#Jedziemy!

cup

Rok temu zdecydowanie najwięcej powodów do radości dostarczyły swoim kibicom piłkarki Hammarby. Czy uda im się powtórzyć aż tak fenomenalny sezon? (Fot. Bildbyrån)

Nowy sezon, nowe otwarcie, nowe nadzieje. Kalendarz reprezentacyjny sprawił, że tym razem na start ligowych emocji czekaliśmy nieco dłużej niż zazwyczaj, ale… może to dobrze, wszak w poprzednich latach przed jak najbardziej programową rundą wiosenną pogoda fundowała nam dodatkowe emocje w postaci swoistej rundy zimowej i to nie tylko w dalekim Norrbotten, a na terenie całego kraju. I tak zawodniczki z Norrköping witały się z pierwszoligowym futbolem przy dziesięciostopniowym mrozie, potęgowanym dodatkowo przechodzącą akurat nad regionem Östergötland śnieżną burzą. Tyle dobrego, że w dużej mierze dzięki doprawdy specyficznym okolicznościom przyrody, autorka historycznego i zarazem zwycięskiego gola dla IFK Australijka Chelsie Dawber przyznała, iż popołudnia z takimi atrakcjami z pewnością nie zapomni nigdy. Podobnie zresztą jak licznie zebrani na legendarnej Curva Nordahl sympatycy ówczesnego beniaminka, którzy co chwilę wymyślali naprawdę kreatywne sposoby na przeprowadzenie grupowej rozgrzewki.

Zgodnie z dziewięcioletnią już tradycją, nową ligową kampanię rozpoczynamy zabawą, w której to spróbujemy odpowiedzieć na kilka kluczowych z perspektywy naszej ligi pytań. Dwanaście miesięcy temu skuteczność tych przewidywań okazała się całkiem imponująca, bowiem trafnie oszacowaliśmy mistrza (a nie było to bynajmniej wskazanie oczywiste!), wicemistrza, obu spadkowiczów, a także zespół do strefy barażowej. Są tacy, którzy nie bez racji uznaliby to za powód do dumy, ale jednak z drugiej strony… futbol przeżywany z perspektywy neutralnego obserwatora najbardziej intrygujący staje się wtedy, gdy przynosi nam te wydawałoby się nieoczywiste, a momentami wręcz nielogiczne rozwiązania. Sobie i Wam życzę więc w tym miejscu wielu niespodzianek (oczywiście wyłącznie tych pozytywnych) podczas tych wszystkich dni, wieczorów, a być może i nocy, które w nadchodzących miesiącach przyjdzie nam spędzić ze szwedzką piłką klubową. Oraz oczywiście tego, abyśmy w pełnym składzie w zdrowiu i przepełnieni dobrą energią doczekali w listopadzie końcowego gwizdka. Sverige, nu kör vi!

UWAGA: publikacja Wielkiej Bazy Danych Damallsvenskan & Elitettan 2024 zaplanowana jest na środę, 17. kwietnia. Termin ten został podyktowany przez dwa podstawowe czynniki. Po pierwsze, trzeba było uaktualnić bazę o transfery przeprowadzone podczas naprawdę ciekawej końcówki zimowego okienka (a na przykład w takim Malmö czy Eskilstunie działo się w tym okresie naprawdę sporo). Po drugie, trzy spośród 28 występujących na szczeblu centralnym klubów cały czas nie dostarczyły aktualnego na obecny sezon kompletu zdjęć, którym opatrzone mają być ich wizytówki. Dajmy im zatem jeszcze kilkadziesiąt godzin na poprawienie tego drobnego niedopatrzenia, ale w najbliższą środę – bez względu na wszystko – publikacja będzie miała miejsce. Nazw wspomnianych zespołów przywoływać tu nie będę, gdyż jeśli nie wyrobią się na deadline, to sami bez trudu je rozszyfrujecie. Tym bardziej zachęcam więc do odwiedzenia tego serwisu w środowy poranek.


Damallsvenskan & Elitettan 2024 – jak (nie) będzie?

Kto zostanie mistrzem?

BK Häcken

Kto uzupełni podium?

Hammarby IF & FC Rosengård

Kto spadnie, a kto zagra w barażach o utrzymanie?

IF BP oraz Trelleborgs FF spadną, KIF Örebro zagra w barażu o utrzymanie

Kto będzie rewelacją sezonu?

IFK Norrköping

Kto najbardziej rozczaruje?

IF BP

Kto wygra klasyfikację strzelczyń?

Hlin Eiriksdottir (Kristianstad)

Kto wygra klasyfikację asystentek?

Lisa Björk (Linköping)

Kto zostanie MVP sezonu?

Rosa Kafaji (Häcken)

Kto zostanie odkryciem sezonu?

Momoko Tanikawa (Rosengård)

Kto wygra ligę frekwencji?

Hammarby IF

Czy liga pobije ustanowiony 20 lat temu rekord średniej frekwencji?

Tak

Kto wygra klasyfikację fair play?

FC Rosengård

Kto awansuje do Damallsvenskan, a kto zagra w barażu o awans?

Malmö FF oraz Umeå IK awansują, Eskilstuna United DFF zagra w barażu o awans

Kto opuści szczebel centralny?

Mallbackens IF, Jitex BK oraz IFK Kalmar


1. kolejka Damallsvenskan – rozkład jazdy

matchday1

Sprowadzone na ziemię

bip

Szwedzkie piłkarki zdają się rozumieć, że coś właśnie poszło mocno nie tak. A co na to wszystko trenerski sztab? (Fot. SvFF)

Po Wembley była radość, dziś natomiast przyszedł czas na szybki powrót do rzeczywistości. I choć dokładnie taki scenariusz zapowiadaliśmy jako ten w teorii najbardziej prawdopodobny, to jednak gdzieś w środku tliła się nadzieja, że oto po raz pierwszy po dłuższej przerwie kadra Petera Gerhardssona rozegra dwa naprawdę dobre mecze przeciwko klasowym rywalkom. Niestety, w zasadzie od pierwszego gwizdka polskiej sędzi, na murawie Gamla Ullevi w Göteborgu nie zgadzało się kompletnie nic. Gościnie z Francji weszły w mecz tak odważnie, jakby z miejsca chciały zrewanżować się za nieprzyjemności, które stały się ich udziałem przy okazji poprzedniej wizyty na stadionie w Västergötland. Wtedy Filippa Angeldal potrzebowała zaledwie 26 sekund aby otworzyć wynik spotkania, a dziś niewiele brakowało, a sztuka ta udałaby się ustawionej tym razem nieco bliżej prawej flanki Kadidiatou Diani. Snajperka Lyonu z niezwykle ostrego kąta pocelowała jednak tylko w zewnętrzną część słupka bramki Jennifer Falk, ale pierwsze ostrzeżenie ze strony Les Bleues niewątpliwie zostało wysłane. Kolejne minuty to dalszy ciąg optycznej przewagi przyjezdnych, choć po prawdzie poza statystykami dotyczącymi posiadania futbolówki oraz liczby wymienionych podań, konkretów wynikało z tego stosunkowo niewiele. Spora w tym jednak zasługa kapitalnie ustawiającej się Magdaleny Eriksson, która bez wątpienia zaliczyła właśnie najlepsze indywidualnie zgrupowanie od czasów, kiedy trzykrotnie na przestrzeni czterech lat wybieraliśmy ją Piłkarką Roku w Szwecji. Dobra dyspozycja rekonwalescentki z monachijskiego Bayernu okazała się o tyle istotna, że w przeciwieństwie do piątkowego starcia w Anglii, dziś co i raz trzeba było łatać dziury w zdecydowanie mniej przypominającej monolit formacji defensywnej. Bardzo długo w tej materii skuteczność szła jednak w parze ze szczęściem, dzięki czemu na tablicy wyników niezmiennie utrzymywał się rezultat bezbramkowy.

Wyczekiwanego długo przełamania lepsze i dojrzalsze piłkarsko Francuzki ostatecznie się jednak doczekały. I jak na ironię, zwycięskiego gola strzeliły w sposób najbardziej klasyczny z możliwych. Gdy w osiemdziesiątej minucie Falk sparowała na rzut rożny futbolówkę po kąśliwym uderzeniu z dystansu w wykonaniu Grace Geyoro, sektory zajmowane przez szwedzkich fanów nagrodziły tę interwencję gromkimi brawami. Oklaski dało się usłyszeć także kilkanaście sekund później, gdy dośrodkowaną z narożnika futbolówkę poza obręb szesnastki wyekspediowała Linda Sembrant. Interwencja byłej defensorki Juventusu nie wyjaśniła jednak sprawy i już po chwili piłka znów śmigała po szwedzkim polu karnym, gdzie najpierw sprytnie odegrała ją Marie-Antoinette Katoto, a następnie – jak przy okazji kilkuset podobnych sytuacji podczas swojej niezwykle bogatej kariery – do siatki wepchnęła z najbliższej odległości Wendie Renard. Błąd szwedzkiej defensywy? W jakimś stopniu oczywiście tak, bo gdy Eriksson kolejny raz zbiegła w kierunku Katoto, to w opuszczony przez nią sektor błyskawicznie powinna podążyć asekuracja. Tylko teraz z czyjej strony? Suche ustawienie taktyczne sugerowałoby, że cokolwiek więcej powinny zrobić w tej sytuacji Sembrant lub Lundkvist, ale doskonale pamiętamy, iż w przeszłości podobną odpowiedzialność brała na swoje barki jedna z duetu zorientowanych na obronę środkowych pomocniczek. Problem jednak taki, że zaledwie kilkadziesiąt sekund wcześniej Gerhardsson mocno zamieszał roszadami personalno-taktycznymi właśnie w tym sektorze boiska i Francuzki dosłownie złapały nas w fazie przejściowej. Zdarza się, choć stracony gol zawsze boli bardziej, gdy towarzyszy mu świadomość, że takiego scenariusza realnie dało się uniknąć.

Jako się rzekło, Francuzki zwyciężyły jednak w pełni zasłużenie, choć same żadną miarą wielkiego meczu nie zagrały. Całe widowisko atrakcyjnością zdecydowanie nie powalało, zadania obu drużynom zdecydowanie nie ułatwiał rzęsiście padający deszcz, a coraz bardziej sfrustrowane niemożnością złapania odpowiedniego rytmu piłkarki w sposób jednoznaczny dawały upust negatywnym emocjom. I to właśnie ich, a nie błyskotliwych zagrań, obejrzeliśmy we wtorkowy wieczór w Göteborgu zdecydowanie najwięcej, czego najlepszym dowodem mogą być czerwone kartki dla trenera Renarda oraz francuskiej rezerwowej Becho. Od pierwszych minut w środku pola iskrzyło także na linii Angeldal – Toletti, swoje dwa centy jak zawsze dorzucała do dyskusji grająca kolejne tej wiosny mocno przeciętne zawody Kosovare Asllani, a w odnalezieniu płynności nie pomagały także liczne kontuzje i przerwy medyczne. Po jednej z nich swój udział w meczu zdecydowanie przedwcześnie zakończyła Delphine Cascarino, która przecież dopiero co na dobre powróciła do poważnego grania w piłkę po kilkunastu miesiącach trudnej, lecz konsekwentnej walki o zdrowie. Brzydki w obrazku mecz kibice szwedzkiej kadry z pewnością by jednak wybaczyli, gdyby tylko były w nim przynajmniej momenty. A jedna, zakończona zresztą fatalnym pudłem Asllani, dwójkowa kombinacja Angeldal i Rolfö oraz jeden nieco anemiczny strzał Anvegård w ósmej z doliczonych do drugiej połowy spotkania minut, to jednak zdecydowanie zbyt mało nawet dla niestawiającego przesadnie wygórowanych wymagań kibica. Ten ostatni z charakterystycznego stadionu w Göteborgu do domu zabrać może jednak w pierwszej kolejności… przeziębienie, gdyż ulubienice trybun nie zrobiły niestety prawie nic, aby w którejkolwiek fazie meczu choć trochę tę chłodną z oczywistych względów atmosferę podgrzać. Reality check? Niby człowiek wiedział, a jednak…

swefra

Niespodziewane święto

gbg

W taki sposób Szwedzki Związek Piłki Nożnej zapowiada powrót kadry na Gamla Ullevi w Göteborgu (grafika: SvFF)

Wprawdzie przed rozpoczęciem zmagań w eliminacyjnej grupie C to właśnie kwietniową potyczkę w Göteborgu wskazywaliśmy jako potencjalnie najistotniejszy moment całej wiosenno-letniej kampanii, ale chyba jednak mało kto spodziewał się, że jego realna stawka okaże się ostatecznie aż tak wysoka. Bo gdzie by nie spojrzeć i jak by nie analizować, ewentualne zwycięstwo na Gamla Ullevi w przypadku obu ekip oznaczać będzie wykonanie wręcz milowego kroku w kierunku bezpośredniego awansu na szwajcarskie EURO. A warto przypomnieć, że jeszcze tydzień temu to zdecydowanie nie Szwedki, a nawet nie Francuzki, dość zgodnie stawiane były w roli głównych faworytek do zajęcia pierwszego miejsca w grupie. Sport lubi jednak przygotowywać nam rozwiązania mocno nieoczywiste, a w pełni zasłużenie przywieziony z Londynu punkt pozwolił kadrowiczkom trenera Gerhardssona realnie włączyć się do gry o najwyższe cele. Gdyby za kilkanaście godzin naszym zawodniczkom udało się pójść za ciosem, to niezwykle wymagający dwumecz Blågult mogą zakończyć z dorobkiem czterech punktów, a także perspektywą rozegrania dwóch kolejnych spotkań z teoretycznie najsłabszą w tym zestawieniu Irlandią, która dopiero co zaliczyła niesamowicie bezbarwny występ na stadionie w Metzu i jedynie dzięki kapitalnie interweniującej Courtney Brosnan uległa Francuzkom różnicą zaledwie jednego gola. Pozycja wyjściowa do ewentualnego ataku na jedną z dwóch czołowych lokat byłaby zatem więcej niż wymarzona, ale… w niemalże identycznej sytuacji znajdują się również nasze najbliższe rywalki. Im wprawdzie na przełomie maja i czerwca przypadnie w udziale dwumecz z wyraźnie podrażnionymi wicemistrzyniami świata z Anglii, ale komplet punktów podniesiony z murawy Gamla Ullevi sprawi, że piłkarki trenera Renarda już w początkowej fazie eliminacji zapewnią sobie niezwykle komfortową poduszkę bezpieczeństwa w postaci pięciopunktowej zaliczki nad szwedzko-irlandzką grupą pościgową. Brzmi jak całkiem wygodna autostrada do wywalczenia bezpośredniego awansu na przyszłoroczne EURO, prawda? Już jutro przekonamy się zatem, która z tych dwóch ekip lepiej poradzi sobie z presją i niejako w nagrodę znajdzie się w przedsionku do szwajcarskich finałów. Podział punktów to rzecz jasna także jak najbardziej realny scenariusz, ale z takiego przebiegu wydarzeń ucieszyliby się przede wszystkim kibice w Anglii i Irlandii.

Po londyńskim remisie bardzo dużo miejsca poświęcono ocenom indywidualnym dla szwedzkich piłkarek i tym razem okazały się one wyjątkowo niejednoznaczne. Jedni prezentowali konkretne stopklatki, próbując w ten sposób uwypuklić na przykład podobno rażące błędy w ustawieniu Hanny Lundkvist. Inni zaś jak najbardziej słusznie puentowali, że dochodzenie swoich racji za pomocą metody szerzej znanej w Anglii jako cherry-picking, jest dla defensorki San Diego Wave bardzo niesprawiedliwe, a w podobny sposób dałoby się zdyskredytować nawet najbardziej wyróżniające się na Wembley szwedzkie zawodniczki, czyli Jennifer Falk, Magdalenę Eriksson oraz Fridolinę Rolfö. Stuprocentowa skuteczność jest bowiem w futbolu czymś absolutnie niespotykanym, a pojedyncze kiksy towarzyszą nawet występom, które z perspektywy czasu klasyfikujemy jako kompletne i bliskie perfekcji. W sposób bardzo zróżnicowany oceniano także Stinę Blackstenius oraz Julię Zigiotti, choć w przypadku tych dwóch zawodniczek zastosowanie znalazła taka zależność, że ich starania docenili przede wszystkim ci, którzy piątkową potyczkę obserwowali z wysokości trybun lub przynajmniej za pomocą kamer gwarantujących szerszą perspektywę. Co ciekawe, tuż po końcowym gwizdku większość szwedzkich ekspertów zgodnie komplementowała dyscyplinę taktyczną zespołu oraz solidną i konsekwentną realizację zadań defensywnych przez nasze środkowe pomocniczki. Zdecydowanie odmienne spojrzenie na temat zaproponowała nam jednak Kosovare Asllani, która zresztą pokusiła się nawet o personalną wycieczkę w kierunku Rosy Kafaji. Cóż, frustrację doświadczonej liderki tak po ludzku nawet rozumiemy, ale złośliwi nie bez racji przytomnie zauważyli, że o ile zawodniczka Häcken nie tylko dała od siebie konkret w postaci asysty do Rolfö, ale również zamknęła swój fragment meczu z zerem po stronie strat, o tyle Kosse z perspektywy murawy obserwowała jedynie trafienie Alessii Russo. A wystarczyło, że rezerwowa ostatnimi czasy pomocniczka Milanu znalazła się na ławce i po upływie 180 sekund tak naprawdę powinno być 2-1 dla Szwecji. Jasne, to wszystko wielkie i w jakimś sensie krzywdzące uproszczenie, ale jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że po wybitnym dla siebie roku 2022, Asllani zdecydowanie więcej uwagi niż realnej grze w piłkę zaczęła poświęcać krytykowaniu wszystkiego i wszystkich wokół. Czy kontrowersyjna piłkarka w perspektywie może liczyć z tego tytułu na realne profity finansowe lub wizerunkowe? Cóż, doskonale wiemy, w którą stronę wieje wiatr w naszej społeczności, więc przynajmniej do momentu kolejnego przesilenia nie jest to wcale wykluczone. Czysto piłkarsko korzyści nie ma z tego jednak żadnych, o czym zresztą regularnie przekonują się fani nie tylko w Szwecji, ale także (a może i przede wszystkim) w Mediolanie. Inna sprawa, że kariera klubowa Kosse to temat na całkiem pokaźne objętościowo osobne opowiadanie, bo czy aby na pewno można mówić wyłącznie o braku szczęścia lub losowości, jeśli pobyt w sześciu spośród siedmiu reprezentowanych w seniorskim futbolu klubów skończył się w jej przypadku nawet nie niedosytem, co potężnym rozczarowaniem.

We wtorkowy wieczór emocji spodziewać możemy się nie tylko w Göteborgu, bo przed szansą na wywalczenie pole position na decydującą fazę eliminacji stoją między innymi Włoszki. Drużyna trenera Soncina pokazała w miniony piątek tę zdecydowanie bardziej efektowną twarz i teraz trzeba tylko przywieźć komplet punktów z Helsinek, a następnie na pełnym spokoju nasłuchiwać wieści z Bredy, gdzie na doskonale znanym szwedzkim fanom stadionie rywalizować będą Holenderki i Norweżki. To wszystko brzmi oczywiście niezwykle kusząco, ale akurat we Włoszech gorzki smak zmarnowanych szans znają przecież doskonale. Jeśli jednak Arianna Caruso do spółki z Manuelą Giugliano raz jeszcze będą w stanie przenieść swoją formę z boisk Serie A na występy w koszulce reprezentacji, to niewykluczone, że Azzurre w istocie doczekają się upragnionego od wielu lat przełomu. Kontynuacji w postaci piątego z rzędu awansu na EURO oczekują za to na Islandii, a są to żądania o tyle realne, że podopieczne Thorsteinna Halldorssona eliminacje rozpoczęły od solidnego, trzybramkowego zwycięstwa, które zresztą mogło być jeszcze bardziej okazałe, gdyby tylko Jonsdottir i jej koleżanki z formacji ofensywnej wykorzystały wszystkie stworzone przez siebie bramkowe okazje. O wręcz niespotykaną na tym poziomie łatwość w dochodzeniu do czystych sytuacji strzeleckich teoretycznie powinno być zdecydowanie trudniej podczas jutrzejszej batalii w Akwizgranie, ale islandzka kadra w przeszłości potrafiła już całkiem skutecznie zaskakiwać Niemki na ich terenie i nie jest wykluczone, że właśnie teraz spróbuje uczynić to ponownie. Tym bardziej, że nawet nazwisko piłkarki mogącej – jak swego czasu Dagny Brynjarsdottir – więcej niż raz uciszyć jednego dnia niemiecką publiczność, wydaje się być całkiem oczywiste.

Wielki piątek na Wembley

frido

Gra szwedzkiej kadry już dawno nie dostarczyła nam tylu powodów do radości (Fot. Getty Images)

Nie było powtórki z Sheffield, ani niczego choć w minimalnym stopniu zbliżonego do pamiętnej klęski na Bramall Lane. Piłkarska reprezentacja Szwecji pojechała na teren aktualnych mistrzyń Europy i zaprezentowała tam futbol tak efektywny, że ręce długimi fragmentami same składały się nam do oklasków. Bo powiedzcie sami, czy nie jest imponującym fakt, iż zespół bez większego wysiłku strzelający 21 goli w czterech ostatnich meczach (kolejno z Holandią, Szkocją, Austrią i Włochami), tym razem do 85. minuty jest w stanie oddać zaledwie jedno uderzenie w światło bramki Jennifer Falk? Jasne, główka Alessii Russo z najbliższej odległości była następstwem niezwykle koronkowej, zespołowej akcji, której nie udało się skutecznie skasować na żadnym etapie, ale w rywalizacji z zespołem tej klasy tego typu pojedyncze pomyłki są niejako wliczone w koszty. I nawet jeśli Jonna Andersson trochę zbyt łatwo pozwoliła Lauren James na niemal perfekcyjne dośrodkowanie, a ustawienie Lindy Sembrant we własnym polu karnym było dalekie od perfekcji, to w najmniejszym stopniu nie zamazuje to pozytywnej oceny dla niezwykle konsekwentnego w swoich poczynaniach zespołu Petera Gerhardssona. A że Angielki bezlitośnie zamieniły na gola swoją jedyną, realną okazję? Cóż, dokładnie jak w przypadku niedawnej konfrontacji Häcken z PSG, po prostu musieliśmy się z tym pogodzić i we właściwy sposób zareagować. A reakcja ta okazała się tak niesamowita, że zaskoczyła chyba nawet najbardziej niepoprawnych optymistów.

Zarówno przy bezbramkowym remisie, jak i przy wyniku 0-1, ze szwedzkiej strony nie zaobserwowaliśmy bowiem nerwowego i bezsensownego szarpania. Zamiast tego, na placu gry oglądaliśmy drużynę świadomą swojej strategii i niezwykle konsekwentnie dążącą do jej realizacji. Tak było na przykład w 21. minucie, kiedy to drobny wydawało się błąd Keiry Walsh przy wyprowadzeniu piłki sprawił, że dosłownie kilka sekund później w dogodnej sytuacji znalazła się szarżująca lewą stroną boiska Fridolina Rolfö. Rekonwalescentka z Barcelony przymierzyła wówczas przy dalszym słupku i tylko kilkunastu centymetrów zabrakło, aby już wtedy uciszyć ponad sześćdziesięciotysięczny tłum angielskich fanów na Wembley. Prostopadłe podania z sektora centralnego na nabiegające na pełnej prędkości skrzydłowe okazały się jednak pomysłem, który dość nieoczekiwanie siał w defensywie aktualnych mistrzyń Europy niemały popłoch, w czym spora zasługa harującej bez wytchnienia dla drużyny Stiny Blackstenius. Snajperka londyńskich Kanonierek po meczu zapamiętana została głównie przez pryzmat zmarnowanej w drugiej połowie setki, ale jest to ocena nie tyle nieuzasadniona, co zwyczajnie krzywdząca. Tak, wykańczanie akcji skutecznym strzałem już zawsze pozostanie chyba jej piętą achillesową, ale Blackstenius naprawdę wykonała na londyńskiej murawie mnóstwo niezwykle pożytecznej pracy, której na pierwszy rzut oka nie zawsze widać w obrazku. Podobnie zresztą jak jej vis-à-vis w osobie Alesii Russo, więc nie wątpimy, że tej frapującej konfrontacji dwóch nieoczywistych dziewiątek z uwagą przypatrywał się nie tylko ich klubowy trener Jonas Eidevall. I zarówno on, jak i każdy miłośnik tej bardziej taktycznej strony futbolu, mógł na jej podstawie pokusić się o niezwykle interesującą analizę.

Lista piłkarek zasługujący na indywidualne wyróżnienie jest jednak zdecydowanie dłuższa i bez wątpienia znajdują się na niej także nazwiska Filippy Angeldal oraz Johanny Kaneryd. Pierwsza z wymienionych dała jasno do zrozumienia, że w utrzymaniu topowej dyspozycji nie przeszkadza jej ani zamieszanie z nadchodzącym tego lata transferem do Madrytu, ani brak regularnych występów w Manchesterze City, który zresztą – jak na ironię – pozwolił jej przystąpić do kwietniowych potyczek reprezentacyjnych na nieporównywalnie większej świeżości. Zdecydowanie więcej rozegranych w klubie minut ma za to w nogach Johanna Kaneryd, ale najlepsza asystentka angielskiej FA WSL nie dość, że ponownie zachwyciła nas charakterystyczną dla siebie dynamiką i odważnymi, nieszablonowymi zagraniami, to jeszcze dołożyła do tego dawno niewidziane u niej dyscyplinę w poczynaniach defensywnych, a także naprawdę dojrzały przegląd pola, dzięki któremu jej boiskowe wybory bardzo często okazywały się nadzwyczaj trafne. Fakt, że zarówno Kaneryd, jak i Angeldal stają się piłkarkami kompletnymi, zdolnymi do dźwigania na swoich barkach niewdzięcznej roli liderek, niewątpliwie nas cieszy, ale na jeszcze bardziej oczywiste powody do radości szwedzki sektor na Wembley musiał poczekać aż do 64. minuty. Wtedy właśnie w roli głównej wystąpiła bohaterka tegorocznej edycji Ligi Mistrzyń Rosa Kafaji, która ponownie nie potrafiła przekonać Gerhardssona do tego, aby selekcjoner postawił na nią w wyjściowej jedenastce. Gdy jednak dwudziestolatka z Solnej na swoją szansę się doczekała, to potrzebowała dosłownie sześćdziesięciu sekund, aby dorzucić idealną piłkę do urywającej się w swoim stylu Rolfö, a najlepsza szwedzka piłkarka ubiegłego roku tym razem pomylić się nie miała już zamiaru i nawet nieco rozpaczliwa próba interwencji w wykonaniu Mary Earps nie była w stanie uchronić Angielki przed nieuniknionym. A stracony gol najwyraźniej podziałał na podopieczne Sariny Wiegman na tyle demobilizująco, że po chwili powinno być już 2-1 dla gościń. Do kolejnej z zagranych przez Angeldal prostopadłych piłek idealnie w tempo ruszyła Blackstenius, ale – jako się rzekło – ją akurat skuteczność zdecydowanie zawiodła i trzeba było obejść się smakiem.

Do mniej więcej 85. minuty można było jednak odnieść wrażenie, że jeśli ktoś zasłużył w tym starciu na zwycięstwo, to bez wątpienia są to reprezentantki Szwecji. Swój zdecydowanie najlepszy mecz w kadrze rozgrywała na prawej flance defensywy Hanna Lundkvist, potwierdzając niejako kapitalną dyspozycję na początku sezonu w barwach San Diego Wave, a my po cichu zaczęliśmy nawet zastanawiać się, dlaczego szansy z ławki nie otrzymała także znajdująca się ewidentnie w uderzeniu jej klubowa koleżanka Sofia Jakobsson. Te rozważania brutalnie przerwały nam jednak Angielki, do których jakby wreszcie dotarło, że inauguracyjny bój eliminacyjnej kampanii sam się nie wygra, a napędzane skrzydłami lidera FA WSL Manchesteru City Lwice przypuściły późny, lecz niezwykle intensywny szturm na bramkę Jennifer Falk. Na nasze szczęście, bramkarka Häcken zaprezentowała nam formę zbliżoną do tej z niedzielnego półfinału Pucharu Szwecji przeciwko Hammarby, a gdy jeden, jedyny raz potrzebowała delikatnego wsparcia, to z odsieczą błyskawicznie pospieszyła rozgrywająca prawdziwą profesurę na środku obrony Magdalena Eriksson. Wysiłki Hemp, Kelly, a także rezerwowych tego dnia Mead oraz Toone okazały się tym samym niewystarczające, dzięki czemu szwedzkie piłkarki wyruszyły w podróż do Göteborga z jednym punktem w bagażu i niezliczonymi pokładami pozytywnej energii w sercach. Doskonale zdajemy sobie sprawę z faktu, iż ta kadra jest całkowicie nieprzewidywalna i już we wtorek nasze nastroje mogą zmienić się diametralnie, ale póki co na zapas martwić się nie mamy bynajmniej zamiaru. Jest dobrze, a przyszłość da nam odpowiedź, co – jeśli w ogóle cokolwiek – w dłuższej perspektywie przyniesie nam kwietniowy wieczór na Wembley.

engswe

Kwietniowe EUROprzewidywania

WNT_Huddle_2023

Irlandki zjednoczone i wierzące w sukces – do tego obrazka zdążyliśmy się już przyzwyczaić (Fot. Stephen McCarthy)

Szesnastu chętnych i tylko osiem miejsc – oczywiście każdy z nas w wielu życiowych sytuacjach spotykał się również ze zdecydowanie mniej sprzyjającym prawdopodobieństwem sukcesu, ale ścieżka A eliminacji do szwajcarskiego EURO i tak jawi nam się jako niezwykle wymagające wyzwanie. A to wszystko dzięki tak bardzo wyczekiwanej reformie rozgrywek, w wyniku której każde, nawet najdrobniejsze potknięcie może okazać się nadzwyczaj kosztowne, a szczytową formę i maksymalny poziom koncentracji trzeba zachować od pierwszego do ostatniego meczu. Jasne, w każdej z czterech grup znajdziemy przynajmniej jednego papierowego faworyta, ale nawet oni swój ewentualny awans będą musieli na boisku wyszarpać, nie zaś – jak to bywało w nieodległej przeszłości – jedynie dopełnić formalności, bijąc przy okazji strzeleckie rekordy. W przededniu inauguracyjnej kolejki kwalifikacji przyglądamy się zatem pokrótce temu, co nas czeka, zastanawiając się jednocześnie gdzie i kiedy odbędą się kluczowe batalie przedwiośnia w europejskim futbolu reprezentacyjnym oraz kto może w nich naprawdę pozytywnie zaskoczyć.


Grupa A

Jedyna z grup, w której obyło się bez wyraźnych faworytek do zajęcia lokaty numer jeden. Losowane z pierwszego koszyka Holenderki ewidentnie przechodzą bowiem najgłębszy kryzys tożsamościowy od czasu, kiedy to na dobre wdarły się do ścisłej, światowej czołówki, a dysponujące w teorii najsilniejszą kadrą Norweżki to w ogóle temat na osobną historię, którą zresztą wszyscy słyszeliśmy już po wielokroć. Nie jest jednak wykluczone, że w futbolu raz jeszcze przypomni o sobie paradoks, w wyniku którego rozbita na wielu płaszczyznach ekipa skonsoliduje się w obliczu poważnej próby, a taką niewątpliwie są z perspektywy norweskiej kadry problemy zdrowotne Caroline Hansen oraz Fridy Maanum. Znaki zapytania nie bez przyczyny stawiane przy dwójce tych potencjalnie silniejszych drużyn sprawiają oczywiście, że coraz odważniej zaczynają patrzeć przed siebie we Włoszech i w Finlandii. Podopieczne trenera Soncina jesienią potrafiły nawet pokonać na wyjeździe mistrzynie świata z Hiszpanii, a w dwumeczu przeciwko Szwecji to one pokazały się na boisku ze zdecydowanie lepszej strony. Tak okazałych referencji Helmarit wprawdzie nie mają, ale w Finlandii nie bez racji zauważają, że nigdy w przeszłości aż tak wiele piłkarek z tego nordyckiego kraju nie przyjeżdżało na zgrupowanie reprezentacji w roli czołowej postaci klubu z naprawdę mocnych lig (amerykańska NWSL, angielska FA WSL, czy włoska Serie A). Nie jest zatem wykluczone, że w tej grupie emocje będą towarzyszyły nam aż do ostatniej serii spotkań, a końcowe rozstrzygnięcia zadziwią niejednego samozwańczego eksperta. I bardzo dobrze.

Przewidywania

Awans: Norwegia i Holandia

Spadek: Włochy

Kluczowy mecz kwietnia: Norwegia – Finlandia (Oslo, 5. kwietnia)


Grupa B

Tutaj z kolei trafiamy do konstelacji, w której wszystko powinno rozstrzygnąć się stosunkowo najbardziej bezboleśnie. Hiszpanki to jedyna w swoim rodzaju maszynka do wygrywania i choć skala hegemonii aktualnych mistrzyń globu nie jest aż tak ogromna, jak ponad dwie dekady miało to miejsce w przypadku Niemek, to akurat w tym zestawieniu piłkarki z Półwyspu Iberyjskiego zdają się być zdecydowanie poza zasięgiem swoich grupowych rywalek. Wylosowanie mniej wymagających przeciwniczek z koszyków numer trzy i cztery okazało się za to wyjątkowym prezentem dla Dunek, bo nawet jeśli Pernille Harder zdaniem wielu wchodzi właśnie w erę post-prime, Nicoline Sørensen z grą w poważną piłkę dała sobie spokój, Simone Boye oraz Stine Larsen pauzują, a problemy z obsadą bramki nijak się nie rozwiązały, to trener Jeglertz jak najbardziej ma pełne prawo oczekiwać, że to prowadzony przez niego zespół po sześciu rozegranych meczach znajdzie się w końcowej tabeli przez Belgią i Czechami. A to oznaczać będzie bezpośredni awans na szwajcarskie EURO i kilka miesięcy spokojnego budowania kadry na finałowy turniej. Z dwójki underdogów nieco większe szanse przyznać należy Belgijkom, ale aby liczyć na coś więcej niż tylko uprawniająca do startu w kolejnej edycji Ligi Narodów lokata numer trzy, Czerwone Płomienie musiałyby po raz pierwszy w całej swojej historii zaprezentować nam stabilność, powtarzalność i konsekwentnie gromadzić punkty, co jak dotąd zawsze przerastało ich możliwości.

Przewidywania

Awans: Hiszpania i Dania

Spadek: Czechy

Kluczowy mecz kwietnia: Dania – Belgia (Viborg, 9. kwietnia)


Grupa C

O tej grupie pisaliśmy i mówiliśmy zdecydowanie najwięcej, ale powody takiego stanu rzeczy są bardziej niż oczywiste. Angielki niezmiennie jawią się jako pewniaczki do bezpośredniego awansu i żadne potencjalne wstrząsy raczej nie będą w stanie tym statusem zachwiać. Zdecydowanie ciekawszy przypadek stanowią Francuzki, gdyż przygotowująca się do występu w domowych Igrzyskach drużyna trenera Renarda, oprócz wielu niezaprzeczalnych atutów, ma także swoje problemy i bolączki. Jeżeli Les Bleues w kwietniu dopiszą sobie komplet punktów za dwumecz z Irlandią i Szwecją, wówczas ich sytuacja stanie się nadzwyczaj komfortowa, ale żadne z tych spotkań nie zapowiada się z perspektywy Francuzek na przyjemny, wiosenny spacerek. Słów kilka poświęcić należy także Irlandkom, bo choć zespół ten na ubiegłorocznym mundialu zakończył swoją debiutancką przygodę na fazie grupowej, to na Antypodach pokazał się z naprawdę niezłej strony. W starciach z Australią i Nigerią irlandzka defensywa de facto ani razu nie dała się przełamać (miękkiego, podyktowanego przez VAR karnego dla gospodyń z litości pomijamy), a i skromna porażka z mistrzyniami olimpijskimi z Kanady (1-2) wstydu im bynajmniej nie przyniosła. Konkludując, pierwsza lokata dla Anglii wydaje się mimo wszystko bezdyskusyjna, ale na kolejnych miejscach w zasadzie żadna konfiguracja nie powinna być odbierana jako zaskoczenie.

Przewidywania

Awans: Anglia i Francja

Spadek: Irlandia

Kluczowy mecz kwietnia: Szwecja – Francja (Göteborg, 9. kwietnia)


Grupa D

Mniej więcej dwanaście miesięcy temu pisaliśmy, że Niemki wysyłają na mundial najmniej przekonujący zespół w historii, ale w tak słabej grupie (Maroko, Kolumbia, Korea Południowa) wywalczenie dziewięciu punktów i tak jest dla nich absolutnym obowiązkiem. I wszyscy na długo zapamiętamy, jak to z wypełnianiem tego obowiązku było. Tym razem historia niejako zatacza koło, bo choć zestaw przeciwniczek wydaje się cokolwiek mocniejszy, to i ośmiokrotne mistrzynie Europy znajdują się już w innym, zdecydowanie przyjemniejszym miejscu swojej historii. Na ławce siedzi trener z konkretnym planem na siebie i zespół, a także z właściwą oceną otaczającej go rzeczywistości, co z kolei w sposób naturalny przekłada się na boiskową postawę piłkarek, u których – w miejsce wszechobecnej konsternacji – znów pojawiła się radość z gry. Te argumenty wydają się wystarczające, aby to w Niemkach upatrywać kandydatki numer jeden do zwycięstwa w grupie, ale pozostałych ekip logicznie sklasyfikować właściwie nie sposób. Polki to jedna z trzech (obok Meksyku i Serbii) reprezentacji z największym na świecie niewykorzystanym potencjałem, który jednak prędzej lub później musi wreszcie eksplodować, rozpoczynając tym samym prawdziwy, futbolowy boom. Austriaczki to największa w tym gronie solidność, doprawiona dodatkowo szczyptą fantazji, oparta na dopracowywanych przez lata we Frankfurcie i Fryburgu schematach gry. Dwa-trzy lata temu w takim tercecie bez wahania wskazalibyśmy na Islandię, ale obecnie ten zespół jako jedyny z tego grona wydaje się znajdować na opadającej i choć Jonsdottir i spółka wciąż mogą pozytywnie zaskoczyć, to jednak ich droga ku finałom EURO może tym razem przedłużyć się aż do grudniowych baraży.

Przewidywania

Awans: Niemcy i Polska

Spadek: Austria

Kluczowy mecz kwietnia: Polska – Austria (Gdynia, 9. kwietnia)

Oszukać przeznaczenie – odrodzenie (w) Piteå

piffcr

Lata płyną, a w Piteå wciąż ani trochę nie przejmują się eksperckimi analizami (Fot. Pär Bäckström)

Mniej więcej dekadę temu nazwaliśmy klub z Piteå kliniką złamanych karier, kilka lat później okazało się, że pod kołem podbiegunowym skutecznie potrafią nie tylko leczyć, ale i wygrywać, więc wydarzenia z sobotniego popołudnia teoretycznie nie powinny być dla nas aż takim zaskoczeniem. Drużyna prowadzona od wielu lat przez charyzmatycznego Stellana Carlssona, podobnie zresztą jak i sam szkoleniowiec, nie przestają jednak zadziwiać i nawet w coraz bardziej skomercjalizowanej, futbolowej rzeczywistości niezmiennie potrafią zaakcentować swoją obecność. A udaje im się to na tyle dobrze, że oto właśnie po raz pierwszy w historii klubu Piteå zameldowało się w wielkim finale Pucharu Szwecji. I to pomimo faktu, iż to gościnie z Malmö jeszcze przed upływem inauguracyjnego kwadransa prowadziły na zmrożonej murawie LF Areny różnicą dwóch goli, a na bramkę Samanthy Muprhy oddały tego dnia ponad dwadzieścia strzałów. Niemożliwe nie istnieje? Cóż, jeśli istnieje na świecie klub, który mógłby z czystym sumieniem przyjąć znany slogan pewnej niemieckiej, odzieżowej marki, to z całą pewnością ma on swoją siedzibę w Norrbotten. W miejscu, gdzie logika i chłodna analiza nadzwyczaj często nie znajdują w świecie realnym żadnego zastosowania.

Bo przecież pierwszy z półfinałów krajowego Pucharu bardzo długo odbywał się pod dyktando piłkarek ze Skanii, które zdawały się mieć boiskowe wydarzenia pod całkowitą kontrolą. I nie chodzi tu nawet o to, że Olivia Holdt dwukrotnie w odstępie zaledwie czterech minut umieszczała futbolówkę w siatce gospodyń, ale o niezwykle wysoką jakość i kulturę gry, którą to Momoko Tanikawa, Ria Öling, czy Sofie Bredgaard (że wymienimy tylko te najbardziej na tamten moment aktywne karty z talii trenera Kjetselberga) zdecydowanie wyróżniały się na tle rywalek z Piteå. Wystarczył jednak tylko jeden moment nieuwagi, aby dośrodkowanie Emmy Viklund z rzutu rożnego zamknęła na dalszym słupku Olivia Holm i przewaga trzynastokrotnych mistrzyń Szwecji stopniała do zaledwie jednego gola. Właśnie wtedy podopieczne trenera Carlssona sprawiały wrażenie zespołu, który mocno uwierzył w swoją szansę, ale osiągnięta w samej końcówce pierwszej połowy przewaga ostatecznie nie przyniosła im trafienia na wagę remisu. A po przerwie wszystko zdawało się wracać do niepisanej normy, gdyż ponownie to Rosengård niepodzielnie dyktował warunki i za sprawą Emilii Larsson nawet raz jeszcze podwyższył prowadzenie. Gola autorstwa byłej skrzydłowej Hammarby arbiter główna jednak ostatecznie nie uznała, a skoro gospodynie otrzymały od losu bilet powrotny do meczu, to ewidentnie postanowiły z nadarzającej się okazji skorzystać. Najpierw za sprawą jeszcze jednego stałego fragmentu gry, który tym razem rozegrały między sobą Maja Green oraz Josefin Johansson, następnie przy pomocy kapitalnych parad Samanthy Murphy, która w sobie tylko znany sposób sparowała na rzut rożny futbolówkę po niezwykle groźnym strzale Tanikawy i wreszcie dzięki przytomnie rozegranemu… wyrzutowi piłki z autu, gdyż to właśnie on stał się zaczątkiem akcji, która w ostatnich sekundach dogrywki przyniosła zawodniczkom z LF Areny decydujące trafienie. A żeby było jeszcze bardziej filmowo, to stało się ono udziałem pozyskanej tej zimy z Brommy Sagi Swedman, dla której wielu ekspertów nie znalazłoby miejsca nawet w szerokiej, meczowej kadrze. Trener Carlsson miał jednak na ten temat całkiem odmienne zdanie i choć logika raz jeszcze zdawała się jasno przeczyć jego wyborom, na koniec dnia ponownie to on się cieszył, a piłkarki z Malmö długo i intensywnie zastanawiały się, jak można było wypuścić z rąk tak wielką szansę. Bogatsi o pozyskaną na przestrzeni lat wiedzę podpowiadamy jednak, że w Piteå niemożliwe naprawdę nie istnieje i bez względu na wszystko przekonać się o tym zdąży jeszcze niejeden klub.

******

Jeśli pierwszy z półfinałów spokojnie moglibyśmy nazwać kolejnym rozdziałem odwiecznej rywalizacji piłkarskiej Północy z Południem, to drugi był przede wszystkim doskonałą okazją do rewanżu za ekscytujący trójmecz z udziałem Hammarby i Häcken. W poprzednim sezonie zarówno na gruncie ligowym, jak i w krajowym Pucharze, minimalnie lepsze okazały się sztokholmianki, ale większość obserwatorów tym razem faworytek upatrywała raczej w zmotywowanej fantastycznymi wynikami na europejskiej arenie drużynie z Hisingen. I to pomimo faktu, iż to zawodniczki Bajen otrzymały przywilej rozegrania półfinałowego starcia na swoim terenie, a nie trzeba chyba nikomu przypominać, że akurat w przypadku tego klubu jest to całkiem istotny aspekt, którego lekceważyć nijak nie powinniśmy.

Fanatyczna, zielono-biała publiczność ewidentnie dodawała swojej ukochanej drużynie skrzydeł, a piłkarki Hammarby sprawiały wrażenie tak bardzo zmotywowanych, jakby gra toczyła się o jeszcze wyższą stawkę niż awans do finału krajowego pucharu. Pierwsze dwa kwadranse to prawdziwy popis ekipy z Södermalm, a ataki napędzane przez doskonale usposobione norweskie skrzydła w osobach Julie Blakstad oraz Anny Jøsendal sprawiały wiele problemów defensywie, która nie tak dawno potrafiła zagrać na zero z tyłu w wyjazdowych bataliach z londyńską Chelsea i madryckim Realem. Na szczęście dla gościń, między słupkami ich bramki stała dziś wybornie dysponowana Jennifer Falk, która skutecznie interweniowała nawet wtedy, gdy trzeba było wykazać się kunsztem kojarzonym bardziej z piłką ręczną niż nożną. Stwierdzenie, że to właśnie kapitalne parady reprezentacyjnej golkiperki utrzymały Häcken w grze, nie jest zatem ani trochę przesadzone, ale gdy zawodniczki z Västergötland do głosu wreszcie doszły, to odpowiedziały nadzwyczaj konkretnie. I dla odmiany to sympatycy Hammarby głęboko oddychali z ulgą, gdy Felicii Schröder, a także Matildzie Nildén do pełni szczęścia zabrakło milimetrów, a sędzia Lovisa Johansson nie dostrzegła ewidentnego przewinienia na Annie Anvegård w polu karnym Bajen. Bezbramkowy remis oznaczał jednak konieczność rozegrania dogrywki, a w niej dość szybko doczekaliśmy się goli. Kwestia awansu niezmiennie pozostawała jednak sprawą otwartą, gdyż na trafienie autorstwa Smilli Vallotto po fenomenalnej akcji Vilde Hasund błyskawicznie odpowiedziała rezerwowa tego wieczora wahadłowa Häcken Katariina Kosola. I choć żadna ze stron nie próbowała nawet kalkulować, to na kolejne gole musieliśmy poczekać aż do konkursu rzutów karnych. Ten z kolei przedłużył się aż do serii numer dziesięć, w której to najpierw próbę nerwów bezbłędnie wytrzymała Clarissa Larisey, a następnie – ku rozpaczy obserwujących to wszystko z bliska fanów – fatalnie pomyliła się kapitanka Hammarby Alice Carlsson. I choć ta ostatnia mogła oczywiście liczyć na słowa wsparcia wiernych kibiców Bajen, to z awansu do decydującej rozgrywki cieszyli się w Hisingen. Radość ta była uzasadniona tym bardziej, że finał rozegrany zostanie na Bravida Arenie, a wszyscy sympatycy szwedzkiego futbolu doskonale wiedzą, co to oznacza.


Półfinały Pucharu Szwecji 2024: