Co by tu jeszcze spieprzyć, LFC?

lucie roubickova

Grająca w osłabieniu praska Sparta metodycznie wypunktowała bezproduktywny i bezbarwny Linköping (Fot. Lucie Roubickova)

Nie pomógł atut własnego boiska, nie pomogła gra w przewadze przed ponad dziewięćdziesiąt minut, nie pomogła wreszcie całkiem pokaźna liczba oddanych strzałów w kierunku bramki Somei Polozen – piłkarki z Linköping podtrzymały najnowszą, szwedzką tradycję i już na pierwszej przeszkodzie zakończyły swój marsz ku fazie grupowej Ligi Mistrzyń. Fanów LFC w sposób szczególny niepokoić może jednak nie sama porażka z wicemistrzyniami Czech, lecz fakt, iż pod przywództwem hiszpańskiego szkoleniowca Rafaela Roldana drużyna będąca w poprzedniej kampanii prawdziwą rewelacją Damallsvenskan, od kilku miesięcy funkcjonuje bez jakiegokolwiek pomysłu czy planu naprawczego. Choć po wznowieniu ligowych zmagań Linköping mierzył się głównie z rywalkami zamieszanymi w walkę o utrzymanie na pierwszym poziomie rozgrywkowym, nie potrafił rozstrzygnąć na swoją korzyść żadnego z tych meczów. Jasne, przewaga nad strefą spadkową wciąż jest względnie bezpieczna, a w końcu nawet z czystego przypadku długo wyczekiwane przełamanie nadejdzie, ale przez lata w Östergötland zdążyli się jednak przyzwyczaić do nieco innych standardów. Te ostatnie musiały jednak ustąpić miejsca radosnej prowizorce i tylko szkoda, że tak naprawdę na koniec dnia absolutnie nikomu nie jest do śmiechu.

Toczony we wrześniowym upale mecz przeciwko ekipie z Pragi z perspektywy trybun postanowiło obejrzeć zaledwie pół tysiąca fanów, co już samo w sobie obrazuje skalę zniechęcenia futbolem w obozie LFC. Pierwsze minuty boiskowej młócki potwierdzały zresztą, że odpuszczenie tego widowiska wcale nie było aż tak niedorzeczną decyzją, gdyż grająca wolno i schematycznie Sparta szybko przejęła kontrolę nad meczem, a ofensywne wypady Michaeli Khyrovej oraz Nathalie Beckman skutecznie wiązały defensywę Linköping, zmuszając ją do poruszania się przede wszystkim w najbliższym sąsiedztwie własnej szesnastki. Nie przynosiło to wprawdzie ani goli, ani nawet klarownych sytuacji, ale nikt z postronnych obserwatorów nie mógł mieć wątpliwości, że to gościnie z Czech prezentują zdecydowanie wyższą kulturę gry i to za ich przyczyną na murawie w ogóle działo się cokolwiek. Wtedy nadeszła jednak 32. minuta i jak w kalifornijskich serialach okazała się ona chwilą, która odwróciła bieg wydarzeń. Jedno kilkudziesięciometrowe, prostopadłe podanie Nellie Karlsson, jeden błysk jakości Eshley Bakker i stoperka Sparty Eliska Sonntagova musiała ratować się faulem taktycznym, za który jak najbardziej słusznie przyszło jej obejrzeć czerwoną kartkę. Wprawdzie Vilma Koivisto koncertowo zmarnowała wyborną okazję, jaką niewątpliwie stanowił bity na wprost bramki Polozen rzut wolny z dwudziestego metra, ale dla wszystkich stało się jasne, że oto od teraz zawodniczkom z Linköping powinno grać się łatwiej. Przewidywania te okazały się zresztą jak najbardziej zasadne, a gdy tuż po wznowieniu gry mająca wreszcie nieco więcej przestrzeni na swoim lewym wahadle Angela Beard wyprowadziła swój zespół na prowadzenie, mogliśmy oczekiwać, że tę zaliczkę uda się przynajmniej obronić. Jak się jednak miało już niebawem okazać, nawet tak niewygórowane oczekiwania znacząco rozminęły się z bezwzględną rzeczywistością.

W tym wszystkim trzeba oczywiście podkreślić, że Linköping zdecydowanie mógł, a być może nawet powinien zamknąć to spotkanie w regulaminowych dziewięćdziesięciu minutach. Sytuacje ku temu jak najbardziej były, bo na przykład Aimee Claypole jeszcze przy stanie 1-0 obiła obramowanie bramki Sparty, zaś niezwykle aktywnej po wejściu z ławki Delaney Baie Pridham na przeszkodzie stanęła zbyt pochopnie podniesiona przez białoruską sędzię liniową chorągiewka. Niech każdy z nas zgodnie z własnym sumieniem i światopoglądem odpowie sobie jednak na pytanie, czy okoliczności te rzeczywiście mogą stanowić faktyczne usprawiedliwienie wypuszczenia z rąk meczu, którego wypuścić poważna drużyna żadnym sposobem nie powinna. Bo nawet jeśli założymy, iż gol wyrównujący był sumą przypadku, umiejętnego dokręcenia piłki przez Michaelę Khyrovą oraz fatalnego zachowania duetu Nellie Karlsson – Cajsa Andersson, to cały czas po stronie LFC było wystarczająco wiele aktywów, aby to przedstawicielki Damallsvenskan spokojnie zameldowały się w drugiej rundzie eliminacji. Tyle teorii, gdyż w praktyce to cierpliwie czekające na swoją okazję gościnie z czeskiej stolicy ponownie okazały się w swoich działaniach zdecydowanie bardziej konkretne. Najlepsza na placu gry Khyrova znów urwała się defensorkom z Östergötland, przekazanie krycia okazało się całkowitym fiaskiem, ratująca sytuacją Karlsson nie zdołała uprzedzić nabiegającej z głębi pola Kateriny Kotrcovej i to grająca ewidentnie na własnych zasadach Sparta znalazła się na prowadzeniu. Gospodynie próbowały jeszcze rozpaczliwie odwracać wynik, ale w konsekwencji nadziały się jedynie na kontrę, której efektem były kolejno sytuacyjny faul Noor Eckhoff oraz pewnie wykonany przez Evę Bartonovą rzut karny. Nagrodę w postaci meczu o punkty z francuskim Paris FC jak najbardziej sprawiedliwie wywalczyły sobie zatem wicemistrzynie Czech, a w Linköping po jednodniowej, europejskiej przygodzie znów mogą skupić się na lidze. I lepiej niech faktycznie to zrobią, bo choć zaliczka nad Örebro i AIK wydaje się względnie bezpieczna, to jak dobrze wiemy w życiu pewne są tylko śmierć, podatki i główki Lindsey Horan. A LFC w wydaniu sympatycznego, hiszpańskiego szkoleniowca wiele razy udowadniał nam, że nie istnieje taka robota, której ten zespół nie będzie potrafił efektownie spieprzyć.

lfcspa

Islandzkie strzelanie w Kristianstad

Bez tytułu

Hlin Eiriksdottir, czyli bohaterka jednoznacznie pozytywna (Fot. kdff.nu)

Tempa nie zwalnia lider z Malmö, przynajmniej jeśli chodzi o ilość strzelanych goli. Choć paradoksalnie, na boisku w Solnej zawodniczki trzynastokrotnych mistrzyń Szwecji wcale nie rozegrały wielkiego meczu, oczywiście mając na uwadze ich tegoroczne standardy. Cóż jednak z tego, skoro i tak całą zabawę bez większego wysiłku udało im się zamknąć jeszcze w pierwszej połowie, kiedy to zamieniły na gola dosłownie każdą z wykreowanych sobie okazji bramkowych. Klasą dla siebie raz jeszcze była w drugiej linii Momoko Tanikawa, lecz fanów Rosengård szczególnie ucieszył fakt, iż z cienia młodszej o cztery lata rodaczki wyszła tym razem Mai Kadowaki. Niezmordowana i harująca zawsze dla dobra drużyny napastniczka tym razem wyjątkowo zajęła na boiskowej scenie zdecydowanie bardziej eksponowane miejsce i to jej gwiazda wreszcie rozbłysła w sobotnie popołudnie pełnią blasku. Swój dzienny, strzelecki limit po cichu wypełniła także Rebecca Knaak, która niczym swego czasu Nilla Fischer udowadnia, że obdarzona odpowiednimi warunkami fizycznymi stoperka również może być całkiem poważną kandydatką w wyścigu o snajperską koronę. O ile na stadionie AIK mieliśmy dzień japoński, o tyle w Kristianstad po obu stronach do siatki trafiały wyłącznie Islandki. A ponieważ z największą częstotliwością robiła to Hlin Eiriksdottir, to gospodynie za czwartym podejściem wreszcie wygrały domowy mecz w rundzie rewanżowej. Fenomenalna postawa 23-latki z Reykjaviku przypomniała nam dlaczego w przedsezonowych przewidywaniach jej nazwisko przewijało się nawet w rozważaniach dotyczących ewentualnego tytułu najbardziej wartościowej zawodniczki całej ligi, gdyż tak dysponowana Eiriksdottir to prawdziwy ticket-seller. Fani w Kristianstad ekscytować mogą się także obecnością w kadrze ich ukochanej drużyny dziewiętnastoletniej Katli Tryggvadottir i jeśli tylko – podobnie zresztą jak miało to miejsce wiosną – przebudowana nieco ofensywa KDFF złapie właściwy rytm, to starcia z ekipą trenera Angergårda stanowić będą nie lada wyzwanie nawet dla zespołów z ligowej czołówki.

Nawet jednego gola nie obejrzeli w ten weekend kibice na stadionach w Linköping oraz Luleå, gdzie z gościnnymi występami zawitały piłkarki Piteå oraz Häcken. W obu tych potyczkach statystyki posiadania futbolówki, czy liczby wymienionych podań sugerowałyby dominację papierowych faworytek, lecz nie od dziś wiadomo, że w naszej dyscyplinie cyferki nie zawsze wiernie oddadzą nam obraz boiskowej rywalizacji. Jasne, zarówno Häcken, jak i Linköping, miały na przestrzeni dziewięćdziesięciu minut swoje lepsze momenty, ale na obu arenach zdecydowanie najbardziej klarowną okazję bramkową wykreowały sobie ich rywalki. I tak: Cajsa Andersson z ogromnym trudem sparowała na słupek piłkę uderzoną z dystansu przez Alice Ahlberg, zaś Jennifer Falk mogła tylko bezradnie obserwować, jak Josefin Johansson posyła smakowite ciasteczko w kierunku Tuvy Skoog, a ta jednym zwodem uwalnia się spod krycia, a chwilę później oddaje strzał mogący zapewnić ekipie z Norrbotten komplet punktów. Do pełni szczęścia podopiecznej trenera Carlssona zabrakło ostatecznie kilkunastu centymetrów. Zdecydowanie lepiej swój celownik nastawiła za to Sara Kanutte, a przydało się to o tyle, że Norrköping nieoczekiwanie długo męczył się na terenie czerwonej latarni z Trelleborga. Dublet wypożyczonej ze stołecznego Hammarby napastniczki (asysty odpowiednio Rombing i Handfast) ostatecznie pozwolił sięgnąć piłkarkom IFK po okupione trudem i znojem zwycięstwo, choć jeszcze w doliczonym czasie gry ambitny beniaminek mógł – a nawet powinien – za sprawą Hanny Persson wyrównać stan rywalizacji.

Sporym rozczarowaniem okazały się natomiast oba mecze poniedziałkowe. Derby Sztokholmu jeszcze przed pierwszym gwizdkiem hajpowaliśmy do granic możliwości, a tymczasem Djurgården na pierwszą połowę w ogóle nie dotarł, Cathinka Tandberg w niespełna 180 sekund strzeliła dwa niemal identyczne gole i w zasadzie można było rozchodzić się do domów zanim na dobre zdążyliśmy się rozgrzać. Bezskutecznie poszukujący utraconej, wiosennej formy swoich podopiecznych trener Fernendez spróbował jeszcze desperackiego przejścia na ustawienie z dwoma nominalnymi napastniczkami, ale zarówno Pauline Hammarlund, jak i Mimmi Larsson były jedynie mało wyrazistym tłem na tle niepodzielnie panujących na murawie gościń z Södermalm. Po przerwie obraz meczu wyglądał z perspektywy miejscowych nieco mniej dramatycznie, lecz poskutkowało to jedynie uniknięciem kolejnych strat, bo o jakimkolwiek zaczepieniu się do meczu ani przez moment mowy być nie mogło. Wyjątkowych emocji oraz wzruszeń nie doczekali się także sympatycy futbolu w Växjö, choć w samej końcówce gospodynie sprawiały wrażenie bardziej zdeterminowanych do walki o pełną pulę. Ta nieco odważniejsza taktyka mogła się zresztą niezwykle szybko zemścić, ale sytuacyjny strzał rezerwowej Vittsjö Hanny Ekengren instynktownie sparowała Maja Bay, a zamykająca akcję na dalszym słupku Jaida Nyby zwyczajnie nie zdążyła z dobitką i faktem stał się jeszcze jeden w bezpośredniej rywalizacji tych ekip bezbramkowy remis.


Komplet wyników:


Klasyfikacje indywidualne:


Klasyfikacje drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2


#pokolejce

awds17

Drużyna miesiąca – sierpień

Podstawowa jedenastka

august

Między słupkami stawiamy na solidność i powtarzalność Anny Koivunen, bo choć jej najgroźniejsze konkurentki w osobach Jennifer Falk oraz Earthy Cumings ani trochę nie spuściły z tonu, to jednak 22-tatka z Finlandii swoimi nieszablonowymi interwencjami uratowała Brommie status drużyny w sierpniu niepokonanej. A patrząc zarówno na terminarz, jak i na przebieg poszczególnych spotkań, nie było to bynajmniej aż takie oczywiste. Jeśli jednak potrafisz w niezwykle efektowny sposób zażegnać niebezpieczeństwu w przegranych wydawałoby się sytuacjach, to indywidualne wyróżnienie ani trochę nie może dziwić. Co więcej, systematycznie zwyżkująca od pewnego czasu dyspozycja młodej golkiperki sugeruje, że mówimy tu dopiero o początku czegoś naprawdę spektakularnego.

Rebecca Knaak do regularnej gry wróciła późną wiosną, ale długa rekonwalescencja ani trochę nie wyhamowała kariery legendy Freiburga. Niemiecka defensorka Rosengård wskoczyła wręcz na poziom, którego nie reprezentowała nigdy wcześniej i jakkolwiek zaskakująco to nie zabrzmi – to właśnie ona jest jedną z zawodniczek w pierwszej kolejności prowadzących ekipę z Malmö do czternastego tytułu. I nie mamy tu na myśli wyłącznie walorów defensywnych, gdyż konkretne liczby z przodu jak wpadały, tak wpadają dalej. Całkiem niezły miesiąc ma za sobą także etatowa kadrowiczka Jonna Andersson, która w pierwszej fazie rozgrywek rozkręcała się nadzwyczaj powoli, ale gdy już osiągnęła wysokość przelotową, to Hammarby z miejsca stało się synonimem dynamicznych i trudnych do zatrzymania wahadeł. Zarówno w derbach Östergötland, jak i podczas nadspodziewanie trudnej przeprawy w Trelleborgu, klasą dla siebie okazała się Elin Rombing, niejako potwierdzając niedawno wygłoszoną przez nas tezę o systematycznym progresie wykonanym przez tę zawodniczkę od czasu przyjazdu do Norrköping. Formację obronną uzupełnia Selina Henriksson, czyli jeden z filarów niezwykle trudnej do sforsowania defensywy z Norrbotten. Nominalnie prawą wahadłową ustawiamy niejako z konieczności nieco bliżej sektora centralnego, lecz skoro mamy do czynienia z zawodniczką wyjątkowo wszechstronną, to ów fakt nie powinien stanowić przeszkody w uwolnieniu pełni potencjału 26-latki z Piteå.

W środku pola duet trochę nieoczywisty, choć akurat Emilie Joramo już wczesną wiosną pokazała, że na poziomie Damallsvenskan może okazać się nadzwyczaj klasowym wzmocnieniem. Później u pochodzącej z miejscowości Rennebu piłkarki mogliśmy obserwować serię wzlotów i upadków, ale początek ligowej jesieni zwiastuje chyba nadejście zdecydowanie lepszych czasów. Obok niej przeżywająca w tej chwili swój absolutnie gwiezdny czas Ida Bengtsson, która w potyczkach przeciwko Djurgården ora Örebro zagrała w drugiej linii taką profesurę, że pozostaje jedynie poklaskać i zacmokać z podziwem. Tego typu reakcje stały się już standardem w przypadku Japonki Momoko Tanikawy, która po drobnym urazie oraz olimpijskich wojażach powróciła do ligowego grania i z miejsca na powrót stała się motorem napędowym Rosengård, prowadząc zespół trenera Kjetselberga do bezcennych zwycięstw przeciwko Häcken oraz AIK.

Skrzydła to zazwyczaj strefa przeznaczona dla zawodniczek kreatywnych i zarówno Vesna Milivojevic, jak i Julie Blakstad warunek ten spełniają z nawiązką. Urodzona w Australii reprezentantka Serbii na dobre udowodniła, że dopięty trochę na ostatnią chwilę zimowy transfer okazał się jedną z najlepszych decyzji, jaką kiedykolwiek podjęto w gabinetach klubu z Norrköping. A pamiętajmy, że akurat IFK za ruchy pozaboiskowe zazwyczaj chwalimy, więc takie słowa naprawdę mają w tym przypadku wyjątkową moc. Swój całkiem godny skądinąd kontrakt na dobre spłacać zaczęła także sprowadzona do Hammarby z Manchesteru City Norweżka, imponując przede wszystkim dyspozycją w zwycięskim dla obrończyń tytułu domowym starciu z Linköping, bo jej wyjątkowy, strzelecki popis na Vångavallen klasyfikujemy bardziej jako wypełnienie (całkiem zresztą solidne) spoczywającego na potencjalnych liderkach obowiązku. Jedenastkę zamyka nam Mai Kadowaki, czyli zawodniczka sama dla siebie będąca najbardziej surową recenzentką. Całkiem niedawno filigranowa, 23-letnia snajperka złożyła bowiem zaskakującą samokrytykę, co zresztą spotkało się ze sporym zaskoczeniem zarówno kibiców, jak i trenera Kjetselberga. W sierpniu Kadowaki na dobre wyszła jednak z cienia Olivii Holdt oraz swojej rodaczki Tanikawy i gorąco wierzymy, iż tym razem jej znajdująca odbicie nie tylko w suchych liczbach dyspozycja wystarczy, aby i sama zainteresowana wystawiła sobie nieco bardziej entuzjastyczną recenzję.


Ławka rezerwowych

august_res

Bramka: Jennifer Falk (Häcken)

Obrona: Maya Antoine (Norrköping), Gudrun Arnardottir (Rosengård), Smilla Holmberg (Hammarby), Shannon Woeller (Vittsjö)

Pomoc: Minnea Lassas (Örebro), Therese Åsland (Djurgården)

Atak: Tuva Ölvestad (Bromma)

Wielkie granie w stolicy

dn

Rywalizacja piłkarek Djurgården i Hammarby to w ostatnich latach coś więcej niż zwykły, ligowy mecz (Fot. DN)

Piłkarskie derby Sztokholmu mają rzecz jasna wiele odcieni, ale od pewnego czasu funkcjonujemy w rzeczywistości, w której to właśnie rywalizacja Djurgården z Hammarby wzbudza zdecydowanie najwięcej emocji. I przez długi czas były one pozytywne wyłącznie z perspektywy kibiców pierwszego z wymienionych zespołów, a Mia Jalkerud stała się prawdziwym postrachem każdego, kto choć trochę sympatyzuje z Bajen. Każda seria ma jednak kiedyś swój kres i w poprzedniej kampanii to piłkarki z Södermalm dwukrotnie okazały się o jedno trafienie lepsze od swoich lokalnych rywalek. Oba te mecze były jednak potyczkami niezwykle wyrównanymi, pełnymi boiskowych starć, napięć i ostrej walki o każdy milimetr boiska. Gdyby zakończyły się w inny sposób, nikt nie miałby prawa narzekać na pechowy los, lecz fortuna szerzej uśmiechnęła się wówczas do zielono-białej części szwedzkiej stolicy. Podobnie było także tej wiosny, choć tutaj zwycięstwo podopiecznych trenera Sjögrena było już zdecydowanie bardziej przekonujące i to pomimo faktu, iż po dwóch kwadransach to Djurgården w pełni zasłużenie prowadził na Tele2 Arenie po golu Tove Almqvist. W drugiej połowie swój najlepszy jak dotąd mecz na szwedzkiej ziemi rozegrała jednak Anna Jøsendal, a rozmontowane z niemal inżynierską precyzją rywalki najwyraźniej nie mogły znaleźć na taki obrót spraw jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi. W najbliższy poniedziałek raz jeszcze to Hammarby przystąpi do meczu w roli faworyta, bo choć Therese Åsland niezmiennie dwoi się i troi, to Djurgården u progu ligowej jesieni bynajmniej nie zachwyca. Jeśli jednak odkurzone gwiazdy w osobach Hammarlund czy Larsson kiedyś miałyby się w końcu przełamać, to lepszej ku temu okazji chyba już w tym sezonie nie będzie. Podobnych dylematów nie mają za to w Södermalm, gdzie ofensywny tercet Wangerheim – Blakstad – Tandberg zaczął funkcjonować wręcz znakomicie, a długo wyczekiwany powrót po kontuzji wspomnianej wcześniej Jøsendal tylko otwiera szkoleniowcowi Bajen kolejne opcje. Papier jednoznacznie wskazuje zatem na ekipę przyjezdnych, ale o tym, co pokaże boisko, dowiemy się nie prędzej niż w poniedziałkowy wieczór.

Zapowiadanie meczów z udziałem liderek z Rosengård w tegorocznej kampanii przypomina jak dotąd sytuację z kojarzoną dotychczas raczej z uniwersum męskiego skoku o tyczce. Nie warto bowiem pytać, kto zwycięży, lecz wyłącznie w jak spektakularnym stylu tego dokona. Jasne, dopiero co wspominaliśmy coś o końcach sportowych serii, ale nawet stosunkowo wąska kadra i problemy zdrowotne kilku liderek nie powinny przeszkodzić podopiecznym trenera Kjetselberga w zaksięgowaniu kolejnych trzech punktów po sobotniej wizycie w Solnej. Inna sprawa, że gdyby AIK jakimś niewytłumaczalnym zrządzeniem losu pokusił się o niespodziankę, to byłby to dla ewidentnie znajdującego się w potrzebie beniaminka tak wielki zastrzyk wiary i nadziei, że nie dorównałaby mu w tej materii żadna, nawet najbardziej profesjonalna terapia. Ligowych punktów pilnie potrzebują także w Linköping, Brommie, Växjö i Vittsjö, bo choć na ten moment w żadnym z wymienionych tu ośrodków nie rozdzwoniły się jeszcze syreny alarmowe, to najbliższe tygodnie ów stan rzeczy zdecydowanie mogą zmienić na niekorzyść. Szczególnie, jeśli w niedzielne popołudnie Örebro dopisze się do listy zespołów, które w sierpniu ’24 kolejno wykorzystały niewytłumaczalną żadnymi prawami logiki domową niemoc Kristianstad. Tym razem Pomarańczowa Armia przełamać się już zwyczajnie musi, ale przecież… dokładnie to samo wieszczyliśmy przed tygodniem, gdy do Skanii przyjeżdżał wygodny teoretycznie rywal, który z uśmiechem na ustach odleciał z powrotem do Piteå z trzema nadprogramowymi punktami w bagażu rejestrowanym. A skoro jesteśmy już przy zespole prowadzonym przez trenera Carlssona, to właśnie on sprawdzi, jak szybko (i czy w ogóle) Häcken potrafił podnieść się po porażce w Malmö. Wirtualne wypadnięcie z mistrzowskiego wyścigu wcale nie równa się bowiem temu, iż w Hisingen od teraz nie mają już o co grać, a korespondencyjna rywalizacja z Hammarby o srebrne medale zapowiada się nadzwyczaj frapująco. Choć z dziennikarskiego obowiązku wypada zauważyć, iż to właśnie ekipa prowadzona przez trenera Linda ma w pozostałej do rozegrania części sezonu zdecydowanie bardziej sprzyjający terminarz niż broniące tytułu zawodniczki ze stolicy. Czy to okaże się jednym z czynników decydujących o ostatecznym kształcie ligowego podium. Niewykluczone, wszak Häcken jak mało kto upodobał sobie właśnie wicemistrzostwa i wszelkiej maści drugie lokaty.

md17

Gem, set, mecz, Rosengård

fcrbkh

Kwiecień, czerwiec, czy sierpień – w Malmö punktów nie tracą (Fot. Bildbyrån)

Mecz rundy na samym jej początku? Cóż, czasami bywa i tak. W poniedziałkowy wieczór na stadionie w Malmö gra toczyła się o naprawdę najwyższą możliwą stawkę. Zwycięstwo gospodyń oznaczało, że wyścig o tytuł piłkarskich mistrzyń Szwecji w sezonie 2024 de facto rozstrzygnie się już pod koniec sierpnia, ewentualny triumf gościń sprawiał natomiast, że w grze o tron wciąż pozostaną realnie aż trzy ekipy. Swojej szansy na sukces przyjezdne z Hisingen mogły upatrywać chociażby w absencji kontuzjowanej Olivii Holdt, chociaż powrót jedynej w swoim rodzaju wirtuozki środka pola Momoko Tanikawy zdecydowanie działał już na korzyść Rosengård. Trener Lind od pierwszej minuty posłał natomiast w bój Annę Anvegård oraz Felicię Schröder, a długie, prostopadłe piłki na duet dynamicznych skrzydłowych Bergström – Jusu Bah miały być sposobem na wykorzystanie wolnych przestrzeni w bocznych sektorach boiska. I w szaleństwie tym faktycznie okazała się być metoda, gdyż jedynie kapitalna parada Earthy Cumings w pojedynku oko w oko z Moniką Jusu Bah uchroniła zespół ze Skanii przed utratą pierwszego gola. Gospodynie pod bramkę rywalek zapędzały się tym razem nieco rzadziej, ale gdy już się na taki ruch zdecydowały, to zazwyczaj w polu karnym przyjezdnych kotłowało się jak na Dolnym Manhattanie w godzinach szczytu. Sama Emilia Larsson prawdopodobnie do teraz zastanawia się, jakim cudem udało jej się zakończyć ten mecz bez jakiejkolwiek zdobyczy bramkowej, ale jakąś odpowiedzią z całą pewnością jest tu fenomenalna postawa Jennifer Falk, która najwyraźniej wszelkie osobiste kryzysy zostawiła już daleko za sobą. Popis kunsztu w wykonaniu obu golkiperek sprawił, że pomimo toczonego na naprawdę przyzwoitym tempie spotkania z wieloma okazjami po obu stronach boiska, ostatecznie doczekaliśmy się w Malmö zaledwie jednego trafienia. I ku uciesze miejscowych, zapisaliśmy je na konto Rosengård, który metodycznie wykorzystał ten element piłkarskiego rzemiosła, w którym wydawał się mieć nad rywalkami z Hisingen najbardziej wyraźną przewagę. Stały fragment, Rebecca Knaak zgrywająca futbolówkę spod linii końcowej i główka Gudrun Arnardottir, która praktycznie na dobre zamknęła nam temat mistrzostwa. I choć z oficjalnym ogłoszeniem tej nowiny musimy się jeszcze chwilkę wstrzymać, to gratulacje za wywalczenie czternastego w historii tytułu jak najbardziej możemy już do stolicy Skanii wysyłać. Swedish football is coming home.

Na tle innych dziedzin życia sport ewidentnie wyróżnia się swoją nieprzewidywalnością, ale nawet na naszym podwórku istnieją pewne aksjomaty. Wendie Renard czy Lindsey Horan świetnie grają głową, FC Barcelona taśmowo wygrywa hiszpańską ekstraklasę, Tabitha Chawinga zostaje królową strzelczyń w każdym kraju, w którym się pojawi, a derby Östergötland poziomem emocji, dramaturgii i atmosfery na trybunach są wydarzeniem wykraczającym daleko poza skalę lokalną. Nie inaczej było także w miniony weekend, kiedy to ekipy z Linköping oraz Norrköping spotkały się na Bilbörsen Arenie. Starcie derbowych rywalek miało w sobie absolutnie wszystko, czego mógł oczekiwać od niego neutralny kibic i trudno oprzeć się wrażeniu, iż to właśnie niezaangażowani po żadnej ze stron fani mieli po ostatnim gwizdku zdecydowanie najwięcej powodów do zadowolenia. Podział punktów w stu procentach nie usatysfakcjonował bowiem ani gospodyń, ani tym bardziej gościń, które zresztą miały chyba prawo odczuwać szczególny niedosyt. Bo choć boiskowa rywalizacja na zasadzie przypływów i odpływów przenosiła się swoim ciężarem z jednej połowy boiska na drugą, to Norrköping był w swoich poczynaniach dokładniejszy i zdecydowanie bardziej konkretny. W pierwszej połowie podopieczne trenera Fredheima nadziały się jednak na klasyczny wypad LFC, który premierowym golem na szwedzkich boiskach uświetniła pozyskana tego lata z angielskiego Lewes Aimee Claypole, a gdy po przerwie losy rywalizacji udało im się wreszcie odwrócić, to w samej końcówce skutecznie ukłuła je weteranka derbowych potyczek Emma Lennartsson, wykorzystując doskonałe przedłużenie dośrodkowanej w pole karne futbolówki przez Malin Brenn. Fani z Norrköping mogli pocieszać się faktem, iż kapitalne zawody rozegrała na prawej flance defensywy Elin Rombing (gol + asysta), że znów świetną robotę wykonała w środku pola Vesna Milivojevic, a stanowiący nie tak dawno pewien znak zapytania duet zza Atlantyku (Antoine – Cary) raz jeszcze potwierdził swoją pierwszoligową wartość. Do pełni szczęścia zabrakło jednak wyłącznie jeszcze jednego gola, który momentami wydawał się być wyłącznie kwestią czasu. Wszak po próbach Sabiny Ravnell oraz Wilmy Leidhammar futbolówka zatrzymywała się przecież na obramowaniu bramki LFC. Strzał w słupek lub poprzeczkę w statystykach klasyfikujemy jednak jako niecelny, z czego sympatycy Peking od teraz już na pewno będą zdawać sobie sprawę.

Na dwóch arenach spotkały się ekipy błąkające się gdzieś w okolicach kresek oznaczających degradację lub baraże o utrzymanie. I w obu tych potyczkach drużyna uciekająca okazała się ostatecznie o jednego gola lepsza od tej goniącej, choć po prawdzie, ani Bromma, ani tym bardziej Vittsjö, z przebiegu gry na komplet punktów zdecydowanie nie zasłużyły. Tyle tylko, że urządzający się powoli w dolnych rejonach tabeli duet Örebro – AIK, ewentualne pretensje może zgłaszać wyłącznie pod własnym adresem. Bo jeśli na dwadzieścia minut przed końcem spotkania masz korzystny wynik i stwarzasz sobie kolejne sytuacje, aby ten mecz definitywnie zamknąć, to wina za ewentualną stratę punktów leży całkowicie po swojej stronie. Piłkarki z Solnej całkowicie pokpiły jednak temat i nie dość, że przerosła je sztuka skierowania futbolówki do pustej bramki, to jeszcze – być może na fali zakończonych niedawno Igrzysk w Paryżu – we własnej szesnastce zaczęły grać w ping ponga, wspaniałomyślnie podarowując tym samym przeciwniczkom ze Skanii bilet powrotny do meczu. Na Grimsta Idrottsplats piłki meczowe miały z kolei na nodze Katla Thorthardottir oraz Maja Bodin, ale sposób na pierwszą (niesamowicie zresztą efektowny) znalazła Anna Koivunen, a druga – jak sama zresztą samokrytycznie stwierdziła – w wybornej sytuacji zbyt długo myślała zamiast działać. A później sprawy w swoje ręce nogi wzięła już Aslaug Sigurbjörnsdottir i doskonale znany ostatnimi czasy w Örebro protokół 0-1 został odpalony na nowo. W Kristianstad mieliśmy doczekać się przełamania podopiecznych trenera Angergårda, lecz to gościnie z Piteå koniec końców lepiej poradziły sobie z niesprzyjającą statystyką, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów wywożąc ze wschodniej Skanii komplet punktów. Zwycięstwo zapewnił im przepiękny gol autorstwa Seliny Henriksson, ale równie ogromną cegiełkę do bezcennego triumfu dołożyła także golkiperka PIF Moa Öhman, na dobre chyba uciszając tych, którzy początkowo bardzo wokalnie podważali jej miejsce w wyjściowej jedenastce. Co ciekawe, kolejny bezbarwny (i to mówiąc bardzo delikatnie) występ zanotowała ubiegłoroczna liderka drużyny z Norrbotten Anam Imo i nie mamy tu na myśli wyłącznie fatalnie wykonanego rzutu karnego, gdyż problem z dyspozycją byłej reprezentantki Nigerii zdaje się mieć zdecydowanie głębsze podstawy. Coraz więcej powodów do niepokoju mają także w Djurgården, bo choć niezawodna Therese Åsland raz jeszcze nie żałowała sił i energii, aby poprowadzić swój zespół do domowego zwycięstwa, to w realizacji tych planów najpierw przeszkodziła jej niewytłumaczalna indolencja strzelecka Mimmi Larsson, a następnie szkolny błąd w kryciu przy rzucie rożnym, w wyniku którego swój moment chwały miała debiutująca tego dnia na boiskach Damallsvenskan Vasiliki Giannaka. Dziewiętnastoletnia Greczynka przedstawiła się nam zatem w najlepszy możliwy sposób i nic dziwnego, że rozwój jej kariery zamierzamy od teraz obserwować zdecydowanie bardziej czujnym okiem.


Komplet wyników:


Klasyfikacje indywidualne:


Klasyfikacje drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2


#pokolejce

awds16

Runda wielkich wyzwań

455836879_18458447032056676_5344204380015442988_n

W Kristianstad znów trzeba kombinować, jak wstać z kolan po ligowym falstarcie (Fot. Michael Smolski)

Pamiętacie jeszcze może sam początek tegorocznej, ligowej kampanii? Wiadomo, mówimy tutaj o całkiem niedawnej przecież przeszłości, ale jednak w maksymalnie przebodźcowanym świecie wczesna wiosna z pewnością jawi się wielu z nas jako fragment cokolwiek odległej rzeczywistości. W każdym razie, mniej więcej wtedy głośno zastanawialiśmy się, jak wyglądać będzie w Kristianstad życie po trwającej nieprzerwanie przez piętnaście długich lat erze Elisabet Gunnarsdottir. Młody trener Daniel Angergård sprawiał wrażenie pozytywnie zmotywowanego, ale zderzenie nawet nie tyle z żywą legendą poprzedniczki, co z pierwszoligową codziennością, okazało się dla prowadzonego przez niego zespołu nadzwyczaj bolesne. Ekipa z północno-wschodniej Skanii zaliczyła więc klasyczny falstart, ale im dłużej trwał sezon, tym bardziej wspomnienie to odchodziło w zapomnienie, ustępując miejsca nieukrywanemu podziwowi. Kristianstad w każdy kolejnym wydaniu podobał nam się coraz bardziej, nawet jeśli początkowo sami trochę wzbranialiśmy się przed zwerbalizowaniem tego oczywistego faktu. Ewidentnego progresu nie zdołały zahamować nawet urazy kluczowych wydawałoby się ogniw w osobach Any Sayer, czy Emmi Alanen, a wybitna postawa w dwumeczu przeciwko Häcken stanowiła ostateczne potwierdzenie, że w starciu z odnowionym KDFF łatwego życia nie ma nawet największa rewelacja poprzedniej edycji Ligi Mistrzyń. Zafascynowani takim obrotem spraw coraz częściej zaczęliśmy przymierzać kandydaturę Kristianstad do niezwykle wąskiego grona poważnych kandydatów do ligowego podium, ale właśnie wtedy nastąpiła letnia przerwa, po której na murawę… raz jeszcze powrócił całkowicie odmieniony zespół. Demony z przedwiośnia tym razem wzięły nas z zaskoczenia, a lekkomyślnie sprokurowany przez Sofię Reidy rzut karny, czy też cudem uratowany bezbramkowy remis w derbach z dołującym i całkowicie bezzębnym Vittsjö jednoznacznie pokazały, że trener Angergård ponownie musi w czasie rzeczywistym stawić czoła realnym wyzwaniom. Szansa na przełamanie już w najbliższą niedzielę wydaje się wprost wymarzona, gdyż do Kristianstad zawita zespół, który na tym terenie nie potrafił wywalczyć czegokolwiek nawet wówczas, gdy swoją postawą inspirował całą piłkarską Europę. Tym razem Piteå także uda się w daleką wyprawę na Południe bez przesadnie wygórowanych oczekiwań, ale co by się nie wydarzyło, to z dużą dozą prawdopodobieństwa w tym meczu jednej ze stron uda się przerwać niekorzystną passę. A jeśli będzie to Kristianstad, to nadzieje na dokonanie czegoś nieoczywistego, nawet jeśli obiektywnie oparte na stosunkowo wątłych przesłankach, znów błyskawicznie odżyją.

Derby Östergötland na pierwszoligowym gruncie jak dotąd w gole nie obfitowały, ale emocji im towarzyszących spokojnie wystarczyłoby przynajmniej na całą kolejkę. I nie mówimy tu nawet o kapitalnej atmosferze na trybunach (bo ona jest w tym przypadku niejako oczywistością), lecz o aspektach czysto piłkarskich. Nie może jednak być inaczej, skoro nawet sprowadzone zimą zza Atlantyku Samantha Cary oraz Maya Antoine doskonale zdają sobie sprawę, że rok w Norrköping można nazwać udanym tylko wtedy, gdy derbowy bilans wychodzi dla piłkarek IFK przynajmniej na minimalny plus. Rok temu się nie udało, teraz okazja na realizację celu wydaje się przednia, ale swoją wyższość udokumentować trzeba będzie przede wszystkim na boisku. Bo Lwice z Linköping, nawet jeśli wyjdą na arenę mocno poobijane i poturbowane, zawsze są w stanie sprawić rywalkom nieoczekiwanego psikusa. O ile LFC latem niewątpliwie się osłabił (i transfer napastniczki występującej dotąd w zdegradowanym formalnie do trzeciej ligi angielskiej Lewes oceny tej bynajmniej nie zmienia), o tyle w AIK znów szarpnęli się na porządne, kadrowe inwestycje. Tm razem na zakupy wybrano się aż do Azji, a w ich efekcie kadrę stołecznych Gryzoni zasiliły między innymi australijska golkiperka Jada Whyman, japońska obrończyni Haruna Tabata, czy wreszcie koreańska napastniczka Hwa-Yeon Son. Na papierze wzmocnienia te prezentują się nadzwyczaj interesująco i wydaje się, że ta piłkarska jakość powinna zaprocentować na przykład w jawiącym się jako klasyczna potyczka o sześć punktów domowym meczu przeciwko Vittsjö. Beniaminek z Solnej może w ten sposób wykonać zauważalny krok w kierunku spokojnego utrzymania na najwyższym poziomie rozgrywkowym, ale historia najnowsza – również ta bezpośrednio dotycząca właśnie AIK – uczy, że czasami od teoretycznych analiz do praktycznej ich realizacji droga bywa niezwykle kręta i zawiła.

Na innych arenach dojdzie do starć zespołów, które przynajmniej w teorii rywalizować powinny jesienią o zbliżone cele. Dla ekip z Brommy oraz Örebro tym nadrzędnym wydaje się być utrzymanie w krajowej elicie i póki co to w zachodnim Sztokholmie zdają się być zauważalnie bliżej jego realizacji. Wiosną na Behrn Arenie w bezpośredniej potyczce zdecydowanie lepsze okazały się jednak piłkarki z Närke, a Molly Johansson rozegrała na nowej dla siebie pozycji zawody niemal idealne. Czy i tym razem była zawodniczka Häcken poprowadzi swój zespół ku wygranej? Jeśli rzeczywiście miałoby to nastąpić, to sytuacja w dolnych rejonach ligowej tabeli zagmatwa się nam jeszcze bardziej. Z identycznym dorobkiem punktowym przystąpią do dzisiejszego starcia zespoły Djurgården oraz Växjö, ale o ile dla tych ostatnich dwadzieścia wywalczonych dotąd oczek jest rezultatem w okolicach planu maksimum, o tyle w obozie Dumy Sztokholmu ocena dotychczasowych występów nie jest już aż tak jednoznaczna. Jasne, z jednej strony wciąż można całkiem realnie myśleć o najlepszym sezonie od czasu powrotu Djurgården na pierwszy poziom rozgrywkowy, ale udane wejście w sezon w połączeniu z kapitalną dyspozycją liderek (Åsland, Almqvist, Koyama) sprawiło, że w stolicy zaczęli coraz śmielej spoglądać raczej przed niż za siebie. Letnie transfery byłych reprezentantek Szwecji (Hammarlund, Larsson) miały być dla klubu kolejnym pozytywnym impulsem, ale gdyby tuż po nieoczekiwanej, derbowej wpadce ekipie trenera Fernandeza przytrafiła się jeszcze jedna strata punktów, to wytworzony z naprawdę wielkim trudem entuzjazm mógłby niechcący ustąpić miejsca frustracji i rozczarowaniu. A powtórki z właśnie takiej rozgrywki w Sztokholmie najbardziej chcieliby uniknąć. Na koniec pozostała nam poniedziałkowa uczta nad ucztami, znana także jako największy ligowy klasyk ostatnich lat. Ewentualne zwycięstwo zawodniczek Rosengård pozwoliłoby im już na tym etapie rozgrywek położyć na mistrzowskim pucharze dziewięć z dziesięciu palców, ale jeśli po komplet punktów sięgnęłyby jednak gościnie z Hisingen, to ten rozstrzygnięty wydawałoby się mistrzowski wyścig, nieoczekiwanie znów nabrałby naprawdę ciekawych barw. W poprzedniej rundzie podopieczne trenera Kjetselberga sprawiały wrażenie niełapalnych dla ligowych rywalek, ale sześć straconych przez nie goli w niedawnym sparingu z duńskim Nordsjælland, ewidentnie pozwoliło pozostałym ekipom z czuba tabeli Damallsvenskan marzyć o sportowym cudzie, któremu jednak Schröder, Anvegård i spółka same będą musiały wydatnie pomóc.

md16