Co tam u naszych?

Stina Blackstenius może być umiarkowanie zadowolona po zwycięskich dla Arsenalu styczniowych derbach Londynu (Fot. Arsenal FC)

Nasi wspaniali ligowcy powoli budzą się z zimowego snu, ale ta część świata, w której zimowy klimat bywa zazwyczaj zdecydowanie bardziej łagodny, rywalizuje w najlepsze. Co więcej, w najbliższych dniach czeka nas wiele potencjalnych hitów, wśród których na pierwszy plan niewątpliwie wybijają się takie pozycje, jak potyczka Manchesteru City z londyńską Chelsea, francuski klasyk Lyon vs PSG, a także bezpośrednie batalie pretendentów w Hiszpanii (Teneryfa vs Real Sociedad) oraz Niemczech (Eintracht Frankfurt vs Hoffenheim). Piłkarskie uniwersum w Europie na nudę narzekać zatem nie może, a gdyby ktoś jednak próbował, to FIFA postanowiła urozmaicić nam zimowy kalendarz kolejnym kadłubowym turniejem, w którym to Arsenal miał sposobność stanąć w szranki na przykład z mistrzyniami Maroka. My tu jednak nie o tym, bo skoro w Anglii, czy we Włoszech piłeczka po murawach się toczy, to i dla wielu szwedzkich zawodniczek początek roku kalendarzowego 2026 okazał się niezwykle pracowity. A skoro tak, to trzymajmy łapkę na pulsie i sprawdźmy, co tam u nich aktualnie słychać.

Z oczywistych względów koncentrować będziemy się przede wszystkim na Wyspach Brytyjskich, gdyż to właśnie w najbardziej wymagających rozgrywkach na kontynencie zebrała się najbardziej liczna szwedzka kolonia. Ów fakt cieszy nas niezmiernie, choć zdajemy sobie sprawę, iż jest on bezpośrednią wypadkową renomy, którą przez lata, a nawet dekady wyrobiła sobie Damallsvenskan. Narzekać jednak z tego powodu nie mamy zamiaru, wszak wyszkolone w Szwecji piłkarki oraz odpowiedzialni za ich sportowy rozwój trenerzy kapitalną markę wyrobili sobie sami, a skoro futbol jest w jakimś sensie biznesem, to trudno obrażać się na to, że z uczciwie osiągniętej pozycji korzystają następne pokolenia. Przed nimi wyzwanie jednak paradoksalnie jeszcze trudniejsze, gdyż na szczycie zdecydowanie trudniej się utrzymać niż na niego wejść, a szczególnie w naszym środowisku konkurencja nigdy wcześniej nie była choćby w ułamku tak silna i tak globalna.

Pierwszy przystanek naszej angielskiej wędrówki zrobimy sobie z Manchesterze, a konkretnie w jego czerwonej części. Klub, który jeszcze rok temu nie byłby w analogicznym tekście nawet trzecim, czy czwartym wyborem, niepostrzeżenie stał się domem dla naprawdę licznego i wybitnie jakościowego szwedzkiego kontyngentu. Co może zaskakiwać, jego fundamentem stała się 22-letnia lewa defensorka Anna Sandberg, która nie tylko skutecznie i chyba już definitywnie odesłała na ławkę rezerwowych Gabrielle George, ale dla wielu stała się solidną kandydatką do miejsca w jedenastce sezonu całej ligi! To wszystko tym bardziej imponujące, że wychowanka Örebro radzić musiała sobie równocześnie także z zawirowaniami natury pozasportowej, lecz z dzisiejszej perspektywy można jedynie stwierdzić, iż wszystkie te historie wyłącznie ją wzmocniły. Zasilenie kadry Czerwonych Diablic okazało się także pozytywnym przełomem w zagranicznej karierze Julii Zigiotti, która ani w Brightonie, ani w Monachium, nie potrafiła zaprezentować się na poziomie choćby zbliżonym do tego, który wcześniej prezentowała nosząc z dumą koszulki ekip z Södermalm oraz Hisingen. Posiadająca włoskie korzenie pomocniczka w deszczowym Manchesterze zdecydowanie odnalazła jednak swoje miejsce na ziemi, a stworzony przez nią do spółki z Hinatą Miyazawą i Jessiką Park tercet filigranowych wojowniczek środka pola stał się jedną z wizytówek angielskiej ekstraklasy. Swój dobry czas w barwach United przeżywa także Fridolina Rolfö, choć w jej przypadku nie mówimy rzecz jasna o poziomie, do którego zdarzało jej się dobijać w okresie największej wolfsbursko-barcelońskiej prosperity. Doświadczona skrzydłowa (lub w razie potrzeby wahadłowa) imponuje jednak przede wszystkim doświadczeniem i umiejętnością wskoczenia na najwyższy poziom w tej jednej, decydującej akcji, o czym najbardziej boleśnie przekonywały się rywalki ekipy z Manchesteru w rozgrywkach Ligi Mistrzyń. Tej zimy do United dołączyły ponadto Hanna Lundkvist i Ellen Wangerheim, które w pierwszej kolejności czeka jednak ostra rywalizacja o miejsce składzie niebędącego przecież wielkim miłośnikiem stosowania rotacji Marka Skinnera. Prawa defensorka konkurować będzie przede wszystkim z prezentującą niezwykle podobne do niej piłkarskie walory Kanadyjką Jayde Riviere i choć na ten moment nieco wyżej stoją akcje tej drugiej, to jednak Lundkvist w niedawnym starciu z Aston Villą ewidentnie zapisała przy swoim nazwisku pierwszy sporych rozmiarów plus. Była napastniczka Hammarby za konkurentki mieć będzie takie tuzy, jak chociażby Elisabeth Terland, Melvine Malard, czy Lea Schüller i w jej przypadku sporo zależeć będzie od tego, na jakie ustawienie w pierwszej kolejności zdecyduje się trener Skinner. Choć fakt, że United jak dotąd z powodzeniem rywalizują aż na czterech frontach pozwala mieć nadzieję, że każda z wymienionych może liczyć na całkiem uczciwą liczbę minut.

Przed mniej więcej dekadą klubem szczycącym się nieformalną nazwą Damallsvenskan FC był niemiecki Wolfsburg, a teraz podobne miano bez wątpienia dzierży Tottenham. Jest to oczywiście wynikiem tego, że ekipę z północnego Londynu prowadzili w ostatnich latach kolejno Robert Vilahamn oraz doskonale znający skandynawski rynek Martin Ho, który zresztą znajduje się na najlepszej drodze, aby w obecnych rozgrywkach wykręcić – przynajmniej pod względem punktowym – historyczny wynik w dziejach klubu. W tym całym, pozytywnym zamieszaniu pierwszoplanową rolę odgrywają Amanda Nildén oraz – co mimo wszystko nieco zaskakujące – Josefine Rybrink. Szczególnie ta ostatnia sporo skorzystała jednak na pladze urazów, które od jesieni dosłownie zdziesiątkowały formację defensywną popularnych Kogutów, bo jednak trzeba uczciwie przyznać, że wspomniana Rybrink do najpewniejszych filarów zespołu absolutnie się nie zalicza, a efektowne liczby w tyłach są w pierwszej kolejności zasługą momentami iście bezbłędnej postawy duetu stoperek Clare Hunt – Toko Koga, a także wsparcia udzielanego im przez niezwykle wszechstronne i niestrudzone defensywne pomocniczki w osobach Eveliiny Summanen i Drew Spence. Swoje minuty w ofensywie regularnie otrzymuje także Matilda Vinberg i nawet jeśli to Olivia Holdt, czy Cathinka Tandberg jesienią zbierały od trenera i fanów najwięcej pochwał, to jednak była zawodniczka Hammarby również miewała przebłyski naprawdę solidnej gry. Na to samo liczymy w niedługim czasie także od pozyskanych w trwającym wciąż okienku Matildy Nildén oraz Hanny Wijk, które jednak do meczowej rotacji wprowadzane są przez angielskiego szkoleniowca nadzwyczaj ostrożnie, co każe przypuszczać, iż na tę chwilę w nieformalnej hierarchii plasują się nieco niżej niż startujące w styczniu 2026 z teoretycznie zbliżonego pułapu Norweżki Signe Gaupset oraz Julie Blakstad.

A co tam słychać w Liverpoolu? Ano, kłopoty. Zachowajmy jednak umiarkowany spokój, wszak wciąż nie mówimy tu o sytuacji, w której nie byłoby widać nie tylko światełka, ale i tunelu. Niecierpliwi sympatycy The Reds od dłuższego czasu regularnie domagają się zwolnienia walijskiego menedżera Garetha Taylora, lecz chyba nawet ci najbardziej w swoich żądaniach wyrywni zauważyli, iż w grze wciąż zamykającej tabelę Barclays WSL ekipy wreszcie coś drgnęło. A nas cieszyć może, że w owe drgania, których efektem była niewidziana w tym klubie od dawna passa dwóch kolejnych zwycięstw, wprawiła zespół z Liverpoolu szwedzka jednostka napędowa. No dobrze, Ceri Holland jest niekwestionowaną królową środka pola, Lily Woodham robi na wahadle sporo wiatru, a Fuka Nagano wprowadza a poczynania zespołu spokój i rytm, ale nie da się przejść obojętnie obok faktu, że przecież w pierwszej połowie sezonu to indywidualne przebłyski Beaty Olsson i Cornelii Kapocs w dużej mierze uratowały w ogóle głowę trenera Taylora. A gdy wznowiliśmy rozgrywki po świąteczno-noworocznej przerwie, to angielscy fani dowiedzieli się, ile znaczą rajdy błyskotliwej, kreatywnej i znajdującej się od kilku miesięcy w ewidentnym uderzeniu Alice Bergström, a także tak długo i z utęsknieniem wyczekiwany spokój w tyłach, którego gwarantem jest wypożyczona póki co z BK Häcken Jennifer Falk.

W tych największych klubach także mamy swoje przedstawicielki i chyba najbardziej obiektywną oceną byłoby stwierdzenie, że wszystkie trzy zwyczajnie… robią swoje. Dwie ostatnie laureatki Diamentowej Piłki ani na moment nie tracą miejsca w rotacji londyńskiej Chelsea, a skoro mówimy o jednej z pięciu czołowych ekip Europy, to już ten prosty fakt wiele mówi o ich sportowej klasie. Konkurencja wewnętrzna będzie jednak tylko i wyłącznie rosnąć, bo przecież nie po to ściąga się z USA Alyssę Thomspon, czy Naomi Girmę, aby te obserwowały poczynania koleżanek z perspektywy trybun. A była defensorka San Diego Wave kontuzję już wyleczyła i nawet jeśli jej ostatnie występy nawet przy sporej dozie wyrozumiałości trudno nazwać choćby poprawnymi, to jednak z milionowych transferów lekką ręką z definicji się nie rezygnuje. Paradoksalnie, zdecydowanie najprościej i najbardziej klarownie prezentuje się sytuacja Stiny Blackstenius w Arsenalu. Nominalna pierwsza zmienniczka, albo wchodząca w miejsce Alessii Russo, albo – w wariancie gry na dwie napastniczki – partnerująca jej od pierwszej minuty (co istotne, wówczas to Szwedka gra na dziewiątce, a reprezentantka Anglii schodzi pięterko niżej). Jej sezon póki co możemy scharakteryzować doskonale znanymi w jej przypadku przymiotami: spalony, zmarnowana setka, a na koniec rozstrzygający o losach meczu gol i będzie to bynajmniej charakterystyka niewiele odbiegająca od stanu faktycznego. Choć żaby wybrzmiało to odpowiednio mocno – rozgrywki 2025-26 jak dotąd są w wykonaniu Stiny Blackstenius jednoznacznie udane, a jej dyspozycja zdecydowanie równiejsza niż solidniejsza niż na przykład w dwóch poprzednich sezonach. Bardzo chcielibyśmy, aby przynajmniej na ten sam poziom wskoczyła w tym półroczu Smilla Holmberg, lecz póki co obwołana przez wieku najbardziej utalentowaną nastoletnią piłkarką na świecie wahadłowa swoje szanse od trenerki Renée Slegers otrzymuje (i wykorzystuje) przede wszystkim w mniej prestiżowych rozgrywkach. Na przełamanie na murawach Barclays WSL trzeba będzie jednak cierpliwie poczekać, a konkurencja w osobie Emily Fox tempa zwalniać nie zamierza.

Kapitanką i mentalną liderką London City Lionesses niezmiennie pozostaje Kosovare Asllani i nawet jeśli regularnie zasilana chińskim paliwem gwiazdorska maszyna w szerszym obrazku zdecydowanie zbyt często posapuje i się zacina, to akurat 36-latkę z Kristianstad o taki stan rzeczy winilibyśmy chyba najmniej. Żeby było zabawniej, gdy w grudniu na ławce trenerskiej LCL Francuza Jocelyna Précheura zastąpił Hiszpan Eder Maestre, coraz częściej swojej rodaczce w drugiej linii towarzyszyć zaczęła także Julia Roddar, której większość obserwatorów angielskiej ekstraklasy wieszczyła już raczej powolny zjazd do bazy. Doświadczona piłkarka rodem z Falun niewiele sobie jednak z tych predykcji robiła, a fakt nie tylko podjęcia, ale i wygrania rywalizacji z takimi konkurentkami jak Grace Geyoro, Saki Kumagai, czy Marta Perez warto podkreślić i docenić. Wypożyczenie do Brightonu posłużyło za to Rosie Kafaji, która wcześniej na dobre znalazła się poza rotacją londyńskiego Arsenalu. W nowym środowisku znacznie częściej oglądamy już jednak tę samą piłkarkę, która swoją grą wiele razy podnosiła z krzeseł publiczność na Skytteholms IP i Bravida Arenie, a wciąż mamy nadzieję, że w jej przypadku sprawdzi się stare, angielskie powiedzenie the best is yet to come. Jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało, wobec kontuzji Michelle Agyemang szans powinna otrzymać sporo, a mając za plecami takie artystki jak Jelena Cankovic, można naprawdę dokonać rzeczy wielkich. Takim małym cudem w przypadku Leicester City byłoby zapewne uniknięcie miana czerwonej latarni angielskiej ekstraklasy, gdyż to właśnie ekipę trenera Ricka Passmoora niemal wszyscy eksperci jednogłośnie obsadzali w tej roli przed rozpoczęciem rozgrywek. Póki co, prezentujące niesamowicie zdyscyplinowany, a dla wielu może nawet wyrachowany futbol Lisice skutecznie oszukują przeznaczenie, lecz grupa pościgowa ewidentnie wrzuciła ostatnio wyższy bieg. Czy w osiągnięciu celu pomoże swojej nowej ekipie pozyskana zimą z FC Rosengård Emma Jansson? Niewykluczone, wszak zawodniczek o dokładnie takiej charakterystyce szkoleniowiec LFC potrzebuje teraz najbardziej. Bo na King Power Stadium o gwiazdorzeniu i finezji mowy być nie może, tutaj ewentualny sukces trzeba będzie sumiennie wybiegać, a jak trzeba to i wyszarpać.

Na koniec naprawdę ekspresowy przegląd zaplecza, bo mówią, że podobno na nim zawsze najciekawiej. Po spadku do WSL 2 w kadrze Crystal Palace pozostała My Cato i niezmiennie pozostaje w swojej ekipie jedną z pewniaczek do gry w środku pola. Choć nie ma co ukrywać, że zarówno pod względem liczb, jak i wykreowanych koleżankom sytuacji, mielibyśmy prawo oczekiwać od niej nieco więcej. Na innym etapie angielskiej przygody znajduje się inna z ikon IFK Norrköping Wilma Leidhammar, która najpierw pobiła transferowy rekord angielskiej drugiej ligi, a następnie przywitała się z kibicami Birmingham City trafieniem w debiucie. Barw Nottingham Forest dzielnie bronią od kilku miesięcy dwie byłe piłkarki stołecznego Djurgården, lecz o ile Ebba Hed rywalizację na lewej flance defensywy zazwyczaj wygrywa, o tyle trochę rzucana po różnych pozycjach Tove Almqvist jak dotąd uzbierała na ligowych boiskach zaledwie nieco ponad 200 minut. Na zdecydowanie więcej liczy z pewnością Emilia Larsson, która dopiero co ze stosunkowo niewielkim wsparciem koleżanek utrzymała w Damallsvenskan Rosengård (jak to w ogóle abstrakcyjnie brzmi!), a teraz ze swoim nowym klubem z Newcastle spróbuje powalczyć o cel zgoła odwrotny, czyli o awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Fanom szwedzkiej ekstraklasy nie trzeba ponadto przypominać, że również na drugim poziomie rozgrywkowym w Anglii oglądać możemy także niedawne, zagraniczne gwiazdy naszej ligi, w osobach między innymi fińskiej golkiperki Anny Tamminen, czy też japońskiej pomocniczki Asato Miyagawy. A zatem, kończymy lekturę i zaglądamy na Wyspy Brytyjskie, wszak kolejna seria spotkań rozpoczyna się dosłownie za chwilkę.

Półroczny must-watch

Hammarby i Häcken mogą w nadchodzących miesiącach napisać nowy rozdział w historii szwedzkiej piłki klubowej (Fot. Henrik Montgomery)

W poprzednim roku się sprawdziło, więc czemu by nie powtórzyć raz jeszcze nieźle działającej strategii. Szczególnie, że tym razem plan pierwszego półrocza obejmuje nam nie tylko decydujące starcia najbardziej otwartej od wielu lat rywalizacji o Puchar Szwecji, mniej lub bardziej ograne ligowe klasyki, ale także ekspresową fazę grupową eliminacji do brazylijskiego mundialu, na który całkiem przyjemnie byłoby się zakwalifikować już przy pierwszej sposobności. Oj, będzie się działo, więc dla spokoju i lepszego rozplanowania czasoprzestrzeni, niektóre daty warto zakreślić odpowiednim flamastrem już dziś!

W lidze tym razem przed letnią przerwą czeka nas jedenaście kolejek, lecz w przeciwieństwie do poprzedniej kampanii, wszystkie potencjalne hity obejrzymy już w pierwszym półroczu. Dawkowanie emocji odbędzie się jednak wybitnie gradacyjnie, gdyż na inaugurację Damallsvenskan zaserwuje nam danie pokroju AIK vs Norrköping, Hammarby vs Rosengård, czy Piteå vs Kristianstad. Czyli – będzie interesująco, ewentualnych smaczków nie zabraknie (szczególnie na zimowym, futbolowym głodzie), ale jednak to wszystko to wciąż bardziej przystawka niż danie główne. Na te przyjdzie nam poczekać aż do maja, lecz gdy już zawita do nas wiosenna aura, to zatrzęsienie istotnych, ligowych potyczek o najwyższą stawkę powinno zaspokoić nawet najbardziej wybrednych fanów. Już 3. maja zaprosimy wszystkich zainteresowanych na derby Malmö, a dokładnie tydzień później terminarz pokazuje nam zarówno kolejny odcinek epickiej bitwy o Sztokholm (Djurgården vs Hammarby), jak i bezpośrednie starcie dwójki głównych na tę chwilę pretendentów do mistrzowskiego tronu (Malmö vs Häcken). Mało? To po kolejnych siedmiu dniach piłkarki MFF zawitają do Södermalm, a Rosengård w zawsze intensywnym, derbowym boju podejmie Kristianstad. Kibicowsko i telewizyjnie naprawdę ciekawie zapowiada się kolejka oznaczona numerem dziewięć, zaplanowana na drugi weekend czerwca. Właśnie wtedy możemy być świeżo po celebracji awansu kadry Tony’ego Gustavssona na brazylijski mundial i w takich nastrojach zasiądziemy do następujących hitów: AIK vs Djurgården, Hammarby vs Häcken, Rosengård vs Norrköping, Eskilstuna vs Malmö, Vittsjö vs Kristianstad. Siedem dni później poprawimy jeszcze takimi ciasteczkami jak Häcken vs Rosengård, Djurgården vs Malmö, czy Hammarby vs AIK i z poczuciem dobrze spożytkowanego czasu będziemy mogli udać się na zasłużony, letni odpoczynek.

Już w lutym rozpocznie się także zasadnicza faza rywalizacji o Puchar Szwecji, która to na papierze wydaje się mieć na tę chwilę pięciu potencjalnych faworytów. Nie możemy jednak zapominać o tym, że zarówno Häcken, jak i Hammarby wciąż grają w Europie, w efekcie czego już na początkowym etapie sezonu oba nasze eksportowe kluby będą musiały poradzić sobie z wymogami symultanicznego grania i wygrywania na dwóch frontach. Na tym krajowym w teorii oba powinny sobie ostatecznie poradzić, choć nie zdziwi nas, jeśli to Malmö najbardziej zachwyci nas swoją przedsezonową tak naprawdę dyspozycją. Wyjątkowo otwarta wydaje się za to kwestia końcowego zwycięstwa w grupie D, gdzie chrapkę na zameldowanie się przynajmniej w półfinale z całą pewnością mają przynajmniej Djurgården i Norrköping. Mówiąc jednak całkiem szczerze: to może być ten sezon, kiedy wreszcie doczekamy się jednej, solidnej niespodzianki w fazie grupowej i z perspektywy neutralnych obserwatorów ani trochę się za taki obrót spraw obrażać nie będziemy.

I wreszcie rozgrywki międzynarodowe, czyli Puchar Europy oraz eliminacje MŚ 2027. Emocje klubowe czekają nas już w połowie lutego i o ile wyjątkowo osłabione Häcken niezmiennie pozostaje faworytem dwumeczu z islandzkim Breithablikiem, o tyle jeszcze bardziej wyjątkowo osłabione Hammarby w starciu z portugalskim Sportingiem na aż tak wyraźnym pole position nie stoi. Tym bardziej, że rywalki z Lizbony podczas zimowego okienka jakościowo na pewno jako zespół nie straciły. W przyrodzie musi być jednak równowaga, wobec czego w kolejnej fazie rozgrywek to zespół trenera Strömberga czekać będzie potencjalnie łatwiejszy rywal (Austria Wiedeń lub Slavia Praga), podczas gdy mistrzynie z Hisingen najprawdopodobniej staną w szranki z nieobliczalnym i również mierzącym naprawdę wysoko Eintrachtem Frankfurt.

Od wyjazdu do Włoch (mecz 3. marca) rozpocznie się kwalifikacyjny sprint kadry Tony’ego Gustavssona, która cztery dni później – również na wyjeździe – zmierzy się z Serbią. Cel ma pierwsze w tym roku zgrupowanie? Minimum cztery punkty, które pozwolą nam w spokoju przygotować się to potencjalnie kluczowego starcia z Danią, które odbędzie się 14. kwietnia w Sztokholmie. Po ubiegłorocznych, wiosenno-letnich harcach w teorii sąsiadek zza Kattegatu obawiać się nie powinniśmy, ale jednak obserwowanie dyspozycji Olivii Holdt, czy Sofie Bredgaard pod koniec 2025 roku, było w stanie wzbudzić w nas zdecydowanie więcej niż tylko czujność. A przecież w tej całej układance czerwono-białego dynamitu nie możemy nawet na chwilę zapominać o Pernille Harder, gdyż lekceważenie jej potencjału najczęściej kończy się wyjątkowo przykro dla lekceważącego. Jeśli jednak kwietniowy dwumecz uda się naszym kadrowiczkom przejść suchą stopą i bez strat w punktach, to w czerwcu powinno być dobrze. A jeśli nie? Cóż, do rozgrywanych na przełomie listopada i grudnia baraży zazwyczaj mieliśmy szczęście i gdyby naprawdę trzeba było, to niech ta niepisana prawidłowość raz jeszcze da o sobie znać.

Coroczna wyprzedaż ogólnoligowa

Zmiana barw klubowych ani trochę nie wpłynęła na boiskową dyspozycję Alice Bergström (Fot. Sam Williams)

Pierwsze tygodnie roku to już niemal tradycyjnie czas, w którym Damallsvenskan niebezpiecznie upodabnia się do tak chętnie odwiedzanych przez nas w tym okresie galerii handlowych. Że niby bezsensowne porównanie? To bardzo proszę powiedzcie, gdzie indziej w całym piłkarskim uniwersum znajdziecie na przełomie grudnia i stycznia tak wiele naprawdę atrakcyjnych promocji. Jasne, zestawianie sportowców ze standardowym asortymentem sklepowym nie brzmi może przesadnie elegancko, lecz cóż począć, gdy analogie niejako tworzą się same. I choć przez ostatnie lata zdążyliśmy się trochę z tym fenomenem oswoić, to jednak tej zimy nadciągająca głównie z Wysp Brytyjskich ofensywa zaskoczyła nas swoją skalą, formą i zasięgiem. Z jednej strony jakąś zapowiedź trendu mógł stanowić fakt, iż zaledwie pół roku temu tak solidne na standardy naszej ekstraklasy zawodniczki jak Anna Tamminen, Ebba Hed, czy Oona Sevenius bez większego zastanowienia postanowiły porzucić marzenia o pucharowych podbojach na rzecz angielskiej drugiej ligi, ale i tak na transfery wychodzące aż tylu kluczowych postaci minionej kampanii Damallsvenskan gotowi zdecydowanie nie byliśmy. Tym bardziej, że przecież nasz eksportowy duet Hammarby – Häcken wciąż pozostaje w grze o historyczny Puchar Europy, w związku z czym aż tak głęboka kadrowa rewolucja zdawała się wielce niewskazana zarówno w Södermalm, jak i w Hisingen. To wszystko jednak wyłącznie życzeniowe myślenie, a bezlitosna rzeczywistość wyraźnie pokazuje, że w pucharowych ćwierćfinałach obejrzymy dwa szwedzkie zespoły znajdujące się gdzieś pośrodku procesu całkiem sporej przebudowy i choć ich szans na ostateczny sukces przekreślać żadną miarą nie można, to jednak jeszcze dwa miesiące temu perspektywa wewnątrzszwedzkiego finału wydawała się jakoś bardziej prawdopodobna.

Przegląd strat rozpocznijmy od Södermalm, gdyż to właśnie tam powodów do niepokoju wydaje się być aktualnie najwięcej. Jasne, większość sympatyków Bajen była mentalnie przygotowana na odejście Smilli Holmberg (Arsenal), czy Julie Blakstad (Tottenham), ale gremialna wyprzedaż wyjściowej jedenastki okazała się jednak swego rodzaju szokiem. Nowy trener William Strömberg, który sam pierwszoligowego futbolu będzie się mimo wszystko w pewnym stopniu uczył, został zatem postawiony niebywale trudnym położeniu, a jednoczesne wypuszczenie z klubu Ellen Wangerheim (Manchester United), Anny Jøsendal (Liverpool), czy Asato Miyagawy (Birmingham City) jasno pokazuje, że na południu Sztokholmu trzeba będzie wspinaczkę na szczyt krajowej piramidy rozpoczynać od nowa i tym razem może okazać się ona znacząco bardziej wymagająca niż przy poprzedniej okazji.

Liczba strat własnych na Bravida Arenie w Hisingen jest niewątpliwie porównywalna, choć tutaj pewną poduszkę bezpieczeństwa stanowi fakt zbudowania przez poprzedniego już szkoleniowca stosunkowo szerokiej kadry. Nawet ten przywilej nie sprawi jednak, że w obozie aktualnych mistrzyń Szwecji nagle przestaną tęsknić za Alice Bergström (Liverpool), która wprawdzie pod względem liczb pozostawała przez cały poprzedni rok w cieniu Felicii Schröder, lecz gdy przyjrzeć się detalom, to właśnie dynamiczna prawa wahadłowa Os była jedną z najpoważniejszych kandydatek do nagrody MVP całych rozgrywek. Na szczęście dla nowej trenerki Eleny Sadiku (swoją drogą, także bardzo ciekawy transfer) Häcken doszedł do porozumienia w kwestii nowego kontraktu z Jennifer Falk, ale zanim reprezentacyjna jedynka powróci na Bravida Arenę, czeka ją jeszcze kilkumiesięczna przygoda w postaci wypożyczenia do Liverpoolu, który to niespodziewanie włączył się w walkę o utrzymanie w Barclays WSL. W zdecydowanie lepszych nastrojach obecny rok witali za to fani londyńskiego Tottanhamu, a humory dodatkowo podbiła im jeszcze informacja o dwóch nowych, naprawdę ciekawych wzmocnieniach. Kadrę ekipy numer dwa na mapie północnego Londynu zasiliły bowiem Hanna Wijk oraz Matilda Nildén, co jednoznacznie pokazuje, że nawet delikatna obniżka formy lub status zawodniczki wchodzącej z ławki w czołowym szwedzkim klubie nie zmniejsza atrakcyjności potencjalnego transferu w oczach przedstawicieli najlepszej ligi w Europie.

Jak zawsze, sporo transferów wychodzących o tej porze roku ma miejsce w klubach pokroju Kristianstad, Piteå, czy Vittsjö, lecz to wynika w dużej mierze z pozycji, jaką z przyczyn obiektywnych zajmują one w piłkarskim łańcuchu pokarmowym. Przez mniej więcej dwa lata o akcesję do krajowej czołówki mocno zabiegano w IFK Norrköping, lecz stosunkowo łatwe odpuszczenie Mayi Antoine oraz Vesny Milivojevic może sugerować, że Stellan Carlsson i jego Peking tym razem w pełni zadowolą się pozycją ligowego underdoga (oczywiście w kontekście rywalizacji o upragnione TOP-3). Zdecydowanie trudniej natomiast przewidzieć najbliższą przyszłość najbardziej utytułowanego szwedzkiego klubu, gdyż po katastrofalnej jesieni, zima w FC Rosengård rozpoczęła się przynajmniej równie niepokojąco. Klub opuściły takie postaci, jak Emma Jansson, Emilia Pelgander, Halimatu Ayinde, czy Aemu Oyama, na pierwszych (i kolejnych) zajęciach nie pojawił się nowy szkoleniowiec, nieobecność zaliczyła również nowa dyrektorka sportowa Emelie Lundberg, a zajęcia z udziałem 13 zawodniczek (w tym trzech bramkarek) dzielnie nadzorowali… zwolniony w połowie rundy jesiennej Joel Kjestelberg oraz legendarna Caroline Seger. Dodatkowo, wciąż nie do końca jasna zdaje się być nowa struktura właścicielska klubu, ale nowy zarząd zapewnia, że wszystko jest na właściwej drodze i zapowiada medialną ofensywę, która wreszcie uporządkuje nam ten cokolwiek mało twórczy chaos. Najbliższe dni i tygodnie w Skanii zapowiadają się więc niezwykle interesująco, a w naszym wspólnym interesie jest chyba tylko trzymanie kciuków, aby Rosengård nie wziął przypadkiem przykładu z Linköping i błyskawicznie powrócił na należne sobie na krajowej piramidzie miejsce.

I tylko w błękitnej części Malmö przypatrują się temu wszystkiemu z łagodnymi uśmiechami na ustach, bo tam nie dość, że o żadnej wyprzedaży nie może być mowy, to jeszcze co i raz na Eleda Stadion pojawia się kolejne wzmocnienie i tak już bardzo ciekawie skonstruowanej kadry. Fani ubiegłorocznego beniaminka mogą jedynie klaskać w dłonie i z coraz większą ekscytacją zacierać ręce, gdyż obrana przez klub strategia transferowa wydaje się być obarczona naprawdę minimalnym ryzykiem. Wilma Carlsson, Emma Petrovic, Amy Sayer, Larkin Russell, czy Vesna Milivojevic to wszystko zawodniczki doskonale znające i rozumiejące specyfikę Damallsvenskan, gotowe na naprawdę przełomowy krok w swoich sportowych karierach. Czy wykonają go wspólnie, już w nowych, błękitno-białych barwach? Jest to całkiem prawdopodobne, wszak analogie z nie tak przecież odległą budową ekipy na miarę dubletu przez Hammarby nasuwają się same. A tutaj efekt może okazać się jeszcze bardziej piorunujący, oczywiście jeśli to wszystko we właściwym momencie zagra. Ale dlaczego w zasadzie miałoby być inaczej, wszak akurat w Malmö jak dotąd założone cele realizują z niemal stuprocentową skutecznością.

Szwedzkie TOP-50 – napastniczki

Miniony rok był z perspektywy Felicii Schröder absolutnie wyjątkowy na wielu płaszczyznach (Fot. Sweden Herald)

Wielu kojarzy ją głównie dzięki temu, że kolejne urodziny świętuje coraz to nowymi strzeleckimi rekordami, lecz trafianie do siatki przeciwniczek spodobało jej się tak bardzo, iż za jej sprawą przez chwilę zagrożony był nawet nietykalny teoretycznie rekord wszechczasów Hanny Ljungberg. I choć na boiskach Damallsvenskan osobisty licznik Felicii Schröder zatrzymał się na trzydziestce, to jednak wymazanie z tabel osiągnięć takich znakomitości, jak Tabitha Chawinga i Pernille Harder zdecydowanie pozostaje czymś, co robi wrażenie nie tylko na skautach czołowych, europejskich klubów. Stosunkowo niewzruszony w środku tego zamieszania pozostał jedynie Peter Gerhardsson, ale może nawet dobrze się stało, że przynajmniej na niwie reprezentacyjnej osiemnastolatka z Hisingen wciąż pozostaje w jakimś sensie niespełniona. Wyczyny i harce przyszłej gwiazdy Blågult sprawiły, że pozycję na samym szczycie rankingu po dwóch latach absolutnej dominacji oddała Johanna Kaneryd, lecz skrzydłowa Chelsea również miewała podczas minionych dwunastu miesięcy chwile wielkiej chwały. Z całą pewnością coś mogą na ten temat powiedzieć rywalki z Liverpoolu, Manchesteru City oraz reprezentacji Polski, gdyż to właśnie w tych starciach dynamika i kreatywność popularnej Jojo wzbiły się na nieosiągalny dla większości poziom.

W najważniejszych meczach londyńskiego Arsenalu Stina Blackstenius poniekąd tradycyjnie pełniła rolę rezerwowej, lecz taką zmienniczkę absolutnie chciałby mieć w swojej kadrze niejeden trener. Chcecie w tym temacie więcej szczegółów? To tutaj najlepiej byłoby zadzwonić po nie do Barcelony, choć i reprezentacja Francji byłaby całkiem niezłym adresem. Na ziemi włoskiej szalała za to Evelyn Ijeh, która wiosną pomogła Milanowi przezwyciężyć sporych rozmiarów kryzys, sama przejściowo włączając się przy tym do walki o koronę królowej strzelczyń oraz miejsce w najlepszej jedenastce sezonu Serie A. W tej ostatniej dzielnie poczynała sobie także Madelen Janogy, która pomimo licznych roszad na ławce trenerskiej Fiorentiny jako jedna z nielicznych zachowuje pewne miejsce w jedenastce klubu z Toskanii. Trapiony tej jesieni licznymi problemami natury nie tylko sportowej Liverpool dość nieoczekiwanie zamyka na półmetku sezonu tabelę Barclays WSL, ale jeśli ktoś w barwach The Reds do siatki rywalek już trafiał, to można było w ciemno zakładać, że była to Szwedka. Zarówno pozyskana tego lata z Kristianstad Beata Olsson, jak i ustawiana na boku ofensywnego kwartetu Cornelia Kapocs, swoje zadania wykonywały naprawdę sumiennie i pozostaje jedynie żałować, iż do ich poziomu nie zawsze potrafiły dostosować się koleżanki z drugiej linii, a także środka formacji defensywnej.

Na murawach Damallsvenskan błyszczała nie tylko rekordowa Schröder, wszak do pewnego momentu niemal równym krokiem z nastoletnią rewelacją podążała w strzeleckim wyścigu Ellen Wangerheim. Snajperka Hammarby latem i jesienią nieco z formą przystopowała, choć jednak chyba nikt nie pogardziłby napastniczką, która na zaciągniętym delikatnie ręcznym ładuje hat-tricka norweskiemu Brann w kluczowym starciu Pucharu Europy. Nieco inną trajektorią przebiegał natomiast rok w wykonaniu Mimmi Wahlström, która po spokojnym początku rozpędziła się tak znacząco, że w jej ręce trafiła nawet nagroda dla najlepszej piłkarki października na szwedzkich boiskach. Mniej więcej w tym samym czasie poważnego urazu doznała za to znajdująca się w kapitalnej dyspozycji Tuva Skoog, a w Malmö mogą tylko zastanawiać się, czy z eksplozywną skrzydłową w składzie beniaminek faktycznie zdołałby realnie podłączyć się do mistrzowskiego wyścigu. Skoro wspomnieliśmy już o zawodniczkach potrafiących niemal co tydzień robić okazałe kilometrówki sprintem w bocznych sektorach, to na specjalne wyróżnienie zasługują w tej materii zarówno świeżo odzyskana dla kadry Monica Jusu Bah, jak i będąca do spółki z Tildą Persson personifikacją żelaznych płuc Kristianstad Alice Egnér. Na koniec tej wyjątkowej wyliczanki pozostał nam tercet zawsze zdeterminowanych i gotowych do największych poświęceń piłkarek, które za ponadprzeciętną ambicję i wolę walki doceniane są w każdym klubie, który przyjdzie im reprezentować. I nawet jeśli ani Wilma Leidhammar, ani Hanna Ekengren, ani przede wszystkim Emilia Larsson z postawy swoich klubów na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy nie mogły być w pełni usatysfakcjonowane, to jednak bez ich wkładu drużynowe osiągnięcia odpowiednio Norrköping, Vittsjö oraz Rosengård z pewnością byłyby jeszcze mniej spektakularne.

Szwedzkie TOP-50 – pomocniczki

Filippa Angeldal ma w Madrycie całkiem sporo powodów do uśmiechu (Fot. ShutterStock)

Bohaterka zwycięskiego powrotu szwedzkiej kadry w domowym starciu z Włoszkami, liderka drugiej linii niepokonanej w minionym roku ekipy Gerhardssona i wreszcie współautorka najbardziej udanego sezonu w dotychczasowej historii madryckiego Realu. Filippa Angeldal jako jedyna spośród swoich rodaczek może z pełnym przekonaniem stwierdzić, że decyzja o przeprowadzce do hiszpańskiej stolicy była w jej przypadku w stu procentach trafiona, a szczególnie wiosną z największą przyjemnością obserwowało się jej owocną, boiskową współpracę z Caroline Weir. Niezwykle udany duet była piłkarka Manchesteru City stworzyła także w drużynie narodowej, gdzie dzielnie partnerowała jej z kolei… nowa zawodniczka coraz śmielej szturmującej bramy Europy ekipy z czerwonej części Manchesteru. Julia Zigiotti w drużynie Marca Skinnera zaaklimatyzowała się błyskawicznie i w zasadzie od pierwszego występu w charakterystycznej koszulce wywalczyła sobie sympatię najbardziej zagorzałych fanów zespołu z Leigh Sports Village. Do pełni szczęścia zabrakło być może tylko nieco bardziej spektakularnych liczb, lecz nawet bez nikt nie ma chyba wątpliwości, że na 28-latką z Väsby przełomowy rok, który na dobre ugruntował jej pozycję w świadomości kibiców w Szwecji, Anglii, a także – za sprawą naprawdę udanego występu na szwajcarskim EURO – w całej Europie.

Po boiskach Barclays WSL, a także jej bezpośredniego zaplecza, biega zresztą wiele klasowych, szwedzkich pomocniczek. Do tego grona zaliczyć możemy chociażby przedstawicielkę starszej generacji Kosovare Asllani, która w niesamowicie efektownym stylu odbiła się z delikatnego dołka i nie dość, że poprowadziła naszpikowaną chińskimi banknotami gwiazdorską drużynę spod znaku London City Lionesses do spodziewanego awansu, to jeszcze brawurowo wcieliła się w jej barwach w rolę kapitanki-przewodniczki po pierwszoligowych rubieżach dla młodszych koleżanek. Równie dużą odpowiedzialność nosiła na swoich barkach Fridolina Rolfö, bo jeśli dopiero co byłaś bohaterką finału Ligi Mistrzyń, to oczekuje się od ciebie tylko i wyłącznie wyczynów równie spektakularnych. W przeciwieństwie do wspomnianej wcześniej Zigiotti, była piłkarka Barcelony potrzebowała nieco więcej czasu na adaptację, lecz w grudniu wystrzeliła z formą tak, że nawet rywalki pokroju Atletico czy Tottenhamu były wobec takiego stanu rzeczy bezradne. A skoro wspomnieliśmy już o londyńskich Kogutach, to warto docenić swoiste odrodzenie Matildy Vinberg, która u boku łapiącej obecnie życiową dyspozycję Olivii Holdt, niesamowicie sugestywnie przypomniała wszystkim w kraju o swoim istnieniu. Nieco w cieniu wyżej wymienionych ze swoich zadań wywiązywała się My Cato, która pomimo letniej degradacji pozostała w londyńskim Crystal Palace i wciąż nie zrezygnowała z ambitnych planów powrotu z tym klubem do elity. Przepiękny comeback, choć tym razem w ujęciu indywidualnym, zaliczyła natomiast Rosa Kafaji, która po wielu miesiącach bezskutecznego dobijania się do wyjściowej jedenastki Arsenalu, z korzyścią w zasadzie dla wszystkich zainteresowanych stron, doskonale odnalazła się na wypożyczeniu w Brightonie.

Na domowym gruncie zachwycaliśmy się przede wszystkim 35-letnią weteranką Mią Persson, która reprezentując beniaminka z Malmö, bezapelacyjnie rozegrała swój zdecydowanie najlepszy sezon w karierze i nawet trochę szkoda, iż tak niesamowity wystrzał nie otrzymał wieńczącej puenty na przykład w postaci historycznego powołania do kadry. W tej ostatniej nowy selekcjoner Gustavsson znalazł miejsce dla Anny Anvegård, która po wyleczeniu urazu stała się prawdopodobnie najważniejszą kartą w talii trenera Linda, a przecież doskonale wiemy, że akurat w Hisingen żółtych koszulek liderek ani przez moment nie brakowało. Zdecydowanie łatwiej za to wskazać najjaśniejszy punkt niezmiennie licznej, szwedzkiej kolonii w Vålerendze i z radością możemy poinformować, iż drugi rok z rzędu ten zaszczytny tytuł wędruje w ręce cyklicznie niedocenianej przez rodzimych ekspertów Linn Vickius. O fenomenie siedemnastoletniej Novy Selin pisaliśmy szerzej przy okazji argumentacji wyróżnienia w kategorii Odkrycie Roku, niewielu jednak zdaje sobie sprawę, że taka Ida Bengtsson również otarła się w tym roku o indywidualną nominację, gdyż tak zauważalny progres, jaki stał się udziałem pomocniczki Brommy, nie powinien pozostać niedoceniony. Julia Karlernäs oraz Nellie Lilja to niezwykle solidne, ligowe firmy zarówno na szóstce, jak i na ósemce, choć pod względem charakterystyki, a także największych atutów, dzieli je zdecydowanie więcej niż łączy. Niezwykle interesującą pod kątem dalszych obserwacji zawodniczką jest ponadto Sara Eriksson, czyli jeszcze jeden żywy dowód na to, że w futbolu narodziny potencjalnej gwiazdy mogą odbyć się nawet pośrodku ogromnej, drużynowej katastrofy.

Szwedzkie TOP-50 – obrończynie

Nathalie Björn świetnie odnalazła się w drużynie gwiazd z zachodniego Londynu (For. Getty Images)

W sporcie, podobnie zresztą jak w innych aspektach życia, pech jednej osoby nierzadko okazuje się być szansą dla drugiej. Z prawdziwości tej maksymy z pewnością doskonale zdaje sobie sprawę Nathalie Björn, choć trzeba uczciwie zaznaczyć, że szwedzka defensorka z rotacji najlepszego, angielskiego klubu nie wypadła w zasadzie ani na moment. Problemy zdrowotne kolejno Kadeishy Buchanan oraz Naomi Girmy, a także falująca forma innych liderek formacji obronnej z kapitanką Millie Bright na czele sprawiły jednak, że mniej więcej w okolicach jesieni 28-latka z Uppsali stała się w oczach trenerki Sonii Bompastor centralnym elementem kręgosłupa The Blues. I grając pod nieustającą w tak wielkim klubie presją, reprezentantka Szwecji oczekiwań absolutnie nie zawiodła. Nic więc dziwnego, że w zachodnim Londynie fani coraz częściej pozwalają sobie zestawiać nazwisko Björn z legendą Magdaleny Eriksson, która jednak na boiskach niemieckiej Bundesligi nie zawsze nawiązuje poziomem do swoich najbardziej spektakularnych występów w angielskiej WSL. Konkurencja na środku bloku defensywnego w zespole mistrzyń Niemiec jest jednak naprawdę zacna, więc pozostaje trzymać kciuki, że Gilles, Viggosdottir, czy Ballisager na stałe nie przyspawają byłej kapitanki Chelsea do ławki rezerwowych.

Miniony rok bez wątpienia upłynął nam w rytmie kolejnych popisów młodych, szwedzkich wahadłowych. Wyróżniona przed dwunastoma miesiącami tytułem Odkrycia Roku Smilla Holmberg przebojem wdarła się do kadry, wywalczyła z Hammarby Puchar Szwecji, a w meczu fazy grupowej EURO bez jakichkolwiek kompleksów raz po raz wrzucała na karuzelę całkowicie chwilami bezradne reprezentantki Niemiec. Swojej szansy ani od Gerhardssona, ani od Gustavssona, nie otrzymały póki co Alice Bergström oraz Nathalie Hoff Persson, choć obie tydzień w tydzień zachwycały nas swoją dynamiką i eksplozywnością na boiskach Damallsvenskan, potwierdzając tym samym najwyższą, sportową klasę. Ich przypadki to zresztą równie ciekawy materiał do analizy, wszak pierwsza jeszcze rok temu klasyfikowana była w naszym rankingu wśród napastniczek, drugą zaś do spektakularnego sezonu w Malmö przywiódł szlak biegnący między innymi przez portugalską Lizbonę i Elitettan. Swój fantastyczny czas w Manchesterze przeżywa natomiast Anna Sandberg. Była defensorka Örebro na murawie po prostu robiła swoje, dzięki czemu bez wielkich fajerwerków z żelaznej rezerwowej stała się podstawową, a zarazem jedną z najbardziej wartościowych zawodniczek klubu, który w tegorocznej edycji Ligi Mistrzyń bez większych trudności załapał się do elitarnego TOP-12. A skoro zajrzeliśmy już niejako na lewą flankę, to warto docenić także nieco starszą od wymienionych w tym akapicie koleżanek Amandę Nildén, regularnie występującą w wyjściowej jedenastce Tottenhamu, czyli przyprawionej pikantnym, nordyckim sosem absolutnej rewelacji rundy jesiennej w Barclays WSL.

Na ligowym gruncie miniony rok należał do Ebby Handfast, która wraz z Kanadyjką Mayą Antoine oraz również zasługującą na specjalny shout-out Jessiką Wik zbudowała w Norrköping potężny, defensywny mur, z którego skutecznym sforsowaniem problemy miały nawet tak silne z przodu ekipy jak Häcken. I jeśli mielibyśmy wskazać jedną zawodniczkę, dla której sezon 2025 był ewidentnym przełomem w seniorskiej karierze, to wspomniana Handfast znalazłaby się w tym zestawieniu na jednym z bardziej eksponowanych miejsc. W postawie Peking zdecydowanie widać rękę trenera Stellana Carlssona, który jednak swoje dziedzictwo skutecznie pozostawił także w swoim byłym już klubie. Na występy piłkarek z Piteå wielokrotnie i jak najbardziej zasadnie zdarzało nam się bowiem narzekać, ale akurat Selina Henriksson oraz Wilma Carlsson sumarycznie zebrały przy swoich nazwiskach zdecydowanie więcej plusików niż głosów krytyki. A nie zapominajmy, że do grona wychowanek charyzmatycznego szkoleniowca zaliczyć możemy również chociażby Ellen Löfqvist, która po solidnym sezonie w barwach beniaminka z Malmö także znalazła się na granicy naszego rankingu. W zestawieniu nie mogło natomiast zabraknąć miejsca dla Ebby Hed, która najpierw położyła podwaliny pod najbardziej owocny od ponad dekady sezon w wykonaniu Djurgården, a następnie przeniosła się do Nottingham, aby z tamtejszym klubem walczyć o awans do angielskiej ekstraklasy. W dalekiej Kalifornii swoje atuty w grze do przodu i delikatne mankamenty w kryciu prezentowała nam Hanna Lundkvist, zaś reprezentująca mistrzowską orkiestrę z Hisingen Hanna Wijk niejako z konieczności musiała występować w zasadzie na każdej pozycji w czteroosobowym bloku defensywnym i z powierzanych jej sytuacyjnie zadań wywiązywała się więcej niż przyzwoicie, czego najlepszym przykładem znów może być pamiętna, zwycięska rywalizacja Häcken z mediolańskim Interem.