Remis na własne życzenie

matilda

Matilda Vinberg bezlitośnie kręciła na lewej flance walijską defensywą (Fot. SvFF)

Stary, majestatyczny stadion we Wrexham widział i słyszał już tak wiele, że dzisiejsza konfrontacja piłkarskich reprezentacji Walii i Szwecji z pewnością nie zapisze się jakkolwiek w jego annałach. Momenty owszem były, lecz zarówno intensywności, jak i efektywnej gry było w tym wszystkim zdecydowanie mniej niż w miniony piątek w duńskim Odense. Co gorsza, patrząc z naszej perspektywy tym razem nie zgadzał się także sam wynik, choć bardzo długo mogło się wydawać, że podopieczne Petera Gerhardssona mają to spotkanie pod całkowitą kontrolą. Tego wrażenia nie udało się jednak przekuć na odpowiedni dorobek bramkowy, a splot niefortunnych zdarzeń w końcowej fazie meczu sprawił, że to gospodynie mogły nawet ostatecznie sięgnąć po pełną pulę. Na nasze szczęście, w zasadzie niezatrudniana wcześniej tego wieczora Jennifer Falk w efektowny sposób poradziła sobie z kąśliwym strzałem Ceri Holland, dzięki czemu jeden punkcik w tabeli Ligi Narodów udało się nam uratować. W przeciwieństwie do dobrych, towarzyszących nam od niedawnej, duńskiej wiktorii nastrojów, które niestety musiały ustąpić miejsca rozczarowaniu i ogólnemu niezrozumieniu otaczającej naszą kadrę rzeczywistości.

Pierwsza połowa meczu upłynęła nam bez większych wzruszeń, a jeśli one się już pojawiały, to w centrum wydarzeń zazwyczaj znajdowała się Matilda Vinberg. Pozytywnie zmotywowana 21-latka z londyńskiego Tottenhamu wystąpiła dziś w wyjściowej jedenastce w miejsce Fridoliny Rolfö i szybko przekonaliśmy się, że bez dwóch zdań to będzie jej mecz. A w sposób najmniej humanitarny dowiedziała się o tym fakcie raz po raz wkręcana w murawę Charlotte Estcourt, nad którą w przerwie zlitowała się wreszcie selekcjonerka Rhian Wilkinson, ściągając ją z tej zdecydowanie mało przyjemnej, boiskowej karuzeli. To właśnie od kapitalnego zagrania Vinberg rozpoczęła się bramkowa akcja reprezentacji Szwecji, którą strzałem z najbliższej odległości sfinalizowała ostatecznie Filippa Angeldal. Zawodniczkę madryckiego Realu także wypadałoby jednak pochwalić, bo choć samo uderzenie do przesadnie trudnych się nie zaliczało, to jednak fakt znalezienia się we właściwym miejscu o właściwym czasie docenić już warto. A pomocniczka wicemistrzyń Hiszpanii nie dość, że poszła za akcją do końca, to jeszcze zachowała przytomność umysłu po katastrofalnej interwencji Olivii Clark i odebrała za to w pełni zasłużoną nagrodę. To ostatnie tyczy się zresztą całego, szwedzkiego zespołu, który może nie zdominował rywalek z Wysp Brytyjskich w sposób bezdyskusyjny, ale metodyczną postawą nie pozwalał im na stworzeni choćby minimalnego zagrożenia pod bramką Jennifer Falk, samemu podkreślając od czasu do czasu wyższą, piłkarską jakość.

Według podobnego scenariusza przebiegał także inauguracyjny kwadrans drugiej odsłony i mona było odnieść wrażenie, że nawet irytująca tradycyjną dla siebie nieskutecznością (dziś dwie zmarnowane setki) Stina Blackstenius nie przeszkodzi Szwedkom w dopisaniu drugiego wyjazdowego zwycięstwa podczas lutowego zgrupowania. Nasz sztab szkoleniowy postanowił jednak nie pomagać i najpierw decyzją trenera boisko opuściła najlepsza i najbardziej kreatywna w szeregach Blågult Matilda Vinberg, chwilę później miejsce obok niej zajęła na ławce rezerwowych waleczna Julia Zigiotti, a Walijki ewidentnie zdawały się dostrzegać w tym wszystkim swoją szansę. Ceri Holland szarpała prawym skrzydłem, Jessica Fishlock z Hanną Cain wniosły do gry gospodyń sporo ożywienia, a w najważniejszym momencie dopisało im jeszcze szczęście i dźwięk gwizdka szwajcarskiej sędzi. Bo nawet jeśli zgodzimy się co do faktu, iż w szwedzkiej szesnastce futbolówka trafiła w rękę Emmę Kullberg, to kwestia podyktowania w tej sytuacji rzutu karnego aż tak oczywista już nie była. Pani Grudnbacher wątpliwości w tej kwestii nie miała jednak żadnych, a doświadczona Kayleigh Barton tak wybornej okazji na doprowadzenie do remisu marnować nie zamierzała.

W samej końcówce Szwedki przejęły oczywiście inicjatywę, ale ofiarna postawa walijskiej defensywy (ze szczególnymi wyrazami uznania dla przodującej w tej materii Josephine Green) spowodowała, że większość tych ofensywnych prób kończyła się skutecznymi wyblokami. A ponieważ na placu gry nie było już w tym momencie także Johanny Kaneryd, to i tak często wybawiającą nas z opresji możliwość napędzania akcji prawym skrzydłem mocno sobie ograniczyliśmy. Szkoda, bo zawodniczka Chelsea również czuła się na murawie we Wrexham znakomicie i do momentu zmiany była wyróżniającą się postacią w szeregach szwedzkiej kadry. Selekcjonerskie wybory podczas dzisiejszego meczu w ogóle moglibyśmy podzielić jedynie na kontrowersyjne i całkowicie niezrozumiałe, z zastrzeżeniem, iż większość decyzji personalnych zaliczałoby się do tej ostatniej kategorii. Bo czy zdejmowanie z boiska najlepszej i znajdującej się ewidentnie w uderzeniu zawodniczki, rozbijanie doskonale współpracujących ze sobą duetów, czy wreszcie ciągłe trzymanie na ławce lub trybunach młodych, głodnych gry i doskonale dysponowanych piłkarek da się jakoś racjonalnie wytłumaczyć? Być może tak i podczas jednej z konferencji nasz selekcjoner z pewnością nie omieszka tego zrobić. Teraz, gdy boiskowe emocje wciąż jednak ani trochę nie opadły, zaakceptować takiego stanu rzeczy nie sposób. Bo nawet jeśli miałoby się okazać, że Cato, Ijeh, Wijk, Sandberg, Schröder i reszta nie okazałyby się rozwiązaniem wszelkich bolączek, to przynajmniej dajmy sobie szansę, aby się o tym przekonać. Panie Gerhardsson, nie ograniczajmy na własną prośbę swojego potencjału, niech jego ograniczaniem zajmą się sztaby naszych kolejnych rywalek.

walswe

Kto do pomocy?

julia

Julia Zigiotti zaimponowała w Odense w roli liderki szwedzkiej drugiej linii (Fot. SVT)

Nowy rok – nowa kadra? No, może nie do końca, bo aż o taką ekstrawagancję naszego szanownego selekcjonera nie podejrzewamy. Potrzeba chwili nie od dziś potrafi jednak stać się przyczyną wielu epokowych odkryć i analizując piątkowe starcie na stadionie w Odense nie sposób uciec od takiej właśnie analogii. Duet środkowych pomocniczek w osobach Hanny Bennison oraz Julii Zigiotti jawił się jako jedna wielka niewiadoma, wszak obie te zawodniczki mają w kadrze całkiem sporo do udowodnienia. Pierwsza jak dotąd nie potrafiła odkleić od siebie łatki szwedzkiej Golden Girl, nie zbliżając się nawet do poziomu mierzonego skalą jej nieprzeciętnego przecież talentu. Druga zaś jak najbardziej notowała już w barwach Blågult naprawdę udane występy, ale ani przez moment nie stanowiła dla kadry takiej wartości dodanej, jak miało to miejsce w kolejnych drużynach klubowych, ze szczególnym uwzględnieniem Häcken oraz Hammarby. Nadszedł jednak luty 2025 i – niczym w oklepanym scenariuszu kalifornijskich filmowców – dwie niespełnione sportsmenki stworzyły duet potrafiący skutecznie zneutralizować Duński Dynamit. Bennison imponowała kreatywnością, przeglądem pola i nieszablonowymi rozwiązaniami w ofensywie, z którymi rutynowane przecież rywalki nijak nie potrafiły sobie poradzić. Zigiotti harowała za trzech, sprawiała wrażenie zawodniczki obecnej jednocześnie w kilku sektorach boiska, a jej występ mógłby stanowić doskonały materiał szkoleniowy dla aspirujących piłkarek o charakterze box-to-box. Jej motoryka i nieustępliwość imponowały tym bardziej, że sił do biegania po całej długości boiska wystarczyło niemal do ostatniego gwizdka, a gdy już przytrafiła się pojedyncza strata, to dosłownie chwilę po niej zawsze następował jeszcze bardziej efektowny odbiór. Skoro jednak superbohaterki najczęściej prezentują się nam w tercetach, to kilka ciepłych słów należy skierować również pod adresem tej trzeciej. Filippa Angeldal w starciu z Danią została ustawiona pięterko wyżej niż zazwyczaj i jako opcja na dziesiątce spisała się naprawdę przyzwoicie. Oczywiście, zdarzały się sytuacje, w których górę brały wypracowane przez lata na nieco innej pozycji automatyzmy, ale największe atuty pomocniczki madryckiego Realu (antycypacja, strzał z dystansu, otwierające, prostopadłe podanie) także w tej konfiguracji zostały odpowiednio uwypuklone. Choć nad przekazywaniem pressingu oraz odpowiedzialności za konkretne strefy boiska duet Angeldal – Blackstenius będzie musiał jeszcze trochę popracować, szczególnie jeśli ich współpraca na styku dziewiątki i dziesiątki miałaby być jednym z podstawowych planów zaskoczenia grupowych rywalek na szwajcarskim EURO.

Bez solidnej drugiej linii o sukcesach w futbolu można zapomnieć. Niby oczywistość, a nie wszyscy tak na co dzień zdają sobie z tego sprawę. W ostatnich dekadach mieliśmy ten luksus, że dzięki takim zawodniczkom jak Caroline Seger, Lisa Dahlkvist, Therese Sjögran, Kosovare Asllani, wspomaganymi w razie potrzeby przez występujące w nieco innych rolach Nillę Fischer oraz Marie Hammarström, o jakość w środku pola przesadnie martwić się nie musieliśmy. W życiu, a tym bardziej w sportowej karierze, nic nie może jednak trwać wiecznie i już australijsko-nowozelandzki mundial przyniósł nam początek nowej ery szwedzkiej piłki reprezentacyjnej. Filippa Angeldal z Elin Rubensson, wspierane od przodu przez ofensywną Asllani, a od tyłu przez defensywną Nathalie Björn na Antypodach zaprezentowały się jednak na tyle olśniewająco, że ani przez moment nie tęskniliśmy za nie tak odległymi, złotymi czasami. Teoretycznie, także i w tym roku moglibyśmy zdecydować się odtworzyć identyczny zestaw personalny, lecz z oczywistych powodów nie wydaje się to obecnie scenariuszem najbardziej prawdopodobnym (choć zdecydowanie możliwym). O ile jednak liderki w osobach Johanny Kaneryd oraz Fridoliny Rolfö przypominają nam o żelaznej hierarchii w nieformalnym rankingu skrzydłowych, o tyle na pozycjach numer sześć, osiem i dziesięć optymalnego rozwiązania trzeba będzie poszukać nieco głębiej. I w tej konstelacji, obok nazwisk zupełnie oczywistych, warto rozważyć także chociażby brylującą w barwach beniaminka FA WSL Crystal Palace My Cato. Alternatywą na formację z ultradefensywną szóstką mogłaby być nie tylko zaprawiona w bojach Björn, ale także przymierzana przez Roberta Vilahamna do gry w zbliżonej roli Josefine Rybrink. Opcji kreatywnych dziesiątek mamy w odwodzie aż nadto (Kafaji, Anvegård, Vinberg), a jeśli sytuacyjnie zdecydowalibyśmy się na silną motorycznie, fałszywą napastniczkę, to przysposobić możemy tutaj nie tylko Evelyn Ijeh, czy Ellen Wangerheim, ale nawet i Stinę Blackstenius, którą przecież właśnie dzięki Gerhardssonowi pod koniec ubiegłej dekady z uśmiechem nazywaliśmy zawodniczką w stylu dziewięć i pół. A w kolejce czeka jeszcze nieszablonowa Felicia Schröder (rocznik -07), czyli dynamiczna piłkarka o kompletnie innej charakterystyce, która w roli jokerki potrafiła już pokazać się w dobrej strony na tle czołowych ekip holenderskich, angielskich, czy francuskich.

Cała ta wyliczanka doprowadza nas w zasadzie do jednej konstatacji: ze względu na czekające nas niebawem nowe rozdanie, najbliższe miesiące zapowiadają się nadzwyczaj ciekawie. Bo nawet jeśli założymy, że podczas kompletowania bandu Gerhardssona na letnie, szwajcarskie tournée górę weźmie konserwatywna natura naszego selekcjonera, to rywalizacja o wyższe miejsce w rotacji na czas po EURO tak naprawdę już się zaczęła i trwa w najlepsze. A my będziemy ją uważnie obserwować, rzetelnie analizować i trzymać kciuki, aby opisy te były utrzymane w przynajmniej tak optymistycznym tonie, jak ten po inauguracyjnym zgrupowaniu zimą 2025. Wszak Misja Brazylia realnie rozpoczęła się już w dniu zakończenia poprzedniego, czteroletniego cyklu i właśnie zbliżamy się do jej półmetka. A to najwyższy czas na wyciąganie pierwszych, mocno wstępnych, lecz niewątpliwie mających swoją wartość wniosków.

Całkiem przyjemny początek roku

rolfo

Pierwszy mecz w nowym roku okazał się naprawdę pyszną przystawką przed lipcowym daniem głównym (Fot. Bildbyrån)

Ponieważ nade wszystko cenimy sobie szczerość i transparentność, to rozpoczniemy od ustalenia pewnego, oczywistego faktu: ani trochę nie spodziewaliśmy się, że gdzieś w połowie kalendarzowej zimy piłkarskie reprezentacje Danii i Szwecji rozgrzeją nas do tego stopnia swoją boiskową postawą. Oczywiście, potyczka w Odense miała momenty lepsze i gorsze, szczególnie w jej końcowej fazie górę zaczęły brać kwestie taktyczne, ale karuzelę emocji z dwóch inauguracyjnych kwadransów z pewnością zapamiętamy na długo. Bo choć tym razem mieliśmy jedynie wczesną przystawkę do tego, co czeka nas w lipcu, to intensywność gry w pierwszej połowie zdecydowanie pozwalała nam o braku wielkiej stawki zapomnieć. A gdy akcja raz po raz przenosiła się spod jednego na drugie pole karne, już dziś czuliśmy się jak na meczu, w którym remis nie zadowala absolutnie nikogo, a do podniesienia z murawy jest przynajmniej awans do ćwierćfinału EURO.

Choć z perspektywy kolejnych wydarzeń zabrzmi do paradoksalnie, lepsze wejście w mecz zaliczyły gospodynie. To one początkowo całkowicie zdominowały statystykę posiadania piłki, metodycznie przenosząc ciężar gry w okolice bramki Jennifer Falk. Cóż jednak z tego, skoro Szwedkom wystarczyła jedna przebitka i jeden sprokurowany przez Stine Ballisager rzut rożny, aby po raz pierwszy tego wieczora uciszyć trybuny stadionu w Odense. Po pierwszym dośrodkowaniu Hanny Bennison z narożnika boiska podopiecznym trenera Jeglertza udało się jeszcze chwilowo zapobiec nieszczęściu, ale gdy kilkanaście sekund później pomocniczka turyńskiego Juventusu pospieszyła z poprawką, nabiegającej na pełnej szybkości na wprost duńskiej bramki Lindy Sembrant nie powstrzymał już nikt. A na tym nie koniec, bo już po chwili perfekcyjnym odbiorem w środku pola kolejną akcję Blågult napędziła rozgrywająca właśnie swój mecz życia Julia Zigiotti i niewiele zabrakło, aby tym razem na listę strzelczyń wpisała się Filippa Angeldal. Otwarty mecz trwał jednak w najlepsze i ledwie upłynął pierwszy kwadrans, gdy dośrodkowana z bocznego sektora futbolówka niefortunnie odbiła się od ręki Johanny Kaneryd, a jedenastkę na wyrównującego gola pewnie zamieniła Pernille Harder. Zmiana wyniku ani trochę nie zmieniła jednak obrazu meczu, obie ekipy niezmiennie preferowały grę proaktywną, a nieco bardziej konkretne były w swoich poczynaniach Szwedki. Ot, chociażby wtedy, gdy po niesygnalizowanym strzału z dystansu Angeldal piłka zatrzymała się na poprzeczce duńskiej bramki.

Do gościń należał także początek drugiej połowy, a swój naprawdę dobry moment kadrowiczki Gerhardssona udokumentowały kapitalnym strzałem Fridoliny Rolfö. Wahadłowa Barcelony wykorzystała sytuacyjne zgranie od Stiny Blackstenius i przymierzyła po dalszym słupku na tyle dokładnie, że golkiperka Växjö Maja Bay Østergaard mogła jedynie z uznaniem pokiwać głową. Ten gol okazał się o tyle cenny, że w kolejnej fazie meczu Szwedki mogły skupić się na obronie korzystnego wyniku i realizowaniu zupełnie innej części meczowego planu. To również udało się w stopniu przynajmniej zadowalającym, gdyż gospodynie tak naprawdę stać było na wykreowanie zaledwie jednej czystej sytuacji strzeleckiej, a i ona była wyłącznie następstwem indywidualnego błędu. Na nasze szczęście, Amalie Vangsgaard tego wieczora nie ustawiła swojego celownika tak dobrze, jak czyniła to w czasach gry w barwach Linköping i zamiast bolesnych konsekwencji wynikowych tym razem skończyło się na chwili strachu i kilku przyspieszonych oddechach. Podobnie wyglądał zresztą doliczony czas gry, kiedy to z jednej strony Szwedki nie potrafiły raz a dobrze oddalić niebezpieczeństwa od własnego pola karnego, lecz z drugiej konsekwentnie nie dawały swoim rywalkom przestrzeni w newralgicznych sektorach boiska. Skromne zwycięstwo jak najbardziej należy zatem uznać za w pełni zasłużone, a oprócz suchych liczb cieszyć może także styl zaprezentowany na początek nowego roku kalendarzowego. Cały czas pamiętamy jednak o tym, że moment najważniejszej próby nadejdzie dopiero w lipcu i z tą myślą udajemy się w podróż do Walii, gdzie nasze kadrowiczki czeka kolejny istotny test. Choć oczywiście dzisiejszej postawy tercetu Bennison – Angeldal – Zigiotti bez osobnego wyróżnienia nie pozostawimy, bo jeśli takie personalno-taktyczne zestawienie środka pola miało być jednym z selekcjonerskich eksperymentów, to przynajmniej na początkowym etapie jego efekty zdecydowanie przebiły chyba nawet te najbardziej optymistyczne przewidywania.

denswe

Lutowy raport transferowy

FC Rosengård i Emilie Woldvik bez większych problemów odprawiły z ośmiobramkowym bagażem partnerski klub z Kopenhagi (Fot. FCR)

Raporty z transferowego ryneczku stanowią oczywiście niezwykle istotny element zimowego menu, lecz tym razem jak dotąd ograniczaliśmy się przede wszystkim do szerokich analiz tekstowych. Od ostatniego podsumowania w szwedzkiej ekstraklasie obyło się jednak bez głośnych, medialnych hitów, więc zamiast skupiać się na pojedynczych i nie do końca kluczowych transakcjach, postanowiliśmy zebrać w jednym miejscu efekty trzech miesięcy aktywności klubowych dyrektorów, skautów i łowców talentów. A żeby było bardziej przejrzyście, dostarczamy cały ten spis w przejrzystej formie graficznej, która zdecydowanie ułatwia kreowanie własnych, subiektywnych opinii. Bo choć pokusiliśmy się o nadanie nieformalnego tytułu liderów zimowego polowania przedstawicielom beniaminka z Malmö, to każde zdanie odrębne jak zawsze szanujemy i doceniamy. Analizujcie, przyznawajcie gwiazdki według własnego uznania i bawcie się tym zimowym czasem, bo moment, gdy na szwedzkiej ziemi piłkarska karuzela znów zacznie się dynamicznie kręcić, zbliża się coraz większymi krokami, które już gdzieś z oddali nawet słychać.

UWAGA: grafiki aktualne na dzień 15. lutego 2025

Ostatni riff Petera

peter1

EURO 2025 będzie ostatnią wielką imprezą Petera Gerhardssona w roli selekcjonera szwedzkiej kadry (Fot. SvFF)

Gdy Pia Sundhage szykowała się do swojego pożegnalnego turnieju w roli selekcjonerki szwedzkiej kadry, w nagłówkach większości branżowych serwisów pojawiła się głośno lansowana zresztą przez samą zainteresowaną narracja o efektownym ostatnim tańcu. Na potrzeby obecnych realiów zmodyfikowaliśmy ją w bardzo minimalnym stopniu i to wyłącznie ze względu na jasno określone muzyczne gusta pierwszego melomana sportowej Szwecji Petera Gerhardssona. Czas pożegnań nadejdzie jednak dopiero za pół roku i choć w zasadzie bez względu na efekty szwajcarskich zmagań kadencję szkoleniowca z Uppsali ocenimy jednoznacznie pozytywnie, to ani trochę nie obrazilibyśmy się, gdyby na jej finiszu pojawił się jeszcze jeden miły akcent. Oczywiście, nie będzie to zadaniem z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych, lecz z drugiej strony… gdy na horyzoncie widać już metę, to często jesteśmy w stanie wykrzesać z siebie pokłady energii schowane tak głęboko, że sami nie zdawaliśmy sobie sprawy z ich istnienia. Dokładnie osiem lat tremu przywoływana wcześniej Sundhage zaproponowała nam taniec w rytm włosko-holenderskiego lania, niezwykle dusznej atmosfery w kadrze i wokół niej, a gdy Lieke Martens z koleżankami jak najbardziej zasłużenie wyrzucały nas za burtę turnieju, ogólnemu poczuciu beznadziei paradoksalnie towarzyszył oddech ulgi. Jak miały pokazać kolejne miesiące, był on zresztą jak najbardziej zasadny i teraz pozostaje po prostu trzymać kciuki za to, aby band Gerhardssona zaprezentował nam podczas letniej trasy koncertowej taki performance, który pięknie podsumuje nam długą, wyboistą i pełną cudownych wspomnień drogę, rozpoczętą niemal dekadę temu na zalanej jesiennym deszczem, niepozornej chorwackiej prowincji. Ta grupa ludzi regularnie dostarczała nam od tego czasu wiele powodów do wzruszeń, ale jako się rzekło – na ordery przyjdzie jeszcze czas. A póki co: drogie panie, drodzy panowie – jest robota do wykonania!

Przed szwajcarskimi wojażami Blågult rozegrają siedem spotkań kontrolnych, a sześć z nich będzie przy okazji stanowiło fazę grupową drugiej edycji piłkarskiej Ligi Narodów. Najnowsza historia pokazała, że te rozgrywki prestiżem mundialom oraz finałom EURO raczej prędko nie dorównają, ale po pierwsze stanowią one świetny poligon doświadczalny (jego gwarancją jest określona klasa przeciwniczek), po drugie zaś to na ich podstawie rozlosowane zostaną grupy eliminacji MŚ 2027 w strefie europejskiej. I z tej właśnie przyczyny lepiej znaleźć się w końcowej tabeli o oczko wyżej niż rywal, gdyż – mówiąc obrazowo – każde odniesione tej wiosny pojedyncze zwycięstwo potencjalnie skraca nam marsz w kierunku Brazylii. A przy tak dynamicznie rozwijającej się na całym kontynencie dyscyplinie, kwestia awansu na mundial nie jest już wyłącznie oczywistym obowiązkiem, o czym przynajmniej kilkoro dyżurnych uczestników wielkich imprez już niebawem się boleśnie na własnej skórze przekona. Mocno wierzymy, że w gronie tym nie znajdą się między innymi reprezentantki Szwecji i również z tego powodu apelujemy o maksymalny fokus i poważne potraktowanie wiosenno-letniego okresu przygotowawczego. Bo nawet jeśli kadencja Gerhardssona już za kilka miesięcy dobiegnie w sposób nieodwołalny końca, to w futbolu cykle życia mierzymy przede wszystkim finałami MŚ, a te czekają nas dopiero za dwa i pół roku i sympatycznie byłoby pojawić się na nich w roli uczestników, a nie jedynie bezstronnych i czynnie niezaangażowanych obserwatorów.

Cały czas piszemy o wiośnie i lecie, choć tak po prawdzie dwa pierwsze tegoroczne sprawdziany czekają nas jeszcze podczas kalendarzowej zimy. I jeśli wierzyć długoterminowym prognozom meteorologicznym, to na boiskach Danii oraz Walii warunki niekoniecznie mogą zachęcać do gry w piłkę w ostatniej dekadzie lutego. My jednak przyglądać będziemy się przede wszystkim selekcjonerskim pomysłom Gerhardssona, bo te wbrew pozorom mogą dać nam cenne wskazówki nawet w skrajnie niekorzystnych okolicznościach przyrody. A intersujących nas tematów nazbierało się przez ostatnie miesiące naprawdę całkiem sporo. Jaką rolę podczas przygotowań i ewentualnie finałów EURO będzie pełnić w tej grupie występująca (i wcale nie zachwycająca) na poziomie drugiej ligi angielskiej Kosovare Asllani? Czy Jonna Andersson niezmiennie pozostaje pierwszym wyborem na lewej obronie (opcjonalnie: lewym wahadle), czy może czas odważniej postawić w tym sektorze na Amandę Nildén? Czy obecność w kadrze My Cato jest sygnałem, że najbardziej wartościowa w przekroju tegorocznych rozgrywek piłkarka Crystal Palace może realnie włączyć się do gry o skład, czy może miejsce u boku Filippy Angeldal jest już definitywnie zaklepane przez Julię Zigiotti, a rywalizacja tyczy się jedynie tych nieco mniej eksponowanych miejscówek w samolocie do Szwajcarii? Czy Hanna Bennison będzie w stanie regularnie dawać tej drużynie coś więcej niż jedynie obietnicę schowanego gdzieś głęboko potencjału? Czy Stina Blackstenius raz jeszcze odpali w rywalizacji w poważnymi przeciwniczkami? A jeśli to się nie wydarzy, to czy w ogóle istnieje jakiś sensowny plan B na obsadzenie pozycji numer dziewięć?

Z rozmysłem nie zadajemy szczegółowych pytań o Johannę Kaneryd, Fridolinę Rolfö  a nawet Nathalie Björn, gdyż w ich przypadku sprawa jest jasna niczym letnie słoneczko oświetlające z góry alpejskie szczyty: ewentualny sukces podczas EURO zwyczajnie nie będzie możliwy, jeśli nasze liderki w lipcu nie dowiozą. Pozaboiskowe wydarzenia minionych dni nakazują jednak ze szczególną troską trzymać kciuki za zdrowie i solidną dyspozycję Jennifer Falk. Bo jeśli szwedzki selekcjoner na zgrupowanie kadry powołuje popełniającą kiksy nawet na poziomie norweskiej Toppserien Tove Enblom oraz posadzoną przez nad wyraz przeciętną Caroline DeLisle na ławce rezerwowych Norrköping Sofię Hjern, to naprawdę możemy już głośno i bez krępacji mówić o potencjalnym problemie. I to takim z gatunku trudnych do przewidzenia, bo w nie tak przecież odległych czasach, gdy miejsca między słupkami szwedzkiej bramki nie mogły wywalczyć sobie znajdujące się przecież w niesamowitej dyspozycji Sofia Lundgren, czy Kristin Hammarström, obsada akurat tej pozycji wydawała nam się bezpieczna i odporna na wszelkie mogące nadejść sztormy. Rzeczywistość, w której kandydatek do wyjazdu na wielki turniej na poważnie szukać będziemy w lokacjach tak egzotycznych jak Norwegia, Islandia, czy Elitettan wydawała się należeć do kategorii soccer fiction, ale nieprzypadkowo jedną z najpopularniejszych serii memów stanowią te z kategorii oczekiwania vs rzeczywistość. Bogatsi o dzisiejszą wiedzę możemy jedynie na ich widok uśmiechnąć się i powiedzieć: rel.

swe1

swe2

Czekając na nową erę

uwcl

Wiele razy zdarzało nam się krytykować pomysły UEFA, ale zdarzało się również i tak, że szefowie europejskiego futbolu potrafili podjętymi przez siebie decyzjami bardzo pozytywnie zaskoczyć. Jednym z przykładów zdroworozsądkowego myślenia było powołanie do życia Ligi Narodów, która znacząco ograniczyła liczbę niepotrzebnych nikomu mismatchów podczas kolejnych eliminacyjnych kampanii (nie zapomnieliście jeszcze o hitowym starciu Anglii z Łotwą, prawda?), innym zaś całkowita reorganizacja rozgrywek klubowych. Nijak nieprzystająca do dzisiejszych realiów formuła Ligi Mistrzyń została zastąpiona fazą grupową, która po czterech latach płynnie przeistoczyła się w będącą obietnicą niespotykanych dotąd emocji fazę ligową. I choć doskonale zdaję sobie sprawę, że wśród czytelników tego tekstu nie brakuje futbolowych romantyków i konserwatystów (niepotrzebne skreślić), to raz jeszcze apeluję o potraktowanie tej rewolucyjnej nowinki bez uprzedzeń i wstrzymanie się z krytyką przynajmniej do grudnia. A jestem zadziwiająco spokojny, że wtedy głosów niezadowolenia będzie już jakby znacząco mniej. Ze szwedzkiej perspektywy chyba jeszcze istotniejsza zmiana dotyczy jednak zupełnie nowego organizmu, czyli Pucharu Europy. Wiadomo, że liczba miejsc w loży europejskich krezusów pozostaje ograniczona i nie każdy dysponuje środkami niezbędnymi do podjęcia rękawicy na poziomie fazy pucharowej Ligi Mistrzyń, więc dobrze się stało, że kluby spoza elitarnego grona (na chwilę obecną jego nieformalni członkowie to: Barcelona, Lyon, Chelsea, Man. City, Arsenal, PSG, Bayern, Real M. i Wolfsburg) także dostaną przestrzeń do zaprezentowania się na międzynarodowej scenie w roli innej niż support artystek pierwszego planu. Na popisy piłkarek Rosengårdu, Häcken oraz Hammarby w nowej erze europejskiego futbolu poczekamy jednak do jesieni, a wiosną przyjdzie nam emocjonować się ostatnią edycją Ligi Mistrzyń w nieco bardziej tradycyjnej formule. I słowo emocjonować nie pojawiło się tu bynajmniej przypadkowo, gdyż do fazy ćwierćfinałowej przedostali się wyłącznie wielcy, piękni i bogaci, którzy we własnym gronie rozstrzygną kwestię prymatu w klubowej piłce na naszym kontynencie.

Nie będziemy zatem przesadnie odkrywczy, gdy oznajmimy, iż dzisiejsze losowanie przyniosło nam hity. To było bowiem absolutnie pewne nawet przed jego rozpoczęciem, a jedyną niewiadomą stanowiła konfiguracja finałowej drabinki. Z tej ostatniej umiarkowanie zadowoleni mogą być w północnym Londynie, bo Arsenal (Stina Blackstenius, Lina Hurtig, Amanda Ilestedt, Rosa Kafaji) przynajmniej na papierze jawi się jako nieznaczny faworyt rywalizacji z madryckim Realem (Filippa Angeldal). Po tej samej stronie drzewka swoje miejsce znalazł także niezmiennie celujący w szybki powrót na europejski tron Lyon, który w ćwierćfinale zostanie przetestowany przez mający swoje problemy monachijski Bayern (Magdalena Eriksson, Linda Sembrant, Julia Zigiotti). Mistrzynie Niemiec zawczasu broni jednak z pewnością nie złożą, a że mówimy o drużynie potrafiącej zmobilizować się w chwili największej próby, to we francuskim Rodanie o spokojnych snach o bezkolizyjnym kursie na półfinał mowy być nie może. Drugą połówkę pucharowego jabłka stanowi wewnętrzna batalia dwóch najlepszych klubów poprzedniego sezonu FA WSL, w której Manchester City postara się zrewanżować za doznane ostatnimi czasy krzywdy londyńskiej Chelsea (Nathalie Björn, Johanna Kaneryd) oraz pozornie jednostronna, choć mająca całkiem świeże punkty odniesienia rywalizacja broniącej tytułu Barcelony (Fridolina Rolfö) z chyba wciąż trochę niedocenianym na salonach Wolfsburgiem (Rebecka Blomqvist). Nas cieszy jednak fakt, że w tych hitowych, generującej zainteresowanie kibiców z całego świata starciach, znalazło się miejsce dla kilkunastu szwedzkich kadrowiczek. To ich wyczyny będziemy oczywiście obserwować z największym zainteresowaniem, życząc realizacji sportowych celów każdej z nich, bez względu na klubowe barwy. Pod koniec maja w Lizbonie cieszyć będzie się tylko jeden z ośmiu pozostających aktualnie w grze zespołów, ale zanim to nastąpi, gorąco prosimy naszych europejskich potentatów o niezapomniane show i solidną dawkę piłkarskich emocji. Bo jak już zamykać jakąś erę, to koniecznie z właściwym dla tej okazji splendorem.