Zagrać, zaliczyć, zapamiętać

bihswe

W podobnych okolicznościach przyrody szwedzka kadra rozegrała o tej porze roku wiele meczów (Fot. SvFF)

Choć dzisiejszy mecz technicznie był starciem o punkty, w zasadzie wszystko z nim powiązane niemal od początku krzyczało, że oto czeka nas tradycyjny element zimowej, piłkarskiej turystyki w wydaniu reprezentacyjnym. Przeciwnik gdzieś z połowy siódmej dziesiątki rankingu FIFA, zainteresowanie mediów mocno minimalistyczne, transmisja telewizyjna realizowana wyłącznie przez Aftonbladet, a do tego wszystkiego stadion z jedną zaledwie trybun(k)ą i niespecjalnie równą, wyraźnie sfatygowaną murawą. Wakacyjnego klimatu dodawał jeszcze efektowny, górski krajobraz w tle i gdyby gdzieś w oddali zamajaczyło nam jeszcze jakimś cudem wybrzeże Atlantyku, to pewnie jednogłośnie uznalibyśmy, że oto wehikuł czasu przeniósł nas na jedną z edycji wspominanego przecież z niemałym sentymentem towarzyskiego turnieju o Puchar Algarve. A gdyby w okolicach linii bocznej nagle pojawili się ludzie w medycznych maseczkach ochronnych, to niechybnie przypomniałoby się pamiętne, lutowe starcie z Maltą w szczycie epidemicznych obostrzeń. Skojarzeń było zatem jak widać bardzo wiele, ale żadne z nich bynajmniej nie podpowiadało nam, że oto za chwilę w Zenicy wydarzy się coś ważnego, na co futbolowy świat powinien zwrócić jakąś szczególną uwagę.

A może i niesłusznie, bo na kadrowiczki Gerhardssona patrzyło się dziś po prostu przyjemnie i miejmy nadzieję, że jest to efekt rzetelnej oceny, a nie przywoływanych w poprzednim akapicie wszechobecnych wakacyjnych wibracji. Mówiąc jednak całkiem serio; o ile pewne zwycięstwo na Bałkanach było dla medalistek ubiegłorocznego mundialu obowiązkiem, o tyle tym razem szwedzkie zawodniczki chwalić można nie tylko za odpowiednio szybko zmieniające się na tablicy wyników cyferki. Jasne, nasze reprezentantki nie byłyby sobą, gdyby Jonna Andersson dwukrotnie nie dośrodkowała z narożnika boiska wprost na głowę jednej ze swoich koleżanek, ale skutecznie egzekwowane stałe fragmenty były tym razem jedynie sympatycznym dopełnieniem całego obrazka. A ten zaczął się nam przepięknie malować już w szóstej minucie, kiedy to wspomniana Andersson zdecydowała się na odważne podłączenie się do ofensywnej, zespołowej akcji, Kaneryd przytomnie zgrała miękko zacentrowaną przez Blackstenius futbolówkę, a stojąca na wprost bramki Madelen Janogy udowodniła, że w tej fazie sezonu potrzebuje zaledwie pół sytuacji, aby wpisać się na listę strzelczyń. Sztuki tej dokonała zresztą ponownie, tym razem finalizując celnym strzałem głową jeden ze szwedzkich rzutów rożnych. Dwubramkowe prowadzenie gościń jak najbardziej odzwierciedlało skalę dominacji podopiecznych Gerhardssona nad niżej notowanymi rywalkami, choć nikt nie mógłby mieć pretensji, gdyby było ono jeszcze wyższe. Potężną bombą w poprzeczkę jeszcze przed przerwą popisała się bowiem Rosa Kafaji, zaś rozgrywająca w zasadzie całkiem poprawne zawody na ulubionej przez siebie pozycji dziewięć i pół Stina Blackstenius – jak to często zresztą bywa – raziła brakiem wykończenia naprawdę dogodnych sytuacji.

Po przerwie oglądaliśmy dalszy ciąg absolutnej dominacji szwedzkiej kadry, a gdy mające w składzie sporą liczbę zawodniczek rywalizujących na co dzień na zdecydowanie mniejszej intensywności Bośniaczki zaczęły w oczach opadać z sił, nastąpiło ponowne, zdecydowane przyspieszenie i to w jego efekcie posypały się kolejne gole. Ich autorkami były odpowiednio Filippa Angeldal (po przytomnej asyście Anvegård), Pauline Hammarlund (to się nazywa powrót po latach w dobrym stylu) i wreszcie… Jelena Gvozderac, która interweniowała w mocno nieszczęśliwy dla siebie sposób po strzale w słupek w wykonaniu Anvegård. Okazji na to, aby uczynić dzisiejsze zwycięstwo jeszcze bardziej przekonującym było oczywiście więcej, lecz w niektórych sytuacjach brakowało naszym piłkarkom albo szczęścia, albo precyzji. Gospodynie tak na dobrą sprawę odgryzły się przez cały mecz tylko dwukrotnie i za każdym razem było to wynikiem prostopadłego podania w kierunku Mileny Nikolic, która to najpierw starała się nabrać na klasyczny dla niej zwód jedną z opiekujących się nią szwedzkich defensorek, a następnie uderzyć w kierunku bramki strzeżonej tego dnia przez Jennifer Falk. I o ile z pierwszą częścią wyzwania w obu przypadkach poradziła sobie nadzwyczaj dobrze, o tyle strzelecki celownik miała w to piątkowe popołudnie rozregulowany tak wyraźnie, że byłej snajperce Bayeru Leverkusen mylić się w ten sposób po prostu nie wypada.

Skoro jednak obiecane były pochwały, to warto wyróżnić duet środkowych pomocniczek w osobach Julii Zigiotti oraz Filippy Angeldal, bo nawet jeśli weźmiemy pod uwagę klasę przeciwnika, to tak kreatywnej i różnorodnej gry z środka pola nie oglądaliśmy w wykonaniu Blågult od wielu miesięcy. Jako się rzekło, skuteczność ani myśli opuszczać naszego eksportowego duetu z Florencji, a Madelen Janogy dodatkowo popisała się jeszcze przynajmniej dwoma naprawdę udanymi rajdami do linii końcowej. Kilka małych, lecz niezwykle ważnych plusików możemy postawić także przy nazwiskach obu piłkarek londyńskiej Chelsea: Nathalie Björn potwierdziła, że na tę chwilę jest chyba najbardziej stabilną szwedzką defensorką, a kapitalny przegląd pola i dokładne, otwierające koleżankom przestrzeń kilkudziesięciometrowe podania są jej znakiem specjalnym, zaś Johanna Kaneryd udowodniła, iż nawet mniej energetyczny występ nie powstrzyma jej przed dopisaniem na swoje konto kolejnej asysty, o czym zresztą doskonale wie każdy, kto w miarę regularnie śledzi wydarzenia na boiskach angielskiej FA WSL. Nie tylko przy okazji dośrodkowań ze stojącej piłki precyzją pochwalić mogła się także Jonna Andersson, a Emma Kullberg oraz Anna Anvegård mogły z pełną odpowiedzialnością przyznać, że ich pojawienie się na murawie wniosło do gry naszej kadry trochę ożywienia. W tej miłej i pozytywnej wyliczance znalazłoby się najpewniej miejsce dla niemal każdej ze Szwedek z wyjątkiem Hanny Lundkvist (jako jedyna z wyjściowej jedenastki nie wykorzystała w pełni swojej szansy), Jennifer Falk (tu akurat jej winy nie ma ani trochę) oraz Hanny Bennison. Reprezentacyjna przygoda tej ostatniej to naprawdę intrygująca saga, gdyż mówimy tu o zawodniczce, która niebawem będzie miała przy nazwisku 50 A, a wciąż pozostaje w kontekście kadry narodowej jedną, wielką zagadką. Cóż, od zawsze wiedzieliśmy, że nasza Golden Girl jest absolutnie wyjątkowa, lecz nie mieliśmy pojęcia, iż ta unikalność objawi się w jej przypadku w tak nietypowy skądinąd sposób.

Na zakończenie warto jeszcze przypomnieć tytuł przedmeczowego tekstu, gdyż to chyba właśnie on najbardziej celnie uchwycił istotę tego, co później przyszło nam oglądać na murawie. Bośniacki zespół całkowicie potwierdził bowiem tezę, iż na ten moment jest on stereotypowym wręcz przedstawicielem europejskiej drugiej ligi, prezentując nam na przestrzeni dziewięćdziesięciu minut niemal wszystkie związane z tym statusem zalety i niedoskonałości. Sprawdziło się również to, że akurat ten drugoligowiec na przeskok o jeden szczebelek wyżej będzie musiał jeszcze sporo poczekać, a najbliższe lata przyjdzie mu spędzić w dokładnie tym samym miejscu, w którym znajduje się obecnie.

bihswe2

Drużyna z drugiej ligi

16984170925069

Milena Nikolic popisała się dubletem w wyjazdowej potyczce z Czechami (Fot. NFSBiH)

Szanując nasze jutrzejsze rywalki, musimy jednocześnie przyznać, że z tak enigmatycznym przeciwnikiem szwedzka kadra nie mierzyła się już od dłuższego czasu. Prowadzone przez byłą reprezentantkę kraju, 51-letnią obecnie Samirę Hurem Bośniaczki to zespół, który spokojnie możemy zaliczyć do szeroko rozumianej, europejskiej drugiej ligi. Z tym jednak zastrzeżeniem, że w przeciwieństwie do kilku innych nacji ze wschodniej części kontynentu, w Sarajewie i okolicach raczej nie powinni spodziewać się w najbliższych latach spektakularnych sukcesów. A gdyby taki się jakimś cudem przytrafił, to stałoby to się bardziej wbrew niż w wyniku działań tamtejszego związku. Oczywiście, możemy głośno akcentować, że reprezentacja Bośni przecież dopiero co grała w barażach o awans do australijsko-nowozelandzkiego mundialu, ale gdybyśmy pozostawili tę wzmiankę bez kontekstu, to stałaby się ona po prostu sprytną, medialną manipulacją. A to dlatego, że po oczywistej dyskwalifikacji Rosji, podopieczne pani Hurem o drugie miejsce w grupie eliminacyjnej ścigały się wyłącznie z Czarnogórą, Azerbejdżanem oraz Maltą i rywalizację tę wygrały nie bez problemów. Gdy jednak przyszło Bośniaczkom zmierzyć się z jedynym w tej fazie poważnym przeciwnikiem (Danią), to ów dwumecz zakończył się mało przyjemnym z ich perspektywy wynikiem 0-11, a Stine Larsen do spółki z Signe Bruun urządziły sobie wówczas naprawdę ostre strzelanie.

Nieco lepiej wypadł debiut bośniackiej kadry w Lidze Narodów, gdzie w stosunkowo wyrównanej grupie z Czeszkami, Słowenkami i Białorusinkami nasze jutrzejsze rywalki uzbierały w sześciu spotkaniach aż jedenaście punktów, co przełożyło się ostatecznie na całkiem niezłą, drugą lokatę. Na szczególną uwagę zasługuje przede wszystkim skromne, domowe zwycięstwo nad zdecydowanie wyżej notowaną reprezentacją Czech po golu Almy Kranjic w samej końcówce spotkania. Swego rodzaju sukcesem był zresztą także późniejszy wyjazd Bośniaczek do miejscowości Hradec Kralove, skąd po dwóch trafieniach autorstwa Mileny Nikolic udało się im ostatecznie przywieźć cenny remis. Punkty zdobyte na Czeszkach były jednak zdecydowanie największym osiągnięciem drużyny prowadzonej przez Samirę Hurem, gdyż każda konfrontacja z przeciwnikiem należącym lub kręcącym się w okolicach umownego, europejskiego TOP-10 kończyła się w ostatnich latach porażką do zera. Aż czterokrotnie w rolę kata bośniackiej kadry wcielały się Dunki, a w eliminacjach do rozegranego na angielskiej ziemi EURO ’22 najmniejszych problemów z pokonaniem ekipy z Bałkanów nie miały także Włoszki. Zwycięstwami do zera kończyły się także oba dotychczasowe bośniackie starcia reprezentacji Szwecji, a rozegrany niemal dokładnie przed dekadą dwumecz miał przebieg zdecydowanie bardziej jednostronny niż sugerowałby to suchy wynik.

W aktualnej kadrze Bośni nie doszukamy się może nazwisk rozpalających świadomość mniej zaangażowanego, piłkarskiego kibica, choć osoby śledzące Damallsvenskan doskonale kojarzyć mogą chociażby Melisę Hasanbegovic (ex-Kvarnsveden), czy też Elmę Smajic (ex-Växjö). Trzeba jednak uczciwie przyznać, że żadna z nich furory na szwedzkich boiskach nie zrobiła. Co ciekawe, debiut w seniorskiej reprezentacji Bośni ma za sobą także napastniczka sztokholmskiego AIK Adelisa Grabus, lecz akurat ona ani jutro, ani za tydzień na pewno na boisku się nie pojawi. Szansę postraszenia naszej defensywy będzie za to miała występująca przez lata z umiarkowanymi sukcesami w niemieckich klubach Milena Nikolic, która w sierpniu ubiegłego roku zdecydowała się zamienić Leverkusen na szwajcarską Bazyleę. 31-letnią snajperkę bez większej przesady można nazwać futbolową ambasadorką swojego kraju na przestrzeni ostatniej dekady, ale fani w Sarajewie czy Zenicy gorąco wierzą w to, że niebawem w podobnych słowach będzie można przedstawiać szerszej publiczności Maję Jelcic lub Mariję Milinkovic. Te zawodniczki z rocznika 2004 znajdują się obecnie w kadrze mediolańskiego Interu i obie mają już za sobą całkiem obiecujące debiuty na boiskach Serie A. Na ten ostatni wciąż czeka jeszcze o rok młodsza od nich defensorka Gloria Sliskovic, która z kolei wielkiej piłki uczy się w akademii turyńskiego Juventusu i całkiem prawdopodobne, że jeszcze tej wiosny ramię w ramię chociażby z Elsą Pelgander powalczy o młodzieżowe mistrzostwo Italii. Jak zatem widać, zalążki talentu w bośniackiej piłce da się dostrzec bez większego trudu, ale można mieć poważne wątpliwości, czy pokłady te okażą się wystarczające, aby w najbliższej przyszłości z powodzeniem rywalizować na przykład o prymat w regionie. Bo regularne zwycięstwa na przykład z Serbią lub Węgrami byłyby niewątpliwie potwierdzeniem, że coś wreszcie ruszyło z miejsca, a przyszłość wcale nie musi rysować się jedynie pod kątem kolejnych przegranych w nijakim stylu eliminacji.

Przy okazji szwedzko-bośniackiego starcia nie sposób oczywiście nie wspomnieć o rodzinnej historii Zeciry Musovic. Choć bliscy golkiperki Chelsea pochodzą z regionu, który dziś formalnie jest częścią Serbii, to urodzona w Skanii 27-latka wielokrotnie podkreślała swoją dumę z posiadania bośniackich korzeni, a Sarajewo konsekwentnie nazywała swoim ulubionym miejscem na ziemi i perfekcyjną wakacyjną destynacją. Losowanie par barażowych było więc o tyle szczęśliwe, że dzięki niemu Musovic dostanie prawdopodobnie jedyną i niepowtarzalną szansę, aby rozegrać oficjalny mecz o stawkę w kraju swojego pochodzenia. Mamy jednak nadzieję, że podobnie zresztą jak pozostała część naszej niebiesko-żółtej drużyny, bramkarka mistrzyń Anglii wyruszy w powrotną podróż do Szwecji w doskonałym nastroju i z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku. Bo niezależnie od wszystkich aspektów pozasportowych, właśnie tego oczekujemy jutro od naszych kadrowiczek.

O kadrze, która bawiła się zapałkami

swewnt

Niespełna pół roku po niewątpliwym sukcesie na mundialu, szwedzka kadra ponownie znalazła się na rozdrożu (Fot. SvFF)

Czy istnieje coś gorszego niż świadomość, że właśnie pędzisz z maksymalną prędkością prosto w przepaść? Oczywiście, na przykład zupełny brak świadomości, że właśnie pędzisz z maksymalną prędkością prosto w przepaść.

O problemach i zagrożeniach, z którymi w najbliższych latach może zmagać się reprezentacja Szwecji, przeczytać możecie tutaj. Ten tekst powstał tuż po zakończeniu australijsko-nowozelandzkiego mundialu, a jego podstawowym celem była próba delikatnego schłodzenia rozgrzanych sukcesem głów oraz rzetelne przedstawienie realiów, w jakich pod względem piłkarskim przychodzi nam funkcjonować w połowie trzeciej dekady obecnego stulecia. Niestety, kilka kolejnych miesięcy zostało przez sztab Petera Gerhardssona koncertowo zmarnowanych, a stawiane wcześniej nieśmiało tezy zaczęły uwierać nas coraz mocniej. Ich pierwsze efekty pojawiły się także na boisku, bo o ile przegrany dwumecz z Hiszpanią był niejako wliczony w koszty (choć osiem straconych w nim goli już chyba niekoniecznie), o tyle bezbarwna i pozbawiona jakości postawa w potyczkach ze Szwajcarią czy Włochami kazała już postawić selekcjonerowi kilka niewygodnych pytań. Czas płynął jednak swoim rytmem dalej, a satysfakcjonujących odpowiedzi nijak nie mogliśmy się doprosić. Tworzenie kolejnego tekstu, który od przywoływanego powyżej różnić mógłby się co najwyżej mało istotnymi detalami, uważam jednak za całkowicie bezcelowe. Bo nawet jeśli stan pacjenta przez pół roku jeszcze się pogorszył, to nastąpiło to wyłącznie w wyniku braku wdrożenia jakiejkolwiek terapii, a postawione na przełomie sierpnia i września 2023 diagnozy ani trochę się nie zdezaktualizowały. Zamiast więc raz jeszcze zanurzać się w istocie problemu, warto spojrzeć do przodu i zadać sobie pytanie, czego oczekujemy od Gerhardssona i jego piłkarek w perspektywie lutowego zgrupowania. Bo tak, nawet dwa mecze z przeciwnikiem prezentującym zdecydowanie niższą, sportową jakość mogą potencjalnie okazać się dla nas naprawdę wartościowe, jeżeli tylko spełnionych zostanie kilka niezbędnych warunków. I żeby było jeszcze ciekawiej, nie są one wcale przesadnie trudne do zrealizowania, choć wszystkie wymagają odrzucenia fałszywego poczucia samozadowolenia, a także błogiego dobrostanu, który to z niewiadomych do końca przyczyn towarzyszył ostatnimi czasy nie tylko szwedzkim trenerom, ale i zawodniczkom.


Po pierwsze – dajmy sobie opcje

Oczywiście, nie mamy tak szerokiego zaplecza, aby kwestię powołań rozstrzygać w puli stu lub więcej nazwisk. W żadnym stopniu nie usprawiedliwia to jednak naszych trenerów, którzy w ostatnim półroczu popadli w taką rutynę, że wyjściową jedenastkę, ustawienie, a także indywidualne zadania każdej ze szwedzkich piłkarek na długo przed pierwszym gwizdkiem bezbłędnie czytali absolutnie wszyscy, z kolejnymi rywalkami włącznie. A jakieś niesprawdzone wciąż opcje do wypróbowania jednak mamy, o czym świadczą chociażby ponadprzeciętne występy na europejskiej scenie zawodniczek Häcken, czy obiecujące, zimowe debiuty w poważnych ligach zagranicznych. Przed nami jeszcze dwie ostatnie okazje do ewentualnych testów, więc pora na apel: dajmy wreszcie sobie szansę! Ale taką prawdziwą, bo wpuszczanie Rosy Kafaji lub Anny Anvegård na kilkadziesiąt ostatnich sekund w starciach Ligi Narodów było bardziej siarczystym policzkiem niż jakąkolwiek nobilitacją.

Po drugie – pokażmy piłkarską jakość

Zgadza się, stałe fragmenty gry to niezwykle istotny, a na dodatek trudny do perfekcyjnego opanowania element piłkarskiego rzemiosła. Z tego też powodu nisko pochylamy głowę na samą myśl o liczbach, jakie szwedzka kadra regularnie wykręca na tym polu w zasadzie od samego początku selekcjonerskiej kadencji Gerhardssona. Z drugiej jednak strony, w futbolu – dokładnie tak jak w życiu – niezwykle ważny jest balans. A jeśli w rozegranych w 2022 roku dwóch starciach z Portugalią osiem z dziewięciu goli strzelamy bezpośrednio po stałych fragmentach, to pewne proporcje ewidentnie zostały tu zaburzone. Tablica wyników oczywiście w ogóle na tym nie ucierpiała, ale jeśli chcemy myśleć o zbudowaniu czegoś trwałego, to warto swoje największe atuty dywersyfikować. Bo gdy posiadamy wyłącznie jeden, choćby i dopracowany do absolutnej perfekcji, to zawsze istnieje ryzyko, że ktoś prędzej czy później skutecznie wytrąci go nam z ręki. A wtedy zostaniemy (prawie) z niczym.

Po trzecie – pamiętajmy o przyszłości

Każdy z nas doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że świat nie kończy się jutro. Niektórzy zdają się jednak zapominać, że ów koniec nie nastąpi również bezpośrednio po kolejnej, wielkiej imprezie piłkarskiej. Jasne, kadra to nie obóz dla wyjątkowo utalentowanych dzieciaków i nie ma w niej miejsca na powoływanie kogokolwiek na zachętę, ale chyba jeszcze gorszą opcją wydaje się powoływanie za zasługi. Bo domem sportowego weterana pierwsza reprezentacja również zdecydowanie stawać się nie powinna, a w pewnym, skandynawskim kraju ktoś najwyraźniej o tym oczywistym skądinąd fakcie zapomniał. Tak, najbliższy mecz, turniej, czy cykl eliminacyjny bez względu na wszystko zawsze powinien być priorytetem numer jeden, ale pewna, naturalna ciągłość powinna być wyraźnie dostrzegalna również w tak specyficznym środowisku jak reprezentacja. W przeciwnym bowiem razie, mocno ryzykujemy wpadnięcie w tzw. rocznikową dziurę, z której to wydostać się wcale nie będzie łatwo, szczególnie biorąc pod uwagę popularyzację naszej dyscypliny oraz będący jej bezpośrednim następstwem lawinowy przyrost liczby piłkarek w wielu krajach świata.

Po czwarte – odzyskajmy utraconą radość

Wiadomo, Hiszpanią czy Japonią nigdy najpewniej nie zostaniemy i trzeba się z tym po prostu pogodzić. Nie oznacza to jednak, że od razu musimy szukać sobie miejsca po dokładnie przeciwnej stronie futbolowego firmamentu. Fakt, że szwedzka kadra niezwykle rzadko wybierana jest przez niezaangażowanych emocjonalnie kibiców jako inspiracja, a wielu neutralnych fanów podczas finałów wielkich imprez wręcz podświadomie czeka na jej odpadnięcie, nie wziął się jednak z niczego. Wszak zdecydowana większość z nas zakochała się w futbolu ze względu na piękne, wyjątkowe i niewarunkowane niczym emocje, które ta gra w nas wywołuje. Drużyna, która na murawie prezentuje styl toporny, oparty w znacznym stopniu na zazwyczaj skutecznych wrzutkach na głowę Eriksson/Ilestedt/Sembrant/Hurtig/Blackstenius (niepotrzebne skreślić), a dodatkowo poza nią – głosami swoich największych gwiazd – prezentuje wieczne niezadowolenie, narzekając na wszystko i wszystkich wokół, tłumów raczej nie porwie. Najwyższy czas odszukać w sobie tę radość, która popchnęła każdą z naszych zawodniczek do pójścia na pierwszy w życiu trening i ponownie zaprezentować ją światu. A przede wszystkim sobie samym.

Nowy rok – nowa kadra?

monica

Monica Jusu Bah doczekała się powołania do pierwszej reprezentacji (Fot. Bildbyrån)

Choć dwumecz z Bośnią i Hercegowiną będzie de facto rywalizacją o konkretną stawkę, to jednak nie da się uciec od tezy, że konfrontacja z przeciwnikiem klasyfikowanym gdzieś na pograniczach piątej i szóstej dziesiątki wszelkiej maści światowych rankingów to przede wszystkim ostatnia okazja na sprawdzenie się w przededniu startujących wraz z początkiem kwietnia eliminacji do szwajcarskiego EURO. A przynajmniej ich zasadniczej części, która wreszcie będzie taka, jaką od dawna być powinna: błyskawiczna, wymagająca i niewybaczająca jakichkolwiek potknięć. Czasy futbolowo-turystycznej egzotyki po bezdrożach Łotwy, Gruzji czy jeszcze innej Mołdawii nareszcie odeszły do przeszłości, a jeśli kadrowiczki Petera Gerhardssona marzą o tym, aby kwestię kwalifikacji do przyszłorocznego turnieju zamknąć bez konieczności rozgrywania jesienią niewdzięcznych, dwuetapowych baraży, to w najbliższych miesiącach będą musiały zmusić się na murawie do naprawdę konkretnego wysiłku. Sporo zależeć będzie oczywiście także od losowania, choć trzeci koszyk, w którym koniec końców się znaleźliśmy, jest chyba całkowicie sprawiedliwą oceną popisów szwedzkich kadrowiczek w inauguracyjnej edycji Ligi Narodów. Wiosna w reprezentacyjnym wydaniu zapowiada się więc wyjątkowo intensywnie, ale skoro nasze zawodniczki jak najbardziej słusznie nazywają się profesjonalistkami, to właśnie nadszedł najbardziej odpowiedni czas, aby to profesjonalne podejście do swoich zawodowych obowiązków pokazać. A wtedy potencjalnie wszyscy będziemy zadowoleni.

Zanim jednak zagramy o Szwajcarię, czeka nas jeszcze wspomniana wyprawa do Zenicy, a także zaplanowany dokładnie pięć dni później rewanż na Tele2 Arenie w Sztokholmie. I być może w jednym z tych spotkań szansę debiutu w seniorskiej kadrze otrzyma nieprzypadkowo nazywana od wielu lat ogromnym talentem Monica Jusu Bah. Skrzydłowa Häcken pokazała się z bardzo przyzwoitej strony w obu zimowych meczach fazy grupowej Ligi Mistrzyń, co najwyraźniej nie uszło uwadze Gerhardssona i jego sztabu. Podobnie zresztą jak kapitalny styczeń w wykonaniu szwedzkiego ataku Fiorentiny, gdyż to w dużej mierze dzięki świetnie współpracującemu ze sobą duetowi Janogy – Hammarlund Viola cały czas znajduje się w grze zarówno o miejsce na podium Serie A, jak i o krajowy puchar. Trzeba bowiem uczciwie przyznać, iż wyniki osiągane przez ekipę z Florencji są zazwyczaj zdecydowanie lepsze niż jej gra, a właśnie nasze snajperki (do spółki z przeżywającą kolejną już sportową młodość Hiszpanką Veroniką Boquete) dbają o to, aby dorzucać do klubowego skarbczyka punkty nawet wtedy, gdy gra nijak się nie klei. Miejsce kontuzjowanej Magdaleny Eriksson zajęła w kadrze autorka chyba najbardziej absurdalnego hat-tricka w historii zmagań o Puchar Anglii Emma Kullberg i nawet jeśli defensywa z Brighton niezmiennie kojarzy się nam ze wszystkim tylko nie z monolitem, to jednak do tego powołania przyczepić się raczej trudno. A to dlatego, że ustawiana najczęściej na boku tej formacji 31-latka z Umeå ostatnimi czasy coraz częściej staje się jej najpewniejszym punktem. Skoro jesteśmy już przy zaskoczeniach lub ich braku, to może trochę szkoda, że w kadrze A tradycyjnie zabrakło miejsca dla nowej napastniczki włoskiego Milanu, czy pewnej, dynamicznej wahadłowej z Hisingen, ale skoro selekcjoner postanowił zaufać Hannie Lundkvist, a także Amandzie Nildén, to… takie jego prawo. Szczególnie, że wiosną zawodniczki te regularnie (no, taką przynajmniej mamy nadzieję!) występować będą w dwóch najbardziej wymagających ligach świata.

Oceniając i podsumowując dzisiejszą konferencję w ujęciu bardziej ogólnym, nie da się nie zauważyć, że po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy ogłoszenie kadry nie wywołało u zgromadzonych poczucia zamkniętych drzwi, które to w pewnym momencie stało się niestety wizytówką i przekleństwem Gerhardssona. Z mocniejszymi i odważniejszymi pochwałami wstrzymamy się jednak przynajmniej do starcia w Zenicy, bo przecież taka Kafaji na zgrupowaniach pojawiała się już jesienią, a na boisku – podobnie zresztą jak jej klubowa koleżanka Anvegård – dostawała wyłącznie ochłapy pokroju dwóch czy pięciu minut. Nowy rok – nowa kadra? Oby, bo zamierzam powtarzać do znudzenia, że zmiany w podejściu do pewnych kwestii potrzebujemy tu i teraz niczym tlenu, choć nie wszyscy zdają sobie chyba z tego sprawę. Tym tematem zdążymy się jednak jeszcze zająć zanim na bośniackim stadionie wybrzmi pierwszy gwizdek…

swe_feb

swe_feb2

Zagraniczny raport – zima 2024

Matilda-Vinberg-joins-Tottenham-696x457

Tottenham to pierwszy zagraniczny klub w karierze Matildy Vinberg (Fot. tottenhamhotspur.com)

Środek zimy to jak zawsze czas, w którym składamy wirtualną wizytę szwedzkim piłkarkom występującym na co dzień w ligach zagranicznych i pokrótce sprawdzamy, co tam dobrego (lub nie) się w ich karierach ostatnimi czasy zadziało. Zgodnie z tradycją, pod lupę bierzemy wszystkie czołowe rozgrywki europejskie, pozostałe ligi skandynawskie, a także zapowiadającą się w tym roku chyba jeszcze bardziej ekscytująco niż zwykle amerykańską NWSL. Na tegorocznej liście znalazło się ostatecznie dokładnie pięćdziesiąt nazwisk, więc bez zbędnego przedłużania – zaczynamy:

wsl

Zacznijmy może od pozytywnej konstatacji, że najliczniejsza (według stanu na 7. lutego 2024) szwedzka kolonia zebrała się w teoretycznie najsilniejszej lidze świata. Czternaście zawodniczek, z czego dokładnie połowa bezpośrednio zamieszana jest w wyścig zespołów angielskiej Wielkiej Trójki o mistrzowski tytuł to wynik więcej niż zadowalający, choć w kilku przypadkach zdecydowanie chciałoby się, aby tych minut i pozostałych liczb było w ich dorobku nieco więcej. Ale po kolei…

Prowadzony przez Jonasa Eidevalla londyński Arsenal ma na Wyspach Brytyjskich reputację szwedzkiego klubu, co nie do końca odpowiada stanowi faktycznemu. Rzeczywiście, były szkoleniowiec Rosengård chętnie sięga po piłkarki wyróżniające się wcześniej na boiskach Damallsvenskan, lecz sama narodowość ani trochę nie jest tutaj czynnikiem cokolwiek determinującym. I nawet jeśli Frida Maanum, Sabrina D’Angelo, czy Kyra Cooney-Cross (że przywołamy tylko kilka przykładów) rzeczywiście przedstawiły się wielkiemu światu w naszej rodzimej lidze, to w kadrze Petera Gerhardssona żadna z nich nigdy nie wystąpi. W szerokiej kadrze Kanonierek miejsce dla trzech Szwedek i tak się jednak znalazło, choć żadna z nich nie może o sobie powiedzieć, że oto właśnie w tej chwili przeżywa gwiezdny czas. Stina Blackstenius kluczowe mecze wciąż rozpoczyna na ławce rezerwowych i nawet słabsza dyspozycja Alesii Russo oraz rekonwalescentki Vivianne Miedemy niewiele w tej kwestii zmieniły, choć w najbliższym czasie możemy spodziewać się, że 28-latka z Vadsteny poważniejszą szansę wreszcie otrzyma. Amanda Ilestedt z regularną grą problemów za to nie miała, choć nie da się ukryć, że nieco pomogły jej w tym problemy zdrowotne pozostałych obrończyń z Leah Williamson na czele. Autorka czterech trafień na ubiegłorocznym mundialu swoją grą nikogo w angielskiej stolicy póki co na kolana jednak nie powaliła, a na tle partnerującej jej na środku defensywy Lotte Wubben-Moy momentami wypadała wręcz słabo, szczególnie jeśli oceniać będziemy wyłącznie poczynania w okolicach własnej szesnastki. Jeszcze więcej problemów zdaje się mieć Lina Hurtig, która w Londynie jak dotąd głównie walczy; albo z nawracającymi urazami, albo o miejsce w meczowej kadrze. Pamiętamy rzecz jasna, że mówimy o zawodniczce, która sportowo odradzała się już w najmniej spodziewanych momentach, ale jednak obecny dołek sprawia wrażenie zdecydowanie najgłębszego ze wszystkich dotychczasowych.

Trzy szwedzkie piłkarki znajdziemy także w kadrze Chelsea, a wśród nich zdecydowanie najwięcej i najlepiej mówiło się w ostatnich miesiącach o Johannie Kaneryd. 26-letnia skrzydłowa spod Sztokholmu w Anglii zdaje się mieć zdecydowanie lepszą prasę niż u siebie w kraju, gdzie zdecydowanie częściej próbuje się uwypuklać jej piłkarskie niedoskonałości. Tych zdaje się być jednak coraz mniej, podobnie zresztą jak w przypadku jej rówieśniczki Nathalie Björn, która zrobiła sobie noworoczny prezent w postaci przenosin do stolicy z Liverpoolu i wobec kontuzji kapitanki Niebieskich Millie Bright z miejsca stworzyła podstawowy duet stoperek z Jessicą Carter. Efekt? Aklimatyzacja w jednym z największych klubów na kontynencie przebiegła chyba szybko i bezboleśnie, a gdyby tylko Lauren James zamieniła na gole dwa fenomenalne, prostopadłe podania, to o londyńskim debiucie Björn mówiłoby się i pisało jeszcze więcej. Zdecydowanie mniej powodów do zadowolenia ma na początku nowego, 2024 roku Zecira Musovic, gdyż nieoczekiwanie to Hannah Hampton zajęła od początku rundy rewanżowej miejsce między słupkami Chelsea i nic nie wskazuje, aby jakoś niebawem zamierzała je zwolnić. Emma Hayes hierarchii wśród golkiperek stosować jednak nie zwykła, więc i szwedzka kadrowiczka może spodziewać się tego, że przynajmniej w kilku momentach sezonu jej bramkarskie umiejętności zostaną jeszcze wystawione na próbę.

Poważny uraz Jill Roord, a także transfer wychodzący Deyny Castellanos sprawiły, że o miejsce w środku pola Manchesteru City zdecydowanie mniej musi niepokoić się znajdująca się dotąd na granicy wejściowej jedenastki Filippa Angeldal. Była zawodniczka między innymi AIK oraz Häcken tworzy obecnie podstawowy tercet środkowych pomocniczek wraz z Yui Hasegawą oraz Laurą Coombs i zestaw ten jak dotąd sprawdza się na murawie naprawdę solidnie. Pozyskanie Laury Blindkilde z Aston Villi dosłownie na kilkadziesiąt minut przed oficjalnym zamknięciem angielskiego okienka transferowego wyraźnie pokazuje jednak, że walijski szkoleniowiec Gareth Taylor woli mieć w odwodzie więcej nieoczywistych opcji. I w sumie dobrze, bo zdrowa rywalizacja jeszcze nikomu na dłuższą metę nie zaszkodziła, a Obywatelki z Manchesteru zamierzają wiosną rywalizować do samego końca na trzech frontach.

Swoje miejsce na angielskiej ziemi wreszcie zdaje się odnajdywać nasz duet z Brighton, choć dzieje się to w chwili, gdy mający przed rozpoczęciem sezonu naprawdę wysokie ambicje zespół jako całość delikatnie dołuje. Julia Zigiotti jest jednak od początku tegorocznej kampanii jedną z trzech (obok występującej w nieodległej przeszłości w wielkich klubach Pauline Bremer oraz niesamowicie bramkostrzelnej Elisabeth Terland) najlepszych i najrówniej grających zawodniczek Mew, a i Emma Kullberg ma coraz więcej momentów, w której możemy mówić o jej grze przede wszystkim pozytywnie. Choć postawa defensywy Brighton & Hove, do czego nawiasem mówiąc zdążyliśmy się już w zasadzie przyzwyczaić, ani trochę 32-latce z Västerbotten nie pomaga. Chwile lepsze i gorsze przeżywa w Evertonie Hanna Bennison, ale w jej przypadku największym plusem są regularne występy, które na tak wczesnym etapie kariery wydają się być niezwykle istotnym czynnikiem piłkarskiego rozwoju. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że ci, którzy oczekiwali, że to właśnie nasza niedawna Golden Girl już za momencik będzie w kadrze następczynią Kosovare Asllani lub Fridoliny Rolfö, mają prawo czuć się delikatnie rozczarowani.

Na koniec zostawiliśmy cztery transfery ze styczniowego okienka. Dwa z nich przeprowadził budujący w północnych dzielnicach Londynu autorską wersję Tottenhamu Robert Vilahamn, choć pozyskana z Hammarby Matilda Vinberg póki co zbiera w najlepszej lidze świata jedynie pojedyncze minuty (pomimo oczywistej konkurencji w kadrze Spurs, powinno się to jednak niebawem zmienić, więc cierpliwość w tej kwestii zdecydowanie zalecana). W zdecydowanie mocniejszym stylu przywitała się za to z angielską piłką wypożyczona z turyńskiego Juventusu Amanda Nildén, która zdążyła już zapisać na swoim koncie trzy występy w pełnym wymiarze czasowym. I żeby rozjaśnić wam cokolwiek: pierwszy z nich był całkiem przeciętny, drugi – bardzo słaby, a trzeci – bardzo solidny. Na zimowe zakupy wybrali się ponadto przedstawiciele West Hamu oraz Leicester, ale o ile opromieniona tytułem Progresu Roku 2023 Matilda Bergman Lundin w ekipie Młotów powinna pojawić się wiosną niejeden raz, o tyle nastolatka z Örebro do wyjściowej jedenastki swojego nowego zespołu będzie najpewniej przebijać się nieco spokojniej, choć symboliczny debiut udało jej się zaliczyć już przy pierwszej możliwej sposobności.

serie a

Na początek do raportu idzie ofensywny tercet z Florencji. Madelen Janogy weszła do Serie A z bramą i futryną, a pięć goli w trzech premierowych występach to dorobek, który wzbudził jak najbardziej słuszne zresztą zainteresowanie nie tylko w Italii. Z naszej perspektywy równie cenne jest to, że aż w trzech spośród wspomnianych tu bramkowych akcji Violi bezpośredni udział wzięła również Pauline Hammarlund, która obecny sezon rozpoczynała w roli rezerwowej, a obecnie skutecznie partneruje swojej młodszej rodaczce w wyjściowym składzie. Do pełni szczęścia brakuje nam już tylko tego, aby po dojściu do optymalnej dyspozycji szwedzkie trio w pierwszej linii Fiorentiny uzupełniła jeszcze Karin Lundin, ale nie zapominajmy, że nawet po wypożyczeniu do Como Węgierki Zsanett Kajan, chętnych do regularnej gry w ataku ekipy z Florencji nie brakuje. Była snajperka Örebro i Rosengård musi zatem przygotować się na intensywną, wewnętrzną rywalizację.

W ostatnich latach najczęściej i najchętniej spoglądaliśmy w kierunku Turynu, ale w każdym kolejnym półroczu liczebność szwedzkiej kolonii w mieście Fiata ulega systematycznej redukcji. Co więcej, żadna z dwóch pozostałych w kadrze Juventusu Szwedek nie może raczej w najbliższym czasie liczyć na regularne występy w zespole prowadzonym przez Joego Montemurro. Paulina Nyström rozpoczęła sezon serią mocno przeciętnych występów i możemy śmiało założyć, że szczególnie wobec fantastycznej dyspozycji Nigeryjki Onyi Echeghini, była napastniczka Eskilstuny nawet po zaleczeniu urazu nie stanie się pierwszym (ani nawet drugim) wyborem australijskiego szkoleniowca. Swoje szanse z pewnością dostanie za to siedemnastoletnia Elsa Pelgander, choć z dużym prawdopodobieństwem będą to przede wszystkim występy w drużynie młodzieżowej, która w swojej kategorii wiekowej także rywalizuje o najcenniejsze, krajowe trofea.

Biorąc pod uwagę kilka czołowych lig w Europie, AC Milan to zdecydowanie największe zespołowe rozczarowanie obecnego sezonu. Niestety, w jakimś stopniu obciąża to także 35-letnią Kosovare Asllani, która przecież przedstawiana była jako zawodniczka mająca poprowadzić ekipę z wiśniowo-czarnej części Mediolanu do upragnionego scudetto. Wszystkie logiczne przesłanki wskazują jednak, że zamiast o którykolwiek z medali, podopieczne trenera Cortiego czeka w najbliższej przyszłości walka w grupie spadkowej, a 182-krotna reprezentantka Szwecji wcale nie musi być zawodniczką, od której szkoleniowiec będzie rozpoczynał proces optymalnego zestawienia podstawowego składu. Paradoksalnie, zaistniała sytuacja może nieco ułatwić powrót na europejskie boiska Evelyn Ijeh, która związała się z Milanem po średnio udanym epizodzie w lidze meksykańskiej. 22-latka wywalczyła wprawdzie z klubem z Monterrey mistrzostwo kraju, ale sama miała w tym sukcesie mocno ograniczony udział.

Teraz czas na dwie zawodniczki, których kluby nie goszczą może aż tak często w nagłówkach piłkarskich portali. Julia Karlernäs, jedna z kreatorek sensacyjnego mistrzostwa dla Piteå sprzed sześciu lat, swoje miejsce na futbolowym firmamencie nieoczekiwanie odnalazła we włoskim Como, gdzie od wielu miesięcy jest jedną z ulubienic lokalnych trybun. I nic w tym zaskakującego, gdyż to właśnie 30-letnia już pomocniczka z Torsby szybko stała się niekwestionowaną liderką drugiej linii w klubie z północy Lombardii, który na poziomie Serie A miał być jedynie mało znaczącą ciekawostką. Ten scenariusz jednak nijak się nie ziścił, a Karlernäs i spółka z miesiąca na miesiąc zdają się odważnie mierzyć coraz to wyżej i nie są to bynajmniej marzenia bez podparcia w solidnych fundamentach. Równie ciepło oklaskiwana jest na Półwyspie Apenińskim Loreta Kullashi, która – pomimo uprzednich wątpliwości – bez trudu odnalazła na murawie wspólny język z Laną Clelland oraz Danielą Sabatino, czyli dwiema niekwestionowanymi legendami formacji ofensywnej Sassuolo. Poczet szwedzkich napastniczek zamyka nam Marija Banusic z Neaoplu, która po ubiegłorocznej degradacji z Parmą ponownie zdaje się dryfować w kierunku spadku z najwyższej klasy rozgrywkowej i chyba mało kto już dziś pamięta, że to właśnie ta piłkarka przed dekadą zasilała londyńską Chelsea jako potencjalna gwiazda angielskich boisk.

Włoską część kończymy wraz z dwójką zawodniczek mających obecnie zdecydowanie najmniejszą szansę na regularne, boiskowe występy. W przypadku 37-letniej Stephanie Öhrström przygodę z Romą możemy jednak potraktować przede wszystkim w kategoriach zwieńczenia naprawdę udanej kariery, której szczytowy punkt przypadł chyba na czas spędzony w niezwykle jak się okazuje przyjaznej dla szwedzkich piłkarek Florencji. W nieco innym miejscu znajduje się za to świętująca w ubiegłym roku dwudzieste urodziny Alice Söndergaard, która z kolei zdecydowała się podążyć za marzeniami i zamienić Elitettan na budowaną naprędce kadrę genueńskiej Sampdorii. Przeskok okazał się na ten moment jeszcze zbyt ambitny, ale mocno trzymamy kciuki, aby nazwisko tej napastniczki zdążyło jeszcze zapisać się w świadomości nie tylko największych miłośników naszej dyscypliny.

liga f

W hiszpańskiej ekstraklasie pozostało nam sześć szwedzkich piłkarek, ale z tego grona jedynie Emma Holmgren mogła liczyć na regularne występy w jesiennej części tegorocznych rozgrywek. Co więcej, golkiperka Levante ma za sobą naprawdę udaną rundę, o czym świadczy kilka wyborów do jedenastki kolejki, a także fakt, że w dużej mierze właśnie dzięki solidnej postawie defensywy, klub z Walencji znalazł się na półmetku zmagań na najniższym stopniu podium. Początek nowego roku nie był już jednak dla pochodzącej z Uppsali zawodniczki aż tak szczęśliwy, a dość skomplikowana kontuzja biodra wiązała się niestety z koniecznością przymusowej pauzy. Gorąco wierzymy jednak, że Holmgren stosunkowo szybko dostarczy nie tylko nam, ale i sztabowi Petera Gerhardssona konkretnych argumentów potwierdzających tezę, że rywalizację o miano bramkarki numer jeden w szwedzkiej kadrze niezmiennie powinniśmy uważać za otwartą.

Jeszcze poważniejszy uraz sprawił, że całą rundę jesienną straciła niekwestionowana gwiazda mistrzowskiej Barcelony Fridolina Rolfö. Najlepsza szwedzka piłkarka minionego roku bardzo długo odwlekała konieczność przeprowadzenia inwazyjnego zabiegu, ale po zakończeniu australijsko-nowozelandzkiego mundialu zdecydowała się ostatecznie na ten mało przyjemny, lecz absolutnie konieczny z medycznego punktu widzenia krok. Nikt nie ma chyba jednak najmniejszych wątpliwości, że w przypadku zawodniczki z Kungsbacki kwestie zdrowotne pozostają tak naprawdę jedynym znakiem zapytania, gdyż sportowo trafił się nam tutaj prawdziwy fenomen.

Zarówno Freja Olofsson w Madrycie, jak i Sofia Hagman w Huelvie zanotowały całkiem obiecujący początek na hiszpańskiej ziemi, ale im dalej w las, tym więcej przeszkód i problemów pojawiało się na ich drodze. Obecnie obie znalazły się w takim położeniu, że pomimo mocnego zaangażowania ich klubów w rywalizację o konkretne (choć skrajnie odmienne) cele, żadna nie jest w oczach swojego klubowego trenera pewniaczką do regularnych występów i nie ma jakichkolwiek przesłanek sugerujących rychłą poprawę tego stanu rzeczy. Klubową koleżanką Hagman została w zimowym okienku reprezentująca do niedawna barwy beniaminka z Norrköping Lovisa Gustafsson, lecz ani ona, ani tym bardziej rezydująca od kilku tygodni na Teneryfie Cassandra Larsson (ex-Bollstanäs), iberyjskich stadionów w rozpoczynającej się właśnie rundzie raczej nie podbije.

bundesliga

W Niemczech prawdziwy, szwedzki szpital, gdyż na dokładnie połowę spośród czterech naszych przedstawicielek w Bundeslidze ostatnimi czasy zdecydowanie łatwiej wpaść w gabinetach lekarzy i fizjoterapeutów niż na treningu z piłką. O ile jednak przyszłość Magdaleny Eriksson w Monachium większych obaw nie wzbudza, nawet biorąc pod uwagę fakt ewidentnej obniżki formy 30-letniej stoperki w porównaniu z okresem jej najbardziej udanych występów w barwach londyńskiej Chelsea, o tyle trzyletnia przygoda Rebecki Blomqvist w Wolfsburgu to przede wszystkim historia kolejnych rozczarowań zarówno pod względem sportowym, jak i zdrowotnym. Mamy oczywiście na uwadze fakt, że Wilczyce nieuchronnie czeka w najbliższych miesiącach konieczność zdefiniowania się na nowo, a to może w sposób naturalny otworzyć drzwi zawodniczkom pełniącym dotychczas role bardziej drugoplanowe, ale jednak byłą liderkę ofensywy Göteborga coraz częściej wizualizujemy sobie w koszulce innej niż zielona.

Pod nieobecność Eriksson, duet środkowych obrończyń Bayernu stworzyła z Glodis Perlą Viggosdottir bohaterka chyba najbardziej sensacyjnego, szwedzkiego transferu trwającej właśnie zimy. Obchodząca niebawem 37. urodziny Linda Sembrant przeniosła się do stolicy Bawarii na zasadzie wypożyczenia z turyńskiego Juventusu i trzeba przyznać, że był to ruch, którego absolutnie nikt, być może z samą zainteresowaną na czele, jeszcze kilka miesięcy wcześniej się nie spodziewał. Szybko okazało się jednak, że doświadczenie to szczególnie w tym sektorze boiska niezaprzeczalny atut, a nordycka kooperacja sprawdza się zaskakująco dobrze. I nawet jeśli Sembrant z wielu oczywistych powodów koła nam już na nowo nie wynajdzie, to nie jest wcale wykluczone, że na koniec niezwykle bogatej kariery uda się jej dopisać do prywatnej kolekcji przynajmniej jedno przywiezione z Niemiec trofeum.

Zupełnie odmienne cele przyświecać będą na wiosną Mimmi Larsson, która wraca na europejskie boiska po nie do końca udanym epizodzie w Missouri. Misja ratowania pierwszej ligi dla beniaminka z Lipska do łatwych z pewnością się nie zalicza, ale jeśli ma się ona ostatecznie zakończyć powodzeniem, to klub ze stajni Red Bulla potrzebuje właśnie piłkarek o charakterystyce zbliżonej do 30-krotnej reprezentantki Szwecji. Pierwsze, ligowe testy pokazały, że duet Larsson – Fudalla naprawdę daje radę, ale jeśli chce się pozostać w najwyższej klasie rozgrywkowej (a co za tym idzie – również i w klubie) na kolejny sezon, to domowe zwycięstwo nad wyżej notowanymi rywalkami z Kolonii musi okazać się zaledwie pierwszym z wielu miłych, wiosennych akcentów.

toppserien

Ze względu na przerwę macierzyńską na boiskach norweskiej ekstraklasy nie obejrzymy wiosną i latem szybkiej niczym błyskawica Felicii Rogic, ale szwedzki kontyngent w mistrzowskiej Vålerendze niezmiennie trzyma się mocno. Pomocniczka Linn Vickius na boiskach Toppserien wykonała ewidentny postęp i dziś znajduje się już w zdecydowanie innym punkcie swojej kariery niż wtedy, gdy z łatką trochę niespełnionego jednak talentu przyszło jej opuszczać Eskilstunę. Spore nadzieje pokładają w Oslo także z pozyskaną w zimowym okienku z Örebro Tove Enblom, która o zwolnione niedawno przez Guro Pettersen miejsce między słupkami w ekipie mistrzyń Norwegii będzie najpewniej rywalizować z Amerykanką Jalen Tompkins i wydaje się być w tym potencjalnym zestawieniu minimalną faworytką do regularnych występów.

Johanna Renmark przez ostatnich dwanaście miesięcy przebyła niesamowitą drogę z Elitettan do okraszonego remisem z Olympique Lyon awansu do ćwierćfinału Ligi Mistrzyń, ale musimy uczciwie zaznaczyć, że w talii przymierzanego niedawno do objęcia posady trenera Hammarby Martina Ho, 20-letnia Szwedka najczęściej bywa tylko i aż pierwszą zmienniczką. Miejsce w rotacji wydaje się być pewne, lecz o wyjściową jedenastkę trzeba konkurować z tak charyzmatycznymi postaciami, jak chociażby Rakel Engesvik, Amalie Eikeland, czy wreszcie najbardziej na tę chwilę gorący, norweski talent Signe Gaupset i – jak się zapewne wszyscy domyślamy – nie jest to bynajmniej łatwa rywalizacja. Liczymy jednak, że Renmark będzie mogła liczyć w nadchodzącym sezonie na swoje szanse w wymiarze zdecydowanie większym niż tylko typowo zadaniowa zmiana na ostatnich kilkanaście minut spotkania.

Trochę niespodziewaną, lecz bardzo sympatyczną karierę zdaje się robić w Lillestrøm Amanda Johnsson Haahr, która w Damallsvenskan odpalić z formą nijak nie była w stanie. W jej przypadku strzałem w przysłowiową dziesiątkę okazał się jednak transfer do belgijskiego Leuven, gdyż to właśnie solidna postawa w jednej z czołowych ekip Beneluksu utorowała jej drogę do w pełni udanego jak się miało okazać powrotu do skandynawskiej piłki. Na solidność w defensywie, a także atomowe uderzenie z lewej nogi z pewnością liczył trener Jan Jönsson, gdy ściągał do prowadzonego przez siebie Stabæk rodaczkę Fanny Lång i trzeba przyznać, że póki co ta znana przede wszystkim z występów w barwach Djurgården lewa obrończyni oczekiwania te jak najbardziej zdaje się spełniać. 30-letnia Louise Högrell jesienią nie była w stanie wygrać rywalizacji o miejsce w wyjściowej jedenastce Växjö, lecz zarówno fani Røa IL, jak i szkoleniowiec tego zespołu Geir Nordby, mocno liczą na to, że właśnie była młodzieżowa reprezentantka Szwecji okaże się skutecznym rozwiązaniem na obsadę newralgicznej jak dotąd pozycji bramkarki w klubie z zachodnich przedmieść norweskiej stolicy.

kvindeliga

Od początku sezonu było absolutnie jasne, że to 21-letnia Dunka Freja Thisgaard jest niepodważalną jedynką między słupkami bramki Fortuny Hjørring. Kiedy jednak podstawową golkiperkę jedenastokrotnych mistrzyń kraju z gry wykluczyła kontuzja, swoją szansę otrzymała wychowanka szkółki w Umeå Hannah Kohl i choć trochę się tego wyzwania obawialiśmy, to początkowy niepokój okazał się ostatecznie całkowicie nieuzasadniony. Pochodząca z Västerbotten zawodniczka odkryciem piłkarskiej zimy w Danii może nie została, ale w roli zmienniczki spisuje się na tyle solidnie, że w Hjørring pod koniec roku cieszyli się między innymi z czterech punktów wywalczonych w dwumeczu przeciwko Brøndby oraz Køge, co zdecydowanie jest zdobyczą godną uwagi.

A skoro przenieśliśmy się już poniekąd na zachodnie obrzeża Kopenhagi, to warto odnotować także transfer Johanny Alm, która zimą zamieniła ławkę w Linköping na – miejmy nadzieję – pewny plac w ekipie walczącej o odzyskanie po kilkuletniej przerwie mistrzostwa Danii. Konkurencja w formacji defensywnej zespołu prowadzonego przez Pera Lundgrena Nielsena wydaje się być niezwykle wyrównana, lecz 22-latka z Lindö przynajmniej na początku zmagań w grupie mistrzowskiej o regularne, ligowe występy powinna być względnie spokojna.

nwsl

Nie będzie wielkim zaskoczeniem, że ze szczególną uwagą obserwować będziemy w najbliższych miesiącach przede wszystkim wydarzenia w San Diego, gdyż to właśnie z naszym kalifornijskim duetem powinniśmy chyba wiązać zdecydowanie największe nadzieje na podbój amerykańskiej ziemi. Doświadczona Sofia Jakobsson doskonale zna już smak rywalizacji na boiskach NWSL, ale ów fakt wcale nie ułatwia jej rywalizacji o miejsce w wyjściowej jedenastce z młodszymi od niej o mniej więcej dekadę Amirą Ali i Elyse Bennett, czy najbardziej chyba w tym gronie docenianą, zaledwie 19-letnią Jaedyn Shaw. Pamiętając jednak znakomitą w wykonaniu naszej skrzydłowej fazę play-off sprzed dwóch sezonów, jesteśmy spokojni o to, że nawet w roli zmienniczki Jakobsson swoje szanse nie tylko dostanie, co również je wykorzysta. Pewną niewiadomą pozostaje za to rola, jaką w ekipie z San Diego pełnić będzie 21-letnia sztokholmianka Hanna Lundkvist. Z jednej strony w kadrze Wave cały czas znajduje się będąca niejako symbolem ligowej stabilności Christen Westphal (z którą, co ciekawe, niedawno również przedłużono kontrakt), z drugiej – nie po to sprowadza się perspektywiczną defensorkę z Atletico Madryt, aby ta w ogóle nie wskoczyła do rotacji. Sytuacja na prawej flance formacji obronnej jest więc zdecydowanie dynamiczna i z ciekawością wyczekujemy kolejnych personalnych decyzji angielskiej trenerki Casey Stoney.

Pozostałe szwedzkie piłkarki w kadrach zespołów NWSL stanowią za to jedną, wielką niewiadomą. Hanna Glas w swojej optymalnej dyspozycji byłaby solidnym wzmocnieniem dla absolutnie każdej ekipy, ale powrót do gry po trzecim z kolei zerwaniu więzadeł krzyżowych przednich zawsze stanowi jeden wielki znak zapytania. Evelina Duljan próbkę swojego nieprzeciętnego talentu pokazała nam w Kristianstad, ale później całkowicie przepadła we Włoszech, w związku z czym nie zaryzykujemy wiele mówiąc, że Orlando postawiło tym transferem na wciąż niezweryfikowany w poważnym futbolu potencjał. Podobne słowa charakteryzować mogą także Agnes Nyberg, która wprawdzie z regularnymi występami w ostatnich miesiącach problemów nie miała, ale jednak przeskok z Uppsali czy AIK do być może najbardziej niewdzięcznych z perspektywy defensywnej pomocniczki rozgrywek świata, wydaje się być naprawdę znaczący. 23-letnia piłkarka wielkich wyzwań najwyraźniej się jednak nie boi, w związku z czym pozostaje tylko śledzić losy jej kariery i trzymać kciuki za to, aby ten konkretny amerykański sen spełnił się w stu procentach.

graph

Francuską ścieżką do Bilbao

GFpfrfTX0AAF4S8

Szwedzki klub w ćwierćfinale Ligi Mistrzyń – niby wiemy o tym od tygodnia, ale ta fraza niezmiennie poprawia nam nastrój (Fot. UEFA)

O łatwym losowaniu mowy na tym etapie rozgrywek mowy być nie mogło, ale koniec końców ćwierćfinałowymi rywalkami wicemistrzyń Szwecji został zespół, którego nazwa wymieniana była w kontekście najciekawszego potencjalnego zestawienia chyba najczęściej. Jodie Taylor, czyli jak by nie patrzeć była napastniczka klubu z Göteborga, próśb najwyraźniej wysłuchała, w efekcie czego już w połowie marca czeka nas kolejny rozdział niezwykle interesującej rywalizacji piłkarek z Hisingen z wielką, europejską marką. Tak się bowiem złożyło, że w poprzedniej edycji Ligi Mistrzyń obie ekipy miały sposobność zetrzeć się już w fazie eliminacyjnej i wówczas to paryżanki okazały się lepsze, zwyciężając w dwumeczu 4-1. Pomimo faktu, że awans był wówczas stosunkowo daleko, na długo pozostanie nam jednak w pamięci heroiczna postawa zawodniczek Häcken na Stade Jean-Bouin, a w szczególności kapitalne trafienie autorstwa Mariki Bergman Lundin, które na mniej więcej godzinę skutecznie uciszyło paryski stadion. Bohaterki tamtej akcji w Hisingen już wprawdzie nie ma, lecz nie jest wcale powiedziane, że marzec nie przyniesie nam podobnych, a może jeszcze bardziej pozytywnych emocji. Bo Osy z Västergötland we francuskiej stolicy ewidentnie poczynają sobie nadzwyczaj swobodnie, o czym nie tak dawno przekonała się ta zdecydowanie mniej medialna drużyna z tego miasta. A tym razem okazja to tego, by narobić na murawie trochę zamieszania, będzie jeszcze bardziej dogodna, gdyż absolutnie nikt nie nakłada na wicemistrzynie Szwecji jakiejkolwiek presji. Brak awansu PSG do półfinału byłby dla sympatyków tego klubu emocjonalno-wizerunkową katastrofą, zaś Häcken podchodzi do tego dwumeczu w roli underdoga, który nic już nie musi, ale wciąż bardzo wiele może. I co by nie mówić, jest to całkiem przyjemna pozycja startowa.

A gdyby misja podboju Paryża raz jeszcze zakończyła się powodzeniem, to w półfinale najpewniej nie będziemy ruszać się z Francji ani o milimetr. W tej samej połówce pucharowej drabinki znalazło się bowiem miejsce dla duetu Olympique Lyon – SL Benfica i pomimo wielkiej sympatii do debiutującej w tej fazie rozgrywek drużyny z Portugalii, trzęsienia ziemi w postaci przedwczesnego odpadnięcia podopiecznych Sonii Bompastor jednak nie przewidujemy. A skoro tak, to możemy pokusić się o stwierdzenie, że w przypadku Häcken droga do finału w Bilbao ewidentnie wiedzie przez francuską ścieżkę. Cóż, nie trzeba być chyba znawcą futbolu, aby dojść do wniosku, że jest to szlak niezwykle wymagający, ale skoro jesienią udało się odczarować niedostępną wcześniej dla każdego z przedstawicieli Damallsvenskan ścieżkę ligową, to dlaczego by nie dokonać czegoś absolutnie historycznego kolejny raz? Ale to wszystko na pełnym luzie i bez żadnej presji, bo plan maksimum został już przecież przez piłkarki z Hisingen dawno wykonany. A skoro tak, to po prostu cieszmy się każdą chwilą tej cudownej przygody. Udanej wiosny!


Drabinka fazy finałowej Ligi Mistrzyń 2023-24: