusz idealny zakłada, że wicemistrzynie Szwecji zafundują sobie triumfalny powrót z hiszpańskiej stolicy, o tyle chyba nieco bardziej realny wydaje się na ten moment awans wywalczony przy delikatnej pomocy liderek FA WSL. Jakkolwiek by się to jednak nie skończyło, pucharowa wiosna na Bravida Arenie wciąż pozostaje w pełni realną wizją, co samo w sobie jest już chyba najlepszą nagrodą dla wszystkich utożsamiających się na co dzień z klubem z zachodniego wybrzeża.

bkhpfc

Będzie zabawa, będzie się działo

1699206279BB231105MT066

Rywalizacja piłkarek Hammarby i Häcken ponownie rozpali wyobraźnię kibiców w całym kraju (Fot. Bildbyrån)

Epidemiczna rzeczywistość sprawiła, że piłkarski kalendarz był w ostatnich kilkunastu miesiącach napakowany niemal do granic zdrowego rozsądku, a zdarzały się tygodnie, w których owe granice zostały niebezpiecznie przekroczone. Brak awansu kadrowiczek Petera Gerhardssona na Igrzyska w Paryżu sprawił, że przez krótką chwilę rok 2024 w szwedzkim futbolu zapowiadał się jako pierwszy od dłuższego czasu nieco spokojniejszy okres. Szybko okazało się jednak, że o żadnym stanie przejściowym mowy być nie może, a emocji o maksymalnym natężeniu nie powinno nam zabraknąć zarówno na niwie klubowej, jak i reprezentacyjnej. Cała karuzela zostanie tym razem wprawiona w ruch wyjątkowo szybko, gdyż już w najbliższą środę na Bravida Arenie może napisać się wspaniała historia nie tylko z perspektywy klubu z Hisingen. A później? Oj, też będzie się działo, więc chyba warto sobie to wszystko właściwie uporządkować, zaznaczając w podręcznym kalendarzu te najważniejsze z perspektywy szwedzkiego kibica daty. A tych ostatnich, nawet wobec braku głównej, wielkiej imprezy, o dziwo nie zabraknie o każdej porze roku. I bardzo dobrze, bo chyba wszyscy tak w środku lubimy, gdy sporo się dzieje.

Liga Mistrzyń 2023-24

Spójrzmy prawdzie w oczy: logika podpowiadała, że na tym etapie będzie już z perspektywy naszych zespołów po zabawie, ale piłkarki z Hisingen miały na ten temat zdecydowanie inne zdanie i z niebywałą wręcz konsekwencją postanowiły swój plan zrealizować. Nie będziemy wracać w tym miejscu do niezapomnianych wieczorów w Enschede, Paryżu i Londynie, bo choć istotnie otworzyły one drzwi do napisania fenomenalnej historii, to w tej chwili skupić powinniśmy się wyłącznie na tym, co przed nami. A tutaj sprawy mają się o tyle przejrzyście, że kwestia awansu do ćwierćfinału powinna rozstrzygnąć się w bezpośrednim starciu Häcken z Paris FC, które to już pojutrze odbędzie się na Bravida Arenie w Hisingen. Zwycięstwo podopiecznych trenera Maka Adama Linda będzie równoznaczne z przypieczętowaniem przez wicemistrzynie Szwecji przynajmniej drugiego miejsca w grupie, podział punktów zagwarantuje im niezwykle komfortową pozycję przed ostatnią serią spotkań, a ewentualna porażka sprawi, że to zawodniczki ze stolicy Francji znajdą się w zdecydowanie korzystniejszym położeniu i to one będą miały swój los wyłącznie w swoich rękach. Nie ma co ukrywać, że papierowymi faworytkami ekspertów i bukmacherów pozostają piłkarki prowadzone przez legendarną Sandrine Soubeyrand, które zresztą już po Nowym Roku zdążyły pokazać się z całkiem niezłej strony na krajowych boiskach. Pewne zwycięstwo nad Bordeaux (3-0 i kapitalny mecz Julie Dufour), a także trochę pechowa, wyjazdowa porażka z wielkim Olympique Lyon (na decydującego gola autorstwa Ady Hegerberg trzeba było poczekać aż do 85. minuty) dały jasny sygnał, że jesienna eksplozja formy Paris FC nie była bynajmniej zjawiskiem tymczasowym, ale ekipa z Västergötland takich wyzwań absolutnie się nie boi. I nawet jeśli końcówka stycznia to ze szwedzkiej perspektywy chyba najgorszy możliwy termin na rozgrywanie tak kluczowego meczu, to Osy z Hisingen z pewnością przystąpią do boiskowej rywalizacji z jasnym, klarownym celem. A czy uda się go zrealizować, to już zupełnie osobny temat…

Dla porządku dodajmy, że swój udział w tegorocznej edycji Ligi Mistrzyń kontynuować będą także piłkarki FC Rosengård, które na awans nie mają już nawet szans czysto matematycznych. Drużyna ze stolicy Skanii przeciwko Benfice oraz Frankfurtowi zagra jednak nie tylko o prestiż, bo w grze będą niesamowicie ważne punkty do rankingu krajowego, a także chęć przerwania passy dziesięciu porażek w zasadniczej fazie europejskich rozgrywek. Wynik ten jest jednocześnie absolutnym rekordem nowej ery Ligi Mistrzyń, ale niekoniecznie życzylibyśmy sobie, aby szwedzkie kluby znajdowały się na czele akurat takich klasyfikacji.

O ile Rosengård na pewno pożegna się z europejskim graniem jeszcze przed końcem tego miesiąca, o tyle pucharowa przygoda Häcken wciąż może nieoczekiwanie przedłużyć się do wiosny. A skoro tak, to warto zanotować, że ćwierćfinały obecnej edycji Ligi Mistrzyń zaplanowano na 19.-20. oraz 27.-28. marca, półfinały odbędą się w dniach 20.-21. oraz 27.-28. kwietnia, zaś finał, którego gospodarzem będzie stadion San Mames w hiszpańskim Bilbao, wyznaczono na sobotę, 25. maja.

Reprezentacja A 2024

Fiasko w premierowej edycji Ligi Narodów sprawiło, że kadrowiczki Petera Gerhardssona wciąż nie są pewne występu w ścieżce A eliminacji EURO ’25. To znaczy, tak przynajmniej wygląda to w teorii, bo chyba nikt nie zakłada na poważnie scenariusza, w którym lutowy dwumecz z Bośnią i Hercegowiną miałby zakończyć się inaczej niż pewnym zwycięstwem trzeciej ekipy ubiegłorocznego mundialu. Potyczki w Zenicy i Sztokholmie będą jednak pierwszym testem przed trwającą od kwietnia do lipca zasadniczą fazą eliminacji i choćby z tej przyczyny warto podejść do nich z pełną koncentracją i zaangażowaniem.

W samych eliminacjach czeka nas natomiast klasyczna, czterozespołowa grupa, sześć spotkań do rozegrania i cel w postaci zajęcia przynajmniej drugiego miejsca na koniec zmagań. Dwa pierwsze zespoły wywalczą bowiem prawo gry w szwajcarskich finałach EURO ’25, natomiast ekipom z miejsc 3-4 pozostanie szukać ostatniej szansy w jesiennych, dwuetapowych barażach. I nawet jeśli założymy, że największych potentatów w nich zabraknie, to jednak tej przyjemności akurat dobrze byłoby sobie oszczędzić. Tym bardziej, że o ile wpadki z Bośnią na serio pod uwagę jeszcze na tym etapie nie bierzemy, o tyle odprawienie takiej Islandii czy Irlandii wcale nie byłoby już aż taką oczywistością. A to właśnie przeciwnik tej klasy mógłby czekać nas w potencjalnym finale baraży.

Drogę na szwajcarskie boiska znacząco może nam ułatwić losowanie grup eliminacyjnych, które z oczywistych względów odbędzie się już po lutowym okienku reprezentacyjnym. W wersji skrajnie pesymistycznej może czekać nas na przykład grupa z Hiszpanią i Anglią, a w takiej konfiguracji walka o przynajmniej drugie miejsce jawiłaby się jako zadanie z gatunku tych niemal niewykonalnych. Z nieco większym spokojem wyczekiwalibyśmy za to starć z Holandią oraz Austrią lub Włochami, choć ani przez chwilę nie powinniśmy zapominać, że nie ma ani krzty przypadku z tym, że każda z wymienionych tu ekip z jakichś konkretnych powodów znalazła się w wyższym koszyku niż reprezentacja Szwecji.

Puchar Szwecji 2023-24

Wszystko rozpocznie się już 9. marca i przez cztery kolejne weekendy będziemy emocjonować się najpierw trzema seriami rozgrywek grupowych, a następnie rozgrywanymi w formie pojedynczych meczów półfinałami. Ich zwycięzcy zmierzą się natomiast w zaplanowanym na 1. maja finale w nieznanej jeszcze lokalizacji (jest ona uzależniona od tego, które zespoły awansują do tej fazy rozgrywek).

Mocno kontrowersyjny sposób dobierania drużyn do poszczególnych grup sprawia, że już w tej fazie nie zabraknie meczów wzbudzających ponadprzeciętne zainteresowanie kibiców. Pierwszego dnia zmagań czekają nas bowiem między innymi derby Sztokholmu, w których to mistrzynie z Hammarby podejmą przebudowane i poszukujące swojej nowej tożsamości Djurgården. Na dalekiej Północy ostrzą sobie za to apetyty na rywalizację Umeå i Piteå, które już 16. marca spróbują odpowiedzieć na pytanie, kto na ten moment piłkarsko rządzi w tej części kraju. Lokalne święta już tradycyjnie czekają także na fanów ze Skanii, choć sympatycy Rosengård z być może jeszcze większą niecierpliwością wyczekują okazji ku temu, aby zrewanżować się rywalkom z Linköping za wszystkie doznane w ubiegłym roku krzywdy. A czekać nie będzie trzeba przesadnie długo, gdyż to właśnie rywalizacja LFC vs FCR otworzy nam zmagania w grupie oznaczonej cyfrą dwa.

Damallsvenskan 2024

Tym razem ligowa kampania rozpocznie się nieco później niż w ostatnich latach i mając na uwadze panujące w naszej części kontynentu warunki pogodowe trzeba chyba odebrać ten fakt jako przebłysk rozsądku osób decyzyjnych. Los sprawił, że 13. kwietnia o godzinie 13:00, w meczu otwarcia nowego, pierwszoligowego sezonu zmierzą się zespoły Brommy i Linköping, co samo w sobie nie jest raczej gwarancją niesamowicie efektownego widowiska. Tym bardziej, że wszystko odbywać się będzie na Grimsta Idrottsplats, a nie oszukujmy się: zdecydowanie nie jest to najbardziej tętniący życiem obiekt piłkarski w Szwecji. Bardzo jednak prawdopodobne, że to właśnie na nim zostanie w tym roku strzelony pierwszy, ligowy gol, choć jeśli jakimś cudem starcie dwunastej ekipy poprzedniego sezonu z trzecią zakończy się bezbramkowym remisem, to szansę na rozwiązanie worka z bramkami będą miały między innymi obrończynie mistrzowskiego tytułu z Hammarby, które dokładnie dwie godziny później zainaugurują swój sezon na Behrn Arenie w Örebro.

Pobieżna analiza każe nam przypuszczać, że w tym sezonie czeka nas łagodne wejście w sezon, gdyż pierwsza seria spotkań zdecydowanie nie obrodziła w potencjalne hity. Najciekawsze w teorii starcie czeka nas w Malmö, gdzie Rosengård zmierzy się z lokalnymi rywalkami z Vittsjö, z którymi na ligowym gruncie nie przegrał jeszcze nigdy w historii. Wiele wskazuje na to, że i tym razem gospodynie będą w tym zestawieniu faworytkami, choć pewną ciekawostką jest fakt, że wchodzimy właśnie w trzecią dekadę stycznia, a w obu wspomnianych klubach na stanowisku głównego trenera mamy obecnie wakat. Równie interesująco zapowiada się także rywalizacja na Skytteholms IP, gdzie podejmujący jeszcze jedną próbę zadomowienia się w najwyższej klasie rozgrywkowej AIK stanie naprzeciwko rozpoczynającego właśnie kompletnie nowy rozdział swojej historii Kristianstad z niedoświadczonym Danielem Angergårdem u steru. Absolutny beniaminek z Trelleborga rozpocznie granie w Damallsvenskan na Stadionie Olimpijskim w Sztokholmie, a swój premierowy, domowy mecz zawodniczki z portowego miasta rozegrają 21. kwietnia przeciwko Piteå. Będzie to jednocześnie pierwsza, ale zdecydowanie nie ostatnia tej wiosny ligowa konfrontacja Północy z Południem.

MME – Skania 2024

Swój turniej wiosną bieżącego roku będą miały także reprezentantki Szwecji z rocznika -07, które w pierwszej połowie maja wystąpią w roli gospodyń w finałach mistrzostw Europy do lat 17. Cała impreza odbędzie się na dwóch stadionach w Skanii (Malmö Idrottsplats oraz Klostergårdens Idrottsplats), do młodych Szwedek dołączy siedem zwyciężczyń drugiej fazy eliminacyjnej, a mecze tej fazy zaplanowano na przełom lutego i marca 2024. W poprzednim cyklu złote medale w tej kategorii wiekowej wywalczyły Francuzki, ale to Niemki i Hiszpanki mogą pochwalić się zdecydowanie największymi sukcesami w historii czempionatu siedemnastolatek. Piłkarki tych dwóch nacji zwyciężały łącznie w dwunastu spośród czternastu dotychczasowych edycji finałów MME.

Szansę na udział w turnieju finałowym cały czas zachowuje także kadra do lat 19 z rocznika -05, ale podopieczne trenera Andersa Bengtssona zdecydowanie nie miały szczęścia w losowaniu grupy eliminacyjnej i o awans do rozgrywanego na Litwie final-eight przyjdzie im rywalizować między innymi z rówieśniczkami z Niemiec.

Liga Mistrzyń 2024-25

Choć nie było to cały czas aż tak oczywiste, Damallsvenskan skutecznie obroniła lokatę w czołowej szóstce rankingu krajowego, w związku z czym aż trzy szwedzkie kluby przystąpią do eliminacji kolejnej edycji piłkarskiej Ligi Mistrzyń. Zdecydowanie najwcześniej, bo już na początku września, swoją pucharową przygodę rozpoczną zawodniczki z Linköping i niestety na tę chwilę wiele wskazuje na to, że będzie to opowieść bardzo krótka, a do tego bez szczęśliwego zakończenia. Zdecydowanie więcej nadziei pokładamy natomiast w tandemie Hammarby – Häcken, bo w przypadku tych klubów awans do fazy grupowej oznaczać będzie tylko i aż jeden wygrany dwumecz. Pewnego rodzaju trudnością pozostaje fakt, że oba nasze kluby z prawdopodobieństwem bliskim pewności będą w decydującej fazie kwalifikacji nierozstawione, a to z kolei wiąże się z koniecznością rywalizacji z teoretycznie silniejszym przeciwnikiem. W ścieżce mistrzowskiej (nią kroczyć będzie Hammarby) w skrajnie wymagającym scenariuszu może to oznaczać rywala pokroju Romy, Benfiki lub Twente, zaś w ścieżce ligowej (to akurat droga Häcken) przedstawicielki Damallsvenskan mogą zostać przetestowane przez między innymi Manchester City, Juventus czy PSG. Cóż, łatwo z całą pewnością nie będzie, ale od kogo mielibyśmy wymagać rzeczy w teorii nieprawdopodobnych, jeśli nie od naszego nowego, eksportowego duetu?

Zimowy raport transferowy

momoko

Pozyskanie japońskiej pomocniczki przez Rosengård to póki co największy hit szwedzkiego okienka transferowego (fot. FC Rosengård)

Nowy rok – nowa liga? No, może nie zapędzajmy się od razu aż tak daleko, ale nie da się ukryć, że w naszej, nordyckiej rzeczywistości znaczenie zimowego okienka transferowego wydaje się być nieporównywalnie większe niż w ligach od lat grających zdecydowanie bardziej spopularyzowanym na kontynencie systemem jesień-wiosna. Z tego właśnie powodu grudniowe i styczniowe poranki od lat rozpoczynamy od nasłuchiwania najnowszych, transferowych wieści, gdyż to właśnie one w największym stopniu wpływają na bieżącą ocenę potencjału każdej spośród czternastu ekip Damallsvenskan. Tym razem, ze względu na dłuższą niż mogliśmy przypuszczać europejską przygodę BK Häcken, ze szczególną uwagą przyglądaliśmy się poczynaniom włodarzy klubu z Bravida Areny, ale Sztokholm czy Malmö również ani na moment nie dawały nam o sobie zapomnieć. Choć zdecydowanie najbardziej spektakularne noworoczne porządki dokonały się akurat w Örebro, co ku rozpaczy większości fanów futbolu z Närke, staje się już powoli swego rodzaju niepisaną tradycją.

Wróćmy jednak do Hisingen, gdzie na dokładnie tydzień przed prawdopodobnie najważniejszym jak dotąd meczem w całej historii tej obchodzącej nie tak dawno pięćdziesiątą rocznicę powstania franczyzy panuje… niezmącony niczym spokój. Zimowy obóz w Hiszpanii przebiegł bez poważniejszych zakłóceń, z klubem nie pożegnała się żadna z kluczowych zawodniczek, a transfery przychodzące Alice Bergström oraz Matildy Nildén doskonale wpisują się w długofalową strategię klubu. Sytuacja jest oczywiście dynamiczna i niewykluczone, że jeden klocek domina może w dowolnej chwili zburzyć tu bardzo wiele, ale gdyby udało się dotrwać w obecnym składzie personalnym do rewanżowego starcia z Paris FC, to bojowo nastawione Osy z zachodniego wybrzeża zdecydowanie dadzą sobie w ten sposób szansę na napisanie historii równie wspaniałej, co niewiarygodnej. Co ciekawe, Häcken godnego konkurenta spodziewać się może nie tylko w Europie, ale i na krajowym podwórku, gdyż opromienione blaskiem wywalczonego dopiero co dubletu Hammarby także tej zimy nie próżnuje, a bilans zysków i strat przedstawia się w Södermalm cokolwiek obiecująco. Aby to dostrzec, trzeba jednak zajrzeć pod powierzchnię, gdyż opinia publiczna w ostatnich miesiącach żyła głównie historiami zawodniczek co i rusz opuszczających szeregi Bajen. I o ile nie da się ukryć, że nazwiska Hamano, Janogy i Vinberg stanowiły w ekipie ze Sztokholmu sporą wartość dodaną, o tyle akurat każdą z nich jak najbardziej da się bez uszczerbku na sportowej jakości zastąpić. A uzupełnienie kadry pierwszoplanowymi gwiazdami norweskiej Toppserien oraz wyróżniającymi się na boiskach Damallsvenskan Stiną Lennartsson i Klarą Folkesson jak najbardziej robi wrażenie, podobnie zresztą jak związanie się długimi umowami z MVP tegorocznych zmagań Anną Tamminen, najbardziej ekscytująca napastniczką młodego pokolenia Ellen Wangerheim, czy wreszcie stanowiącym naprawdę solidny monolit defensywnym tercetem Carlsson – Boye – Nyström. Jedynym znakiem zapytania może być w przypadku obrończyń tytułu zmiana na stanowisku pierwszego trenera, ale oferta, którą już po noworocznych celebracjach otrzymał Pablo Pinones-Arce, była podobno z gatunku tych, których zwyczajnie się nie odrzuca.

Zdecydowanie przedwczesne okazały się głosy o rychłym pogrzebie FC Rosengård. Trzynastokrotne mistrzynie Szwecji wciąż żyją, mają się całkiem nieźle i nawet potrafią przeprowadzić najbardziej ekscytujący transfer tej zimy. Bo nie sposób rozpatrywać w innych kategoriach pozyskania japońskiej rozgrywającej Momoko Tanikawy, która u siebie w kraju cieszy się zdecydowanie większą estymą niż chociażby robiące ostatnimi czasy furorę na naszych boiskach Momiki, Hamano, czy Kadowaki. Tak, w stolicy Skanii niezmiennie mają mnóstwo nierozwiązanych problemów, trenerka Ieva Cederström 31. stycznia oficjalnie żegna się z posadą, a poszukiwania jej następczyni (lub następcy) wciąż się nie zakończyły, ale nawet w tym położeniu Rosengård jawi się nam jako poważny kandydat do ligowego podium i wszyscy bylibyśmy chyba więcej niż zaskoczeni, gdyby ekipie z Malmö przytrafił się drugi z rzędu tak katastrofalny rok. Choć z drugiej strony rzeczywistości nie da się tak do końca w nieskończoność zakłamywać: o ile w najbliższych miesiącach najbardziej utytułowany szwedzki klub cały czas będzie przynależeć do wąskiej, krajowej czołówki, o tyle z każdym kolejnym sezonem utrzymanie tego statusu stanie się wyzwaniem coraz bardziej wymagającym i jedynie od skuteczności (lub jej braku) klubowych włodarzy zależeć będzie to, czy legenda Rosengård zestarzeje się pięknie, czy wręcz odwrotnie.

Pozostałe kluby z naszego zwyczajowego TOP-6 w połowie stycznia znalazły się natomiast na mniejszym lub większym minusie. Nowa era w Kristianstad rozpoczęła się od hucznego pożegnania trenerskiej legendy Elisabet Gunnarsdottir, która to według doniesień angielskich mediów wydaje się być mocną kandydatką do objęcia sterów w jednym w potentatów FA WSL. Jej następca, zaledwie 25-letni Daniel Angergård, dysponować będzie mocno odmłodzoną kadrą i choć nazwiska Loeck, Petrovic, czy Eiriksdottir niezmiennie gwarantują pewien stały poziom, to nie da się ukryć, że tę drużynę trzeba będzie w jakimś sensie wymyślić na nowo już bez udziału tak charyzmatycznych postaci jak Mia Carlsson, Therese Ivarsson, czy Evelyne Viens. Misja ta wydaje się być niełatwa, ale kto wie, czy przed jeszcze trudniejszą nie stanie w Linköping hiszpański szkoleniowiec Rafael Roldan. Bo nawet jeśli w kadrze LFC wciąż znajdziemy królową strzelczyń Damallsvenskan z poprzedniego sezonu Cornelię Kapocs, czy rywalizującą z nią do ostatniej serii spotkań o Złotego Buta Cathinkę Tandberg, to już siła rażenia drugiej linii wydaje się zagadnieniem mocno problematycznym. Kibice w Östergötland trzymają oczywiście kciuki, aby Vilma Koivisto do spółki z uznawaną za nieoszlifowany diament Irene Dirdal skutecznie wypełniły lukę powstałą po odejściu japońskiego duetu Momiki – Takarada, ale… łatwo z pewnością im nie będzie i wyłącznie z grzeczności nie nawiążemy w tym miejscu do Mission Impossible. Jeszcze większy ból głowy mają w Vittsjö, gdyż decyzję o zakończeniu niezwykle bogatej kariery podjęła Clara Markstedt, a gwiazdorski tercet rodem z Australii rozjechał się po kraju i świecie. Nadzieją fanów futbolu w najsłynniejszej, piłkarskiej wsi pozostaje za to Heidi Kollanen, bo jeśli tylko fińska napastniczka harmonijnie odnajdzie się w nowej szatni, to niewykluczone, że z rozpędu okaże się ona jedną z najgłośniejszych gwiazd tegorocznej, ligowej kampanii.

Jeśli chodzi o pozostałe ekipy, to nie będziemy aż w takich detalach zaglądać do gabinetów i korytarzy każdej z nich. Na uwagę zasługują jednak rozważne ruchy transferowe w Norrköping i ani trochę nie zdziwimy się, jeśli to właśnie ubiegłoroczny beniaminek okaże się tym razem pozytywną rewelacją sezonu. Papiery na wielkie granie już teraz na Platinumcars Arenie jak najbardziej są, a Fanny Andersson czy Elin Rombing mogą jedynie pomóc w wykonaniu kolejnego kroku do wytyczonego w chwili wywalczenia promocji do Damallsvenskan niezwykle ambitnego celu. Na zdecydowanie szersze przewietrzenie kadr zdecydowali się tej zimy w Växjö i Örebro, ale transferowe ruchy tych dwóch klubów zbliżone były jedynie pod względem skali. O ile bowiem trener Unogård będzie miał w najbliższej przyszłości okazję współpracować z kilkoma naprawdę ciekawymi piłkarkami (Nielsdottir, Svanström, Østergaard), które mogą okazać się skuteczną odpowiedzią na stratę Hensley Hancuff, czy Evelyn Ijeh, o tyle Rickard Johansson trzeci raz musi budować wszystko od podstaw i ponownie wymaga się, aby uczynił to w trybie mocno oszczędnościowym. Strategia odważna, czy może nierozważna? Ocenimy jak zawsze w okolicach połowy listopada. W Djurgården stawiają na jakość z norweskiej Toppserien oraz terapię szokową sygnowaną nazwiskiem Marcelo Fernandeza, w AIK liczą na to, że tym razem uda się uniknąć bolesnych błędów z przeszłości, a w Trelleborgu pilnują, aby na dobre nie zatracić się w euforii, bo przecież po zakończeniu obecnego sezonu będzie trzeba jeszcze rozegrać kolejny. I wcale nie musi być to taktyka straceńcza, co właśnie udowodniła nam bijąca się do ostatniej chwili o utrzymanie Uppsala. W portowym mieście w Skanii z pewnością nie obraziliby się na powtórkę z rozrywki, choć rzecz jasna najlepiej z nieco zmodyfikowanym zakończeniem w postaci pozostania absolutnego beniaminka w gronie pierwszoligowców.