Wieczór pełen paradoksów

jblk

Laura Blindkilde odbiera gratulacje za debiutanckiego gola w europejskich pucharach (Fot. Getty Images)

To był mecz, który najbardziej trafnie opisałby chyba przymiotnik dziwny lub niestandardowy. Bo jak inaczej podsumować piłkarską potyczkę, w której jedna z drużyn do 70. minuty włącznie pozwala sobie na zaledwie jeden gościnny wypad na połowę rywalek, a później wbrew zasadom logiki i zdrowego rozsądku niemal odwraca wynik? Chyba wszyscy przyznamy, że nawet w tak nieprzewidywalnej dyscyplinie jak nasza, jest to przypadek w pewnym sensie wyjątkowy. A Hammarby, choć długimi fragmentami występowało na Academy Stadium w Manchesterze w roli wybitnie drugoplanowej, naprawdę nie było daleko od zapisania na swoim koncie tak niecodziennego osiągnięcia. Wspomnianą akcję z pierwszej połowy meczu sfinalizować mogły bowiem kolejno Julie Blakstad oraz Asato Miyagawa, niesygnalizowany i trochę sytuacyjny strzał Thei Sørbo z najwyższym trudem sparowała na poprzeczkę Ayaka Yamashita, która z kolei była bezradna wobec minimalnie niecelnej próby Smilli Vallotto. Gdyby tylko reprezentantka Szwajcarii okazała się o kilkanaście centymetrów bardziej precyzyjna, odczarowanie bramki liderek angielskiej WSL stałoby się faktem, choć i bez tego listopadowy wieczór w północnej Anglii był z perspektywy sympatyków Bajen pełen niezrozumiałych na pozór paradoksów. Ubiegłoroczne mistrzynie Szwecji były bowiem tego dnia jednocześnie niesamowicie blisko, jak i niezwykle daleko od tego, aby na terenie wyżej notowanego rywala pokusić się o miłą niespodziankę.

Ten wątek ma jednak swoją kontynuację, gdyż w niemal identycznych słowach mógłby podsumować wydarzenia pucharowego wtorku trener Obywatelek z Manchesteru Gareth Taylor. Jego podopieczne bez większego trudu podchodziły w statystyce posiadania piłki pod granicę osiemdziesięciu procent, zaliczyły mniej więcej sześć razy więcej celnych podań niż rywalki ze Sztokholmu i bardzo długo… nie wynikało z tego kompletnie nic. Suche liczby wskazywały na gigantyczną dominację gospodyń, ale o żadnej rozpaczliwej defensywie zespołu z Södermalm nie było nawet mowy. Co więcej, choć w okolicach pola karnego Anny Tamminen raz po raz robiło się nadzwyczaj tłoczno, to fińska golkiperka w zasadzie nie miała okazji do zaprezentowania swoich bramkarskich umiejętności, a my obserwowaliśmy boiskowe wydarzenia z nienaturalnym wręcz spokojem, gdyż w przeciwieństwie chociażby do niedawnego starcia w Barcelonie, ani trochę nie mieliśmy wrażenia, iż sztokholmska defensywa znajduje się na skraju załamania. Jasne, przy tak skrajnym ruchu jednokierunkowym, jakieś okazje musiały się prędzej lub później pojawić, ale nawet pobieżna, retrospektywna analiza pokazuje, że albo Hammarby wykonało niesamowicie solidną defensywną robotę, albo gospodynie nieświadomie włączyły tryb klepania, w którym zgadza się tak naprawdę jedynie liczba wymienionych między sobą podań. Która z wersji jest bliższa prawdy? Czy jakikolwiek wpływ na taki przebieg meczu może mieć czekający nas już za kilka dni absolutny hit angielskiej ekstraklasy, w którym Manchester City zmierzy się z Chelsea? Tyle pytań, tyle teorii, a jasnych odpowiedzi nie usłyszymy zapewne nigdy. I bardzo zresztą dobrze, bo gdyby było inaczej, to pozostałoby nam zdecydowanie mniej pola do domysłów i analiz, a te ostatnie w zdecydowanej większości przecież uwielbiamy, choć nie zawsze wychodzą nam one na zdrowie.

Nie jest jednak tak, że ten wieczór pozostawił nam jedynie znaki zapytania, bo kilka kropek i wykrzykników także udało się koniec końców postawić. Po pierwsze, skrzydła tej błękitnej ekipy z Manchesteru funkcjonują bezbłędnie nawet pod nieobecność dynamicznej Lauren Hemp oraz podobno skonfliktowanej z walijskim szkoleniowcem Chloe Kelly. Miejsce dwóch bohaterek finału EURO ’22 zajął bowiem duet Aoba Fujino – Mary Fowler i to właśnie za sprawą tej dwójki działo się dziś po stronie miejscowych najniebezpieczniej, najciekawiej i najbardziej kreatywnie. Po drugie, Leila Ouahabi do spółki z Kerstin Casparij mają potencjał na zostanie jedną z najbardziej niedocenianych par bocznych defensorek w klasycznym, czteroosobowym bloku. Po trzecie, pucharowa przygoda Manchesteru City kreuje tej jesieni bohaterki wybitnie nieoczywiste. Niezapomnianą batalię przeciwko Barcelonie z golem i asystą na koncie zakończyła Naomi Layzell, a tym razem swój oficjalny debiut w rozgrywkach Ligi Mistrzyń golem otwierającym wynik uczciła Laura Blindkilde. Po czwarte, reprezentantki Japonii z każdym tygodniem odciskają coraz większy znak jakości na postawie liderek FA WSL i fani Obywatelek mogą jedynie żałować, że z powodu kontuzji przez kilka najbliższych miesięcy pauzować musi Risa Shimizu. A jakie wnioski może z pierwszej części grupowych zmagań wyciągnąć trener Martin Sjögren? Ano na przykład takie, że Smilla Holmberg to prawdziwy, choć jeszcze nie w pełni oszlifowany diament i posiadanie w kadrze takiej zawodniczki to przywilej, z którego cieszyć może się doprawdy niewielu. Osiemnastoletnia wahadłowa póki co wprowadzana jest do pierwszego zespołu nadzwyczaj spokojnie, w przeciwieństwie do niewiele starszej od niej Emilie Joramo, która szans w wyjściowej jedenastce otrzymała więcej i zrobiła z nich najlepszy, możliwy użytek. Defensywna pomocniczka rodem z Norwegii kolejny raz była dziś motorem napędowym drugiej linii Bajen, a na jej koncie zapisaliśmy zarówno dwa kluczowe odbiory, jak i wykreowanie dwóch ofensywnych wypadów ekipy z Södermalm. I gdyby wzorem hokeja na lodzie trzeba było wskazać najbardziej wartościową zawodniczkę drużyny przegranej, to właśnie filigranowa Joramo byłaby główną i tak naprawdę jedyną sensowną pretendentką do tej nagrody.

Wiecie, że budowanie sztucznych emocji to nie tutaj. Nie bawiliśmy się w zbędne clickbaity ani przy okazji meczów kadry z Luksemburgiem, ani podczas finiszu ligowych zmagań w Damallsvenskan oraz Elitettan, więc i w przypadku europejskich pucharów sobie ich oszczędzimy. Tuż po losowaniu wysnuliśmy tezę, że Hammarby trafiła się chyba najnudniejsza grupa w całej dotychczasowej historii Ligi Mistrzyń i choć bardzo pragnęlibyśmy te słowa pokornie odwoływać, to jednak póki co ani trochę się na to nie zanosi. Awans z grupy D wywalczą ci, którzy awansować od początku mieli i większych modyfikacji tego założenia raczej nie planujemy. Trenerowi Sjögrenowi oraz jego piłkarkom wciąż pozostały jednak do dyspozycji trzy magiczne wieczory, podczas których do wygrania pozostaje zdecydowanie więcej niż pokazać może tabela, czy inny krajowo-klubowy ranking. A skoro tak, to bez wymówek – robota czeka!

mnchif

KMWTW

pobrane

Trzy legendy Rosengård celebrowały wywalczone przed miesiącem mistrzostwo Szwecji na sztokholmskim Stadionie Olimpijskim (Fot. Bildbyrån)

Kto Miał Wygrać Ten Wygrał – te słowa chyba najlepiej opisują nie tylko wydarzenia ostatniego, ligowego weekendu, ale całą końcówkę obecnego sezonu. Nie było nerwowego liczenia punktów, goli, obyło się nawet bez regularnego zaglądania w tabelę, choć na przykład piłkarkom z Vittsjö trzeba oddać, że na Bilbörsen Arenie w Linköping ambitnie zagrały o pełną pulę. A że ostatecznie wróciły bez jakiejkolwiek zdobyczy? No cóż, oprócz determinacji czasami dobrze byłoby zaprezentować także sportową jakość, a z tym w klubie z północnej Skanii bywało w tej rundzie zdecydowanie gorzej. A gdy już raz na jakiś czas udawało się bezbłędnie ułożyć wszystkie puzzle, to na przeszkodzie stawały czynniki obiektywne. Do tych ostatnich zaliczyć możemy chociażby dwie instynktowne parady Cajsy Andersson, dzięki którym to Linköping ułożył wczorajszą potyczkę pod swoje dyktando. I nawet zawzięta pogoń w drugiej połowie nie pozwoliła gościniom z Vittsjö odrobić poniesionych wcześniej strat, choć amerykański duet Julia Leas – Jaida Nyby jednoznacznie wygrał rywalizację o dominację w środku pola, pozostawiając po sobie naprawdę przyjemne wrażenie.

Walorów artystycznych spodziewaliśmy się także w drugim z pierwszoligowych ośrodków w Östergötland, gdzie z kolei zawitał potrzebujący trzech punktów AIK. A ponieważ u nas w lidze potrzebującym się pomaga, to beniaminek z Solnej, zgodnie zresztą z tezą postawioną w przedmeczowej zapowiedzi, swój plan zrealizował. Trochę szkoda, że skutkowało to również tym, iż zasłużony trener IFK Tor-Arne Fredheim pożegnał się ze swoim dotychczasowym stanowiskiem dwiema kolejnymi porażkami, ale niejako na pocieszenie dla sympatyków Peking, swojego premierowego gola na murawach Damallsvenskan strzeliła wczoraj siedemnastoletnia Islandka Sigdis Barthardottir, pozycję jednej z liderek zespołu potwierdziła Wilma Leidhammar, a transfer Carrie Jones z każdym upływającym tygodniem jawi się jako naprawdę dobrze rokująca inwestycja. To wszystko zaprocentuje oczywiście dopiero na wiosnę, bo tym razem to Adelisa Grabus, Jennie Nordin oraz Beata Olsson wyszły na boisko bardziej głodne wygranej i piorunujący finisz pozwolił im ów apetyt nasycić. Czekające ekipę z Solnej baraże przeciwko Umeå będą już jednak całkowicie osobną historią, choć nie ulega wątpliwości, że to pierwszoligowiec przystąpi do nich z pozycji zdecydowanego faworyta i każde inne rozstrzygnięcie niż pewne zwycięstwo sztokholmskich Gryzoni trzeba będzie uznać ze sporego kalibru niespodziankę.

A co wydarzyło się w chłodny, listopadowy weekend na pozostałych arenach? Ot, na przykład rywalizacja o triumf w klasyfikacji strzelczyń oraz asystentek. W pierwszej z wymienionych decydującym momentem okazał się perfekcyjnie wykonany przez Momoko Tanikawę stały fragment gry, dzięki któremu bramkowy licznik reprezentantki Japonii zatrzymał się ostatecznie na liczbie szesnaście. Ten skromny wydawałoby się dorobek okazał się jednak w pełni wystarczający, gdyż Norweżka Cathinka Tandberg gonić tym razem nie zamierzała, a Islandka Hlin Eiriksdottir swój pościg rozpoczęła minimalnie zbyt późno. To samo tyczy się zresztą także Hanny Wijk, która popisała się naprawdę przytomną asystą przy golu Clarissy Larisey, ale jedyną korzyścią wynikającą z tego zamieszania była dla niej satysfakcja. Laur zwyciężczyni z poczuciem świetnie wykonanego obowiązku przymierzyć mogła bowiem Smilla Vallotto, co niewątpliwie może stanowić pochwałę systematyczności i solidności, gdyż to właśnie z tymi cechami w pierwszej kolejności kojarzyć możemy młodą, szwajcarską kadrowiczkę. A skoro już wspomnieliśmy poniekąd o Hammarby, to warto podkreślić, że na koniec ligowej kampanii swoje premierowe trafienie w Damallsvenskan zanotowała Bella Andersson, zaś Emma Westin w niezwykle efektownym stylu sfinalizowała szybki, ofensywny wypad Bajen, zainicjowany przez rezerwową tego dnia Emilie Joramo.

Żeby było zabawniej, na przestrzeni całorocznej kampanii Hammarby znów pokonało Häcken najmniejszą możliwą różnicą w przypadku bilansu bramkowego obu ekip, choć oczywiście tym razem obyło się w tym duecie bez remisu punktowego. Gole Olivii Schough oraz Bei Sprung pozwoliły mistrzyniom z Rosengård na wyśrubowanie własnych cyferek do stanu 99-9, a skoro tak, to możemy tylko domyślać się, że jakiś delikatny niedosyt w stolicy Skanii jednak pozostał. Bo być tak blisko setki, a ostatecznie do niej nie dobić, to bez względu na okoliczności zawsze trochę boli. W tym konkretnym przypadku powstałe niedogodności szybko złagodziły jednak celebracje z Tanikawą, Caroline Seger oraz Emmą Berglund w rolach głównych. Jeszcze jednym spokojnym zwycięstwem popisał się pędzący z maksymalną dostępną prędkością przez jesienne, ligowe bezdroża Häcken, a sobotnie popołudnie z dubletami na koncie zakończyły dwie młode strzelby z Hisingen: Felicia Schröder oraz Matilda Nildén. Domową porażką z Växjö pożegnały się z najwyższą klasą rozgrywkową zawodniczki z Örebro, choć do przerwy to one prowadziły na Behrn Arenie po trafieniu skutecznie dobijającej swój strzał Nory Håheim. Larkin Russell oraz Elin Nilsson nie zamierzały jednak tak tego zostawiać, a ponieważ w Kronobergu doskonale wiedzą, że jedno skromne zwycięstwo punktowo znaczy więcej niż kilka honorowych porażek, to Olof Unogård znów mógł się po końcowym gwizdku szeroko uśmiechnąć.


Komplet wyników:


Klasyfikacje indywidualne:


Klasyfikacje drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2


#pokolejce

awds26

Emocje mocno limitowane

johan_nilsson

Hlin Eiriksdottir i Momoko Tanikawa wciąż zachowują szansę na zwycięstwo w klasyfikacji strzelczyń (Fot. Johan Nilsson)

Zapowiedź ostatniej ligowej kolejki często pisze się w zasadzie sama, lecz w tym roku mamy od tej niepisanej reguły całkowite odstępstwo. Stali bywalcy tego serwisu doskonale wiedzą, że zaklinanie rzeczywistości i budowanie sztucznych emocji zdecydowanie nie leżą w jego naturze, więc i tym razem rozpoczniemy naszą analizę od przypomnienia oczywistych faktów. A te przedstawiają się tak, że najważniejsze karty w szwedzkiej piłce klubowej nie tyle zostały już zagrane, co wiele z nich zdążyło już nawet pokryć się cienką warstwą kurzu. I mówimy w tym miejscu zarówno o pierwszym, jak i o drugim poziomie rozgrywkowym. Tegoroczne mistrzynie kraju poznaliśmy już ponad miesiąc temu, pozostałe pucharowiczki oraz duet przyszłorocznych beniaminków Damallsvenskan niewiele później, a i w dolnych rejonach obu tabel sytuacja zdążyła się nam przed startem tradycyjnej multiligi niemal w stu procentach wyklarować. Oznacza to mniej więcej tyle, że fani większości ekip szczebla centralnego mogą wziąć przykład z koleżanek i kolegów z Norrköping i z czystym sumieniem udać się na wakacje. Jeśli jednak ktoś na siłę chciałby przed ostatnim ligowym weekendem podpompować emocjonalny balonik, to jak najbardziej także da się do zrobić. Kilka mniej eksponowanych kart wciąż cierpliwie czeka bowiem na odkrycie.

Pierwsza z nich to kwestia wyłonienia zwyciężczyń tegorocznej Elitettan. Od dawna wiemy już, że awans do najwyższej klasy rozgrywkowej zapewniły sobie Malmö oraz Alingsås, lecz dopiero niedzielne popołudnie odpowie nam na pytanie, kto z tej dwójki okaże się najlepszym zespołem na dystansie 26 ligowych kolejek. Przewrotny los sprawił, że losy tej rywalizacji rozstrzygną się w bezpośrednim starciu, więc z tym większą uwagą będziemy w nadchodzący weekend spoglądać w kierunku Gerskendvallen. Gościniom ze Skanii do przyklepania miejsca w fotelu liderek tak naprawdę wystarczyłby remis, ale mogące liczyć na naprawdę solidną grupę wsparcia piłkarki z Malmö z pewnością zechcą i tym razem powalczyć o pełną pulę. I to nawet nie ze względu na perspektywę wywalczenia sobie ewentualnej przewagi psychologicznej przed przyszłorocznym sezonem, bo ta – jeśli sprawdzą się doniesienia o czekającej nas tej zimy w Skanii kadrowo-sztabowej rewolucji – byłaby mocno wątpliwa. Dla zawodniczek i fanów MFF liczy się jednak tu i teraz, a skoro ostatni domowy mecz na poziomie Elitettan zakończył się cokolwiek wstydliwą porażką z Bollstanäs, to wyjazd na teren wiceliderek wydaje się wręcz wymarzoną okazją, aby tę małą plamkę zmazać i z poczuciem dobrze wykonanego zadania udać się na zasłużony urlop. Cały problem jednak w tym, że po drugiej stronie też mają swoje ambicje i cele, a najważniejszym z nich pozostaje godne pożegnanie opuszczającego Alingsås po zakończeniu sezonu doświadczonego szkoleniowca Joakima Carlssona, który niewątpliwie dołożył sporych rozmiarów cegiełkę do tego, że niespodziewana szarża niedocenianego dotychczas klubu na Damallsvenskan zakończyła się pełnym powodzeniem.

W najwyższej klasie rozgrywkowej uwagę skupiać będziemy przede wszystkim na zajmowanej póki co przez AIK lokacie numer dwanaście. Kto zakończy na niej sezon, będzie musiał stoczyć nadprogramowy dwumecz o zachowanie statusu pierwszoligowca, więc nic dziwnego, że w północnym Sztokholmie bardzo chcieliby takiego scenariusza uniknąć. Sprawa nie jest jednak prosta, bo nawet fantastyczna seria meczów bez porażki nie pozwoliła stołecznym Gryzoniom odrobić wszystkich poniesionych wcześniej strat, przez co AIK nie będzie jutro zależny wyłącznie od siebie. Wyjazdowe zwycięstwo nad grającym już wyłącznie o prestiż, dobre samopoczucie i ewentualne indywidualne bonusy Norrköping, niezmiennie pozostaje jednak warunkiem koniecznym, aby w ogóle było o czym dalej rozmawiać. Jeśli podopieczne trenera Björka ze swojej części zadania bezbłędnie się wywiążą, to przyjdzie im jeszcze nerwowo spoglądać w kierunku Linköping i liczyć na to, że wyjątkowo bezbarwne tej jesieni Vittsjö jakimś cudem wywiezie z Bilbörsen Areny komplet punktów. I to właśnie w tym miejscu sprytny plan Żółto-Czarnych może się spektakularnie wykrzaczyć, bo oczekiwanie wsparcia ze strony ewidentnie wyczekujących końca ligowych męczarni zawodniczek z okolic Hässleholm, to już zdecydowanie wyższy poziom abstrakcji. Choć z drugiej strony, dopiero co wspominaliśmy przecież, że obecnie nie ma takiej rzeczy, której Linköping nie potrafiłby w efektowny sposób popsuć. Wracając jednak do początku naszych rozważań, każdy inny scenariusz niż solidarne porażki obu klubów z Östergötland skutkuje tym, że do barażowego dwumeczu przeciwko Umeå zaproszony zostanie AIK.

Wiele razy zradzało nam się podkreślać, że piłka nożna to prawdopodobnie najbardziej zespołowy sport drużynowy. I jest to niewątpliwie prawda, lecz podstawowy paradoks ostatniej kolejki Damallsvenskan polega na tym, że te chyba najciekawsze niewiadome dotyczą jednak klasyfikacji indywidualnych. Przed rokiem Cathinka Tandberg przegrała wyścig o miano najlepszej snajperki szwedzkiej ekstraklasy ze swoją ówczesną klubową koleżanką Cornelią Kapocs zaledwie o… jedną asystę (18+5 do 18+6). Minęło dwanaście miesięcy, norweska napastniczka zdążyła po drodze zamienić Linköping na Södermalm, ale w jej przypadku historia najwyraźniej lubi się powtarzać. I tym sposobem znaleźliśmy się w punkcie, w którym na 90 minut przed oficjalnym zamknięciem ligowego kramiku, Tandberg (15+3) znów znajduje się dosłownie o jeden malutki kroczek za liderującą klasyfikacji strzelczyń Japonką Momoko Tanikawą (15+4). To jednak nie wszystko, bo nie jest przecież wykluczone, że do rywalizacji wspomnianej wyżej dwójki zechce wmieszać się jeszcze wyjątkowo regularna w drugiej części sezonu Hlin Eiriksdottir. 24-latka z Reykjaviku ma wprawdzie w przejściowej klasyfikacji pewne straty (13+6), ale jej Kristianstad zmierzy się w ostatniej serii spotkań z Trelleborgiem, który ostatnimi czasy skutecznie bronić dostępu do własnej bramki może i chce, ale niekoniecznie potrafi. W tej całej zabawie wspomnieć powinniśmy ponadto o Ellen Wangerheim (13+7) oraz Mai Kadowaki (12+5), bo choć im o wdrapanie się na sam szczyt będzie nieporównywalnie trudniej, to Damallsvenskan nie takie rzeczy już widywała…

W klasyfikacji asystentek rozstrzygnięte wydaje się być zdecydowanie więcej i wiele wskazuje na to, że ambitna pogoń Smilli Vallotto za liderującą przez większą część sezonu Olivią Schough, zakończy się pełnym powodzeniem. Mocno i wyraźnie zaakcentować należy jednak jesienną dyspozycję Hanny Wijk, która zaowocowała zresztą nie tylko ewidentnie satysfakcjonującymi samą zainteresowaną cyferkami, ale przede wszystkim długo wyczekiwanym debiutem w kadrze Petera Gerhardssona. Poza wspomnianą powyżej trójką, dwucyfrową liczbą asyst pochwalić może się jeszcze reprezentantka Finlandii Ria Öling, czyli prawdopodobnie najbardziej niedoceniana członkini mistrzowskiej maszyny z Rosengård, która szczególnie w sezonie wiosna-lato bez litości rozwalcowywała każdą napotkaną na swojej drodze ligową przeszkodę.

ong26

Spadki, baraże, wakacyjne wojaże

peking

Dla kibiców z Norrköping żaden ligowy wyjazd nie jest zbyt odległy (Fot. Dennis Popperyd)

Przez nieco ponad dwa kwadranse kibice w przynajmniej dwóch szwedzkich miastach mogli łudzić się, że pierwszy weekend listopada wcale nie okaże się z ich perspektywy tym, który ostatecznie i nieodwołalnie przypieczętuje ich los. Później, w odstępie zaledwie 360 sekund, nastąpiły jednak po sobie dwie szybkie sekwencje, które skutecznie wstrząsnęły Örebro i Trelleborgiem. Niewdzięczną rolę oprawczyni wzięła na swoje barki Beata Olsson, bo to właśnie dwa gole absolwentki uniwersytetu w Tallahassee pozwoliły AIK oddalić od siebie widmo bezpośredniej degradacji. I choć baraże o utrzymanie statusu pierwszoligowca na kolejny sezon cały czas pozostają dla stołecznych Gryzoni najbardziej prawdopodobną opcją, to jednak mając na uwadze przebieg tegorocznej kampanii, nie sposób tego faktu nie docenić. Przedłużenie passy meczów bez porażki do siedmiu spotkań nie mogło jednak pozostać bez wpływu na poprawę cokolwiek dramatycznej sytuacji AIK w ligowej tabeli i nawet jeśli jednogłośnie stwierdzimy, że dwunasta lokata to wciąż rezultat zdecydowanie poniżej kadrowego potencjału zespołu z Solnej, to realizacja planu minimum z tygodnia na tydzień jawi się jako coraz bardziej realna. Szczególnie, że przedłużającą się, jesienną zadyszkę złapały piłkarki z Umeå, a to one będą reprezentantkami Elitettan w czekającym nas już za kilkanaście dni barażowym dwumeczu. Ten rządzi się oczywiście swoimi prawami, lecz na dziś trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym Olsson, Grabus, Tabata i spółka potykają się na ostatniej przeszkodzie, zaprzepaszczając tym samym cały mozolnie odbudowywany dorobek. Tym bardziej, że AIK dopiero co dał jasny sygnał, że w roli faworyta radzi sobie więcej niż przyzwoicie.

Jednym radość, drugim smutek. O ile w Solnej póki co ceremonie żałobne można z czystym sumieniem wstrzymywać, o tyle na Behrn Arenie o jakiejkolwiek nadziei mowy być nie może. Drużyna od cudów tym razem nie potrafiła uciec przeznaczeniu, choć Ashley Barron, Maggy Henschler, Minnea Lassas, Nora Håheim, Molly Johansson i Maja Bodin zrobiły bardzo wiele, aby i tym razem sprawić psikusa bardziej zasobnym rywalkom. Wyróżnienie akurat tych konkretnych nazwisk to nie przypadek, gdyż na różnych etapach sezonu to właśnie te zawodniczki w pierwszej kolejności bohatersko utrzymywały klub z Örebro w grze o pierwszoligowy byt. Na powierzchni udawało się utrzymać naprawdę długo, lecz na koniec dnia zabrakło tych słynnych, mitycznych detali, aby bezpiecznie zacumować do finalnego portu. Paradoksalnie, podopieczne trenera Rickarda Johanssona swoją szansę przegrały nie dziś wieczorem na Bravida Arenie w Hisingen, lecz… ponad pół roku temu, kiedy to niemal standardem stały się gole tracone przez Örebro w doliczonym czasie gry. Nie było potrzeba geniusza, aby stwierdzić, iż pogubionych wtedy punktów może pewnego dnia boleśnie zabraknąć i czas pokuty następuje właśnie teraz. Trochę szkoda, ale przez te wszystkie lata zdążyliśmy już zapoznać się z prawidłowością, że futbol takich błędów zwyczajnie nie wybacza.

Na pozostałych arenach emocji było już zdecydowanie mniej, bo punkty zdobywali akurat ci, którzy danego dnia znajdowali się w większej potrzebie. Aby to plastycznie zobrazować, weźmy na tapet takie Vittsjö. Przed tygodniem piłkarki z północnej Skanii potrzebowały zwycięstwa, aby ostatecznie przyklepać swój pierwszoligowy byt i dokładnie takim rozstrzygnięciem zakończyła się ich potyczka z grającym już wyłącznie o prestiż Piteå. Minęło kilka dni i hojnie obdarowany stał się darczyńcą, a beneficjentem tej akcji tym razem okazała się wciąż na tamten moment niepewna swego losu Bromma. W Växjö przeżywaliśmy snajperskie odblokowanie Ellen Wangerheim oraz mini-koncert Julie Blakstad, w Piteå jedynym godnym uwagi akcentem okazała się oprawa mających za sobą ponad tysiąc kilometrów w podróży fanów z Norrköping, zaś w Malmö swój ostatni w karierze domowy mecz rozegrała legendarna Caroline Seger, a Momoko Tanikawa odzyskała prowadzenie w przejściowej klasyfikacji strzelczyń. Porażka z mistrzyniami kraju sprawiła, że w teorii o swoją przyszłość drżeć powinni także w Linköping, ale znajomość reguł gry Damallsvenskan podpowiada, że nawet prawdopodobna pomoc ze strony sąsiadek z Östergötland (IFK Norrköping zmierzy się w ostatniej kolejce z AIK) nie powinna przeszkodzić LFC w zajęciu na koniec sezonu zasadniczego bezpiecznego miejsca w ligowej tabeli. Inna sprawa, że dla ubiegłorocznych medalistek jest to doprawdy skromne pocieszenie na finiszu wyjątkowo rozczarowującego sezonu.


Komplet wyników:


Klasyfikacje indywidualne:


Klasyfikacje drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2


#pokolejce

awds25

Czas zimowy

carl_sandin

Cztery lata temu Manchester City z Alex Greenwood w składzie pewnie pokonał w zimowym dwumeczu ekipę z Göteborga (Fot. Carl Sandin)

Był mroźny, grudniowy dzień, kiedy na pustym z oczywistych, pandemicznych względów Valhalla Idrottsplats w samym sercu Göteborga, czeska sędzia Jana Adamkova dała sygnał do rozpoczęcia pucharowej batalii ówczesnych mistrzyń Szwecji z potężnym Manchesterem City. Faworyt w tej rywalizacji mógł być tylko jeden, lecz już w drugiej minucie spotkania oglądający ten mecz fani z Wysp Brytyjskich ze zdziwieniem przecierali oczy ze zdumienia. Węgierska skrzydłowa Anna Csiki bez kompleksów urwała się lewą flanką i pomimo asysty dwóch światowej klasy defensorek (Lucy Bronze oraz Stephanie Houghton) posłała idealną centrę w kierunku Pauline Hammarlund. Ze strzałem rosłej snajperki nie bez problemów poradziła sobie jeszcze Ellie Roebuck, ale wobec dobitki Vilde Bø Risy angielska golkiperka była już absolutnie bezradna. Zaskoczenie? Z pewnością, lecz zawodniczkom z Göteborga najwyraźniej zebrało się na psikusy i chwilę później jedynie mocno wątpliwy gwizdek czeskiej sędzi uratował Obywatelki z Manchesteru przed utratą drugiego gola, a kwestia oceny boiskowego starcia Hammarlund z Alex Greenwood stałą się dla szwedzkiej piłki klubowej mniej więcej tym, co dla kadry pamiętny kontakt Lotty Schelin z Annike Krahn w półfinale EURO 2013, kiedy to w pierwszoplanowej roli zdecydowała się wystąpić szwajcarska arbitra Esther Staubli. Nie trzeba rzecz jasna przypominać, iż w obu przywołanych tu sytuacjach decyzje boiskowych rozjemczyń były dla szwedzkiej strony niekorzystne, a po latach nie ma większego sensu zastanawiać się nad alternatywnymi scenariuszami, których przecież nigdy nie będzie dane nam sprawdzić.

Wracając jednak do wizyty Manchesteru na szwedzkiej ziemi, to ta ostatecznie została zwieńczona przez faworytki pełnym sukcesem. Obywatelki stosunkowo szybko otrząsnęły się bowiem z początkowego szoku i jeszcze przed przerwą podkreśliły swoją dominację efektownym golem Georgii Stanway, a w ostatnim kwadransie decydujący cios zadała dzielnie broniącym się rywalkom z Göteborga amerykańska Tower of Power Samantha Mewis. Wtedy właśnie na własnej skórze przekonaliśmy się, że dumny przydomek nadany tej zawodniczce jeszcze w Północnej Karolinie, nie wziął się bynajmniej z przypadku. Rozegrany tydzień później na Academy Stadium w Manchesterze rewanż był już tylko i wyłącznie formalnością, choć wspomniana Stanway raz jeszcze postanowiła nie mieć dla szykujących się już powoli do wakacyjnych rozjazdów rywalek ani krzty litości. Mistrzynie Szwecji próbowały oczywiście odgryzać się pojedynczymi wypadami, ale z każdą minutą coraz bardziej żałowaliśmy, że znana chociażby z baseballa zasada mercy rule nie ma zastosowania także w piłce nożnej. Piłkarki z Manchesteru sprawiały bowiem wrażenie drużyny coraz swobodniej bawiącej się futbolówką i gdyby końcowy wynik tej batalii był nieco wyższy, to zdecydowanie nie moglibyśmy mieć o taki stan rzeczy pretensji. Inna sprawa, że przedstawicielki angielskiej WSL rozgrywały wówczas swój najlepszy jak dotąd sezon w europejskich pucharach, w marcu równie efektownie przejechały się jeszcze po włoskiej Fiorentinie, a ich rajd zatrzymało dopiero zderzenie z budującą swoją legendę Barceloną na etapie ćwierćfinału, choć ekipę z Katalonii także udało im się w jednym ze spotkań nie tylko pokonać, ale i zepchnąć do nieco rozpaczliwej defensywy.

Wspominki te pojawiają się w tym miejscu nie bez powodu, gdyż już za nieco ponad tydzień w szranki z Manchesterem City stanie inny przedstawiciel Damallsvenskan. Cała zabawa znów odbędzie się w zimowej (no, może z nieco większą niż wtedy domieszką jesieni) scenerii i ponownie nie ma żadnych wątpliwości, kto w tym zestawieniu jest faworytem, kto zaś underdogiem. Jeśli jednak w Södermalm realnie marzą o tym, aby napisać na europejskiej scenie historię na miarę ubiegłorocznego wyczynu Häcken, to w listopadowym dwumeczu bezwzględnie trzeba zaksięgować na swoim koncie przynajmniej cztery punkty. Brzmi to wszystko dość fantastycznie, wszak mówimy tu o konfrontacji trzeciej siły szwedzkiej ekstraklasy z niepokonanym od początku sezonu liderem angielskiej WSL, lecz jak głosi pewien popularny przed wieloma laty slogan: niemożliwe (podobno) nie istnieje. Podobnie jak podczas niedawnej wyprawy do Barcelony, Hammarby znów zagra bez jakiejkolwiek presji na swoich barkach i jeśli tym razem trener Sjögren raz jeszcze zaordynuje swoim podopiecznym odważny, proaktywny futbol, a precyzja w ostatniej tercji boiska i wykańczanie akcji wskoczą na zdecydowanie wyższy poziom, to istnieje całkiem realna szansa, że przynajmniej przez kilka(naście) minut będziemy się na stadionie w Manchesterze dobrze bawić. Jasne jest, że na dyspozycję i sportową jakość przeciwniczek nie mamy żadnego wpływu, więc logika podpowiada, aby skupić się przede wszystkim na sobie oraz na tym, jak możliwie skutecznie uprzykrzyć ten wieczór Garethowi Taylorowi i jego podopiecznym. Sankt Pölten, czy Aston Villa całkiem niedawno wytyczyły zresztą drogę, warto więc skorzystać z ich doświadczeń, nieco je tylko modyfikując i ulepszając. A później – niech się po prostu dzieje, bo przecież głównie o to w tej premierowej, europejskiej przygodzie chodzi. Wypełniający kolejne sektory gości do ostatniego miejsca kibice z Södermalm czekają na show…

******

Dwumecz Hammarby z Manchesterem City już za nieco ponad tydzień, a na przełomie listopada i grudnia swoje potyczki o być albo nie być na EURO 2025 stoczy kadra Petera Gerhardssona. Zgodnie z przewidywaniami, pierwsza runda barażowa okazała się wyłącznie przykrym obowiązkiem, a w każdej z czternastu par awans wywalczył zespół losowany z koszyka rozstawionych. Po cichu liczyliśmy na ewentualną niespodziankę ze strony coraz wyraźniej zaznaczającej swoją pozycję na futbolowej mapie Europy Turcji, ale nieoczekiwanie okazało się, że to Słowaczki najmocniej postraszyły w dwumeczu faworyzowaną Walię i nawet trochę szkoda, że nie udało im się przypieczętować swojej naprawdę solidnej postawy awansem. Z drugiej jednak strony, takie rozstrzygnięcia sprawiają, że w finałowej rundzie barażowych zmagań dostajemy siedem naprawdę otwartych zestawień, bo choć w niektórych szanse z pewnością nie rozkładają się w proporcjach 50/50, to jednak na miejscu kibiców chyba jednak na wszelki wypadek wstrzymalibyśmy się póki co z rezerwacją noclegów w szwajcarskich hotelach na przyszłoroczne lato. No, może z wyjątkiem fanów z Norwegii, gdyż w tym konkretnym przypadku powinno się jednak obyć bez nieoczekiwanych zakrętów i turbulencji.

Ze szwedzkiej perspektywy, okazja do sprawdzenia się na tle reprezentacji Serbii jawi się jako naprawdę ciekawe wyzwanie na koniec kalendarzowego roku. Nie tak dawno zresztą sami wymienialiśmy ekipę z Bałkanów jako potencjalnie wartościowego sparingpartnera, więc nie ma co narzekać, że ostatecznie przyjdzie nam zmierzyć się w rywalizacji o zdecydowanie większą stawkę. Nasze barażowe rywalki jeszcze nigdy nie dostąpiły zaszczytu gry w finałach mistrzostw świata lub Europy, choć same zainteresowane nie kryją, że bardzo chciałyby tę niechlubną statystykę zmienić. Pomóc w osiągnięciu tego ambitnego celu mają między innymi byłe (Jelena Cankovic) i obecne (Emma Petrovic, Vesna Milivojevic) gwiazdy boisk Damallsvenskan, choć nie są to bynajmniej jedyne aktywa w talii trenera Zecevicia. Na przestrzeni ostatnich sześciu lat swoją pozycję na hiszpańskiej ziemi ugruntowała sobie Allegra Poljak, nikomu nie trzeba chyba przestawiać snajperki monachijskiego Bayernu Jovany Damnjanovic, a przecież nie brakuje w tej konstelacji także dopływu świeżej krwi w osobach chociażby bohaterki domowej potyczki z Bośnią Niny Matejic, czy też terminującej (bo jeszcze nie grającej) w kadrze włoskiego Milanu Sary Stokic. Dopełnijmy to wszystko solidną golkiperką Sarą Cetinją, a także kilkoma zawodniczkami regularnie zbierającymi doświadczenie w lidze rosyjskiej i otrzymamy zestaw, z którym z całą pewnością trzeba się liczyć. Powtórki z Luksemburga zdecydowanie się więc nie spodziewajmy, choć jeśli wciąż chcemy widzieć siebie jako przedstawiciela szeroko rozumianej światowej czołówki, to wywalczenie awansu na szwajcarskie EURO pozostaje dla kadrowiczek Gerhardssona nie celem, lecz obowiązkiem. A dopełnić go przyjdzie nam w naprawdę godnym anturażu, bo na sztokholmskiej Tele2 Arenie, która całkiem niedawno była zresztą świadkiem innego sukcesu szwedzkiej piłki. Wtedy powody to radości mieli jednak przede wszystkim kibice ubrani na zielono-biało, a teraz świętować ma cała niebiesko-żółta społeczność. No, chyba że Cankovic z koleżankami zdecydują się popsuć nam tę fetę…

ter1

Ostatnia karta na stół

bkhore

Anna Anvegård i Tabitha Tindell w poniedziałkowy wieczór będą mogły przypieczętować degradację klubu z Örebro (Fot. BK Häcken)

Czy potyczka dwóch beniaminków, na dodatek zajmujących w przejściowej tabeli lokaty numer dwanaście i czternaście, może okazać się hitem ligowej kolejki? Jak najbardziej i nie przeszkadza w tym nawet fakt, iż jedna z bezpośrednio zaangażowanych w nią drużyn w całym sezonie nie wygrała jak dotąd choćby jednego meczu, a jej los przypieczętowany jest w zasadzie od wielu miesięcy. Piłkarki z Trelleborga niezmiennie wierzą jednak w to, że wstydliwe zero w rubryce zwycięstw rzutem na taśmę uda się jednak wymazać, a czekająca je już jutro rywalizacja ze stołecznym AIK, jawi się chyba jako najbardziej realna okazja do podjęcia potencjalnie skutecznej walki o pełną pulę. Tym bardziej, że zawodniczki z nadmorskiego miasteczka przystąpią do gry bogatsze o niedawne doświadczenia z Brommy, gdzie decyzja o tym, aby pójść na szaloną wymianę ciosów, przyniosła ostatecznie wyłącznie opłakane skutki. Na stadionie w Solnej ma już zatem być solidniej, dojrzalej i – przede wszystkim – zdecydowanie bardziej konkretnie, choć można przypuszczać, że AIK poprzeczkę zawiesi swoim rywalkom wyżej niż zrobił to przed reprezentacyjną przerwą inny sztokholmski klub. Gryzonie ze Skytteholms IP w końcowej fazie rozgrywek wreszcie zaczęły bowiem prezentować się na miarę swojego kadrowego potencjału i choć poniesione wcześniej straty sprawiły, że tej jesieni nie powalczą już o nic ponad spokojne utrzymanie, to jednak passa sześciu meczów bez porażki (biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki) musi budzić uznanie. Podobnie zresztą jak rosnąca z każdym upływającym tygodniem dyspozycja Haruny Tabaty, Adelisy Grabus, czy bohaterek absolutnie nieoczywistych, jak chociażby Ella Reidy oraz Maja Johansson. Tendencja ta musi fanów z północnego Sztokholmu cieszyć, bo przecież w sezonie wiosenno-letnim jedynie przebłyski doświadczonych Nordin, Sjöström i Fischerovej pozwalały Żółto-Czarnym wyszarpywać do swojego skarbczyka jakąkolwiek punktową zdobycz. Dziś proporcie te są już zdecydowanie lepiej zbilansowane, lecz nie możemy zapominać, iż najważniejsza część planu cały czas nie została jeszcze wykonana. Pierwszy ze swoich dwóch (a być może czterech) prywatnych finałów AIK rozegra już za kilkanaście godzin z Trelleborgiem i przystąpi do niego w dawno niewidzianej roli zdecydowanego faworyta. Czy będzie to miało jakikolwiek wpływ na boiskowe wydarzenia? Zapraszamy do stolicy, aby się o tym naocznie przekonać…

Druga część interesującej batalii w dolnych rejonach tabeli czeka nas dopiero w poniedziałek, a gościnny udział wezmą w niej zawodniczki BK Häcken. One oczywiście nie są w najmniejszym stopniu zamieszane w walkę o ligowy byt, ale nie jest wcale wykluczone, że to właśnie im przypadnie w udziale położyć na stole tę najbardziej wyczekiwaną, decydującą kartę. Jeśli bowiem AIK upora się w sobotę ze swoim zadaniem, to ewentualna (i przyznajmy, że całkiem spodziewana) porażka Örebro na Bravida Arenie w Hisingen, definitywnie przypieczętuje los drużyny prowadzonej przez Rickarda Johanssona. Zawodniczkom z Behrn Areny już dwukrotnie udawało się tej jesieni oszukiwać przeznaczenie, ale wszystkie znaki na ziemi wskazują, że gole autorstwa Maggy Henschler oraz Mai Bodin w końcowym rozrachunku przyczynią się jedynie do odroczenia wyroku, który ostatecznie i tak zostanie wykonany. A patrząc na to, co od początku października wyrabiają na ligowych boiskach zawodniczki wicemistrza Szwecji, to możemy zakładać, że ewentualna egzekucja może przybrać doprawdy brutalną i bezwzględną formę. Anvegård, Tindell, Nyström, Bergström, Schröder i spółka stworzyły bowiem mieszankę na nasze standardy wybuchową, a styl, w jakim przychodzi im tłamsić kolejne napotkane na drodze przeszkody, nie bez przyczyny przywołuje skojarzenia w największymi potentatami czołowych, europejskich lig. Jeśli więc w Närke marzą o kolejnym cudzie, to wypatrywać powinni go chyba raczej pośród wieści napływających w sobotę ze Sztokholmu. Choć nawet jeśli te okażą się nadspodziewanie pozytywne, to póki z perspektywy KIF do ugrania pozostanie jedynie kolejne odroczenie.

Poza najbardziej zaangażowaną dwójką, statusu pierwszoligowca na sezon 2025 nie zapewnili sobie jeszcze w Brommie oraz Linköping. Piłkarki z zachodniego Sztokholmu o zrealizowanie podstawowego celu na kończącą się właśnie kampanię powalczą na stadionie w Vittsjö, który ostatnimi czasy nie sprawia już wrażenia trudniej do zdobycia twierdzy. Ten niepozorny na papierze mecz może zresztą okazać się całkiem interesującym widowiskiem, bo jeśli Linda Sällström, Tanya Boychuk oraz Lisa Klinga po jednej, a także Klara Andrup, Frida Thörnqvist oraz Tuva Ölvestad po drugiej stronie dowiozą na boisko formę sprzed reprezentacyjnej przerwy, to przyjemny dla oka, otwarty spektakl wcale nie jest tu wykluczony. Na punktowe łowy do Skanii wybiorą się także ubiegłoroczne medalistki z Linköping, lecz w ich przypadku choćby minimalna zdobycz na terenie niedawno koronowanych mistrzyń z Rosengård wydaje się mocno wątpliwa. Tym bardziej, że wyrastająca na liderkę mocno przyblakłej ofensywy LFC Delaney Baie Pridham w Malmö nie zagra, a kreowana na centralny punkt drugiej linii Holenderka Eshly Bakker wyjdzie na plac gry świeżo po kolejnej w tej rundzie rekonwalescencji. Ponadto, ligowe potyczki obejrzymy w nadchodzący weekend na stadionach w Kristianstad, Växjö oraz Piteå, ale tam granie będzie miało charakter wyłącznie ciekawostkowo-taktyczno-statystyczny. W górnej połówce tabeli wszystko rozstrzygnęło się nam bowiem tak ewidentnie, że nawet minimalne korekty w kolejności zainteresowanych drużyn wydają się całkowicie wykluczone.

omg25