Zostajemy w Lidze Narodów

emmawallskog

Stały fragment i gol jednej ze stoperek, czyli szwedzkie zwycięstwo w najbardziej klasycznym stylu (Fot. Emma Wallskog)

Długo wyczekiwany powrót kadry do stolicy, niemal perfekcyjne do gry w piłkę nożną warunki atmosferyczne, ponad dwadzieścia tysięcy entuzjastycznie nastawionych widzów na trybunach, świeżo wymieniona po koncercie Taylor Swift murawa, wzruszające słowa wsparcia dla Mariki Domanski – w ten ciepły, czerwcowy wieczór na Friends Arenie w Solnej zgadzało się prawie wszystko. Brakującym elementem tej wymarzonej układanki bardzo długo pozostawał bowiem choćby jeden gol autorstwa podopiecznych Petera Gerhardssona. Bo choć Szwedki niepodzielnie dominowały na przykład w statystyce posiadania piłki, to sposobu na skuteczne sforsowanie irlandzkiego bloku defensywnego poszukiwały aż do 84. minuty spotkania. Wtedy jednak Jonna Andersson zdecydowała się sięgnąć po wypróbowane już wielokrotnie metody, a dośrodkowana przez nią z narożnika boiska futbolówka po drodze odbiła się jeszcze od pleców Magdaleny Eriksson, kompletnie zaskakując w ten sposób dobrze tego dnia dysponowaną Courtney Brosnan. Oczywiście, nie da się ukryć, że zwycięski gol był w swoim charakterze nieco kuriozalny, ale jednak sporym nadużyciem byłoby nazwanie go szczęśliwym. Wszak szwedzkie stałe fragmenty gry za kadencji Gerhardssona obrosły już taką legendą, iż skłonni jesteśmy uwierzyć nawet w to, że stoperka monachijskiego Bayernu dokładnie w ten sposób sobie to wszystko zaplanowała. Podobnym deklaracjom wiary ostatecznie dawać nie musieliśmy, choć sama zainteresowana już po końcowym gwizdku rumuńskiej sędzi Aliny Pesu, dała jednoznacznie do zrozumienia, że ten gol zdecydowanie powinien zostać zapisany na jej konto. I bardzo słusznie, gdyż akurat tym razem punkt widzenia zawodniczki w pełni odpowiadał stanowi faktycznemu, co w przypadku naszych kadrowiczek często wcale nie jest regułą.

Wróćmy jednak do samego meczu, który wielkim, piłkarskim widowiskiem zdecydowanie nie był. Obraz gry długimi minutami stanowił wypadkową defensywnej i skupionej przede wszystkim na wybijaniu rywalek z uderzenia taktyce reprezentantek Irlandii, które jednak z przodu miały do zaoferowania stosunkowo niewiele. Dość powiedzieć, że swój jedyny celny strzał w meczu gościnie z Zielonej Wyspy oddały dopiero w trzeciej z doliczonych do drugiej połowy minut, ale z próbą Amber Barrett bez trudu poradziła sobie Zecira Musovic. We wcześniejszej fazie gry zdecydowanie najczęściej szwedzką defensywę próbowała nękać Leanne Kiernan, lecz skrzydłowa Liverpoolu tym razem nie miała aż tak wybitnego dnia, jak chociażby w wieńczącym ligowe zmagania wyjazdowym starciu z Leicester. Absorbować uwagę naszych stoperek w pierwszej kolejności miała ustawiona na szpicy Kyra Carusa, ale poza pojedynczymi błędami w ustawieniu (na szczęście bez poważniejszych konsekwencji), zarówno Linda Sembrant, jak i Magdalena Eriksson, zaprezentowały się na sztokholmskiej murawie z naprawdę przyzwoitej strony. W przypadku tego duetu imponować mogła przede wszystkim niezwykle istotna w kontekście irlandzkich rywalek statystyka wygranych pojedynków powietrznych i to w dużym stopniu dzięki niej jedynym ofensywnym konkretem po stronie gościń bardzo długo pozostawał nieco przypadkowy, sytuacyjny strzał autorstwa Megan Connolly. Kapitanka Bristolu nie doczekała się jednak rykoszetu, który jak najbardziej mógłby przynajmniej zmusić Zecirę Musovic do wykazania się najwyższą, bramkarską klasą.

Zdecydowanie więcej miała natomiast do roboty Courtney Brosnan, bo choć Szwedki również nie uderzały w światło bramki często, to w zasadzie każdy oddany przez nie celny strzał tak naprawdę mógł zakończyć się golem. A gdyby właśnie tak się stało, to z dubletem na koncie kończyłaby mecz Fridolina Rolfö, która jeszcze przed przerwą próbowała pokonać golkiperkę Evertonu próbą z ostrego kąta, a tuż po wznowieniu gry wykazała się ogromnym sprytem po kiksie Aoife Mannion we własnej szesnastce. Nieco mniej eksplozywna niż cztery dni wcześniej w Dublinie była na prawej flance Johanna Kaneryd, choć zaakcentujmy jasno, głośno i wyraźnie, że skrzydłowa Chelsea zanotowała kolejny udany występ w reprezentacyjnych barwach, o czym kilka razy przekonała się chociażby mentalna i boiskowa liderka Irlandek Katie McCabe. Najlepszy w trwającym roku kalendarzowym mecz rozegrała ponadto Kosovare Asllani, której postawę wielokrotnie zdradzało nam się ostatnimi czasy krytykować. A skoro tak, to uczciwość i przyzwoitość każą zauważyć, że kapitanka szwedzkiej kadry absolutnie nie występowała dziś wieczorem w roli hamulcowej, a kilka spośród zaprezentowanych przez nią odbiorów i łamiących schematy prostopadłych piłek, nosiło znamiona naprawdę wysokiej jakości. Na plus możemy odnotować także występ Julii Zigiotti, która szczególnie grając u boku Filippy Angeldal, stworzyła w środku pola tandem dwóch doskonale współpracujących ze sobą ósemek, w którym zresztą w wielu przypadkach nie bała się brać na siebie tę nieco bardziej proaktywną rolę. Z asystą, coraz bardziej jakościowymi dośrodkowaniami i twardymi pojedynkami z nieustępliwą Leanne Kiernan zamknęła wieczór Jonna Andersson, a pełniąca w talii Gerhardssona rolę żelaznej rezerwowej Rosa Kafaji raz jeszcze udowodniła, że występy w zdecydowanie większym wymiarze czasowym jej się po prostu należą. Bo fakt, iż to właśnie kolejne udane zagrania zawodniczki Häcken wywoływały najbardziej entuzjastyczne reakcje trybun, nie jest ani trochę przypadkowy i nie wiąże się wyłącznie z klubową historią mającej irakijskie korzenie napastniczki. A propos kibiców, to wielka szkoda, że nie doczekali się oni chociażby debiutu Ellen Wangerheim w seniorskiej kadrze, wszak wszystkie okoliczności (lokalizacja, przeciwnik, przebieg gry) wręcz krzyczały, aby nastolatka z Hammarby otrzymała wreszcie należną sobie szansę. Hierarchia raz jeszcze okazała się jednak najważniejsza i naprawdę trudno oprzeć się wrażeniu, że szwedzki sztab chwilami robi wszystko, aby przesadnie nie ułatwiać sobie zadania. Trudno orzec, gdzie nas ta strategia ostatecznie doprowadzi, choć dzisiejsze wyniki z całą pewnością gwarantują nam udział w drugiej edycji Ligi Narodów i jest to okoliczność, którą bez względu na wszystko warto docenić. Kroku w tył w obecnej kampanii na pewno już zatem nie zrobimy, a czy uda się pokusić o jakąś miłą niespodziankę? Przynajmniej do 16. lipca nikt nie odbierze nam w tym temacie marzeń, co już samo w sobie jest z naszej perspektywy jeszcze jednym, małym zwycięstwem.

sweirl

Popis Johanny

kaneryd

Johanna Kaneryd rozegrała w Dublinie swój najlepszy jak dotąd mecz w reprezentacyjnych barwach (Fot. Getty Images)

Na niezwykle efektownej arenie w Dublinie spotkały się dwa zespoły, które do dziś w eliminacyjnej kampanii nie poznały jeszcze smaku zwycięstwa. Co więcej, ich wspólny dorobek zamykał się w zaledwie jednym punkcie oraz jednym strzelonym golu, a to niejako automatycznie robiło nam ze starcia na Aviva Stadium obustronną potyczkę ostatniej szansy. Zwycięzca miał jeszcze prawo marzyć, że wobec zaistnienia sprzyjających okoliczności, włączenie się do walki o jedną z dwóch czołowych lokat w grupie, może okazać się w jego przypadku nadspodziewanie realną alternatywą. Ewentualna porażka taki scenariusz jednak w zasadzie wykluczała, a remis w praktyce ograniczał go do czegoś na kształt sympatycznej, choć jednocześnie wielce nieprawdopodobnej statystycznej ciekawostki.

Powiedzmy to szczerze i miejmy to z głowy: Peter Gerhardsson wyborami taktyczno-personalnymi nie zaskoczył ani oponentek z Zielonej Wyspy, ani nikogo, kto ma o szwedzkim futbolu przynajmniej minimalne pojęcie. O ile do roszad na pozycji bramkarki zdążyliśmy się poniekąd przyzwyczaić, o tyle wśród zawodniczek z pola hierarchia wydaje się być tak sztywna, że zachwiać potrafią nią jedynie czynniki losowe. Tylko i wyłącznie one sprawiły bowiem, że po boisku w Dublinie nie biegały takie zawodniczki jak chociażby Amanda Ilestedt oraz Stina Blackstenius, ale jeśli ktoś spodziewał się, że w wyniku oczywistych absencji szansę dostąpienia reprezentacyjnej sławy otrzyma chociażby któraś z debiutantek, ten srodze się zawiódł. Nas do tego grona zaliczać nie można, wszak już w dniu pamiętnej konferencji selekcjonera wyraźnie podkreślaliśmy, że od powołania do obdarzenia pełnią zaufania droga bywa czasami daleka i niezwykle wyboista. Dokładnie tak miały się przecież sprawy za kadencji charyzmatycznej poprzedniczki Gerhardssona na stanowisku trenerki najważniejszej drużyny w kraju i nie inaczej wygląda to obecnie. Choć z drugiej strony, jeśli na przykład taka Cato lub Wangerheim miałyby dostać ochłap w postaci wejścia z ławki w okolicach 89. minuty, to może i lepiej, że na murawie w ogóle się nie pojawiły. Bo dosyć mamy już kadrowiczek kolekcjonujących zupełnie nieznaczące, boiskowe epizody w ilościach iście hurtowych.

O samym meczu nie da się napisać wiele mądrego, gdyż wyglądał on dokładnie tak, jak przynajmniej w teorii wyglądać powinien. Po niezwykle wyrównanym początku, inicjatywę systematycznie zaczęła przejmować drużyna lepsza piłkarsko i na dodatek dysponująca zdecydowanie mocniejszymi kartami indywidualnymi, co stosunkowo szybko znalazło całkowite odzwierciedlenie w wyniku. Już pierwsza groźna akcja Szwedek zakończyła się pełnym sukcesem, a kwartet Janogy – Rolfö – Asllani – Kaneryd rozegrał ją po prostu wzorcowo. Futbolówka krążyła między ubranymi tego dnia na niebiesko zawodniczkami jak po sznurku, zupełnie jakby ktoś włączył nam na chwilę symulację gry wideo. Na nasze szczęście, worek z bramkami rozwiązany został jak najbardziej realnie, a autorka gola na 1-0 nie miała jeszcze na tamten moment świadomości, że właśnie na stadionie w stolicy Irlandii przyjdzie jej rozegrać najlepszy jak dotąd mecz w reprezentacyjnych barwach. I nawet jeśli teoria mówiąca o wyższości rzetelności nad klikalnością obowiązuje na tym portalu od początku jego istnienia, to trzeba napisać wprost, że Johanna Kaneryd otarła się na Aviva Stadium o sportową perfekcję Trefienie na 2-0, choć skrzydłowa Chelsea w papierach zaliczyła tam jedynie asystę drugiego stopnia, także było w zdecydowanie największym stopniu jej zasługą. Podobnie zresztą jak odzierający Irlandię z resztek złudzeń gol numer trzy, kiedy to Kaneryd ponownie wystąpiła w roli egzekutorki, tym razem skutecznie dobijając do siatki piłkę po strzale Matildy Vinberg. Popis jednej aktorki trwał więc w najlepsze i gdyby tylko selekcjoner nie pozwolił jej opuścić murawy nieco wcześniej, przy głośnym akompaniamencie braw dochodzących ze szwedzkiego sektora, to być może dopisywalibyśmy właśnie do tej wyliczanki kolejne zdania i akapity.

Na swoim standardowym poziomie zaprezentowały się ponadto Filippa Angeldal (której straszne najwyraźniej nie są nawet trybuny i ławka w Manchesterze), rekonwalescentka z wielkiej Barcelony Fridolina Rolfö, czy wreszcie zaliczająca jeszcze jeden udany mecz w roli zmienniczki Matilda Vinberg. Na przeciwnym biegunie znalazła się za to mocno niepewna Linda Sembrant, która to najpierw dała się oszukać ruchliwej, choć w zdecydowanej większości przypadków niesamowicie przewidywalnej Amber Batrrett, a następnie sprokurowała jedyny w pierwszej połowie strzał oddany w światło bramki Zeciry Musovic. Golkiperka londyńskiej Chelsea zaskoczyć się jednak nie dała, choć i ona – szczególnie po przerwie – zdecydowanie nie zaprezentowała w Dublinie najlepszej wersji siebie. A gdyby jej fatalne zachowanie przy dwóch długich wyrzutach futbolówki przez Megan Campbell poniosło za sobą poważniejsze konsekwencje, to tyle niespodziewanie, co niepotrzebnie, zafundowalibyśmy sobie w potyczce z najsłabszą w grupie Irlandią niezwykle stresującą końcówkę. Sporo uwag do swojej postawy może mieć ponadto Kosovare Asllani, bo o ile asysty przy pierwszym trafieniu Kaneryd oraz kilku precyzyjnie bitych stałych fragmentów odbierać jej nie zamierzamy, o tyle fakt transformacji tej zawodniczki z piłkarki w aktywistkę dokonuje się w zasadzie na naszych oczach i znów nie trzeba przesadnie tęgiej głowy, aby odgadnąć konsekwencje takich, a nie innych wyborów personalnych. A łapane w wyniku boiskowych frustracji żółte kartki jednoznacznie potwierdzają, że z mitycznym trzymaniem ciśnienia obecnie bywa u naszej Kosse różnie. Choć oczywiście ze zdecydowaną przewagą wątpliwości nad jakimikolwiek elementami euforii.

Pewne i bezdyskusyjne zwycięstwo w Dublinie okazało się tym cenniejsze, że kolejne pozytywne informacje docierały do nas na bieżąco z angielskiego Newcastle. Ponad czterdzieści tysięcy gardeł nie pomogło bowiem obrończyniom mistrzowskiego tytułu w sforsowaniu francuskiej przeszkody, bo choć to Beth Mead jako pierwsza wpisała się na St. James Park na listę strzelczyń, to po niej podobnej sztuki dokonywały już wyłącznie podopieczne trenera Renarda. Gol na wagę zwycięstwa Les Bleues był efektem harmonijnej współpracy Kadidatou Diani z Marie-Antoinette Katoto i trzeba przyznać, że doskonale znające się z czasów wspólnej gry dla PSG zawodniczki w sposób absolutnie niezamierzony wyświadczyły w ten sposób przysługę… reprezentantkom Szwecji. Teraz trzeba tylko potwierdzić swoją wyższość nad Irlandią w domowym rewanżu, a wiele wskazuje na to, że 16. lipca zagramy w Göteborgu z Anglią o wszystko. Potencjalnie mocniejszy zespół wskazać tu nietrudno, ale w pojedynczym meczu zdarzyć może się przecież naprawdę wiele. Aby jednak te całe dywagacje miały w ogóle jakikolwiek sens, to we wtorek trzeba najpierw wykonać pierwszy krok ku temu, aby w lipcowym okienku faktycznie zagrać z urzędującymi mistrzyniami Europy o naprawdę wielką stawkę. A nawet jedynie ów fakt matematycznego pozostania w grze do ostatniej kolejki grupowych zmagań, już byłby dla wielu ekspertów miłym i pozytywny akcentem. Rozbita i wyraźnie podrażniona Irlandia z pewnością spróbuje się jednak za dzisiejsze niepowodzenie odgryźć, gdyż rozczarowujące póki co na całej linii zawodniczki z Zielonej Wyspy sprawiają wrażenie zdecydowanie zbyt solidnych, aby kolejny raz zaliczyć eliminacyjny mecz na zero z przodu. To wszystko sprawia, iż o poziom emocji martwić się nie musimy, a jeśli na koniec dnia zgodzi nam się również i wynik, to lato pod znakiem szwedzkiej piłki zapowiada się nam naprawdę intrygująco.

irlswe

Drużyna miesiąca – maj

Podstawowa jedenastka

may

Między słupkami Anna Koivunen, która chyba jako jedyna spośród specjalistek od gry na tej cokolwiek newralgicznej pozycji może z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że w kończącym się właśnie miesiącu nie przytrafił się jej choćby jeden wyraźnie słabszy występ. I choć początki 22-latki na szwedzkich boiskach były naprawdę trudne, a co bardziej złośliwi komentatorzy bezwzględnie wyliczali jej mecze bez czystego konta, to na ten moment wydaje się, że potencjał tej golkiperki najbardziej realnie ocenił selekcjoner reprezentacji Finlandii Marko Saloranta, który najpierw niespodziewanie powołał ją na zgrupowanie kadry, a następnie dał szansę debiutu w barwach Helmarit. I jeśli tylko dyspozycja Koivunen utrzyma się przynajmniej na obecnym poziomie, to może okazać się, że był to zaledwie wstęp do naprawdę inspirującej historii.

Skoro dotknęliśmy już inspiracji i nieoczywistych bohaterek, to robimy niesamowicie płynne przejście do Ellen Löfqvist. 26-letnia stoperka postawiła na Bravida Arenie prawdziwy mur, stając się w ten sposób jedną z głównych architektek niespodziewanej, pucharowej wiktorii ekipy z Piteå. A ponieważ w lidze wcale nie prezentowała się gorzej, to i nominacja do drużyny miesiąca wleciała jak najbardziej zasłużenie. Kontrowersji nie powinno wzbudzić także wyróżnienie dla Sary Olai, która zgodnie z tradycją do swoich walorów defensywnych dorzuciła postanowiła dorzucić w bonusie także gole i asysty. Co jednak niezwykle istotne, w najmniejszym stopniu nie odbyło się do kosztem bezbłędnej realizacji podstawowych założeń. Na koniec pozostaje nam Halimatu Ayinde, którą fani Damallsvenskan przez lata zdążyli poznać jako niezwykle solidną defensywną pomocniczkę. Potrzeba nie od dziś jest jednak matką wynalazków, a kontuzja i przedłużająca się rekonwalescencja Rebecki Knaak, ciąża Emmy Berglund i wreszcie przenosiny do Portland Isabelli Obaze sprawiły, że 29-latka z Nigerii stała się niespodziewanym elementem najbardziej szczelnego bloku obronnego na szwedzkich boiskach, a doświadczenie wyniesione z gry na szóstce okazało się działać wyłącznie na jej korzyść.

W Malmö jak dotąd bezbłędnie funkcjonuje absolutnie każdy element układanki trenera Kjetselberga, ale to w szeroko rozumianej drugiej linii możemy dostrzec zdecydowanie najwięcej ewidentnych przewag Rosengård nad ligowymi konkurentkami. Wyczyny Momoko Tanikawy szczegółowo opisujemy na bieżąco, więc w tym miejscu – tak samo jak przed miesiącem – ograniczymy się jedynie do informacji, że nastolatka z Japonii ani trochę nie zwalnia i wciąż bawi się na kolejnych stadionach Damallsvenskan jak na prywatnym placu zabaw. Swego rodzaju niespodzianką jest jednak ewidentny wystrzał formy Caroline Seger, która najwyraźniej nie zamierza ograniczać się wyłącznie do roli liderki mentalnej. Trapiona w ostatnich miesiącach kontuzjami 240-krotna reprezentantka Szwecji swoją wartość pokazywać chce przede wszystkim na boisku i jeśli tylko zdoła podtrzymać majową dyspozycję, to zarówno nam, jak i kolejnym rywalkom FCR, pozostanie jedynie zamilknąć, klaskać i podziwiać tę legendarną zawodniczkę. Tercet ze stolicy Skanii domyka nam Olivia Holdt, która wraz ze swoją imienniczką Schough otworzyła na lewej flance Rosengård swoisty serwis all-inclusive i choć indywidualna nominacja trafia ostatecznie w ręce 22-letniej Dunki, to w pewnym uproszczeniu możemy traktować ją jak wyróżnienie kolektywne. W sercu środka pola znalazło się miejsce dla kreatorki gry Häcken Filippy Curmark, dzięki której fani z Hisingen nie muszą już tęsknić ani za Filippą Angeldal, ani tym bardziej za Elin Rubensson. Sympatycy mistrzowskiego Hammarby mogą natomiast nieco głębiej odetchnąć, bo indywidualne popisy pozyskanej zimą z norweskiego Rosenborga Anny Jøsendal zdecydowanie pozwoliły obrończyniom tytułu zminimalizować poniesione w początkowej fazie sezonu straty. A gdyby tylko fortuna postanowiła choć troszkę częściej sprzyjać pochodzącej z Vestland skrzydłowej, to w Södermalm rozpoczynaliby obecną przerwę reprezentacyjną w jeszcze bardziej optymistycznych nastrojach. Większych powodów do zmartwień nie mają za to w Djurgården, a jedną z osób za ten stan rzeczy w pierwszej kolejności odpowiedzialnych jest niewątpliwie Aleksandra Łobanowa, która regularnie daje nam tej wiosny przykład tego, jak powinna we współczesnym futbolu wyglądać prawa wahadłowa w wersji premium.

Strzelała jak na zawołanie w Kalmarze i po przenosinach do Kristianstad niewiele się w tej kwestii zmieniło. Tabby Tindell nie zalicza się prawdopodobnie do grona najbardziej efektownie grających napastniczek, ale gdy tylko złapie właściwy dla siebie rytm, to jest po prostu gwarantem naprawdę przyzwoitych liczb dla każdego klubu, w barwach którego akurat przyjdzie jej występować. A to właśnie za skuteczność oraz umiejętność wykańczania akcji powinniśmy rozliczać ofensywne piłkarki w pierwszej kolejności, wszak w takim Göteborgu na styl gry Christen Press nikt jakoś przesadnie głośno nie narzekał.


Ławka rezerwowych

may_res

Bramka: Maja Bay (Växjö)

Obrona: Eva Nyström (Hammarby), Julia Olsson (Bromma), Anna Sandberg (Häcken)

Pomoc: Kayla Adamek (Vittsjö), Nellie Lilja (Djurgården)

Atak: Tanya Boychuk (Vittsjö), Hlin Eiriksdottir (Kristianstad)

Nowe porządki w regionie

AP7I7280-2000x1333

Derby wygrane, Norrköping już oficjalnie numerem jeden w regionie (Fot. Bildbyrån)

Była 49. minuta derbowego starcia na Platinumcars Arenie, kiedy Vesna Milivojevic dośrodkowała z narożnika boiska, a zamykająca akcję na dalszym słupku Samantha Cary z najbliższej odległości wpakowała futbolówkę do siatki Cajsy Andersson. Ten pierwszy w seniorskiej piłce gol absolwentki uniwersytetu w Iowa okazał się być absolutnie wyjątkowy, gdyż to właśnie za jego sprawą Norrköping wreszcie pokonał w oficjalnym starciu bardziej utytułowanego, lokalnego rywala, potwierdzając w ten sposób fakt zmiany warty na szczycie klubowej hierarchii w regionie Östergötland. Z dzisiejszej perspektywy nie sposób przewidzieć, czy niepozorna, majowa sobota rzeczywiście okaże się kolejnym kamieniem milowym w drodze do upragnionych medali, ale – jak solidarnie zapowiadały po końcowym gwizdku zarówno uradowana strzelczyni, jak i kapitanka My Cato – w IFK zaczyna wykluwać się coś naprawdę interesującego i niesamowitym przywilejem jest być częścią tej przygody. Co ciekawe, Samantha Cary podkreśliła, iż dokładnie takie rozegranie stałych fragmentów gry ćwiczone było w minionym tygodniu wielokrotnie, a zwycięski gol żadną miarą nie był wyłącznie kwestią przypadku. Podobnie zresztą, jak ostre, prostopadłe podania bezpośrednio za plecy trzyosobowego bloku defensywnego LFC, które szczególnie w pierwszej połowie wprowadzały mnóstwo zamieszania w poczynaniach ekipy trenera Roldana. Kapitalną partię rozgrywała w tej materii przede wszystkim Fanny Andersson, która jednym błyskiem geniuszu potrafiła wypuścić na czyste pozycje zarówno Sarę Kanutte, jak i Sabinę Ravnell, którym z kolei do pełni szczęścia zabrakło dosłownie centymetrów. Obiektywnie trzeba więc powiedzieć, że trzy punkty zapisała na swoim koncie drużyna bardziej aktywna i tego dnia lepsza piłkarsko, choć kto wie, jak potoczyłoby się to spotkanie, gdyby jeszcze przed przerwą jedną ze swoich okazji na gola zamieniły gościnie z Linköping. Najbliżej doprowadzenia tej misji do pozytywnego z perspektywy LFC zakończenia była amerykańska rekonwalescentka Delaney Baie Pridham, ale jej strzał ofiarnie wyblokowały defensorki z Norrköping. A skoro jesteśmy już przy ekwilibrystycznych interwencjach zawodniczek z pola, to nie sposób nie docenić wyczynu reprezentantki Filipin Angeli Beard, która w samej końcówce aż dwa razy zatrzymała futbolówkę niechybnie zmierzającą do siatki swojego zespołu. Tym samym pieczątki na zwycięstwie IFK nie zdołała postawić rezerwowa tego dnia Elsa Burvall, ale po chwili już mało kto w ogóle o tym pamiętał, bo wraz z końcowym gwizdkiem rozpoczęła się w pełni zasłużona celebracja i smakowanie tej iście wyjątkowej w historii ubiegłorocznego beniaminka chwili.

Powiedzmy sobie szczerze: Hammarby nie ma ostatnimi czasy szczęścia w sytuacjach stykowych. Fani Bajen mogli przeżywać na Bravida Arenie prawdziwe déjà vu, bo zupełnie jak przed tygodniem Anna Jøsendal pocelowała ze stojącej piłki w obramowanie bramki rywalek, a pierwszy gol dla Häcken był bezpośrednim następstwem walki o piłkę pomiędzy Bellą Andersson, a Felicią Schröder, którą to zdecydowanie nie wszyscy sędziowie rozpatrywaliby w kategoriach przewinienia defensorki ze stolicy. Co więcej, to drużyna trenera Sjögrena pokazała nam tego popołudnia nieco więcej konkretów i choć cały, toczony na przyzwoitej intensywności mecz, był klasycznym widowiskiem falującym, to jednak okresy lepszej gry gościń z Södermalm okazały się, tymi podczas których na murawie robiło się zdecydowanie ciekawiej. Niewątpliwym plusem po stronie Häcken było za to wygranie rywalizacji o dominację w środku pola, która to według przedmeczowych zapowiedzi miała okazać się jednym z istotnych kluczy do końcowego zwycięstwa. Harująca przez cały mecz w drugiej linii Filippa Curmark wzięła na siebie rolę kreatorki gry i zupełnie jak w nieodległej przeszłości robiły to na boiskach Damallsvenskan Jelena Cankovic, czy Yuka Momiki, niemal każdym kontaktem z piłką wyznaczała rytm, w którym ekipa z Hisingen konstruowała swoje ofensywne akcje. W tych poczynaniach dzielnie sekundowała jej także autorka kluczowego gola Johanna Fossdalsa, a osobne brawa należą się również liderce formacji defensywnej Josefine Rybrink, która – podobnie jak wspomniana już Angela Beard oraz Sura Yekka z Djurgården – skutecznie przekonała nas o tym, że najbardziej spektakularne, piłkarskie interwencje wcale nie muszą być wyłącznie dziełem bramkarek.

Kreatywnie, odważnie i z polotem – te słowa zdecydowanie nie opisują tego, jak w bieżącą kampanię ligową weszły piłkarki z Kristianstad, ale nie da się ukryć, że każdy upływający tydzień zdaje się działać na ewidentną korzyść ekipy trenera Angergårda. Piąte tej wiosny wyjazdowe zwycięstwo okazało się o tyle cenne i wartościowe, że KDFF przywiozły je z mało gościnnej ostatnimi czasy Brommy, gdzie swoją siedzibę ma przecież rewelacja pierwszej fazy rozgrywek. Tym razem rola BP ograniczyła się jednak do bycia mało wyrazistym tłem dla ewidentnie nabierającego tempa rywala i choć cała zabawa rozpoczęła się od koronkowej akcji tercetu Blom – Andrup – Hjelm, to później na placu gry istniał tak naprawdę jeden zespół. Malkontenci będą zapewne podnosić, że podstawową strategią w arsenale KDFF wydaje się być długa piłka na Tindell, lecz skoro to właśnie te najprostsze środki przynoszą zdecydowanie najlepsze efekty, to po co w ogóle głębiej kombinować? Tym bardziej, że mocno krytykowana jeszcze kilka tygodni temu snajperka z Florydy ewidentnie zdaje się odnajdywać swój charakterystyczny, boiskowy flow, a obsługujące ją w pierwszej kolejności Emma Petrovic oraz Carly Wickenheiser doskonale widzą, jak zrobić z tego najlepszy możliwy użytek. Dodajmy do tego świetnie wywiązujący się ze swoich zadań ofensywny duet rodem z Islandii, powracającą do gry liderkę drugiej linii Emmi Alanen i dostaniemy odpowiedź jakim sposobem Kristianstad całkowicie niepostrzeżenie wdrapał się nam na ligowe podium pomimo ewidentnych problemów, których to nawiasem mówiąc nie udało się jeszcze jakkolwiek rozwiązać. O medalach i zaszczytach nie myślą póki co w AIK, ale zwycięski mecz o sześć punktów przeciwko Örebro niewątpliwie wlał sporo optymizmu w serca kibiców beniaminka z Solnej. Tym bardziej, że skromne 1-0 ani trochę nie oddaje skali totalnej dominacji stołecznych Gryzoni, które po wyrównanym pierwszym kwadransie sprowadziły starcie sąsiadów w ligowej tabeli do ruchu wybitnie jednokierunkowego, oczywiście w kierunku bramki Clary Ekstrand. Na stadionie w Malmö obyło się bez niespodzianek, choć pod nieobecność Momoko Tanikawy sympatycy Rosengård aż do 43. minuty czekali na pierwszy celny strzał swoich ulubienic w rywalizacji z nieobliczalnym Piteå. Worek z bramkami od razu rozwiązała jednak Olivia Holdt, a po przerwie o spokojną końcówkę zadbały przede wszystkim doświadczone liderki w osobach Caroline Seger oraz Olivii Schough. Zaskoczeń nie odnotowano także w derbach Skanii, gdzie Tunturi, Adamek oraz Boychuk bez większych zawirowań rozklepały beniaminka z Trelleborga, który bardziej niż jakikolwiek inny zespół potrzebuje w tej chwili nieco dłuższego oddechu na reprezentacyjne granie.


Komplet wyników:


Klasyfikacje indywidualne:


Klasyfikacje drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2


#pokolejce

awds8

Wiele do stracenia

fvn8ycgx0aenczm-4129337628-e1683635404414

W poprzednim sezonie kibiców przybyłych na Bravida Arenę ze Sztokholmu uciszył zwycięski gol Rosy Kafaji (Fot. Bildbyrån)

Pamiętacie ten słynny kadr sprzed niemal dwunastu miesięcy, kiedy to Rosa Kafaji z Anną Sandberg w niezwykle sugestywny sposób uciszały szczelnie wypełniony sektor kibiców Hammarby na Bravida Arenie? Wtedy jedno, magiczne mgnienie dwójki cudownych dzieci z Hisingen sprawiło, że komplet punktów pozostał w Västergötland, a Häcken doścignął w przejściowej tabeli swojego najgroźniejszego rywala w mistrzowskim wyścigu. Jutro stawką będzie teoretycznie nieco mniej eksponowany fotel wiceliderek, ale chyba jeszcze bardziej istotny jest fakt, że wobec bardzo prawdopodobnego zwycięstwa Rosengård nad Piteå, ewentualna strata punktów przez któregokolwiek z przedstawicieli grupy pościgowej może oznaczać dalsze powiększenie dystansu do konsekwentnie uciekających reszcie stawki piłkarek z Malmö. A historia naszej ligi pokazuje przecież nadzwyczaj dobitnie, że remisy i porażki z pierwszej części sezonu, najmocniej zaboleć potrafią gdzieś w okolicach ostatniej dekady października. W obu zainteresowanych klubach tę lekcję zresztą na własnym przykładzie przerobić już zdążyli, więc możemy w ciemno zakładać, że obie ekipy wyjdą na murawę Bravida Areny w pełni świadome tego, że tego popołudnia wygrać można naprawdę wiele, ale przegrać po stokroć więcej. A to już brzmi jak całkiem sympatyczna zapowiedź rywalizacji dwóch godnych siebie rywali. Tym bardziej, że w obu obozach wyraźnie dostrzegamy chęć wyrównania niedawnych rachunków; w Hisingen bardzo chcieliby się zrewanżować za przegrany w bezpośrednich bojach z Hammarby dublet, zaś w Södermalm wciąż żywa jest pamięć o niedawnym półfinale Pucharu Szwecji, a poza tym Bajen ani razu nie potrafiły jeszcze zwyciężyć na terenie swoich najbliższych rywalek od czasu, gdy te ostatnie przeprowadziły się na Bravida Arenę z centrum Göteborga.

Hit kolejki pozornie wskazać zatem dość łatwo, choć z drugiej strony… każdy, kto choć w minimalnym stopniu pamięta ubiegłoroczną otoczkę derbów Östergötland, mógłby wnieść do tej dyskusji naprawdę ciekawą perspektywę. A argumenty za tym, że to w Norrköping puls stadionu będzie w ten weekend bił zdecydowanie najszybciej, wydają się być oparte na całkiem solidnych fundamentach. Jasne, trener Roldan od początku rozgrywek sprawia wrażenie człowieka mocno zagubionego, a odejście Yuki Momiki do angielskiego Leicester – zgodnie zresztą z naszą przedsezonową zapowiedzią – okazało się być początkiem końca tamtego, sygnowanego nazwiskiem trenera Jeglertza Linköping, ale z drugiej strony nie powinniśmy się w tej słusznej skądinąd krytyce zapędzać zbyt daleko. Wszak już w meczu przeciwko Djurgården Lwice prezentowały naprawdę solidny i przemyślany futbol, Alva Selerud dosłownie za moment może stać się jednym z najbardziej gorących nazwisk ligi, a królowa (Cornelia Kapocs) i wicekrólowa (Cathinka Tandberg) strzelczyń z poprzedniej kampanii prędzej niż później ponownie zaczną trafiać i ani trochę nie zdziwi nas, jeśli przynajmniej jedna z nich pokusi się o mini-serię meczów z golem na koncie. Z drugiej strony mamy jednak wyjątkowo zmotywowaną akurat na ten dzień kapitankę My Cato, perfekcyjnie równoważącą jej entuzjazm Elin Rombing, nieobliczalną Wilmę Leidhammar, wszechstronną i coraz lepiej czującą się na szwedzkiej ziemi Vesnę Milivojevic i wreszcie ewidentnie przedkładającą efektywność nad efektownością Sarę Kanutte. Na trybunach zwycięsko z tej batalii z pewnością wyjdą fani Peking, ale wynik tej kluczowej, boiskowej rywalizacji jest kwestią całkowicie otwartą i jeśli tylko lubicie czuć dreszczyk emocji, to warto w tej parze rozważyć stawianie na underdoga (ktokolwiek by nim nie był). Bo po bezbramkowym remisie w poprzedniej konfrontacji tych ekip, tym razem obie strony ponad wszystko pragną konkretnego rozstrzygnięcia.

W sobotę frapująco zapowiadają się zresztą wszystkie starcia, bo patrzymy na takie AIK oraz Örebro i w obu przypadkach widzimy jeden, wielki znak zapytania. Gryzonie z Solnej chwilami prezentują się tak, jakby mentalnie wciąż funkcjonowały w realiach Elitettan, ale gdy już zaczynamy w nie wątpić, to Grabus, Sjöström, czy Reidy odpalają takie rakiety, że nagle myślenie odwraca nam się o sto osiemdziesiąt stopni. Jakkolwiek surrealistycznie to brzmi, beniaminek potrafił w samej końcówce zepchnąć do defensywy takie zespoły jak Häcken oraz Linköping i choć efektów punktowych nie było z tego żadnych, to AIK jak najbardziej zaprezentował się nam wówczas jako pełnoprawny pierwszoligowiec. A Örebro? O tym przypadku również można byłoby napisać kilka pokaźnych, naukowych publikacji, a ich wspólną konkluzją i tak byłoby stwierdzenie, że ekipa trenera Johanssona ani trochę nie zasłużyła na to, by aż sześć z siedmiu rozegranych tej wiosny ligowych meczów kończyć z czerwonym kwadracikiem w tabeli. Wiele sprzecznych przemyśleń niesie za sobą także analiza szans w rywalizacji Brommy z Kristianstad, bo o ile jeszcze dwa tygodnie temu zdecydowanie korzystniej prezentowały się zawodniczki z zachodniego Sztokholmu, o tyle w miniony weekend ofensywa KDFF nareszcie sprawiała wrażenie formacji rozumiejącej co i jak ma grać, a długo wyczekiwany powrót na boisko Emmi Alanen powinien zapewnić odpowiednią jakość także w środku pola, gdzie wreszcie da się przynajmniej w pewnym stopniu odciążyć i uwolnić Carly Wickenheiser. W niedzielę na mecz do Växjö wybierze się stołeczny Djurgården i tutaj również oglądać będziemy próbę odczarowania niełatwego i zarazem wybitnie niegościnnego terenu przez zespół ze stolicy. Czy Duma Sztokholmu poradzi sobie ze swoim zadaniem lepiej niż Hammarby? A może efekt będzie w obu przypadkach dokładnie taki sam? Ligowe granie zamkną nam derby Skanii, choć trzeba od razu zaznaczyć, że przynajmniej na tę chwilę rywalizacja Vittsjö z Trelleborgiem nie generuje jeszcze aż tak znaczącego ładunku emocjonalnego, jak wiele innych bezpośrednich konfrontacji drużyn z tego regionu. Faworytkami będą oczywiście gospodynie, choć pogarszająca się z każdym upływającym tygodniem sytuacja kadrowa zdecydowanie nie ułatwia Jonasowi Axeldalowi życia na początku swojej jak dotąd najpoważniejszej, trenerskiej przygody.

md8

Gra o spokój i dobry humor

25ZloWzWOyIaAiFpa3wRUOxUjKleQ-REGULAR

Ellen Wangerheim ma szansę stać się w najbliższej przyszłości ważnym elementem pierwszej reprezentacji (Fot. Michael Erichsen)

W ostatnich miesiącach zaczęliśmy powoli przyzwyczajać się do faktu, iż konferencje z udziałem szwedzkiego selekcjonera cechuje w pierwszej kolejności przewidywalność. Tym razem od utartego schematu udało się jednak w jakimś stopniu wyłamać, choć złośliwi nie bez racji podkreślają, że z fetowaniem obecności na liście nieoczywistych nazwisk powinniśmy wstrzymać się przynajmniej do czasu ich realnego debiutu w kadrze. Bo przecież za późnej Sundhage wielokrotnie przekonaliśmy się, że od wysłanego trochę dla świętego spokoju powołania, do otrzymania realnej szansy na zaprezentowanie swoich umiejętności w warunkach meczowych, droga bywa często niezwykle wyboista i kręta. Zawodniczki pokroju Ellen Wangerheim, My Cato, czy wreszcie wracająca do składu Gerhardssona po dłuższej przerwie Anna Sandberg na swoją szansę solidnie jednak zapracowały i nawet jeśli na przykład kapitanka Norrköping na murawę przepięknego stadionu w Dublinie w wyjściowej jedenastce raczej nie wyjdzie, to już sama ich obecność na majowo-czerwcowym zgrupowaniu może być sygnałem, że dobra postawa na ligowych boiskach nie pozostaje jednak całkowicie niezauważona. A przecież właśnie w tym temacie zgłaszaliśmy ostatnio pod adresem reprezentacyjnego sztabu najwięcej pretensji. Co ciekawe, szczególnie wyjątkowe emocje wzbudziła dziś nie którakolwiek z absolutnych debiutantek, lecz 31-letnia defensorka Kansas City Current. I jest to w pełni zrozumiałe, gdyż ambicja i determinacja to słowa, które chyba najtrafniej podsumowują całokształt kariery Hanny Glas. Na teraz postawimy jednak w tym miejscu kropkę, gdyż akurat ta kwestia zasługuje przynajmniej na osobny akapit w okresie, kiedy to kadra znajdować się będzie w ścisłym centrum naszej uwagi.

Stawką dwumeczu z Irlandią może okazać się przede wszystkim… spokój i dobre samopoczucie całego piłkarskiego środowiska w Szwecji. Spokój, ponieważ dwa zwycięstwa zagwarantują naszej kadrze występy w dywizji A kolejnej edycji Ligi Narodów, a to z niej wiedzie zdecydowanie najkrótsza ścieżka na brazylijski mundial, na który dotrze ostatecznie zaledwie dwunastu przedstawicieli Europy. Do realizacji tego celu teoretycznie przybliżyłaby nas również pojedyncza wygrana lub dwa remisy, ale taki scenariusz oznaczałby praktycznie koniec marzeń o wywalczeniu bezpośredniej kwalifikacji na przyszłoroczne EURO. Co zaś się tyczy pozytywnego samopoczucia i podbicia osławionego już morale, to po serii rozczarowujących występów zawzięcie poszukują go zarówno Szwedki, jak i Irlandki. Obie ekipy nie przystępowały oczywiście do grupowej rywalizacji w roli faworytek, ale cztery kolejne mecze bez zwycięstwa sprawiłyby, że któraś z nich znalazłaby się nagle w położeniu, w którym pod żadnym pozorem w żadnym momencie nie chciała się znaleźć. A zamiast zarządzać poważniejszym kryzysem, zdecydowanie lepiej, taniej i bezpieczniej w ogóle go nie prokurować. I z tym oczywistym przesłaniem pozostawiamy zarówno naszego selekcjonera, jak i ogłoszoną przed niego kilkanaście godzin temu kadrę.

irl1

irl2