Oby do września

unl

W takim towarzystwie to można sobie pokopać piłeczkę (Grafika: UEFA)

Od czasu równie odważnej, co kompletnie pozbawionej sensu reformy znoszącej podział na grupy A oraz B, a także zwiększenia uczestników mundialu i EURO do granic absurdu, kolejne kampanie kwalifikacyjne kojarzyły nam się przede wszystkim z przykrym i mało ekscytującym wypełnianiem reprezentacyjnych obowiązków. Bo sportowo-turystyczne podróże po bezdrożach Gruzji czy Mołdawii piłkarsko nie wnosiły absolutnie nic dla żadnej ze stron, a dodatkowo można było jeszcze z takiej wyprawy wróci na przykład z kontuzją. Albo – w wersji nieco bardziej optymistycznej – z jakimś ciekawym dla statystyków indywidualnym rekordem, o czym przekonała się na przykład Olivia Schough. Tak, czy inaczej, w UEFA potrzebowali kilkunastu lat oraz serii pogromów rzędu 20-0, aby zrozumieć, że coś tu jednak nie klika. A gdy już przyszło wspomniane otrzeźwienie, to cały świat na wiele lat pogrążył się w epidemicznej rzeczywistości i projekt naprawiający popełniony wcześniej błąd znów trzeba było odłożyć w czasie. W końcu jednak doczekaliśmy się futbolowej sprawiedliwości i jeśli tym razem żaden czynnik obiektywny nie stanie nam na przeszkodzie, to we wrześniu zainaugurujemy nowy cykl, który sensu i logiki ma więcej niż wszystkie dotychczasowe pomysły UEFA i FIFA razem wzięte.

Zasady funkcjonowania Ligi Narodów przerabialiśmy już na wszystkie możliwe sposoby, ale w największym skrócie będzie to cykl oparty na zasadzie spadków i awansów, w którym doskonale odnajdą się na przykład kibice curlingu czy hokeja na lodzie. Jego głównym założeniem jest to, aby drużyny jak najczęściej spotykały się z rywalami na mniej więcej zbliżonym poziomie i w bezpośredniej rywalizacji rozstrzygały kto wywalczy prawo gry w wyższej dywizji. Wbrew pojękiwaniom malkontentów, wcale nie zamyka on przed nikim drogi rozwoju, gdyż w skrajnym przypadku (a uwierzcie mi na słowo, że taki się nie wydarzy) wystarczą zaledwie dwa cykle, aby ekipa z dywizji C awansowała do dywizji A. Jeśli więc na przykład w jednym w krajów południowo-wschodniej Europy nagle i bez uprzedniego ostrzeżenia wybuchnie futbolowa gorączka lub narodzi się jedyne w swoim rodzaju złote pokolenie, to błyskawicznie odnotujemy ten fakt czarno na białym, a owa reprezentacja szybko zajmie należne sobie miejsce w drabince Ligi Narodów. Analogicznie, jeżeli ktoś zatrzyma się w rozwoju, zamiast do (przykładowego) Frankfurtu czy Londynu, pojedzie zagrać o punkty do (przykładowego) Budapesztu czy Sarajewa. Jeżeli ktoś wciąż uważa taki system za mniej sprawiedliwy, to naprawdę trudno mi zrozumieć takie stanowisko. Szczególnie, że dopiero co zamknęliśmy najbardziej nonsensowną kampanię eliminacyjną w historii, podczas której liczba ciekawych, rozgrywanych pod prądem meczów była tak niewielka, że aż trudno było je wyłowić z morza kolejnych pogromów.

Ktoś może oczywiście oburzać się na moje ciągłe porównania do hokeja czy curlingu, ale w mojej ocenie na tę chwilę piłka nożna kobiet pod względem chociażby różnicy jakości pomiędzy światową czołówką, a umowną drugą, trzecią i kolejnymi ligami, zdecydowanie bardziej przypomina wyżej wymienione dyscypliny sportu niż piłkę nożną mężczyzn, gdzie w pojedynczym meczu setna drużyna rankingu może spokojnie klepnąć lidera i nikogo (no, może poza dziennikarzami) to specjalnie nie zdziwi. A skoro tu widzimy analogie, to właśnie tu powinniśmy szukać inspiracji i super, że w końcu doczekaliśmy się na tym polu ciekawego projektu (teraz jeszcze wypadałoby pójść za ciosem i wystartować klubowe rozgrywki dla zespołów spoza wąskiego grona dyżurnych faworytek Ligi Mistrzyń). Wracając jednak do tematyki reprezentacyjnej, bo ona dziś na pierwszym planie: pamiętacie ubiegłoroczny mecz w gruzińskim Gori? Przecież doskonale zdajemy sobie sprawę, że zakończyłby się on dokładnie takim samym wynikiem (dla przypomnienia: 15-0) nawet wówczas, gdyby Jennifer Falk nieszczęśliwie zatrzasnęła się w stadionowej łazience i w ogóle nie wyszła na murawę. To był po prostu koncertowo zmarnowany termin, który zarówno szwedzka, jak i gruzińska federacja mogłyby zagospodarować zdecydowanie bardziej produktywnie, gdyby tylko nie kazano im rozegrać niepotrzebnego nikomu meczu. Wyobrażacie sobie rzeczywistość, w której kadra Szwecji w hokeju na lodzie musi pokonać Gruzję, aby zagrać na mistrzostwach świata? Że niby absurd? To w takim właśnie absurdzie dane nam było przez ostatnie lata funkcjonować.

O wynikach samego losowania póki co piszę niewiele, ale to przede wszystkim dlatego, że … znajdziecie je na grafice powyżej i każdy może na własne potrzeby dokonać ich głębokiej analizy. Wiele szwedzkich mediów wspomina o najtrudniejszej możliwej grupie i jest to bynajmniej punkt widzenia, z którym osobiście się nie zgadzam. Oczywiście, z drugiego koszyka priorytetem numer jeden było uniknięcie Hiszpanii, bo ta będzie walczyła o zwycięstwo w całym cyklu bez względu na to, w jakim składzie personalnym przystąpi do rywalizacji. A skoro tak bardzo przeciwniczek z Półwyspu Iberyjskiego nie chcieliśmy, to właśnie z nimi przyjdzie się nam jesienią zmierzyć. Włoszki i Szwajcarki z kolei nie wydają się za to poważniejszą przeszkodą niż chociażby Islandki czy Szkotki, które to wraz z Hiszpanią znajdowały się z mojej osobistej grupie strachu. Tak, czy inaczej, boisko jak zawsze zweryfikuje, a o sensowności Ligi Narodów najlepiej niech świadczy fakt, że dyskusje o potencjalnej sile poszczególnych grup już się zaczęły. Bo jakoś nie przypominam sobie, aby dwa lata temu kogokolwiek grzało to, czy na drodze do Australii i Nowej Zelandii przyjdzie nam zwiedzać wspomniane już zabytki Gruzji, czy może jednak Mołdawii.

Deszcz, Tamminen i MMAdelen

FvEJZZ0XoAA-4cC

Trzy punkty w derbach rzeczywiście mają niepowtarzalną wymowę (Fot. Hammarby IF)

Piłkarki dwóch stołecznych klubów wyraźnie hołdują zasadzie, że Święto Pracy najrozsądniej uczcić ciężką pracą. Poniedziałkowe derby na Stadionie Olimpijskim w Sztokholmie nie były może najlepszym sportowo meczem tegorocznej kampanii, ale poziomem emocji, dramaturgii, czy zwrotów akcji możemy spokojnie stawiać je w jednym rzędzie z rozgrywanym nota bene równolegle w Londynie półfinałem Ligi Mistrzyń. I aż szkoda, że w przeciwieństwie do fanów zebranych na Emirates Stadium, my nie mieliśmy okazji obejrzeć dodatkowych trzydziestu minut tej frapującej rywalizacji. Że niby u nas nie było remisu? Nie szkodzi, bo to był jeden z tych meczów, które powinny trwać i trwać bez względu na wynik.

Atmosferę tego spektaklu wraz z piłkarkami zrobili także fani obu ekip, którzy pomimo mocno niesprzyjającej pogody zjawili się na Olimpijskim w liczbie niespełna czterech tysięcy. I jest to wynik naprawdę godny podkreślenia, gdyż osiągnięty bez przenoszenia meczu na większy stadion, czy też organizowania mu dodatkowej, medialnej otoczki. Kibice mogą jednak postarać się o odpowiednią oprawę, a wraz z pierwszym gwizdkiem sędzi Tess Olofsson pałeczkę przejęły już zdecydowanie same zawodniczki. Całą zabawę rozpoczęła nieprzyjemnym dla golkiperki Bajen strzałem Tove Almqvist, ale później do głosu coraz wyraźniej zaczęły dochodzić przyjezdne. I doprawdy nie trzeba było czekać długo, aż wciąż niepokonane na krajowym podwórku piłkarki Hammarby sięgną po jedną ze swoich najmocniejszych kart. Z okolic narożnika boiska futbolówkę wrzuciła Kyra Cooney-Cross, Plan oraz Boakye nie były w stanie zażegnać nadchodzącemu niebezpieczeństwu, a przy dalszym słupku już czaiła się Simone Boye, która w takich sytuacjach robi mniej więcej to, co w dogrywce półfinału Pucharu Szwecji przeciwko Piteå. Mniej więcej, gdyż wtedy pokonała bramkarkę rywalek efektownym uderzeniem głową, a teraz po prostu z najbliższej odległości wepchnęła piłkę do siatki, ale efekt końcowy był ten sam. 1-0 dla gościń z Södermalm nie oznaczało jednak końca emocji, choć trzeba przyznać, że to Hammarby starało się dominować na murawie w pierwszej połowie spotkania. Wystarczyły jednak dwa indywidualne błędy Nyström, aby gospodynie dwukrotnie stanęły przed szansą na doprowadzenie do remisu, co tylko zaostrzało apetyty na jeszcze lepsze granie po przerwie.

I rzeczywiście tak się stało, a poczynające sobie coraz śmielej zawodniczki Dumy Sztokholmu ewidentnie chciały dopisać derbowego rywala do całkiem okazałej już kolekcji tegorocznych łupów. I trzeba oddać, że w realizacji tego postanowienia były niesamowicie konsekwentne, a tak głęboko zepchniętego do defensywy Hammarby w rywalizacji z krajowym rywalem nie oglądaliśmy już bardzo dawno. W drugiej linii kapitalną partię rozgrywała Tove Almqvist, na wahadłach szalały Bergström oraz Hed, a w szesnastce na swoją jedną, wyśnioną okazję cierpliwie wyczekiwała Hayley Dowd. Problem gospodyń polegał jednak na tym, że między słupkami bramki Bajen stała tego wieczora znajdująca się w wybornej formie Anna Tamminen, a znalezienie skutecznego sposobu na pokonanie 29-letniej Finki okazało się ostatecznie zadaniem ponad siły podopiecznych trenera Pålssona. Na murawie, oprócz zagrań czysto piłkarskich, nie zabrakło również charakterystycznej dla derbów stolicy walki, choć akurat w przypadku Madelen Janogy poziom agresji przesunął się zdecydowanie poza dozwoloną granicę. 33-krotna reprezentantka Szwecji postanowiła sama wymierzyć sprawiedliwość po starciu z Matildą Plan, a że zrobiła to w stylu bardziej odpowiednim dla oktagonu niż zielonej murawy, to jak najbardziej słusznie przyszło jej obejrzeć czerwoną kartkę i przedwcześnie podreptać w kierunku szatni. W doliczonym czasie gry w przepychankę w polu karnym Hammarby wdały się jeszcze Alice Carlsson oraz Lova Lundin, ale tym razem skończyło się jedynie na obustronnych napomnieniach.

Na innych arenach nie było aż tak dramatycznie, a najwięcej emocji – dość zresztą nieoczekiwanie – przyniosła rywalizacja Piteå z Uppsalą. Na mocno zmrożonej LF Arenie osłabione brakiem trzech podstawowych piłkarek gościnie postanowiły mocno postawić się wyżej notowanym rywalkom, ale te raz jeszcze mogły liczyć na kapitalną dyspozycję amerykańskiej bramkarki Samanthy Murphy. Później sprawy w swoje ręce wzięły już Anam Imo do spółki z Tuvą Skoog i komplet oczek pozostał ostatecznie w Norrland. Choć kto wie, czy podopiecznym Stellana Carlssona nie byłoby o zwycięstwo jeszcze trudniej, gdyby nie pechowy samobój autorstwa Elim Rombing. Dwa piątkowe mecze przyniosły nam za to emocje w stylu komedii Dzień Świstaka. W obu przypadkach obejrzeliśmy bowiem zwycięstwa faworyzowanych gospodyń w stosunku 1-0, po golach strzelonych w 54. minucie, a na tym wcale nie koniec analogii. Przypadek? No chyba jednak tak. Drugie z rzędu zwycięstwo odniósł broniący tytułu Rosengård, ale na realną weryfikację projektu Joela Kjetselberga będziemy musieli poczekać przynajmniej do piątku. Choć przesunięcie Rii Öling na powrót do środka pomocy zdecydowanie było jedną z lepszych decyzji podjętych przez nowego szkoleniowca FCR. Komplet punktów na beznadziejnym jak zwykle Kalmarze ugrało też Växjö, które na murawie Guldfågeln Areny wcale nie prezentowało się o wiele lepiej, ale w przeciwieństwie do rywalek miało w swoim składzie Evelyn Ijeh. I to są właśnie te detale…


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2

VARto było?

var

Miejsce pracy piłkarskich sędziów do niedawna wyglądało nieco inaczej (Fot. SFA)

Wiecie, jaki jest najbardziej znienawidzony trzyliterowy skrót w piłkarskiej społeczności? No jasne, że ACL, co w sposób szczególnie brutalny pokazały nam ostatnie miesiące. Na drugim miejscu listy czai się jednak jeszcze jeden antybohater, który w zamierzeniu miał futbol uleczyć, a ostatecznie w wielu aspektach okazał się niszczycielem dobrej zabawy. Przynajmniej dla niektórych, gdyż już na wstępie uczciwie zaznaczam, że poniższy tekst jest w stu procentach subiektywny, a prezentowane w nim opinie są wyłącznie jednoosobowym stanowiskiem autora.

VAR, bo o nim mowa, wkraczał na salony w przededniu francuskiego mundialu. Jakieś pierwsze, nieśmiałe testy odbyły się oczywiście wcześniej, ale to właśnie rozgrywany latem 2019 turniej miał być oficjalną, światową premierą tego epokowego wynalazku. I trzeba uczciwie przyznać, że FIFA wraz z podległymi jej podmiotami zrobiły wymyślonej przez siebie technologicznej nowince tak sprawną kampanię wyborczą, że nie powstydziliby się jej nawet najbardziej doświadczeni w tej materii politycy. Tyle tylko, że później przyszło zderzenie z rzeczywistością, a to nie wypadło już aż tak efektownie. Bo miało być przejrzyście, sprawiedliwie i bez kontrowersji, a było … no właśnie, jak?

Sam zastanawiałem się, dlaczego w moim osobistym rankingu mundiali turniej z roku 2019 umieściłem dopiero na przedostatnim miejscu. W teorii zgadzało się przecież wszystko: kadra Petera Gerhardssona zrobiła wynik zdecydowanie ponad stan, kończąc udział w imprezie heroicznym zwycięstwem nad Anglią. Cztery lata później w pamięci zostały mi jednak nie kapitalna interwencja Nilli Fischer, czy rozgrywająca turniej życia Kosovare Asllani, a kompletny chaos organizacyjny, absurdalnie napompowana, ciągnąca się w nieskończoność faza grupowa z udziałem 32 drużyn i wreszcie rwane mecze, co i raz przerywane podbieganiem niekoniecznie panujących nad sytuacją sędzi do monitorka. Problemy logistyczne były jednak niejako wliczone w koszty, wszak byliśmy we Francji, gdzie przy każdej możliwej okazji (a nawet i bez niej) wszystkie grupy zawodowe ewidentnie lubią sobie od czasu do czasu przeprowadzić strajk generalny. Noc spędzona pod stadionem w Hawrze, czy kłopoty z dotarciem na obiekt w skąpanej czterdziestostopniowym słońcem Nicei, były zatem niejako spodziewaną i oczekiwaną atrakcją. Gdy już jednak na mecz szczęśliwie się dotarło, to można było oczekiwać, że od tej pory w rolach głównych występować będą przede wszystkim piłkarki. I w tym punkcie czekało nas pewne rozczarowanie. Bo oto w tym właśnie momencie, cały na biało cyfrowo, na scenę wkroczył on. A imię jego Video Assistant Referee.

Na początek chciałbym jasno i wyraźnie zaakcentować jedno: moją intencją zdecydowanie nie jest przekonywanie kogokolwiek, że kiedyś to było, ani tym bardziej stawanie w obronie ewidentnych sędziowskich pomyłek. Tyle tylko, że – czy tego chcemy, czy nie – historia futbolu była w znacznym stopniu historią niezamierzonych błędów i będących ich naturalną konsekwencją kontrowersji. Zdarzało się, że niefortunne i zmieniające bieg wydarzeń kiksy przytrafiały się samym piłkarkom, ale i biegający z gwizdkami arbitrzy miewali w tej materii gorsze momenty. I paradoksalnie, to właśnie one sprawiły, że niektóre pojedyncze mecze uzyskały sportową nieśmiertelność, stając się w jakimś sensie kultowymi. Bo czy tak często wracalibyśmy dziś pamięcią do japońsko-angielskiego półfinału w Edmonton, gdyby nie niefortunna interwencja Laury Bassett? Czy historia brazylijskiej piłki potoczyłaby się inaczej, gdyby osiem lat wcześniej Marta wykorzystała prawdopodobnie najważniejszą jedenastkę w życiu? Od sędziowskiej strony zdecydowanym numerem jeden w każdym chyba rankingu jest niesławny popis Szwajcarki Nicole Petignat, która w niezapomnianym konkursie rzutów karnych pozwalała amerykańskiej golkiperce Briannie Scurry na zdecydowanie więcej niż nakazywałaby przyzwoitość. I trzeba uczciwie przyznać, że ona również dołożyła niemałą wcale cegiełkę do tego, że pamiętnego lipcowego dnia stadion w Pasadenie eksplodował, a wraz z nim moda na soccer w całych Stanach Zjednoczonych. Jak potoczyłaby się ta historia w alternatywnej rzeczywistości, w której Puchar Świata pojechałby wówczas do Chin? Tego nie dowiemy się już nigdy. I bardzo dobrze.

Rzadko zdarza się, aby czas wolny w podróży umilały mi archiwalne transmisje piłkarskie (wiecie, dla zdrowia i higieny od futbolu warto czasami odpocząć), ale nie tak dawno zdecydowałem się odpalić sobie niezapomniany ćwierćfinał mundialu 2003 pomiędzy Szwecją i Brazylią. Dla lepszego zrozumienia kontekstu zaznaczę tylko, że miało to miejsce bezpośrednio po pierwszej dawce meczów ćwierćfinałowych (więc nawet faza się zgadza!) w tegorocznej Lidze Mistrzyń. Nie ukrywam, że wspomniany mecz Szwecji z Brazylią znam już niemal na pamięć, więc seans ten bardziej przypomina popołudnie z ulubionym filmem lub serialem, w którym to doskonale wiesz, jaki los spotka w kolejnej scenie każdą z bohaterek. Ponieważ jednak całość, przynajmniej z naszej perspektywy, kończy się happy-endem, to za każdym razem są to naprawdę miło spędzone dwie godzinki. Dochodzimy zatem do punktu kulminacyjnego, zbliża się dziewięćdziesiąta minuta, Brazylijki z coraz większym impetem szukają wyrównującego gola, a przez moją głowę zupełnie nieoczekiwanie przebiega zaskakująca myśl: jak bardzo inaczej wyglądałby ten sam mecz w erze technologii VAR? Oczami wyobraźni widzę kolejne konsultacje przy monitorku, przynajmniej pięć podyktowanych rzutów karnych, trzydzieści doliczonych do drugiej połowy minut, czerwoną kartkę dla Sofii Lundgren i … mam poczucie, że to nie byłoby to samo. Że gdyby dzisiejsze technologie i regulacje obecne były w futbolu dwadzieścia lat temu, to w tej chwili najpewniej nie pisałbym tego tekstu, a o istnieniu takich postaci jak Aitana Bonmati lub Lauren Hemp nie miałbym zwyczajnie pojęcia. I żeby było jasne: ani trochę nie chodzi tu o to, że w obecnych realiach Brazylia miałaby prawdopodobnie szansę ten mecz wygrać (tego akurat nigdy nie sprawdzimy), a o odarcie meczu z koktajlu skrajnych emocji, które przynajmniej w moim przypadku słynny monitorek wyraźnie schładza.

Żeby było zabawniej, gdy pojawiały się pierwsze wzmianki o wejściu nowej technologii do świata futbolu, nastawiony byłem do tego pomysłu raczej pozytywnie. Nie brakowało oczywiście wątpliwości, ale skoro miał to być krok w kierunku szeroko pojętej sprawiedliwości, to chyba warto dać takiemu projektowi szansę. Tej jednak wykorzystać się nie udało, a chaos na francuskim mundialu był tego najlepszym przykładem. Bo odarta z magii rzeczywistość wygląda tak, że o ile wcześniej najważniejsze decyzje na boisku podejmowała znajdująca się jak najbardziej w epicentrum wydarzeń sędzia główna, o tyle teraz jej rolę przejmuje osoba siedząca w sterylnym pomieszczeniu przed monitorkiem. Wciąż mamy więc do czynienia nie z prawdą objawioną, lecz z punktem widzenia jednego człowieka (no dobra, dwóch, bo przed monitorkiem siedzi jeszcze asystent) i wciąż wzbudza to niemało kontrowersji. I w takiej sytuacji aż samo ciśnie się na usta pytanie: Po co nam to wszystko? Skoro i tak bazujemy na subiektywnej opinii, to czy aby na pewno powinniśmy sobie to życie aż tak komplikować? Czy naprawdę musimy powtarzać rzut karny, bo stopa nigeryjskiej bramkarki znalazła się trzy milimetry przed linią w momencie oddania strzału? Czy naprawdę miało to decydujący wpływ na to, że Wendie Renard w ogóle nie przycelowała w bramkę? A jeśli uznamy, że jednak tak, to czy odpowiedzialna za podjęcie takiej decyzji nie powinna być sędzia wyznaczona do prowadzenia tego meczu? W końcu w jakimś celu ona na tym boisku się znalazła, dajmy jej zatem sumiennie wykonywać swoją pracę. Kwestia dyktowania jedenastek to zresztą całkiem osobny temat, gdyż piłka nożna – co za odkrycie – jest sportem kontaktowym. I wiadomo, że gdyby skrupulatnie stosować się do książeczki z zasadami gry, to w każdym meczu oglądalibyśmy przynajmniej kilka (w porywach do kilkunastu) rzutów karnych. I bez posądzania kogokolwiek o złe intencje, tworzy się tu całkiem szerokie pole do potencjalnego, nieintencjonalnego wypaczenia wyniku meczu. Bo wystarczy wybór odpowiedniej kamery i już wołamy sędzię do monitorka, żeby pokazać jej, jak oczywisty błąd właśnie popełniła. A kilka minut później grę puszczamy, bo gdyby tak analizować każdy kontakt, to więcej byłoby w tym wszystkim analizy niż czystej gry. Absurd sędziowskiego VARowania najbardziej uwypukla fakt, że gdyby literalnie w ten sam sposób traktować każdą stykową sytuację na całym boisku (bo czym niby różnią się one od tych w polu karnym?), to z wideoweryfikacją mielibyśmy do czynienia co kilkadziesiąt sekund. I może powinniśmy takiemu scenariuszowi kibicować, bo wówczas raczej długo byśmy sobie nie poVARowali, a na stadionach ostałyby się jedynie rodziny i znajomi piłkarek. Czy chcemy tego, czy nie, nasza dyscyplina sportu jest kontaktowa i taka już pozostanie. A skoro tak, to niech o wysokości czy formie kar indywidualnych i zespołowych decydują osoby do tego wyznaczone, a takie na płycie boiska przecież o ile mi wiadomo mamy. Dajmy zatem im się wykazać.

A propos; kolejnym piłkarskim kuriozum ery VAR jest kwestia zdegradowania roli sędzi liniowych do dekoracji biegających bez większego celu wzdłuż linii bocznych. Wiem, brzmi dosadnie, ale inaczej nie da się tego zwyczajnie nazwać. Ot, weźmy sobie losową sytuację z rywalizacji Bayernu z Arsenalem. Stina Blackstenius znajduje się na tak wyraźnym spalonym, że między nią, a linią obrony zespołu z Bawarii spokojnie wylądowałby mały helikopter. Co w zaistniałej sytuacji robi pani arbiter? No właśnie nie robi absolutnie nic, a chorągiewka niezmiennie pozostaje w dole aż do momentu otrzymania sygnału z pokoju z monitorkiem. Oczywiście, jestem w stanie zaakceptować wytyczne nakazujące puszczanie gry w sytuacjach stykowych (akceptacja bynajmniej nie równa się pełnemu zrozumieniu dla tego pomysłu), ale nijak nie jestem w stanie wytłumaczyć braku reakcji w przypadku kilkumetrowych spalonych. Bo skoro rolą sędzi asystentek nie jest interweniowanie w takich właśnie sytuacjach, to coś tu zdecydowanie nie zagrało tak, jak chyba powinno. A jeżeli na przykład kwestię ofsajdów i tak rozstrzyga nam wyrocznia w pokoiku VAR, to opłacanie kilkuosobowych składów sędziowskich na murawie wydaje się klasycznym przykładem marnotrawienia pieniędzy.

Żeby nie było: nie byłem, nie jestem i nigdy nie będę przeciwnikiem wykorzystywania w świecie futbolu nowych technologii. Ale niech to wszystko ma przynajmniej ręce i nogi, nie zabijając przy tym dyscypliny sportu, w której wiele lat temu dane mi było się zakochać. Sama obecność monitorka przy linii bocznej ani trochę nie kłuje mnie w oczy, ale czy nie możemy w tej materii skorzystać z metod przetestowanych i stosowanych z powodzeniem na innych halach i stadionach? Mam tu na myśli chociażby koszykówkę, hokej, czy futbol amerykański, gdzie system wideoweryfikacji jak najbardziej funkcjonuje, ale na nieco bardziej przejrzystych zasadach. Po pierwsze, prośbę o analizę spornych sytuacji zgłaszają sami trenerzy i to od nich zależy, w którym momencie meczu z tego przywileju skorzystają (a prawo do niego przysługuje ograniczoną ilość razy, na przykład jeden raz w połowie). Po drugie, sprawdzić można wszystko, od problematycznego karnego, przez czerwoną kartkę, aż do wyrzuconego ze złego miejsca autu – decyzja ta należy wyłącznie do szkoleniowców. Po trzecie, weryfikacji podjętej na murawie decyzji dokonuje sędzia główna, bez podszeptów ze strony życzliwych podpowiadaczy na słuchawce, którzy siedząc w swoich fotelach próbują przekonać ją do swoich racji. Po czwarte – i być może w tym wszystkim najważniejsze – w momencie prośby o analizę VAR zatrzymujemy zegar meczowy, który ponownie uruchamiamy dopiero w chwili wznowienia gry. Cztery zwyczajne, proste punkty, dzięki którym zwiększamy rolę trenerów (kwestia umiejętnego wykorzystania weryfikacji wideo stałaby się kolejnym istotnym elementem gry taktycznej), przywracamy należny prestiż sędziom, pokazując przy okazji, że jednak choć trochę wierzymy w ich kompetencje, a samym meczom oddajemy płynność, puls i temperaturę. Czy nie brzmi to wszystko nieco bardziej sensownie? Dla mnie z pewnością, ale całkowicie rozumiem, jeżeli ktoś ma w tej kwestii inne zdanie. Bo jak mawiał swego czasu czołowy polski polityk: prawdziwą sztuką jest pięknie się różnić.

Nie będę ukrywał, że na niespełna trzy miesiące przed mundialem w Australii i Nowej Zelandii poziom ekscytacji tym turniejem wynosi u mnie dwa w skali do dziesięciu. Pewnie w okolicach 1/8 finału (czyli de facto początku realnych zmagań) licznik podskoczy gdzieś w okolice czwórki, ale na więcej się nie nastawiam. Bo już przedłużane o trzydzieści minut starcia barażowe mniej więcej pokazały mi, czego mogę się tego lata spodziewać. Równocześnie czuję swego rodzaju dumę, że przed rozpoczęciem sezonu 2023 grające na szczeblu centralnym szwedzkie kluby kolejny już raz odrzuciły w demokratycznym głosowaniu propozycję wprowadzenia systemu VAR w krajowych rozgrywkach. Jasne, nie jestem naiwny i wiem, iż opór ten nie będzie trwał w nieskończoność. Bo skoro cały świat ewidentnie dryfuje w odwrotnym kierunku, to tworzenie precedensu nie będzie na dłuższą metę korzystne na przykład dla szwedzkich klubów grających w europejskich pucharach. Mając jednak to wszystko z tyłu głowy, gdzieś zostaje jednak ta satysfakcja, że to właśnie Szwecja pozostaje jedną z ostatnich stref wolnych od VAR na piłkarskiej mapie świata. I oby stan ten utrzymał się jak najdłużej …

Magia Hamano

FugJABAWYAY8ki9

Winning feeling! Hamano razy dwa i lider wraca do stolicy (Fot. Hammarby IF)

I jak tam nastroje po weekendowym, ligowym graniu? Oby lepsze niż w Skanii, bo przynajmniej dwa z trzech tamtejszych klubów rozpoczęły kampanię 2023 od przedziwnego pasma rozczarowań. W obliczu kryzysu w Malmö zdecydowali się postawić na terapię szokową, w Vittsjö natomiast wyżej od rewolucji ewidentnie cenią sobie ewolucję. Tyle tylko, że tym razem zdecydowanie lepsze efekty przyniosła terapia mocno inwazyjna, dzięki czemu mistrzynie z Rosengård wreszcie zapisały na swoim koncie premierowe zwycięstwo. Pierwszy od dawna głębszy oddech mogła wziąć zatem Therese Sjögran, a nowy trener Joel Kjetselberg zanotował całkiem sympatyczny debiut na poziomie Damallsvenskan. Cała ta sytuacja w jego przypadku zakończyła się chyba pokaźnym uderzeniem endorfin, gdyż na pomeczowej konferencji mogliśmy usłyszeć z jego ust mnóstwo ciekawych przemyśleń. A wśród nich na przykład te traktujące o tym, że czynnikiem niezbędnym do odnoszenia sukcesów w sporcie jest miłość. Szkoleniowiec Rosengård ani słowem nie wspomniał natomiast o słabości rywala, która tutaj pewną rolę jednak odegrała. Bo prawdą jest, że czasy, w których pozycja bramkarki stanowiła o sile Vittsjö, definitywnie należą już do przeszłości. Na domiar złego, na liście kontuzjowanych znalazły się liderka formacji defensywnej oraz czołowa zawodniczka drugiej linii, w wyniku czego po stronie aktywów trenerowi Kristianssonowi ostała się jedynie Charlotte Grant (nawiasem mówiąc, ona również nie dograła derbowego starcia do końca). A jedną solidną piłkarką nawet z tak niestabilnym Rosengård nijak nie powalczysz. Inna sprawa, że Fiona Brown przypomniała sobie jak to wiele lat temu kręciła się gdzieś w okolicach jedenastki sezonu, a w reprezentacji Szkocji była jedną z naprawdę czołowych postaci.

Szał radości w Norrköping, gdzie już chyba nikt nie wyobraża sobie scenariusza, w którym debiutancki sezon na poziomie pierwszej ligi miałby zakończyć się desperacką walką o utrzymanie. Tym razem na teren nieobliczalnego beniaminka zawitał stołeczny Djurgården i … w niespełna 120 sekund wyłapał dwie sztuki od dziewiętnastoletniej Wilmy Leidhammar. Dla napastniczki gospodyń gole te były o tyle istotne, że tydzień temu to właśnie jej pudło z rzutu karnego pozbawiło drużynę trenera Fredheima kompletu punktów w rywalizacji z Uppsalą. Tym razem o żadnej przykrej niespodziance mowy być nie mogło, a trzecie w sezonie zwycięstwo po przerwie przyklepała jedyna, niepowtarzalna i absolutnie niepodrabialna My Cato. Liderka zrobiła więc swoje, ale na słowa uznania zdecydowanie zasłużyła cała ofensywa z Norrköping, bo gdyby tylko celowniki gospodyń były tego dnia lepiej ustawione, to o wynik nie trzeba byłoby drżeć do ostatniego gwizdka. O dodatkowe emocje tradycyjnie postarały się jednak Sofia Hjern do spółki ze swoimi defensorkami, dwukrotnie pozwalając ambitnym zawodniczkom ze stolicy złapać kontakt. Pomimo niesłabnących wysiłków Bergström, Lindwall i Almqvist, na więcej gościń stać jednak nie było, ale – jak słusznie zauważyła ostatnia z wymienionych – jeśli śpisz przez pierwsze dziesięć minut meczu, to nie masz prawa liczyć na cokolwiek dobrego.

Zwycięstwo nad Djurgården sprawiło, że na jedną noc to rewelacyjny beniaminek zasiadł w fotelu przeznaczonym dla liderek Damallsvenskan, ale jeszcze przed pierwszym gwizdkiem poniedziałkowego hitu było całkowicie jasne, że jest to wyłącznie stan przejściowy. Na arenie w Linköping piłkarki trenera Jeglertza mierzyły się bowiem z Hammarby, a na szali – oprócz tradycyjnych trzech punktów – leżała między innymi pierwsza lokata w przejściowej tabeli dla jednej ze stron. Po dwóch kwadransach wydawało się, że bliżej realizacji zamierzonego celu są gospodynie, które zdecydowanie lepiej weszły w mecz i zasłużenie prowadziły po golu Cathinki Tandberg. Wtedy jednak Nellie Karlsson z Cajsą Andersson sprezentowały rywalkom ze Sztokholmu gratisową okazję na doprowadzenie do remisu, a że Matilda Vinberg takich prezentów marnować nie zwykła, to zabawa na arenie w Östergötland rozpoczęła się od nowa. I choć momenty lepszej gry miały obie ekipy, to przyjezdne okazały się tego dnia zdecydowanie bardziej precyzyjne, a dwa kapitalne strzały Maiki Hamano sprawiły, że komplet punktów pojechał wraz z zawodniczkami Bajen do stolicy. A największa gwiazda ubiegłorocznych młodzieżowych mistrzostw świata potwierdziła, że to, co pisaliśmy o niej tuż po ogłoszeniu zimowego transferu z INAC Kobe, nie było ani trochę przesadzone. Po stronie gospodyń z równie udanej strony zaprezentowała się natomiast jej rodaczka Yuka Momiki, ale z oczywistych powodów to młodsza z Japonek miała po ostatnim gwizdku Hanny Laajanen zdecydowanie więcej powodów do radości.

A co działo się na pozostałych arenach? Milla-Maj Majasaari pluła futbolówką, Evelyne Viens na przemian tańczyła i bawiła się z defensywą z Uppsali, a Piteå zachowało status niepokonanego zespołu pomimo tego, że w początkowej fazie meczu palcem pogroziła im Ida Bengtsson. W kolejnych minutach swoje zrobiły jednak Holm, Andersson oraz Imo, w wyniku czego widowisko na niemal pustym stadionie w stołecznej Brommie zakończyło się bez niespodzianki. Większych zaskoczeń nie odnotowaliśmy również w Hisingen, no może poza tym, że gole dla gospodyń znów strzelały piłkarki w pewnym sensie nieoczywiste. W mocno jednostronnym starciu z Kalmarem na listę strzelczyń wpisywały się bowiem kolejno Josefine Rybrink (uwaga: nie po stałym fragmencie!), super-rezerwowa Alexandra Hellekant, a także szesnastoletnia sensacja Felicia Schröder. Świadkami osobliwego widowiska byliśmy natomiast w Växjö, gdzie w kwietniowym deszczu większych chęci do biegania za okrągłą futbolówką nie zaobserwowaliśmy u żadnej ze stron. Toczony bez jakiejkolwiek dynamiki mecz rozstrzygnięcia się jednak doczekał, a wszystko za sprawą strzału w poprzeczkę Evelyn Ijeh i przytomnej dobitki Juliette Kemppi. W Småland mają zatem pierwsze w sezonie punkty, choć nie da się zaprzeczyć, że była to wygrana w wyjątkowo marnym stylu.


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2