Porażka w piąteczek, piąteczka we wtorek

contentmedium

Salma Paralluelo zdecydowanie potrafi strzelać gole szwedzkim bramkarkom. Kolejna okazja już za tydzień (Fot. Bildbyrån)

Czy na bawiącej się w ten grudniowy wieczór zaskakująco dobrze La Rosaledzie rzeczywiście byliśmy o krok od sprawienia sporej niespodzianki? Z jednej strony tak to mogło wyglądać, bo przecież jeszcze na dwanaście minut przed końcem regulaminowego czasu gry na tablicy wyników utrzymywał się korzystny dla nas rezultat, którego żadną logiką nie dało się racjonalnie wytłumaczyć. Ktoś inny nie bez racji zauważy jednak, że jeśli jedziesz na teren mistrzyń świata i pozwalasz im oddać trzydzieści strzałów w kierunku twojej bramki, z czego dokładnie połowa leci w jej światło, to trudno w ogóle rozpoczynać jakąkolwiek dyskusję o przyzwoitym występie. Tak, czy inaczej, pierwsza połowa dzisiejszego meczu byłą prawdopodobnie najlepszą w wykonaniu szwedzkich piłkarek w tej edycji Ligi Narodów, a prawdopodobnie najważniejsza dla dalszych losów rywalizacji sytuacja miała miejsce tuż po rozpoczęciu drugiej części gry. Wtedy właśnie podopieczne Petera Gerhardssona zdecydowały się na kilka chwil bardziej odważnego pressingu, rozgrywająca do tamtego momentu kapitalne zawody Johanna Kaneryd zapędziła się z piłką aż pod linię końcową i przytomnie odegrała do nabiegającej z głębi pola Stiny Blackstenius. Napastniczka londyńskiego Arsenalu znalazła się w naprawdę dogodnej pozycji do oddania strzału, ale ten zatrzymał się ostatecznie jedynie na poprzeczce, a próba dobitki w wykonaniu Amandy Ilestedt przestraszyć mogła jedynie kibiców siedzących w dalszych rzędach trybun. Ewentualny gol sprawiłby, że Szwedki odskoczyłyby na trzybramkowe prowadzenie, co nie dość, że zapewniłoby wyraźnie okazalszy bufor bezpieczeństwa, to jeszcze pozwoliłoby przynajmniej na chwilę wybić rozpędzające się gospodynie z uderzenia. W takich meczach takie okazje trzeba po prostu wykorzystywać, bo w przeciwnym wypadku sprawy przybiorą zdecydowanie mniej przyjemny obrót, o czym sami przekonaliśmy się dosłownie kilkadziesiąt sekund później. Olga Carmona doskonale wypatrzyła na dalszym słupku Atheneę del Castillo i po błyskawicznej akcji zawodniczek madryckiego Realu zamiast spodziewanego 4-1 zrobiło się 3-2. A w ostatnim kwadransie dzieła zniszczenia niepotrafiącej nawiązać równorzędnej walki w tej fazie meczu reprezentacji Szwecji dopełniły już piłkarki Barcelony, z niezawodną Marioną Caldentey na czele, choć hiszpańskiej publiczności doskonale przedstawiła się także dziewiętnastoletnia pomocniczka Valencii Fiamma Ianuzzi.

Dziś obędzie się jednak bez większych słów krytyki, bo na nie przyjdzie czas w czekającym nas już w przyszłym tygodniu podsumowaniu reprezentacyjnego roku. Tutaj dla odmiany skupimy się więc głównie na pozytywach, bo tym razem naprawdę da się znaleźć aspekty, za które naszym kadrowiczkom należą się słowa równie ciepłe co hiszpańska zima (porównanie o tyle na miejscu, że w obu kwestiach jest to ciepło relatywne). Po pierwsze: Johanna Kaneryd. Nie możemy się dziwić, że 26-letnia skrzydłowa tej jesieni regularnie występuje w wyjściowej jedenastce jednego z trzech najlepszych klubów świata. Dziś znów dała nam próbkę swoich nieprzeciętnych umiejętności i choć koniec końców pozostawiła nas z delikatnym niedosytem, to w jej przypadku naprawdę nie możemy się doczekać tego, co przyniosą najbliższe miesiące. Bo co do tego, że potencjalnie może być jeszcze lepiej, nie mamy oczywiście najmniejszych wątpliwości. Po drugie: duet Zigiotti – Angeldal w środku pola. Dopóki graliśmy w tym zestawieniu, ani trochę nie były nam straszne nawet Jennifer Hermoso z Teresą Abelleirą. I znów forma prezentowana w rozgrywkach ligowych znalazła przełożenie na kadrę, gdyż Zigiotti właśnie rozgrywa swoją najlepszą rundę od czasu przeprowadzki na Wyspy Brytyjskie, natomiast Angeldal odgrywa coraz ważniejszą rolę w naszpikowanej głośnymi nazwiskami drugiej linii Manchesteru City. Duet podstawowych, środkowych pomocniczek obie panie stworzyły w zasadzie po raz pierwszy, ale choć zostały rzucone w ten sposób na niezwykle głęboką wodę, to zdecydowanie w niej nie utonęły. Po trzecie: dwa gole z gry. W starciach z Włoszkami i Szwajcarkami wiele razy byliśmy zmuszeni uciekać się do broni ostatecznej, jaką niewątpliwie stanowią stałe fragmenty. Dziś także podtrzymaliśmy chlubną tradycję zaskakiwania rywalek w ten właśnie sposób, ale gole numer dwa i trzy to już całkowicie pełnoprawne akcje z tzw. ruchomej piłki. W obu udział wzięła napędzająca szwedzką maszynę Kaneryd, ale nie sposób nie docenić także roli Kosovare Asllani oraz tego, że Stina Blackstenius przejściowo przypomniała sobie, że środkowa napastniczka może odegrać bardzo przydatną rolę nie tylko wówczas, gdy akurat trzeba oddać strzał. Pamiętacie czasy, gdy wszyscy byliśmy tak bardzo pełni uznania dla boiskowej inteligencji zawodniczki Arsenalu, że nazwaliśmy ją najbardziej wartościową snajperką z pozycji dziewięć i pół? Cóż, mając w pamięci ostatnie miesiące łatwo było ten fakt wymazać z pamięci, ale w Maladze wreszcie obejrzeliśmy przebłyski ze starych, zdecydowanie lepszych czasów. Jasne, chciałoby się więcej, ale i z małych rzeczy trzeba się przecież podobno cieszyć.

Grudniowe zgrupowanie zamykamy zatem z bilansem dwóch porażek, sześciu straconych goli oraz perspektywy baraży o prawo gry w ścieżce A zbliżających się wielkimi krokami eliminacji EURO ’25. W tych ostatnich przyjdzie nam zmierzyć się w dwumeczu z kimś z kwartetu: Węgry, Chorwacja, Serbia, Bośnia i jeśli unikniemy w tym zestawie rywalizacji z Jeleną Cankovic i koleżankami, to nawet w aktualnym stanie osobowym (oraz mentalnym) tej drużyny sportowo powinniśmy sobie z tym wyzwaniem w miarę gładko poradzić. Niezmiennie jednak wyrażamy nadzieję, że selekcjoner wraz ze swoim sztabem potraktują nadejście nowego roku jako otwarcie zupełnie nowego rozdziału w dziejach tego zespołu, bo jeśli wciąż będziemy próbowali przeciągać złotą erę w nieskończoność, to jedynym efektem takich działań może okazać się nieintencjonalna przemiana złota w tombak. A takiego czegoś bardzo nie chcielibyśmy oglądać. Podobnie zresztą jak wpuszczania na plac gry Rosy Kafaji w 90. minucie przy wyniku 3-5, bowiem taki ruch nie miał zbyt wiele wspólnego ani z rozsądkiem, ani z taktyką, ani tym bardziej z przyzwoitością. To już naprawdę więcej sensu miałoby pożegnanie symbolicznym występem Caroline Seger, która sama zresztą otwarcie przyznała, że oczekiwała dziś przynajmniej krótkiego epizodu na boisku. Póki co czekamy jednak na poniedziałkowe losowanie, aby już w pełni rozpocząć operację EURO, o które miejmy nadzieję powalczymy w trochę odmienionym składzie. Trzymajcie się, do następnego razu!

espswe

Kolejny stracony dzień

suiswe2

W ten sposób padł gol, który zapewnił Szwajcarkom premierowe punkty w Lidze Narodów (Fot. Bildbyrån)

Czy można uparcie powtarzać tę samą czynność i oczekiwać przy tym innych rezultatów? Oczywiście. Czy jest to jakkolwiek rozsądna taktyka? Tutaj zdania byłyby już podzielone, bo w szwedzkim sztabie szkoleniowym ewidentnie hołdują teorii, że faktycznie ma to sens. W praktyce jednak piąty mecz Ligi Narodów ponownie pokazał nam dokładnie tę samą wersję kadry Petera Gerhardssona i nie był to niestety miły dla oka obrazek. Raz jeszcze obejrzeliśmy bowiem zespół będący zbieraniną zawodniczek o sporym potencjale indywidualnym (choć w dużej części już w wersji post-prime), całkowicie pozbawiony jednak pasji, błysku i pozytywnego impulsu, którego ta grupa piłkarek od dłuższego już czasu ewidentnie potrzebuje niczym tlenu. Paradoksalnie, dzisiejszy mecz w Lucernie wcale nie był najgorszym popisem naszych kadrowiczek w ostatnich miesiącach pod względem sportowym. Podstawowa różnica polega jednak na tym, że o ile w dwumeczu z Włoszkami, czy w starciu z Helwetkami na Gamla Ullevi wchodziły nam stałe fragmenty, tak dziś futbolówka nijak nie chciała wpadać do bramki strzeżonej przez Elvirę Herzog. Sama gra wyglądała jednak równie topornie, co zwykle i nie ma przypadku w tym, że zarówno na mundialu, jak i w okresie bezpośrednio po nim, naszą najlepszą snajperką niezmiennie pozostaje stoperka.

O samym meczu napisać możemy tyle, że gospodynie na prowadzenie powinny wyjść jeszcze przed upływem sześćdziesięciu sekund gry, ale Geraldine Reuteler w nieprawdopodobny sposób zmarnowała niemal stuprocentową, bramkową okazję. Równie szybko nadeszła jednak konkretna odpowiedź ze strony Nathalie Björn, a po chwili szwajcarską golkiperkę RB Lipsk przetestowała Madelen Janogy. Rozgrywany przy uporczywie padającym śniegu mecz rozpoczął się zatem na niezwykle wysokiej intensywności, ale to naszym rywalkom jako pierwszym udało się podczas tej szalonej wymiany wyprowadzić celny cios. W szóstej minucie dokonała tego niechciana latem w Barcelonie Ana Maria Crnogorcevic, która zresztą miała w szwedzkim polu karnym tyle wolnego miejsca, że chyba sama była takim stanem rzeczy zaskoczona. Jak się jednak miało okazać, skonfundowanych twarzy było tego wieczora na Swissporarenie zdecydowanie więcej, gdyż teoretycznie podrażnione szybko straconym golem Szwedki ani trochę nie przypominały zespołu pragnącego błyskawicznie zatrzeć niekorzystne wrażenie. Trochę mocniej na szwajcarską defensywę udało się wreszcie nacisnąć w okolicach… dwudziestej minuty drugiej połowy, kiedy to gospodynie zaczynały powoli opadać z sił, a Gerhardsson ratował się wprowadzaniem na plac gry pierwszych zmienniczek. I rzeczywiście, Amanda Nildén, a nieco później również Matilda Vinberg oraz Anna Sandberg wniosły do gry sporo ożywienia, ale odwrócić niekorzystnego wyniku tym razem się niestety nie udało. Choć pomocniczka mistrzowskiego Hammarby była tego niezwykle bliska, gdy futbolówka po jej strzale odbiła się od wewnętrznej części słupka i wyszła w pole. Choć z perspektywy czasu, to może stało się nawet i bardziej sprawiedliwie, gdyż to Helwetki swoją boiskową postawą zdecydowanie bardziej zasłużyły na to, aby po ostatnim gwizdku cieszyć się z kompletu punktów. I bynajmniej nie dlatego, że miały więcej z gry, lecz dlatego, że wykazały zdecydowanie więcej determinacji, aby po to zwycięstwo sięgnąć. Tymczasowy selekcjoner Reto Gertschen zaliczył więc tym samym debiut marzeń, gdyż chyba nawet on nie spodziewał się, że już w pierwszym podejściu poprowadzi do trzech punktów zespół, który od mniej więcej dwóch lat nie potrafi w oficjalnym meczu pokonać żadnego poważnego rywala. Bo tak, pomimo wszelkich słów krytyki szwedzką kadrę wciąż postrzegamy w tych kategoriach.

Możemy oczywiście na siłę wyciągać, że przebłyski lepszej gry miały dziś Angeldal, czy Kaneryd, bo akurat tę dwójkę jak najbardziej widzimy w rolach liderek nowego zespołu, który właśnie w tej chwili powinien nabierać na naszych oczach kształtu. Stosunkowo przyzwoite momenty, szczególnie w swojej ofensywnej wersji, miała także Nathalie Björn, która całościowo zaliczyła jednak niesamowicie nierówny występ. Inna sprawa, że do teraz nie rozumiemy, dlaczego Gerhardsson zdecydował się wystawić wspomnianą Björn na prawej stronie formacji obronnej, podczas gdy w środku pola dzielnie biegała Hanna Lundkvist. Wydaje się, że zdecydowanie bardziej intuicyjna byłaby dokładnie odwrotna konfiguracja, ale sztab szkoleniowy najwyraźniej zdecydował inaczej. I jak się okazało: racji chyba jednak nie miał. Takie wyciąganie pojedynczych wisienek z reprezentacyjnego tortu wydaje się jednak kompletnie bezcelowe, gdyż mi osobiście z pokrytą śniegiem, zimową Lucerną na zawsze kojarzyć się będzie kompletnie inny obrazek. Pamiętacie może złość Rosy Kafaji, czy Mariki Bergman Lundin, gdy trener Lind zdecydował się ściągnąć je z boiska przy niekorzystnym wyniku kluczowego meczu z Hammarby? A może kojarzycie wzrok kapitanki beniaminka z Norrköping My Cato, gdy ta wychodziła z tunelu na rozgrywane przy wypełnionej po brzegi Platinumcars Arenie derby Östergötland? No właśnie, tam od razu dało się dostrzec bezgraniczną pasję do futbolu i gotowość rywalizacji o każdy milimetr murawy. Tymczasem schodzące z placu gry w Lucernie reprezentantki Szwecji swoją mową ciała zdradzały przede wszystkim rezygnację oraz chęć jak najszybszego założenia ciepłej kurtki i napicia się ciepłego napoju. Jasne, mamy zimę i każdemu o tej porze roku (o innej zresztą też) ma prawo być zimno. Tego oczywistego faktu nikt nie będzie ani oceniać, ani tym bardziej kontestować. Tyle tylko, że na przykład w równie bliskim mi środowisku teatralnym istnieje dość popularne powiedzenie, że jedynie artysta głodny to artysta płodny. A doświadczenie wyniesione z kilkunastu lat podróży po światowych stadionach przekonało mnie, że słowa te możemy z powodzeniem odnosić również do futbolu. Podstawowy problem polega jednak na tym, że kadra Gerhardssona od wielu miesięcy sprawia wrażenie nawet nie sytej, co ociężałej z przejedzenia. A Kaneryd i Angeldal, pomimo najszczerszych chęci, we dwójkę tego wózka nie pociągną dalej niż do zwycięskich baraży o pozostanie w najwyższej dywizji. Bo mając na uwadze niespodziewany triumf Włoszek na hiszpańskiej ziemi, perspektywa lutowej rywalizacji z Węgrami czy inną Słowacją, stała się właśnie niezwykle realnym scenariuszem.

suiswe

Grudzień pełen prezentów

snow

Śnieg spadł, ale kończący się rok przyniesie nam jeszcze kilka piłkarskich niespodzianek (Fot. Freepik)

Ligowy sezon za nami, w południowym Sztokholmie najbardziej wytrwali sympatycy Hammarby kończą właśnie celebrację historycznej, potrójnej korony, ale bynajmniej nie jest to równoznaczne z tym, że na kolejne, futbolowe emocje ze Szwedkami w rolach głównych będziemy musieli poczekać aż do Nowego Roku. Tym razem grudzień szykuje nam bowiem aż sześć dat, które każdy szanujący się czytelnik tego serwisu jak najbardziej może zakreślić czerwonym flamastrem. I to bez względu na to, czy preferuje akurat piłkę klubową, czy reprezentacyjną, gdyż poważnego grania w ostatnich dniach roku wyjątkowo nie zabraknie nam na obu wymienionych frontach.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od jutrzejszego starcia kadrowiczek Petera Gerhardssona w szwajcarskiej Lucernie. Punkt wyjściowy w tabeli grupy oznaczonej symbolem A4 zdążyliśmy już mniej lub bardziej szczegółowo omówić: prowadzone przez zatrudnionego w dość niecodziennych okolicznościach tymczasowego selekcjonera Reto Gertschena Helwetki wciąż wyczekują historycznego punktu w rozgrywkach Ligi Narodów, zaś grające tej jesieni ewidentnie bez polotu Szwedki z prawdopodobieństwem bliskim stu procent nie ruszą się już ani na krok z pozycji wiceliderek, co z kolei gwarantuje im… przywilej rozpoczęcia nowego roku kalendarzowego od dwóch meczów towarzyskich. W tej rywalizacji to nasze zawodniczki będą nie bez przyczyny uchodziły za papierowe faworytki, choć chyba nawet bardziej od ostatecznego rezultatu ciekawi nas, czy wreszcie dostaniemy szansę obejrzenia innej twarzy szwedzkiej kadry i okraszenia pomeczowego teksu obrazkiem innym niż słynne już w niektórych kręgach same, old melody. Dodatkowym smaczkiem towarzyszącym temu starciu będzie okazja przetestowania jednej z aren nadchodzącego EURO ’25, ale jeśli chcemy za niespełna dwa lata na nią wrócić w roli uczestniczek turnieju finałowego, to przydałoby się dla dobra wszystkich raz na zawsze zakończyć etap dreptania w miejscu i wreszcie ruszyć odważnie do przodu. Bo w przeciwnym razie istnieje rosnące z każdym dniem ryzyko, że oto pociąg z napisem europejska, pierwsza liga zacznie nam niebezpiecznie odjeżdżać.

Po zapewne wymagającym sprawdzianie w Lucernie, szwedzkie kadrowiczki udadzą się na La Rosaledę w hiszpańskiej Maladze, gdzie ich zimową dyspozycję przetestują aktualne mistrzynie świata oraz liderki rankingów wszelakich. I właśnie ta rywalizacja zapoczątkuje serię pięciu kolejnych meczów, do których przedstawicielki naszego futbolu podchodzić będą z pozycji zespołu, który absolutnie nic nie musi, za to zaskakująco wiele może. I nie ma co kryć, że jest to ta zdecydowanie bardziej wygodna perspektywa. O ile jednak urwanie punktu Hiszpankom w starciu na niwie reprezentacyjnej raczej nie spowodowałoby jeszcze odczuwalnego na całym kontynencie trzęsienia ziemi, o tyle nasze nadzieje w fazie grupowej tegorocznej Ligi Mistrzyń mają realnie niebywałą okazję, aby o ich ewentualnym wyczynie przez krótki czas rozprawiała z podziwem piłkarska społeczność w naprawdę wielu krajach. Bo nie ma co się oszukiwać, że choćby jeden remis przedstawiciel Damallsvenskan zarówno w dwumeczu pomiędzy Rosengård i Barceloną, jak i w konfrontacji Häcken z londyńską Chelsea. wszyscy komentatorzy słusznie potraktowaliby w kategoriach sportowego cudu. Mistrzynie Anglii i Hiszpanii przed dwoma laty uświetniły 400-lecie Göteborga kapitalnym finałem na Gamla Ullevi i choć rzeczywistość z grudnia 2023 znacząco odbiega od tej z maja 2021 (w większości aspektów – na całe szczęście), to jednak oba te kluby niezmiennie stanowią wraz z francuskim Olympique Lyon wielką trójkę światowej piłki klubowej. Okazja do tego, aby zamknąć rok rywalizacją o punkty z takim przeciwnikiem jest zatem dla obu naszych zespołów niebywałą nagrodą, a dla ich kibiców swego rodzaju prezentem, dzięki któremu mroźne, zimowe wieczory mogą nagle stać się pełne barw i emocji. A skoro grudzień uchodzi za czas spełniania nawet tych najskrytszych marzeń, to przez chwilę nie skupiajmy się na tym, że Lauren James, Samantha Kerr, czy Niamh Charles sprawiają w ostatnich tygodniach wrażenie zakładających dla niepoznaki piłkarskie trykoty superbohaterek. Bo wiecie, zawodniczki Twente, czy Paris FC też wydawały się być w niesamowitym uderzeniu, aż do momentu, w którym na ich drodze stanął niepozorny zespół z Hisingen…


Grudzień 2023 – ważne daty:

01.12., godz. 20:00 – Szwajcaria – Szwecja

05.12., godz. 19:00 – Hiszpania – Szwecja

13.12., godz. 18:45 – Rosengård – Barcelona

14.12., godz. 21:00 – Chelsea – Häcken

20.12., godz. 21:00 – Häcken – Chelsea

21.12., godz. 21:00 – Barcelona – Rosengård

Coroczna pucharowa dobieranka

5e6e11df-a31a-4b5c-8d81-6cca4a3b9a2f

Po fenomenalnym finale w Sztokholmie Puchar Szwecji trafił przynajmniej na rok do gabloty klubu z Södermalm (Fot. Johanna Walén)

Szesnaście drużyn, cztery grupy, zwycięzcy każdej z nich kwalifikują się do rozgrywanych systemem pucharowym półfinałów – w teorii niezwykle prosty i przejrzysty system, w praktyce jednak nawet tak banalną wydawałoby się rzecz da się zepsuć. Uparte trzymanie się twardego klucza geograficznego, w porównaniu z rozstawianiem najlepszych zespołów do pierwszego koszyka, sprawia bowiem, że przydzielanie każdego z uczestników do jednej z grup Pucharu Szwecji co roku bardziej przypomina popularną dobierankę niż klasyczne losowanie. I choć da się rzecz jasna zrozumieć często podnoszony argument o zyskach ekonomicznych wynikających ze zdecydowanie niższych kosztów wyjazdów (choć czy aby na pewno w każdym przypadku, to już zupełnie osobna kwestia), to jednak nie ma co ukrywać, że pozbawiający nas elementarnej dramaturgii system niesie ze sobą zdecydowanie więcej minusów niż plusów. Tak, starcia derbowe zawsze generują dodatkowe emocje, ale kiszenie się w dokładnie tym samym sosie wczesną wiosną każdego kolejnego roku nie dość, że samo w sobie jest pomysłem średnio trafionym, to jeszcze w sposób oczywisty krzywdzi kluby, które muszą przebijać się do fazy finałowej przez zdecydowanie silniejszą sportowo ścieżkę południową. Póki co mamy jednak to, co mamy, więc zapraszam na szybki przegląd tego, co czeka nas już w marcu, gdyż tradycyjnie to właśnie rywalizacja w Pucharze Szwecji oficjalnie zainauguruje nam rok 2024 w krajowej piłce klubowej. I nawet jeśli raz jeszcze o tej porze roku przyjdzie nam słuchać dokładnie tych samych melodii, to już teraz doskonale wiemy, że i tak podejdziemy do tematu z niemałym entuzjazmem i zaciekawieniem. Bo gdy rywalizacja toczy się o tak charakterystyczny i kompletnie niepodrabialny w swoim wyglądzie puchar, to najzwyczajniej w świecie rzeczy muszą się dziać!

cup1

cup2

cup3

cup4

cup5

Terminarz Pucharu Szwecji 2023-24:

9.-10. marca – 1. kolejka grupowa

16.-17. marca – 2. kolejka grupowa

23.-24. marca – 3. kolejka grupowa

30.-31. marca – półfinały

1. maja – finał

Wyszły, zagrały, plan wykonały

GrimstaIPSkylt2

Pierwszoligowa piłka pozostaje na Grimsta IP. Ale czy w kolejnym sezonie znajdzie się więcej chętnych, aby ją tam oglądać? (Fot. Erik Bjernulf)

41-6 w strzałach, 17-2 w uderzeniach w światło bramki, 11-3 w rzutach rożnych, 20-2 w wykreowanych sytuacjach bramkowych i wreszcie 67-33 w posiadaniu piłki – ta matematyczna wyliczanka znalazła się w tak eksponowanym miejscu nieprzypadkowo. Bo o ile nasza dyscyplina sportu charakteryzuje się tym, że suche statystyki nierzadko potrafią mocno zniekształcić realny obraz, o tyle w przypadku barażowej rywalizacji o prawo gry w przyszłorocznej Damallsvenskan modelowo pokazują one różnicę przynajmniej kilku klas, która na tę chwilę dzieli oba aspirujące do pierwszoligowego grania zespoły. A jedyną zagadką pozostaje to, dlaczego zawodniczki z Brommy potrzebowały niemal dokładnie dwóch godzin boiskowej walki, aby po raz pierwszy skutecznie przełamać zestawioną z konieczności wybitnie eksperymentalnie defensywę z Alingsås. Gdy jednak problem skrajnej, ofensywnej niemocy udało się wreszcie rozwiązać, to kwestia pozostania w najwyższej klasie rozgrywkowej załatwiona została naprawdę błyskawicznie. Co ciekawe, na listę strzelczyń wpisywały się tym razem przede wszystkim przedstawicielki formacji obronnej, które to do stanu 5-0 dzieliły się bramkowymi łupami wyłącznie między sobą. Schemat ten złamała dopiero na kwadrans przed końcem spotkania osiemnastoletnia Line Wessman, pieczętując wysokie zwycięstwo swojej ekipy niezwykle efektowną przewrotką. Po prawdzie jednak goli po stronie drużyny z zachodniego Sztokholmu mogło i powinno być zdecydowanie więcej, bo chociażby Andrup czy Swedman fatalnie pudłowały w sytuacjach, w których wypadało przynajmniej trafić w bramkę. I tak, przynajmniej jest tu słowem absolutnie kluczowym.

Wyraźnie odstający od pierwszoligowych norm poziom sportowy rywalek nie był jednak winą gospodyń, które po prostu wyszły i zrobiły swoje, a sygnał do ataku dała im ta, którą jeszcze przed startem tegorocznych rozgrywek nazwaliśmy jedną z najbardziej niedocenianych piłkarek nie tylko Brommy, ale i całej ligi. Wilma Wärulf, bo o niej mowa, najpierw sama rozpoczęła strzelanie na Grimsta Idrottsplats, umieszczając futbolówkę w okienku bramki Tei Olin, a następnie wywalczyła tuż przed linią pola karnego rzut wolny, który z kolei na prawdopodobnie najważniejsze z perspektywy całego dwumeczu trafienie zamieniła Sara Olai. 24-letnia wahadłowa nie zamierzała jednak zwalniać tempa i po przerwie wzięła udział w jeszcze dwóch bramkowych akcjach, a gdyby tylko jej koleżanki z drużyny były w swoich boiskowych poczynaniach nieco bardziej dokładne, to mówilibyśmy tu o naprawdę imponujących liczbach. Swój moment radości przeżyła także Alice Ahlberg, którą na pierwszoligowych arenach poznaliśmy głównie jako niezwykle pewną egzekutorkę rzutów karnych. Dziś jednak przekwalifikowana w Sztokholmie na stoperkę defensywna pomocniczka swoje gole zdobywała w całkiem nowych dla siebie okolicznościach i skoro Bromma miała już w Damallsvenskan pozostać, to chyba dobrze się stało, że w najważniejszym z tej perspektywy meczu centralnymi postaciami okazały się właśnie te zawodniczki. Bo nie da się ukryć, że bez nieocenionego wkładu tercetu Wärulf – Ahlberg – Olai przede wszystkim w rundzie jesiennej minionego sezonu, w zachodnim Sztokholmie nie byłoby nawet baraży.

A skoro tak dużo było tu dziś matematyki, to zakończmy jeszcze kilkoma liczbami, które niestety niekoniecznie pozostawią nas w optymistycznych nastrojach. Bo o ile nie mamy najmniejszych wątpliwości co do tego, że w szwedzkiej stolicy zapotrzebowanie na futbol istnieje, to ów trend dotyczy najwyraźniej wyłącznie wybranych dzielnic. Inaczej nie da się bowiem wytłumaczyć faktu, że na tak istotny z perspektywy sportowej przyszłości Brommy mecz pofatygowało się na trybuny Grimsta IP niespełna trzystu sympatyków tej ekipy. A i tak zdecydowanie najgłośniejszą i najbardziej wyrazistą grupkę na stadionie stanowiła kilkudziesięcioosobowa sekcja wyjazdowa z Alingsås. To ostatnie nie dziwi nas akurat ani trochę, gdyż fani AIF prawdopodobnie doskonale zdają sobie sprawę, że w ich przypadku dzisiejsze starcie mogło być jedyną podczas całego ich życia okazją do bliższego dotknięcia pierwszoligowej piłki. No, chyba że komisja licencyjna zdecyduje inaczej, ale o tym szerzej pisaliśmy już wielokrotnie, a zimą zapewne jeszcze nie raz do tego tematu wrócimy. Tak, czy inaczej, na dziś raczej pewne jest, że Alingsås sportowo do Damallsvenskan nijak nie pasuje, ale czy dwanaście miesięcy temu nie prorokowaliśmy przypadkiem, że Uppsala nie ma najmniejszych szans na ugranie więcej niż czterech punktów w najwyższej klasie rozgrywkowej? Rzeczywistość szybko te słowa zweryfikowała, więc jeśli i tym razem furtka do elity zostanie przed trzecią siłą Elitettan uchylona, to nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi należy dać jej szansę. Dziś jednak może nie tyle gratulujemy Brommie, co po prostu odhaczamy wykonanie przez nią zadania, kończąc w ten sposób ligowy sezon 2023 na szwedzkich boiskach.

bpaif

Cuda, cuda ogłaszają!

bbb

Obrazek tej jesieni nie nowy, ale zawsze cieszy! Häcken znów szokuje piłkarską Europę! (Fot. Bildbyrån)

W poprzednim tygodniu pucharowe rozważania rozpoczęliśmy od pochwał pod adresem piłkarek z Hisingen, więc dla równowagi tym razem odwrócimy kolejność na tę nieco bardziej chronologiczną. Bo nie da się ukryć, że to byłe już mistrzynie Szwecji z Malmö jako pierwsze wybiegły w środowy wieczór na murawę, aby na kameralnym stadionie nieopodal Lizbony powalczyć o historyczne punkty, europejską chwałę i znaczący zastrzyk gotówki od UEFA. A do tej wyliczanki spokojnie moglibyśmy dodać jeszcze chęć rewanżu za przegrany w może nie kompromitującym, lecz naprawdę słabym stylu dwumecz sprzed dwunastu miesięcy. Fani Rosengård szansy na ewentualny sukces upatrywali między innymi w tym, że latem z Benfiki do londyńskiego Arsenalu wytransferowana została kanadyjska gwiazda Cloe Lacasse, ale już wkrótce miało się okazać, że były to nadzieje mocno naiwne. To znaczy, ekipa z Portugalii faktycznie zaprezentowała na boisku zauważalnie mniejszą ofensywną siłę rażenia, ale i to okazało się wystarczyć na grające bez żadnego sensownego konceptu rywalki ze Skanii. Na samym początku drugiej połowy Jessica Silva zapisała na swoim koncie nieco przypadkową asystę, nie bez przyczyny nazywana przyszłością lizbońskiego futbolu Kika Nazareth pociągnęła sytuacyjnie, po ziemi, przy dalszym słupku i gospodynie mogły księgować pierwszy tej jesieni komplet punktów w fazie grupowej Ligi Mistrzyń. Choć z takich realnych konkretów, poza bramkową sytuacją zaprezentowały nam jeszcze tylko minimalnie niecelną próbę w wykonaniu znanej nam z boisk Damallsvenskan Marie Alidou D’Anjou oraz jeden kąśliwy strzał z dystansu, który z kolei na rzut rożny świetnie sparowała Angel Mukasa. Jako się rzekło, szału nie ma, ale z Rosengård udało się wygrać nawet bijąc rekordy niecelnych podań oraz coraz bardziej żałośnie wyglądających boiskowych symulek, dzięki którym w ostatnich dwudziestu minutach więcej było w tym wszystkim przerw niż efektownej, czystej gry.

Żeby było zabawniej, podopieczne Ievy Cederström tak fatalnego z ich perspektywy meczu wcale nie musiały przegrać. Dokładnie jak tydzień temu, pomocną dłoń co i raz wyciągały do nich bowiem przeciwniczki, które jakby uparły się, że skoro gościnie ze Szwecji nie potrafią wykreować czegokolwiek własnymi siłami, to najwyraźniej trzeba je w tym wyręczyć. Jako pierwsze uczyniły to Carole Costa do spółki z Kiką Nazareth, gdy pierwsza z wymienionych zagrała niedokładną piłkę, a druga zaliczyła na murawie poślizg, zostawiając w ten sposób Rii Öling autostradę do bramki Benfiki. Ponad 60-krotna reprezentantka Finlandii z prezentu jednak nie skorzystała, podobnie zresztą jak Mai Kadowaki oraz Bea Sprung, które w sytuacjach sam na sam z Leną Pauels w odstępie kilkunastu sekund solidarnie… ostrzeliwały byłą golkiperkę Werderu Brema. Tym sposobem ósmy mecz FC Rosengård w fazie grupowej Mistrzyń zakończył się ósmą kolejną porażką, a skoro w tej edycji ekipę z Malmö czekają jeszcze dwie potyczki z Barceloną i dwie w środku szwedzkiego okna transferowego (czy ogólnie piłkarskich wakacji w naszej części kontynentu), to najbliższa przyszłość wcale nie rysuje się w przesadnie jasnych barwach. Co więksi optymiści mogą oczywiście pocieszać się faktem, że na kampusie Seixal swój najlepszy w bieżącym roku kalendarzowym mecz rozegrała Caroline Seger, choć z drugiej strony nie mamy aż takiej pewności, czy aby na pewno są to realne powody do radości oraz czy więcej mówi nam to o samej kapitance, czy może o aktualnej kondycji niezwykle zasłużonego dla szwedzkiej piłki klubu.

A co słychać u naszych bohaterek sprzed tygodnia? Cóż, mówiąc najdelikatniej, nie sprawdziły się proroctwa trenera Maka Adama Linda, który wyrażał nadzieję, że późnojesienna aura szwedzkiego, zachodniego wybrzeża może okazać się dodatkowym sprzymierzeńcem jego piłkarek. Rywalki z Madrytu podmuchów porywistego wiatru najwyraźniej się jednak nie przestraszyły i już po ośmiu minutach boiskowej rywalizacji pozbawiły Häcken niespodziewanie wywalczonego na paryskiej ziemi fotela liderek grupy D. Z nieprzyjemnym strzałem Maite Oroz nie bez kłopotów poradziła sobie jeszcze Jennifer Falk, ale wobec dobitki Signe Bruun bezradna była zarówno ona, jak i jej koleżanki z formacji defensywnej. Ostatnie miesiące nauczyły nas jednak, że w przypadku bojowo nastawionych Os z Hisingen nawet szybko stracony gol wcale nie oznacza jeszcze nokautu, więc wraz ze szczelnie wypełniającymi trybuny Bravida Areny kibicami w żółto-czarnych barwach czekaliśmy na jeszcze jeden pucharowy cud. Ten jednak póki co ani myślał nadchodzić, bo przed przerwą gospodynie zaledwie jeden raz skierowały futbolówkę w światło bramki Misy Rodriguez, ale próba Anny Anvegård golkiperce światowej klasy jakichkolwiek problemów sprawić nie mogła. Zdecydowanie bliższe kolejnych trafień były natomiast wicemistrzynie Hiszpanii, które dodatkowo czarowały jeszcze publiczność naprawdę efektownymi zagraniami. Signe Bruun próbowała zaskoczyć Falk niesygnalizowanym strzałem piętą, a bohaterka tegorocznego mundialu Olga Carmona wykorzystała fakt, że w ulubionym sektorze boiska zostawiono jej nieco więcej wolnej przestrzeni i zdecydowała się na mierzony strzał zza pola karnego. W obu przypadkach do pełni szczęścia zabrakło zawodniczkom z Madrytu nie więcej niż kilkunastu centymetrów.

Drugą połowę rozpoczynaliśmy jednak od wyniku 0-1, a ten niezmiennie dawał nadzieję. I od pierwszych minut po przerwie można było odnieść wrażenie, że z takiego samego wrażenia wychodzą także piłkarki Häcken. Do pewnego momentu ich ofensywne próby zatrzymywały się mniej więcej na trzydziestym metrze przed bramką Realu, ale nauczeni poprzednimi występami zawodniczek z Hisingen w Europie cierpliwie wyczekiwaliśmy tej jednej okazji, która prędzej czy później po prostu musi się wydarzyć. I tak doczekaliśmy do 59. minuty, kiedy to Anvegård wrzuciła klasyczną piłkę na walkę w pole karne, Felicia Schröder zdecydowanie nacisnęła interweniującą Rocio Galvez, zmuszając ją tym samym do błędu, a do bezpańskiej futbolówki dopadła Rosa Kafaji i Bravida Arenę ogarnął szał niepohamowanej radości! Wicemistrzyniom Szwecji ponownie wystarczyła zaledwie jedna, konkretna okazja, aby skutecznie otworzyć worek z bramkami i przybliżyć się do sprawienia kolejnej niespodzianki na wielkiej, europejskiej scenie. A może, przy odpowiedniej dozie szczęścia, spróbować powalczyć o coś więcej. Takie rozmyślania towarzyszyły nam, gdy na stadionie w Hisingen rozpoczynał się ostatni kwadrans meczu. Gospodynie ruszyły z błyskawicznym kontratakiem, Kafaji popisała się niezwykle dokładnym, kilkudziesięciometrowym podaniem do Katariiny Kosoli, a prawa wahadłowa Häcken przymierzyła w okienko bramki Realu tak, że Misa Rodriguez mogła tylko bić brawo. 2-1 dla miejscowych, a po chwili mogło być jeszcze lepiej, gdy rezerwowa dziś Aisha Masaka doskonale wypatrzyła wbiegająca w szesnastkę gościń Anvegård. Dwukrotna królowa strzelczyń Damallsvenskan wyniku wprawdzie nie poprawiła, ale zawodniczki z Madrytu wyglądały na zespół mocno zraniony, który nijak nie jest w stanie odnaleźć recepty na powrót do tego meczu. I rzeczywiście, pod bramką Jennifer Falk wcale nie byliśmy świadkami żadnego oblężenia, a coraz bardziej sfrustrowanym Hiszpankom nie pomogło nawet osiem doliczonych ostatecznie do drugiej połowy minut. Cud w Hisingen? A może jednak nowa normalność? Cokolwiek by to nie było, niech trwa nam jak najdłużej! Lider zostaje w Szwecji przynajmniej do grudnia!


Komplet wyników:


Tabele grup LM: