Festyn à la Vittsjö

eberlund

Na tak grające Vittsjö kibice w Hässleholm i okolicach czekali od początku sezonu (Fot. Henrik Eberlund)

Przez piętnaście kolejek grały tak, że nawet przy najbardziej pozytywnym nastawieniu trudno było dostrzec w nich drużynę przynależącą do naszej, ligowej Wielkiej Szóstki. Derby podobno rządzą się jednak własnymi prawami i chyba faktycznie coś w tym musi być, bo od tak fantastycznie dysponowanego Vittsjö zdążyliśmy się już zupełnie odzwyczaić. Paradoksalnie, o tym jak dobrze grać w piłkę, podopieczne Ulfa Kristianssona przypomniały sobie w dniu, który na nowym stadionie w Kristianstad miał być czymś w rodzaju małego, lokalnego święta. Był więc mini-festyn, był okolicznościowy tort w klubowych barwach, była wreszcie rekordowa frekwencja, ale licznie wypełniający trybuny futbolowej areny miejscowi fani doczekali się także czegoś, co absolutnie nie było tego wieczora elementem scenariusza – rekordowej porażki. Co więcej, poniesionej w tym bardziej upokarzającym stylu, że wszystko zaczęło się przecież z perspektywy gospodyń jak najbardziej planowo. W 18. minucie niezawodna Evelyne Viens wykorzystała nieporozumienie pomiędzy Sandrą Adolfsson oraz Elaine Burdett, przecięła zbyt słabe podanie do bramkarki i w swoim stylu dopełniła formalności. Z prowadzenia Pomarańczowe cieszyły się jednak zaledwie kilkadziesiąt sekund, a gdy Jutta Rantala błyskawicznie wyrównała stan rywalizacji, spodziewaliśmy się, że oto jesteśmy świadkami początku epickiej wymiany ciosów w wykonaniu dwóch mających sobie naprawdę sporo do udowodnienia derbowych rywali. Założenia te okazały się jednak kompletnie nietrafione, gdyż od tego momentu, aż do ostatniego gwizdka, na murawie w Kristianstad istniała w zasadzie tylko jedna drużyna. I ku rozpaczy miejscowych były to gościnie z Vittsjö.

Przed przerwą piłkarkom ze wsi nieopodal Hässleholm udało się całkowicie zdominować boiskowe wydarzenia, ale do pełni szczęścia zdecydowanie brakowało im skuteczności. Sama Linda Sällström na przerwę mogła już schodzić z hat-trickiem na koncie, ale – choć wydaje się to wprost niewyobrażalne – jej strzelecki licznik ani myślał drgnąć. I to bynajmniej nie z tego powodu, że fińska weteranka robiła cokolwiek źle; po prostu czasami w futbolu zdarzają się takie dni, że piłka za nic w świecie nie chce wpadać do siatki. I z tym właśnie problemem w pierwszej połowie nieustannie mierzyła się nie tylko wspomniana Sällström, ale również Clara Markstedt oraz Hanna Ekengren. Na szczęście dla Vittsjö, mecz trwa nie czterdzieści pięć, lecz dziewięćdziesiąt minut, a po powrocie obu ekip z szatni fortuna najwyraźniej uznała, że wystarczająco długo znęcała się nad zawodniczkami w czerwono-niebieskich strojach i najwyższy czas oddać to, co im należne. A ponieważ wdzięczne za taki obrót wydarzeń piłkarki Ulfa Kristianssona ani myślały się zatrzymywać, to można było ogłosić oficjalne otwarcie festiwalu strzeleckiego w północno-wschodniej Skanii. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć… – wszystko do jednej bramki, a był to naprawdę najniższy możliwy wymiar kary. Bezradność gospodyń była aż tak wyraźna, że dostroili się do niej także kibice Kristianstad, także całkowicie oddając pole przyjezdnym z Vittsjö. Ostatni kwadrans upłynął nam więc w rytm doskonale znanych w Hässleholm i okolicach przyśpiewek, a indywidualnych laurek na swoją cześć doczekały się w tym okresie Nellie Persson, Clara Markstedt, Jutta Rantala oraz Hanna Ekengren. I bardzo dobrze, gdyż to właśnie ten kwartet – do spółki z zawsze gotowym do działania australijskim wsparciem – sprawił, że na naszych oczach wydarzył się mecz, którego ani w Vittsjö, ani w Kristianstad z pewnością nie zapomną długo. Choć oczywiście z kompletnie różnych powodów.

Najbardziej wyrównane piłkarsko starcia szesnastej kolejki obejrzeliśmy w Malmö oraz w Örebro. Rywalizacja trzynastokrotnych mistrzyń Szwecji z absolutnym beniaminkiem miała wyraźnego faworyta, ale na boisku różnicy klas między zespołami nie było widać ani przez chwilę (no, może z wyłączeniem pierwszego kwadransa drugiej połowy). Co więcej, biorąc pod uwagę cały mecz to przyjezdne stworzyły sobie nieco więcej czystych okazji strzeleckich i w Norrköping pewnie do teraz głowią się, jak potoczyłoby się to spotkanie, gdyby My Cato wykorzystała przynajmniej jedną z sytuacji sam na sam z Teagan Micah, a Wilma Leidhammar nie spudłowała mając przed sobą w zasadzie pustą bramkę. Podobnie jak w niedawnych derbach Östergötland, skuteczność zdecydowanie nie była jednak domeną podopiecznych trenera Fredheima, co skrzętnie i bez skrupułów wykorzystały zdecydowanie bardziej zaprawione w pierwszoligowych bojach rywalki. W 74. minucie Gudrun Arnardottir wykorzystała zamieszanie w polu karnym gościń po strzale Mii Persson i choć zawodniczki z Norrköping sygnalizowały a to faul, a to spalonego, to powtórki jednoznacznie pokazały, iż prowadząca to spotkanie Hanna Laajanen nie popełniła błędu uznając gola. Honor tegorocznych beniaminków trochę niespodziewanie obroniło jednak Växjö, przywożąc komplet punktów z wietrznej Behrn Areny. Jeśli jednak Olof Unogård ma w swojej talii taką snajperkę jak Evelyn Ijeh i taką liderkę drugiej linii jak Alexandra Jonasson, to jest to bez wątpienia znak, że tego zespołu nigdy nie można przedwcześnie skreślać. W rywalizacji z Örebro trzy składne, zespołowe akcje pozwoliły gościniom odskoczyć na dwubramkowe prowadzenie i choć druga część meczu zdecydowanie należała już do gospodyń, to poniesionych wcześniej strat nie udało się nawet odrobić. Po ostatnim gwizdku trener Rickard Johansson w mocnych słowach skrytykował postawę sędziego, ale w Närke pretensje po tym meczu powinni mieć przede wszystkim do siebie. A efektowny gol Mai Bodin, choć zakręci się pewnie w okolicach nominacji do bramki miesiąca, nie jest z pewnością żadnym realnym pocieszeniem. Mocno jednostronny przebieg miały przez większą część meczu poniedziałkowe derby Sztokholmu, w których Zachód zmierzył się z Południem. Hammarby w sposób bezapelacyjny zdominowało niemal wszystkie znane nam statystyki, wymieniało setki podań, seryjnie biło rzuty rożne i wolne, ale w żaden sposób nie potrafiło znaleźć metody na rozmontowanie szczelnego, pięcioosobowego bloku defensywnego z Brommy. A gdy sztuka ta ostatecznie się udawała, to na drodze do pełni szczęścia stawała Zielono-Białym kapitalnie dysponowana Nichole Persson odbijająca dosłownie każdą lecącą w jej kierunku piłkę. Efekt? Rozpędzone Bajen zostawiło na Grimsta IP dwa niezwykle ważne punkty, na domiar złego tracąc w drugiej połowie dwie niezwykle ważne piłkarki. Z powodu źle wyglądających urazów murawę przedwcześnie opuścić musiały bowiem Maika Hamano oraz Anna Tamminen.

Pewne zwycięstwa w komplecie odniosły natomiast pozostałe drużyny ze ścisłej czołówki. Häcken pojechał pobawić się w Kalmarze i właściwie w ogóle nie zajmowalibyśmy się tym meczem, gdyby kolejnego powodu do wymienienia jej z imienia i nazwiska nie dała nam Marika Bergman Lundin. Zarówno ona, jak i Anna Anvegård raz jeszcze potwierdziły, że bez nich w składzie liderkom z Hisingen grałoby się zdecydowanie trudniej. Pomimo heroicznej postawy Milli-Maj Majasaari w bramce Uppsali trzeci z beniaminków wysoko przegrał w Linköping. Sygnał do ataku jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa dała Yuka Momiki, a gdy Japonka dobrze wchodzi w mecz, to dla rywalek zawsze jest to zwiastunem nadchodzących kłopotów i nie inaczej było także w niedzielne popołudnie. Tuva Skoog była natomiast cokolwiek niespodziewaną bohaterką rywalizacji Piteå z Djurgården, która od pierwszych do ostatnich minut przebiegała pod całkowite dyktando zawodniczek z Norrbotten.


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2

Drużyna miesiąca – czerwiec

Bramkarka

t1

W Södermalm nazywają ją fińską ścianą, ale nie jest to bynajmniej ani trochę na wyrost. W maju wzniosła się na swój absolutnie szczytowy poziom, a w czerwcu niezmiennie kontynuowała wybitne granie. Stawała się pierwszoplanową postacią właśnie wtedy, gdy jej pomoc okazywała się szczególnie niezbędna. Tak było w rywalizacji przeciwko Örebro, kiedy to w fenomenalnym stylu obroniła karnego swojej rodaczki Kollanen, tak było w domowym meczu z Norrköping, gdy przed przerwą trzema najwyższej klasy interwencjami właściwie utrzymała swój zespół w grze, tak było również w niedawnej konfrontacji z Vittsjö. Damallsvenskan nie jest ligą, w której bramkarki często kradną show koleżankom z pola, ale Tamminen najwyraźniej zapragnęła tę niepisaną zasadę zmienić. I trzeba przyznać, że jest na najlepszej ku temu drodze.

Obrończynie

t2

Gdy doświadczona Ivarsson wskakiwała do wyjściowej jedenastki Kristianstad w miejsce kontuzjowanej Amerykanki Brewster, fani klubu z północno-wschodniej Skanii mieli w tej kwestii mocno ambiwalentne odczucia. Bo z jednej strony zawsze miło przywitać na placu klubową legendę, ale z drugiej jej forma wydawała się nie lada zagadką. Szybko okazało się jednak, że w futbolu pewnych rzeczy najwyraźniej się nie zapomina, a dwie interwencje dosłownie na linii bramkowej w dwumeczu przeciwko Häcken mocno utrudniły życie liderkom z Hisingen. Słowaczka Fischerova reprezentuje na co dzień klub, którego na poziomie pierwszoligowym oglądać zdecydowanie nie powinniśmy, ale ona sama robi co może, aby ligową sytuację Kalmaru choć trochę poprawić. A może naprawdę wiele, o czym nie tak dawno przekonały się między innymi Anam Imo oraz Evelyne Viens. Całkiem niezły zestawik, prawda? Nellie Karlsson to z kolei jedna z najbardziej niedocenianych szwedzkich defensorek i sytuacja ta nie zmienia się bez względu na to, w jakich barwach mamy przyjemność ją oglądać. Coś wiedzą na ten temat w Djurgården, gdyż to właśnie potyczki z Dumą Sztokholmu rosła stoperka ostatnimi czasy upodobała sobie najbardziej.

Pomocniczki

t3

Gdy myślisz o Häcken, w pierwszej kolejności masz przed oczami takie nazwiska jak Kafaji, Sandberg, Larisey, czy Anvegård. I bardzo słusznie, gdyż każda z wymienionych udowadniała tej wiosny, że w pełni zasługuje na regularne występy w zespole niekwestionowanych liderek Damallsvenskan. Czerwiec należał jednak przede wszystkim do duetu środkowych pomocniczek, które w nagłówkach internetowych portali pojawiają się niezwykle rzadko, ale na boisku ich wkład w kolejne zwycięstwa jest nie do przecenienia. Skoro w centralnej strefie stawiamy na powtarzalność i solidność, to na bokach pomocy przyda się szczypta fantazji, którą niewątpliwie dostarczy nam Yuka Momiki. Wychowana w USA Japonka nie wybiera się wprawdzie na mundial do Australii i Nowej Zelandii, ale o ile kadra byłych mistrzyń świata prawdopodobnie sobie bez niej poradzi, o tyle w Linköping jej obecność na placu gry nierzadko stanowi gwarancję sportowej jakości. O tę ostatnią nie musimy się martwić także w przypadku Olivii Schough, która pomimo mocno nierównej dyspozycji Rosengård niezmiennie robi swoje, umacniając się w ścisłej czołówce klasyfikacji zarówno strzelczyń, jak i asystentek.

Napastniczki

t4

Czekały prawie trzydzieści lat i wreszcie się doczekały! Finał Pucharu Szwecji był wspaniałym świętem zielono-białej części Sztokholmu, a najbardziej wartościową zawodniczką tego arcyważnego meczu niemal jednogłośnie wybrano Madelen Janogy. 27-letnia napastniczka z Falköping nie zamierzała jednak zadowalać się pojedynczym sukcesem, a jej trafienia w kolejnych potyczkach ligowych sprawiły, że Hammarby cały czas pozostaje w grze o podwójną koronę i nie jest w niej bynajmniej bez szans. Swoje momenty chwały przeżywały w czerwcu również dwie pozostałe zawodniczki wybrane do jedenastki miesiąca. Dunka Olivia Holdt pokazała jak wzorowo może wyglądać na boisku współpraca dwóch imienniczek, a Cornelia Kapocs udowodniła, że tytuł szwedzkiego Odkrycia Roku sprzed trzech lat nie trafił do niej z przypadku.


june

Anna Tamminen (Hammarby) – Therese Ivarsson (Kristianstad), Patricia Fischerova (Kalmar), Nellie Karlsson (Linköping) – Yuka Momiki (Linköping), Filippa Curmark (Häcken), Marika Bergman Lundin (Häcken), Olivia Schough (Rosengård) – Olivia Holdt (Rosengård), Cornelia Kapocs (Linköping) – Madelen Janogy (Hammarby)

Emocji nie ma, ciekawość jest

ars

Flashback sprzed dwunastu sezonów, kiedy to Marlene Sjöberg, podobnie jak pozostałe defensorki z Göteborga, potrafiła skutecznie powstrzymać ofensywne zapędy londyńskich Kanonierek (Fot. Imago)

Powiedzcie szczerze, ile razy w ostatnich miesiącach słyszeliście jakże popularną frazę, że zajęcie na koniec sezonu trzeciego miejsca w Damallsvenskan daje szansę gry w Lidze Mistrzyń? Stwierdzenie to powtarzane jest do znudzenia przy okazji wielu ligowych spotkań i choć technicznie trudno się do niego przyczepić, to jednak coś tu mocno zgrzyta. Bo na zasadzie analogii możemy przecież powiedzieć, że skreślenie siedmiu losowych liczb w loterii EuroJackpot daje ci szansę błyskawicznego stania się multimilionerem. Prawdopodobieństwo powodzenia w obu przypadkach jest oczywiście na zbliżonym, ekstremalnie niskim poziomie, ale o głoszenie nieprawdy nikt posądzić nas nie może. A sprzedaż nierealnych marzeń nie jest w naszej rzeczywistości ani przestępstwem, ani nawet wykroczeniem.

Inna sprawa, że ze szwedzkiej perspektywy Liga Mistrzyń 2023-24 całościowo wydaje się być jakimś mało śmiesznym żartem. Tak, znamy swoje miejsce w szeregu i bynajmniej nie oczekujemy, że UEFA będzie modyfikować swój kalendarz tak, abyśmy to my czuli się w tej piłkarskiej rodzinie szczególnie komfortowo. Ale z drugiej strony aż tak ewidentnie lekceważącego podejścia również się nie spodziewaliśmy. Cały projekt terminarza, ze szczególnym uwzględnieniem dat fazy grupowej, jest bowiem tak absurdalny, że trudno o bardziej namacalny dowód na to, że europejscy decydenci naszą część kontynentu mają zwyczajnie w… głębokim poważaniu. A słowa dyrektorki sportowej Rosengård Therese Sjögran o możliwym wycofaniu się z Pucharu Szwecji w przypadku przebrnięcia eliminacji Ligi Mistrzyń to nie groźby czy próba zastraszania kogokolwiek, a głos rozsądku w tym piłkarsko-ekonomicznym matriksie. Dwóch pełnych sezonów bez dłuższej przerwy zagrać się po prostu nie da, a właśnie takich poświęceń zdaje się wymagać UEFA od przedstawicielek Damallsvenskan czy Toppserien. I choć nigdy nie należy propagować niesportowej postawy, to doprawdy trudno nie zastanowić się, czy aby na pewno jest się tu o co bić. Bo skoro centrala daje jasny sygnał, że bez nas ma się doprawdy świetnie, to może lepiej dla zdrowia zarówno fizycznego, jak i psychicznego pojechać w zimowej przerwie na wakacje, a szóstkę od Barcelony w połowie stycznia niech tym razem zbierze sobie Celtic, Zurych, czy jeszcze inny Ferencvaros.

Ten wpis miał być jednak nie o fazie grupowej, a o dzisiejszym losowaniu. Szesnastu uczestników pierwszej rundy eliminacji Ligi Mistrzyń w ścieżce ligowej przed chwilą poznało bowiem swoją własną, unikalną drogę do futbolowej elity. W tym gronie znalazł się także szwedzki Linköping, choć na dziś nie wiadomo ani kto ten zespół jesienią poprowadzi (obecny trener Andrée Jeglertz kończy pracę w klubie w najbliższy piątek, po rozegraniu meczu 17. kolejki Damallsvenskan przeciwko Rosengård), ani jak będzie przestawiać się kadra ekipy z Östergötland w dalszej fazie sezonu. Wiemy za to, że w pierwszej połowie września LFC zmierzy się ze słynnym, londyńskim Arsenalem i choć tyle w tym wszystkim dobrego, że jest to rywal niezwykle atrakcyjny medialnie na wszystkich możliwych płaszczyznach. Kibice spod znaku Lejonflocken w tej kwestii narzekać zatem nie mogą, choć piłkarsko to przedstawicielki angielskiej WSL będą w tym zestawieniu zdecydowanymi faworytkami. Inna sprawa, że na tym etapie zmagań rozgrywany jest tylko jeden mecz, a taki format mocno sprzyja rozstrzygnięciom niespodziewanym i nieoczywistym. Dla piłkarek z Linköping punkt wyjścia wydaje się jednak całkiem obiecujący. Jeśli potkną się na tak wymagającej przeszkodzie, pretensji nikt mieć do nich nie będzie, a zimowe wakacje może jeszcze uda się zarezerwować w trybie first minute. Jeżeli jednak jakimś cudem uda się przejść Arsenal, to będziemy świadkami prawdopodobnie najbardziej spektakularnego sukcesu szwedzkiej piłki klubowej ostatnich lat i nawet ewentualna porażka z francuskim Paris FC w kolejnej rundzie żadnym sposobem tego nie wymaże. A skoro tak, to nadejścia wczesnej jesieni wyczekujemy bez emocji, bez ciśnienia, ale za to z delikatnym zaciekawieniem, które od tej pory może już tylko i wyłącznie rosnąć.


1. runda el. LM 2022-23 (ścieżka ligowa):

FC Twente (Holandia) – SK Sturm Graz (Austria)

UD Levante (Hiszpania) – Ungmennafélagið Stjarnan (Islandia)

Juventus FC (Włochy) – Okżetpies Kokczetaw (Kazachstan)

Eintracht Frankfurt (Niemcy) – 1. FC Slovacko (Czechy)

Paris FC (Francja) – Krywbas Krzywy Róg (Ukraina)

Arsenal FC (Anglia) – Linköpings FC

Brøndby IF (Dania) – Celtic FC (Szkocja)

FK Mińsk (Białoruś) – Vålerenga Fotball (Norwegia)


2. runda el. LM 2022-23 (ścieżka ligowa):

Twente/Sturm – Levante/Stjarnan

Juventus/Okżetpies – Frankfurt/Slovacko

Paris FC/Krywbas – Arsenal/Linköping

Brøndby/Celtic – Mińsk/Vålerenga

Tylko Patricii żal

pat

Słowaczka Patricia Fischerova może być zadowolona ze swojej postawy. Na tym jednak koniec pozytywów dla pogrążonego w kryzysie Kalmaru (Fot. Bildbyrån)

Gdyby ktoś kazał nam scharakteryzować jednym zdaniem IFK Kalmar z sezonu 2023, to chyba najbardziej uczciwie byłoby podejść do tego w następujący sposób: drużyna, w której prawie nikt nie chciał grać, której nikt nie chce trenować i której absolutnie nikt nie chce oglądać. Bo frekwencja na poziomie kilkudziesięciu osób w słoneczne, niedzielne popołudnie naprawdę mówi więcej niż tysiąc słów. A przecież w zespole gościń na Guldfågeln Arenę zawitały między innymi była mistrzyni Europy (Sheila van den Bulk), czy aktualna mistrzyni olimpijska i najbardziej wartościowa zawodniczka poprzedniej ligowej kampanii (Evelyne Viens). To wszystko nie zachęciło jednak mieszkańców urokliwego, nadbałtyckiego miasta, aby upalny, czerwcowy dzień spędzić z piłką w wydaniu Damallsvenskan i… ani trochę się tym wyborom nie dziwimy. Bo przedstawicielki miejscowego klubu, zresztą przy wydatnej pomocy jego włodarzy, zrobili ostatnimi czasy wiele, aby futbol lokalnej społeczności nie tyle obrzydzić, co zwyczajnie zobojętnić. A jak doskonale wiemy z psychologii, obojętność to emocja zdecydowanie bardziej niebezpieczna niż złość.

Paradoksalnie, dwa ostatnie mecze utwierdziły nas w przekonaniu, że Kalmar nijak nie pasuje do pierwszoligowej piłki zdecydowanie skuteczniej niż wszystkie wcześniejsze sześcio- czy ośmiobramkowe klęski. To znaczy, nie żeby wówczas były w tej materii jakiekolwiek wątpliwości, ale wtedy mogliśmy mówić przede wszystkim o aspektach czysto sportowych, w których to drużyna klub ze Småland do rywalizacji na tym poziomie po prostu nie dojeżdżał. I to da się jeszcze wybaczyć. Podobnie zresztą jak deficyty motoryczne, choć tutaj trudno jednak przejść zupełnie bez reakcji obok faktu, że aspirujące do miana profesjonalistek zawodniczki narzekają na skurcze czy całkowity brak energii w okolicach sześćdziesiątej minuty meczu o średniej intensywności. A mówimy tu o piłkarkach, które za chwilę mają jechać na mundial czy zgrupowania naprawdę solidnych reprezentacji narodowych. Zdecydowanie największym problemem Kalmaru pozostaje jednak sfera mentalna, w której deficyty wydają być się tak olbrzymie, że nawet najwięksi specjaliści najpewniej jedynie rozłożyliby bezradnie ręce. Spore wątpliwości pojawiły się już przy okazji rywalizacji z Piteå, bo jeśli do 75. minuty nie pozwalasz rywalkom na prawie nic, a później nagle i bez ostrzeżenia wypuszczasz z rąk pełną pulę, to jest to bez dwóch zdań sygnał ostrzegawczy. Ale wtedy można było jeszcze tłumaczyć, że Tuva Skoog potrafi od czasu do czasu zaliczyć naprawdę imponujące wejście z ławki, a Emmie Viklund wyszedł strzał życia i wyłącznie dlatego wszystko się posypało. Po meczu z Kristianstad żadnych wymówek już jednak nie zaakceptujemy. Bo prawda jest taka, że to nie zawodniczki ze Skanii wygrały ten mecz, to Kalmar go im wygrał, podając rzeczone zwycięstwo na tacy. Nie ma sensu specjalne pastwienie się nad Anni Miettunen czy Jessiką Cowart. Pierwsza podarowała przeciwniczkom dwa gole, co było logiczną konsekwencją tego, że od początku drugiej połowy niezmiennie sprawiała wrażenie osoby, która najchętniej poszłaby pod prysznic. Druga – potencjalna uczestniczka lipcowego mundialu – tak mocno dawała się kręcić osiemnastoletniej debiutantce Tildzie Sandén, że zawroty głowy mogą towarzyszyć jej mniej więcej do czwartku. Teoretycznie moglibyśmy mieć pretensje, że trener-z-przypadku Aleco Postanidis nie przeprowadzał kolejnych zmian, ale… jesteśmy przecież bogatsi o wiedzę, że gdy na jakąś się już zdecydował, to wprowadzane przez niego piłkarki nie wnosiły do gry kompletnie żadnej wartości. I choć piłka nożna jest sportem drużynowym, to w tym wszystkim najbardziej żal Patricii Fischerovej. Słowacka stoperka w dwóch ostatnich meczach ligowych dała wspaniały popis gry defensywnej, zupełnie jak przed dwoma laty w Senecu przeciwko reprezentacji Szwecji. Na przestrzeni tygodnia skutecznie wyłączyła z gry najpierw Anam Imo, a następnie Evelyne Viens, ale koniec końców nie przełożyło się to na choćby jeden skromny punkcik dla ekipy z Kalmaru. I o ile żegnając się w listopadzie z tym klubem nie uronimy choćby jednej łzy, o tyle takie nazwiska jak Fischerova, Nowotny, Ayers, czy Koivunen zdecydowanie chcemy oglądać w naszej lidze jak najdłużej. Ale dla dobra wszystkich zainteresowanych, niech dzieje się to z innym herbem na koszulce.

W doliczonym czasie gry punkty straciła także Uppsala i nic dziwnego, że w obozie beniaminka powoli zaczyna przypominać się scenariusz roku 2020. Wtedy to, w swoim pierwszym i jak dotąd jedynym pierwszoligowym sezonie, klub z Uppland także pozytywnie zaskakiwał wszystkich do półmetka rozgrywek, a w rundzie jesiennej nie potrafił powiększyć swojego dorobku nawet o punkt, spadając z hukiem do Elitettan. Sytuacja podopiecznych trenera Fagerholma jest o tyle nieciekawa, że każdy miesiąc przynosi coraz większe problemy kadrowe w formacji defensywnej, a w minioną niedzielę lista kontuzjowanych poszerzyła się dodatkowo o Emilię Hjertberg. Pomimo tych niedogodności, ambitny beniaminek na początku drugiej połowy otworzył wynik w starciu z Piteå, kiedy to Samanthę Murphy zaskoczyła niefortunna interwencja Cecilii Edlund. Piłkarkom z Norrbotten należy oddać, że samobójczy gol mocno podrażnił ich ambicję i od tego momentu oglądaliśmy prawdopodobnie najlepszą wersję drużyny trenera Carlssona, ale do odwrócenia losów rywalizacji mistrzynie Szwecji sprzed pięciu lat potrzebowały aż dwóch rzutów karnych, które bezbłędnie egzekwowała tego dnia Anam Imo. Bo z gry, pomimo naprawdę wielu wykreowanych okazji, strzelić nie udało się nic. Zdecydowanie bardziej spokojnie po komplet punktów sięgnęły liderki z Hisingen, a w ich szeregach zdecydowanie na plus wyróżniała się postawa drugiej linii. Marika Bergman Lundin oraz Filippa Curmark raz jeszcze okazały się postaciami absolutnie pierwszoplanowymi i bardzo szkoda, że żadna z nich ani przez chwilę nie znalazła się choćby w dalszym kręgu zainteresowań selekcjonera Gerhardssona. Ale to już temat na całkiem inne opowiadanie. Kroku liderkom dotrzymuje także Hammarby, choć początek spotkania w Vittsjö ani trochę nie zwiastował takiego obrotu sprawy. Zawodniczki z Södermalm udanie odparły jednak początkowy napór gospodyń (z Anną Tamminen między słupkami zadanie to z miejsca staje się łatwiejsze), a później same pokazały rywalkom jak wykorzystywać stwarzane przez siebie bramkowe okazje. W roli nauczycielek, co nie będzie chyba wielkim zaskoczeniem, wystąpiły niezawodne Madelen Janogy oraz Maika Hamano.

Jak zatem widać, zespoły z czołówki w piętnastej kolejce trochę się męczyły, ale z reguły potrafiły ostatecznie rozstrzygnąć losy rywalizacji na swoją korzyść. Z tego schematu wyłamał się jednak Rosengård i to w zasadzie w stu procentach. Piłkarki z Malmö, w przeciwieństwie do chociażby Kristianstad i Hammarby, rozpoczęły swój mecz od niezwykle mocnego uderzenia, stosunkowo szybko uzyskując na Behrn Arenie prowadzenie po jeszcze jednej tego lata akcji dwóch Olivii. W kolejnych minutach obrończynie mistrzowskiego tytułu wciąż miały na stadionie w Närke zdecydowanie więcej z gry, ale nijak nie potrafiły przełożyć tego na kolejne trafienia. I jak się miało okazać, za swoją nieskuteczność przyszło im zapłacić niezwykle wysoką cenę. W końcowej fazie meczu Katariina Kosola zdecydowała się na kolejną szarżę prawym skrzydłem, Louise Lillbäck zgrała sytuacyjnie do Heidi Kollanen, a fińska napastniczka pokonała niemrawo zbierającą się do interwencji Teagan Micah, ratując w ten sposób jeden punkt dla Örebro. Sporo obiecywaliśmy sobie po derbowym poniedziałku, ale nasze oczekiwania spełniły się jedynie w połowie. Piłkarki Djurgården i Brommy postawiły bowiem na futbol wybitnie wakacyjny, w którym każda groźniejsza akcja którejkolwiek ze stron kończy się golem, a całości obrazka dopełniły jeszcze straszące pustkami trybuny Grimsta Idrottsplats. Atmosfery mało znaczącego sparingu nie było natomiast w Norrköping, o co mocno postarały się nie tylko zawodniczki, ale i kibice obu zespołów. Zarówno na murawie, jak i na trybunach lepsze wrażenie pozostawili po sobie miejscowi, ale w oficjalnej tabeli oba zespoły dopisały sobie za to spotkanie po jednym punkcie, z czego w pełni usatysfakcjonowany nie był ostatecznie nikt. Tym bardziej, że w ostatniej minucie doliczonego czasu gry pod obiema bramkami działy się rzeczy wprost niezwykłe. Kto widział, ten wie, kto nie widział, niech natychmiast to niedopatrzenie nadrabia. Zdecydowanie warto!


Komplet wyników:


Klasyfikacje indywidualne:


Klasyfikacje drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2