Niełatwa lekcja katalońskiego

fcrfcb

Nadkomplet widzów na stadionie w Malmö to rzeczywiście dawno niewidziany obrazek

Przed czwartkowym wieczorem na Malmö IP mieliśmy nie lada problem. Bo jak tu właściwie traktować dzisiejszy mecz? Czy powinniśmy podejść do niego na zasadzie nagrody za wywalczenie trzynastego w historii klubu z Rosengård mistrzostwa kraju? Teoretycznie miałoby to sens, ale jednak byłoby to równoznaczne z potraktowaniem zawodniczek ze Skanii bez należytego szacunku. Bo tak, do Szwecji przyjechała właśnie prawdopodobnie najbardziej efektowna drużyna klubowa świata, ale przecież klub z Malmö także reprezentowany jest przez zestaw ambitnych, profesjonalnych piłkarek, a nie grupę hobbystek kopiących po godzinach futbolówkę. Czyli co, gramy jednak o zwycięstwo? W rywalizacji dwóch zawodowych ekip właśnie tak to powinno wyglądać, ale jednak trudno było myśleć realnie o tym, żeby podjąć dziś z Barceloną równorzędną walkę. O ile jakieś przypadkowe urwanie punktów dało się jeszcze gdzieś resztkami wyobraźni zobaczyć, o tyle perspektywa ciekawego, toczonego pod obiema bramkami meczu wydawała się całkowicie odrealniona.

Niektórzy powodów do delikatnego optymizmu próbowali szukać w tym, że aura była dziś w Malmö wyjątkowo kapryśna, a padający z coraz to większą siłą deszcz miał skutecznie uniemożliwić gościom prowadzenie na murawie tradycyjnej, katalońskiej gry. Tym bardziej, że stan boiska i bez meteorologicznych przebojów jak zawsze na tym etapie sezonu pozostawia już sporo do życzenia. Szybko okazało się jednak, że Barcelonie nie przeszkadza ani mokra nawierzchnia, ani sztuczna płyta i po kilku chwilach tradycyjnego wieczorka zapoznawczego mistrzynie Hiszpanii ruszyły do bardziej konkretnych ataków. A gdy to już się stało, to pierwszy tego dnia gol był już tylko i wyłącznie kwestią czasu. Po kwadransie futbolówkę do siatki skierowała po pięknej zespołowej akcji Brazylijka Geyse, ale sędzia liniowa tego trafienia jak najbardziej słusznie jeszcze nie uznała. Była napastniczka CFF Madryt spróbowała zatem raz jeszcze, ale tym razem przed wybuchem radości powstrzymała ją … Asisat Oshoala, przypadkowo blokując niechybnie zmierzającą do siatki futbolówkę. W 30. minucie gry już nic nie było jednak w stanie przeszkodzić piłkarkom z Katalonii w otwarciu wyniku, a centrę kapitalnie spisującej się od początku meczu na lewej flance Fridoliny Rolfö na bramkę zamieniła Aitana Bonmati. Ta sama zawodniczka raz jeszcze pokonała przed przerwą australijską golkiperkę Rosengård, a tym razem w roli asystentki wystąpiła wspomniana już wcześniej Geyse. Barcelona miała w tym momencie pełną kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami, a jedynym (choć niestety poważnym) problemem dla zespołu z Katalonii wydawała się być kontuzja Caroline Hansen, która po starciu z Jessiką Wik musiała przedwcześnie opuścić boisko, narzekając na problem mięśniowy.

Rosengård co prawda robił, co mógł, ale ponieważ mógł niewiele, to przez niespełna czterdzieści minut pierwszej połowy mistrzynie Szwecji wymieniły między sobą zaledwie … pięćdziesiąt podań. I jakkolwiek irracjonalnie to zabrzmi, mając na uwadze tak niecodzienne statystyki, z postawy podopiecznych trenerki Slegers można było być umiarkowanie zadowolonym. Dośrodkowania Schough i Larsson zmusiły Sandrę Panos do dwóch interwencji na przedpolu, faul Geyse na Larsson sprokurował niebezpieczny z perspektywy gości rzut wolny, a aktywna w środku pola Bredgaard ani trochę nie przypominała zawodniczki, która jeszcze cztery dni z powodów zdrowotnych temu nie była w stanie dokończyć meczu w Kristianstad. Do pełni szczęścia miejscowym fanom brakowało już chyba tylko celnego strzału, ale i na niego przyszła pora. W drugiej z doliczonych do pierwszej połowy minut na kolejny już rajd zdecydowała się Schough, która oddała futbolówkę dobrze podłączającej się do akcji Persson. Doświadczona pomocniczka zagrała jednak niedokładnie, ale na tyle szczęśliwie, że po rykoszecie od Bonmati futbolówka znalazła się pod nogami Olivii Holdt. A 21-letnia Dunka, nie namyślając się ani chwili, uderzyła na bramkę Panos i – podobnie jak przed miesiącem w Bergen – mogła cieszyć się z gola zdobytego w Lidze Mistrzyń. Choć tym razem już nie w eliminacjach, lecz w fazie zasadniczej. Pierwszy celny strzał Rosengård zakończył się pierwszym straconym przez Barcelonę golem na europejskich boiskach w obecnym sezonie.

1-2 do przerwy to w teorii wynik będący gwarantem otwartej pod wieloma względami drugiej połowy. W Malmö prędzej spodziewaliśmy się jednak dalszego ciągu naporu na bramkę mistrzyń Szwecji niż pogoni miejscowych za remisem czy zwycięstwem. I rzeczywiście, to na połowie gospodyń czwartkowego meczu nieustannie działo się zdecydowanie najwięcej, a gdyby tylko finalistki ubiegłorocznej edycji Ligi Mistrzyń zaprezentowały podobną skuteczność jak tydzień wcześniej, to i ten mecz jak najbardziej mógł zakończyć się absolutnym pogromem. Mnożące się stałe fragmenty, niebezpieczne wejścia w szesnastkę Rosengård i sytuacje sam na sam nie przekładały się jednak na kolejne gole także dlatego, że z bezpośrednich konfrontacji na przykład z Oshoalą i Crnogorcevic obronną ręką wyszła Teagan Micah. Australijska golkiperka nie byłaby jednak sobą gdyby przy okazji nie zaprezentowała nam jakiegoś absurdalnego zachowania. Tym razem miało to miejsce w 65. minucie, kiedy to zdarzyło jej się puścić strzał Mariony Caldentey z … koła środkowego. Dodatkowy komentarz jest tu absolutnie zbędny, dodać możemy jedynie tyle, że jedna z liderek Barcelony swój bramkowy dorobek podreperowała jeszcze w doliczonym czasie gry, odbijając wyplutą przez bramkarkę z Malmö piłkę. Skończyło się zatem ostatecznie na czterech golach dla gości, ale bez względu na to, czy byłoby ich osiem, czy może dwa, opuszczaliśmy stadion z poczuciem, że oto byliśmy świadkami konfrontacji dwóch piłkarskich światów. I nie była to bynajmniej przyjemna refleksja.

Na koniec jeszcze słowo o frekwencji: wielu kibiców mocno akcentowało fakt wyprzedania pełnej puli biletów na dzisiejszy mecz. I owszem, nie mam jakichkolwiek wątpliwości, że pewnie i dwa razy większy stadion dałoby się nam przy tej okazji zapełnić. Ja jednak trochę z przekąsem powiem, że nie miałem pojęcia, że w Malmö i okolicach mieszka aż tylu wiernych fanów Barcelony. Bo frekwencja na niezwykle istotnych przecież z perspektywy Rosengård meczach ligowych jednoznacznie wskazuje, że jedynym powodem zachęcającym do przyjścia na stadion akurat w deszczowe, czwartkowe popołudnie pod koniec października była dla zdecydowanej większości zgromadzonych obecność na murawie zawodniczek z Katalonii. Bo okazja do tego, aby obejrzeć w akcji Bredgaard, Holdt, czy Öling trafia się przecież na tym samym stadionie zdecydowanie częściej, ale chętnych akurat na te usługi ewidentnie brakuje. Tyle tylko, że dopóki będziemy sztucznie nakręcać i fetyszyzować pojedyncze frekwencyjne wyskoki, dopóty nigdy nie zrozumiemy skali problemu. A przykład NWSL pokazuje, że lokalna piłka w wydaniu ligowym też może być interesującym produktem w trybie day-to-day. Ale tutaj chyba nie ma większego sensu ciągnąć tematu, gdyż osoby podgrzewające medialny szum najczęściej reagują na niewygodną prawdę mocno alergicznie. A skoro tak, to trzymajcie się i do zobaczenia na kluczowym z perspektywy całej naszej ligi dwumeczu z Benfiką.

2

Kadra na Australię

Selekcjoner Peter Gerhardsson zaprezentował 23-osobową kadrę na ostatni w bieżącym roku kalendarzowym mecz towarzyski. Wśród powołanych na starcie ze współgospodyniami przyszłorocznego mundialu zabrakło między innymi Fridoliny Rolfö (odpoczynek się należy!), a także mocno wyróżniających się na ligowych boiskach młodych nadziei szwedzkiego futbolu Hanny Wijk oraz Matildy Vinberg (tego nijak nie rozumiemy). Cieszyć może obecność Cajsy Andersson, bo choć nieprzeciętnego talentu Emmie Holmgren nie odmawiamy, to jednak 1,5 roku bez gry w kluczowym dla golkiperki wieku jest całkiem istotnym problemem, obok którego nie powinno się przechodzić obojętnie. Nasz selekcjoner ewidentnie ma też pewną słabość do duetu z Brightonu, gdyż w samolocie lecącym na Antypody znalazło się miejsce zarówno dla Emmy Kullberg, jak i dla Julii Zigiotti, choć żadna z wymienionych – mówiąc bardzo delikatnie – angielskich boisk jak dotąd nie zawojowała.

Pełna lista powołań oraz terminarz kadry poniżej, tym razem w nieco odświeżonej formie graficznej:

nov1

nov12

Poczet mistrzyń 2022

fcr

Prawda, że ta nasza liga jest wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju? Świętowanie mistrzowskiego tytułu na boisku wydaje się być całkiem spoko opcją, ale my potrafimy nawet tak wydawałoby się prosty element ligowego krajobrazu na swój jedyny i niepowtarzalny sposób urozmaicić. W tym wieku przeżyliśmy już fetę w tak nietypowych miejscach jak pizzeria, czy szatnia totalnie przypadkowego klubu, ale dwa ostatnie sezony ewidentnie pozwoliły nam wejść w tej materii na jeszcze wyższy poziom. A przyznajmy, że nie było to łatwe.

Zanim przejdziemy do wydarzeń minionych godzin, zróbmy jeszcze szybki throwback do tego, co przeżywaliśmy niemal równo dwanaście miesięcy temu. Liderki z Rosengård wybierały się wówczas na swój mecz do Piteå, a goniący je (przynajmniej w teorii) w tabeli Häcken mierzył się w Solnej z tamtejszym AIK. I nawet jeśli Gryzonie nie były aż tak beznadziejną drużyną jak obecnie, to jednak absolutnie nikt będący przy zdrowych zmysłach nie zakładał, że w rywalizacji z rozpędzoną ekipą z Hisingen są w stanie urwać jakiekolwiek punkty. Tym bardziej, że dosłownie chwilę wcześniej Blackstenius, Angeldal i koleżanki rozjechały je równie efektownym, co smutnym 10-0. W stolicy dokonało się jednak niemożliwe, a dysponująca ogromnym jak na nasze warunki ofensywnym potencjałem drużyna z Västergötland przez dziewięćdziesiąt minut nieporadnie biła głową w niezbyt szczelny w sumie mur. A że Rosengård – za sprawą dyżurnej super-rezerwowej Stefanie Sanders – na dalekiej Północy wygrał, to kwestia mistrzowskiego tytułu rozstrzygnęła się w najbardziej chyba niespodziewanym momencie. Zaskoczone takim obrotem spraw były przede wszystkim piłkarki z Malmö, które do Norrbotten nie zabrały nawet gadżetów na tradycyjną fetę. Zamiast tego była szybka pizza w autobusie na lotnisko w Luleå i balony kupione już w Sztokholmie, gdzie większa część kadry FCR kilka godzin później była już w drodze na zgrupowania swoich reprezentacji narodowych.

Wydawałoby się, że tego przebić się już nie da, ale spokojnie: od przypadków beznadziejnych mamy przecież Damallsvenskan. Tym razem Rosengård znów zrobił swoje na trudnym terenie i po derbowym triumfie nad Kristianstad mógł w poczuciu dobrze wykonanego obowiązku regenerować się przez Barceloną oraz Djurgården (swoją drogą, naprawdę ciekawy zestaw rywali). Opcją zdecydowanie najbardziej pożądaną było wywalczenie tytułu w Halloween, dzięki zwycięstwu na własnym boisku nad Dumą Sztokholmu, choć można było zakładać, że istotny dla układu tabeli może okazać się również zaplanowane na najbliższy piątek starcie na Arenie Linköping. Bo w to, że grający bez swoich dwóch kluczowych piłkarek (Ahtinen, Lennartsson) zespół z Östergötland zgubi punkty w domowej rywalizacji z Kalmarem, nie wierzył przecież nikt. Nic więc dziwnego, że piłkarki FCR nawet niespecjalnie śledziły potyczkę swoich ligowych rywalek, bo – jak przyznała już po fakcie trenerka Renée Slegers – nie miało to przecież większego sensu. Zdecydowanie ważniejsza była przecież odpowiednia regeneracja przed czwartkowym wyzwaniem w Lidze Mistrzyń, które do łatwych się bynajmniej nie zalicza, a kluczowe piłkarki w osobach Schough, Berglund, Holdt, czy Bredgaard pod koniec niedzielnych derbów w komplecie zgłaszały drobne, fizyczne dolegliwości. Tyle tylko, że Alyssa Walker, Violah Nambi i spółka ewidentnie postanowiły te spokojne przygotowania do Barcelony zakłócić, a dwa strzelone przez Kalmar gole sprawiły, że w Rosengård spokojny wieczór zamienił się nagle w czas wypełniony medialnymi obowiązkami. Choć niektóre zawodniczki nawet nie ukrywały, że o trzynastym w historii klubu z Malmö dowiedziały się pod kocykiem, w zaciszu sypialni. I jest to lokalizacja cokolwiek osobliwa, ale nie będziemy pisać, że za rok nie zrobi się jeszcze bardziej nietypowo, bo chyba zdążyliśmy się już nauczyć, że u nas w kraju sky is the limit. No, przynajmniej w tej kwestii.

Zgodnie z tradycją, poniżej znajdziecie szybki przegląd kadr, czyli Poczet Mistrzyń 2022. Serdeczne gratulacje składamy na ręce dyrektorki Sjögran, trenerki Slegers, całego sztabu szkoleniowo-medycznego oraz każdej zawodniczki FCR, która dołożyła choćby najmniejszą cegiełkę do tego triumfu. Tak, jest to najsłabszy mistrz w historii ligi, silny w znacznym stopniu słabością rywalek, ale jednak nie zapominajmy, że w bezpośrednich meczach Rosengård ani razu nie dał się pokonać żadnemu z głównych pretendentów. A skoro tak, to puchar zwyczajnie nie mógł powędrować w bardziej godne ręce, a stolica Skanii cały czas pozostaje stolicą piłkarskiej Szwecji. Raz jeszcze gratulujemy i … nie zakłócamy dalej przygotowań do czwartku, a mecz z Barceloną niech będzie po prostu nagrodą za ten sezon. Niech żyje mistrz!

KADRA FC ROSENGÅRD 2022:

gk

def

mid

fw

Podsumowanie 24. kolejki

kalmar

Punkt zdobyty przez piłkarki z Kalmaru w Linköping już oficjalnie zamknął nam mistrzowski wyścig (Fot. Corren)

Momenty 24. kolejki:

Rozkład meczów kazał nam (jak się miało okazać – nie do końca słusznie) zakładać, że tym razem najbardziej istotne dla układu tabeli rzeczy dziać będą się przede wszystkim na dwóch stadionach: w Hisingen oraz w Kristianstad. Na Bravida Arenę przyjechało Piteå i choć podopieczne trenera Carlssona na papierze nie były w starciu z rozpędzonymi gospodyniami faworytkami, to ambitnej i bezkompromisowej postawy można było od nich w zasadzie w ciemno oczekiwać. I nawet jeśli (spoiler alert!) punktów zawodniczkom z Norrbotten urwać się ostateczne nie udało, to takich meczów na pierwszoligowym poziomie jak najbardziej możemy oglądać więcej. Jasne, Häcken dominowało, momentami potrafiło zepchnąć rywalki do całkiem głębokiej defensywy i w pełni zasłużenie sięgnęło na koniec dnia po zwycięstwo – co to tego nie ma jakichkolwiek wątpliwości. Przyjezdne przypomniały nam jednak, że pomimo pewnych jakościowych deficytów też da się zaprezentować całkiem przyjemny dla oka futbol i bynajmniej nie chodzi tu wyłącznie o gol-marzenie Hanny Andersson, który z miejsca stał się mocnym kandydatem do miana najpiękniejszej bramki sezonu. Piłkarska klasa i doświadczenie Rubensson, Anvegård i Larsen zrobiły jednak oczekiwaną różnicę, dzięki czemu w Hisingen już właściwie zaklepali sobie miejsce w TOP-3, a teraz gra idzie wyłącznie o wicemistrzostwo, które nieco osłodziłoby fanom w Västergötland wiosenno-letnią serię rozczarowań.

Na stadionie w Kristianstad wreszcie dostaliśmy coś, czego na szwedzkich, ligowych boiskach nie obserwowaliśmy od dawna (z wyłączeniem meczów z udziałem Hammarby, gdyż te z definicji zaliczają się w tym względzie do osobnej kategorii). Mowa tu oczywiście o żyjących boiskowymi wydarzeniami trybunach, bo niezwykle prestiżowe dla obu ekip derby Skanii okazały się także wystarczającym magnesem dla sympatyków obu ekip. Początkowo zdecydowanie więcej powodów do radości mieli ci miejscowi, gdyż to Kristianstad sukcesywnie przejmował inicjatywę nad boiskowymi wydarzeniami. I nawet jeśli stuprocentowych akcji pod bramką gości brakowało, to zestawiona dość eksperymentalnie i pozbawiona liderki w osobie Rebcki Knaak defensywa z Malmö cały czas musiała mieć się na baczności. Wystarczył jednak tylko jeden moment nieuwagi i obrończynie tytułu pokazały dlaczego mistrzostwo udawało im się wygrać aż dwanaście razy. Olivia Holdt rozrzuciła grę do Kullashi, ta dostrzegła ustawioną dziś na szpicy Mimmi Larsson, a była piłkarka LFC i Eskilstuny uwolniła się spod krycia Mayi Kith i spokojnym strzałem głową umieściła futbolówkę w siatce. Wynik 0-1 gwarantował nam jednak emocje w drugiej połowie i tych rzeczywiście nie zabrakło. Po stronie gości na plus wyróżniały się przede wszystkim Olivia Holdt oraz jej imienniczka Schough i to właśnie za ich sprawą najpierw Larsson, a następnie Karin Lundin były bliskie podwyższenia prowadzenia. Swoje okazje miały także podopieczne trenerki Gunnarsdottir, ale na debiutującą w pierwszoligowej bramce Someę Polozen sposobu nie znalazła ani Emma Petrovic, ani Tabby Tindell. Momentami wydawało się wręcz, że futbolówka w jakiś magiczny sposób nie chce wpaść do bramki Rosengård, bo szans na to, aby wrócić do meczu, zagrzewane głośnym dopingiem piłkarki z Kristianstad miały przynajmniej kilka. Co nie udało się im, raz jeszcze zrobiły jednak przyjezdne. Już w doliczonym czasie gry, w trochę hokejowym stylu, wynik definitywnie zamknęły rezerwowe FCR i komplet punktów pojechał radosnym autobusem do Malmö. A skoro tak, to na zmianę układu sił w Skanii najwyraźniej jeszcze trochę poczekamy.

A co wydarzyło się na innych stadionach? Piłkarki Brommy już w pierwszej akcji potrafiły nieoczekiwanie ukąsić Hammarby, ale chwilę później postawiły przed własną szesnastką wirtualną tabliczkę z napisem ‘Välkommen in‘ i efekt takich działań był już dość łatwy do przewidzenia. Hasund, Cooney-Cross, Vinberg i Andersson nie musiały nawet wchodzić na najwyższe obroty, aby w przeciągu nieco ponad kwadransa wyjść na 4-1 i derby stolicy były w tym momencie całkowicie rozstrzygnięte. Punktów z Vittsjö nie przywiózł także AIK, dając zaskoczyć się rywalkom z północnej Skanii w chyba najbardziej przewidywalny sposób, czyli dośrodkowaniem Katriny Gorry na głowę Clare Polkinghorne. Stołecznym Gryzoniom oddajmy jednak to, że na przestrzeni ostatnich miesięcy w identycznym stylu dawały się oszukać również zdecydowanie bardziej solidne formacje defensywne. Z zaskakująco niezłej strony pokazały się na Tunavallen zawodniczki z Umeå, ale one z kolei miały pecha trafić na najlepszy tej jesieni dzień Felicii Rogic i to właśnie dynamiczna napastniczka wspólnie z Pauliną Nyström najbardziej zadbały o to, aby pełna pula pozostała na Tunavallen. W kończącym piłkarski weekend meczu wykartkowany Linköping dokonał wydawałoby się niemożliwego, po całości kompromitując się w rywalizacji z Kalmarem, choć jeszcze w doliczonym czasie gry mógł, a nawet powinien przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Pomimo wstydliwej wpadki podopieczne trenera Jeglertza i tak trzymają już jedną rękę na medalach za zajęcie trzeciej lokaty na koniec sezonu, ale aby osiągnąć cel, muszą teraz wystrzegać się kolejnych błędów. Kluczowy w tej kwestii mecz czeka je już w najbliższy piątek, a rywalem będzie znajdujący się w kryzysie, lecz potrafiący odpalić w absolutnie każdym momencie Kristianstad. A gdzieś w tle będziemy emocjonować się pojedynkiem Amalie Vangsgaard z Evelyne Viens na szczycie klasyfikacji strzelczyń. Zbierajmy więc siły, bo pomimo rozstrzygniętego wyścigu mistrzowskiego (o tym szerzej w osobnym wpisie), do rozwiązania cały czas pozostało nam jeszcze kilka istotnych, ligowych zagadek.

Komplet wyników:

picks24

Przejściowa tabela:

dam2

Klasyfikacje indywidualne:

Auckland nam nie sprzyjało

FfqoEgWXwAAeicA

Sobota rano, Auckland. To znaczy, w Nowej Zelandii było już oczywiście popołudnie, ale jeśli ktoś w Europie zapragnął na żywo emocjonować się ceremonią losowania IX finałów Piłkarskich Mistrzostw Świata, ten musiał przygotować się na wczesną pobudkę. Lub na bezsenną noc, to już według indywidualnych preferencji. Tak, czy inaczej, całą zabawę zainaugurował nam występ mający na celu bliższe zapoznanie nas z kulturą i tradycją Oceanii, a tym, którzy niekoniecznie byli spragnieni uniesień artystycznych pozostało niecierpliwe odliczanie do momentu, kiedy kulki zaczną się wreszcie kręcić i otwierać. A rzeczonych kulek było tym razem więcej niż zwykle, gdyż FIFA – zupełnie jak EFD – doszła do wniosku, że skoro da się coś rozszerzyć, to czemu by w zasadzie tego nie zrobić i tym sposobem po raz pierwszy w historii finalistów mundialu będziemy mieli aż 32. Odkładając jednak żarty na bok, o ile w przypadku naszej rodzimej Damallsvenskan reforma była całkowitym absurdem, o tyle akurat tutaj da się znaleźć jakieś argumenty na obronę obranej przez futbolową centralę ścieżki. Jasne, wciąż są one stosunkowo słabe (szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę niezrozumiały rozdział miejsc na poszczególne konfederacje), ale lepsze coś niż nic. Tak się przynajmniej możemy pocieszać.

Na początek warto uzmysłowić sobie jedną rzecz: dzisiejsza uroczystość nie była losowaniem fazy grupowej, czy też losowaniem grup, jak to niektórzy zwykli mówić. W Auckland poznaliśmy bowiem nie tylko zestaw gier podczas pierwszej fazy turnieju, ale także całą drabinkę, która ostatecznie poprowadzi cztery starannie wyselekcjonowane ekipy ku strefie medalowej. Oczywiście, jeśli sympatyzujesz z reprezentacją Maroka, Filipin, Jamajki, czy Irlandii, to z absolutnie oczywistych względów zdecydowanie większą uwagę zwracasz na nazwy twoich rywali w grupie, gdyż to od ich jakości zależy, czy za rok wybierzesz się do Australii lub Nowej Zelandii wyłącznie w celach uprawiania sportowej turystyki, czy może jednak gdzieś będzie tlić się nadzieja również na boiskowy sukces. Jeśli jednak należysz do grona zwolenników któregokolwiek z zespołów z koszyka pierwszego, to po stokroć bardziej istotna jest dla ciebie już faza pucharowa. Bo znalezienie się w niej jest po prostu absolutnym obowiązkiem, a od układu drabinki zależy to, kto stanie na twojej drodze, gdy turniej tak naprawdę się rozpocznie, czyli – mówiąc wprost – w 1/8 finału. Jasne, całkowicie nie możemy wykluczyć sytuacji, że któraś z rozstawionych drużyn po całości się nam za rok skompromituje, choć tego scenariusza realnie jednak nie zakładamy.

Mając to wszystko na uwadze, najbardziej optymalnie byłoby wylądować w grupie C lub D, gdyż akurat im przypada w udziale zaszczyt bycia sparowanym z grupami A oraz B. Czyli z tymi, gdzie miejsca dla najwyżej rozstawionych zajęły gospodynie turnieju finałowego. Ten plan się jednak nie powiódł, a fortuna uśmiechnęła się tym razem do Hiszpanek i Angielek. Nawiasem mówiąc, te ostatnie na brak szczęścia ostatnimi czasy nie mogą narzekać, wszak na tegorocznym EURO system VAR był wiele razy ich dwunastym zawodnikiem (mocno wątpliwy karny z Norwegią, kontrowersyjny gol na 1-1 w ćwierćfinale, czy wreszcie ręka Williamson w meczu finałowym). Wracając jednak do Szwedek: na rozgrzewkę dostaniemy RPA, Włochy i Argentynę (w tej kolejności) i jeśli przeszkody te okażą się być w naszym zasięgu, to o ćwierćfinał zagramy najprawdopodobniej z kimś z dwójki USA – Holandia. A to oznacza dokładnie tyle, że już na tym etapie z wielkim prawdopodobieństwem obejrzymy bezpośrednie starcie medalistek poprzednich finałów. Mało? To patrzcie na to: na zwycięzcę tego zapewne wyczerpującego boju czekać będą najpewniej uśmiechnięte Hiszpanki, które – jeśli planowo wygrają grupę – w 1/8 finału w nagrodę zmierzą się z kimś z zestawu Nowa Zelandia – Norwegia – Filipiny – Szwajcaria. W wersji alternatywnej trafić możemy na przykład na Japonię, bo to właśnie mistrzynie świata sprzed jedenastu lat powinny zameldować się w fazie pucharowej obok przedstawicielek Półwyspu Iberyjskiego. Swoją drogą, wcale nie jest wykluczone, że – podobnie jak we Francji – znów awans z drugiego miejsca może okazać się dla podopiecznych Gerhardssona zdecydowanie bardziej opłacalny. Choć na takie dywagacje jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie.

Pewne jest jednak to, że przez większą część turnieju stacjonować będziemy w Nowej Zelandii, a to oznacza nieco łatwiejszą logistykę już na miejscu. Dla formalności: mecze grupowe rozegramy w Wellington (dwa) oraz Hamilton (jeden). Niekorzystne jest natomiast to, że na ewentualną drugą rundę trzeba udać się do Australii (Sydney lub Melbourne), następnie może czekać nas powrót na ćwierć- oraz półfinał do Nowej Zelandii (Auckland lub Wellington) i na koniec raz jeszcze Australia, a w niej gra o medale. Trudno jednak powiedzieć, czy ostatecznie przyjdzie nam aż tyle podróżować, bo awans do najlepszej czwórki nie jawi się bynajmniej jako łatwe zadanie. O szansach i zagrożeniach porozmawiamy jeszcze jednak pewnie z tysiąc razy, więc póki co pożegnajmy się konstatacją, że gdy ostatnio tak mocno narzekaliśmy na losowanie, to skończyło się to najlepszym turniejem w historii szwedzkiej piłki. Powtórka oczywiście mile widziana, choć nie miejmy złudzeń: będzie to niezwykle ambitna misja.