Śpiewy, szczeniaczki i szwajcarskie kulki

Ge8CVClWAAAynzO

Finały piłkarskiego EURO w Szwajcarii mają kilka niezaprzeczalnych plusów. Do tych bardziej oczywistych zaliczają się kwestie logistyczne związane chociażby z niewielkimi odległościami pomiędzy miastami-gospodarzami, do tych kompletnie nieoczywistych należy chociażby fakt, że to właśnie w tym kraju spotykamy się zdecydowanie najczęściej przy okazji firmowanych znaczkiem UEFA losowań. Dzisiejsza ceremonia wyciągania kulek z ośmiu identycznych miseczek w najmniejszym stopniu nie wyprowadziła nas zatem ze strefy komfortu, a jedynym elementem zaskoczenia okazał się inaugurujący ją występ artystyczny, podczas którego wokalista co i raz próbował wzniecić na sali koncertowe wibracje. Niestety, skuteczność tych starań okazała się być podobna jak u typowej Stiny Blackstenius, bo wszyscy zebrani czekali już raczej na danie główne i żadna przystawka nie była im do szczęścia potrzebna. Nieco zgrabniej dałoby się też zapewne ograć prezentację maskotki, pucharu oraz oficjalnej piłki przyszłorocznych finałów, choć uczciwie przyznajmy, że poziom niezręczności nie dobił do poziomu sprzed dekady, kiedy to kanadyjscy organizatorzy zaprezentowali nam cokolwiek nieskładny taniec w wykonaniu białej sowy imieniem Chouette. Inna kwestia, że sympatyczna Maddli ma potencjał, aby stać się jednym z absolutnych hitów nadchodzącego lata, a już sam fakt bycia słodkim szczeniaczkiem zauważalnie obniża jej próg wejścia do serc fanów futbolu z całego kontynentu. I nie tylko, bo jak dumnie obwieściła Nadine Kessler, popyt na bilety na szwajcarskie EURO zaobserwowano także w Ameryce i Oceanii. No i super, wszystkich chętnych oczywiście gorąco zapraszamy.

Co do samego losowania, to zaskoczeń w zasadzie nie zaobserwowano. Norwegia tradycyjnie zasiliła zdecydowanie najsłabszą na papierze grupę, a w niej zagwarantowała sobie najbardziej sprzyjający terminarz. Francja, Anglia i Holandia wskoczyły na siebie, a przy okazji na debiutującą na tym poziomie Walię, która teraz może się zastanawiać, czy może taktycznie nie dałoby się jednak puścić na turniej tych Irlandek, bo wyczekiwany przez dekady debiut może nieoczekiwanie okazać się niezwykle bolesny. Powody do radości i przedwczesnego rozpoczęcia świąteczno-noworocznych celebracji mają także w Italii, bo nie dość, że grupa zupełnie jak ta z Hammarby w tegorocznej Lidze Mistrzyń (Włoszki rzecz jasna w roli Manchesteru City), to jeszcze drabinka fazy pucharowej ułożyła się z ich perspektywy wprost idealnie. Od kilku miesięcy regularnie zastanawiamy się, czy Azzurre rzeczywiście wykonują na naszych oczach jakościowy skok i za kilka miesięcy nadarzy się okazja, aby tę tezę pozytywnie lub negatywnie zweryfikować. Bo oto ekipa trenera Soncina znalazła się może nie na autostradzie, ale z pewnością na drodze szybkiego ruchu do pierwszego w tym wieku realnego sukcesu w piłce reprezentacyjnej. No i wreszcie grupa C, która z oczywistych względów od tego momentu stała się nam najbliższa. Caroline Seger w ostatniej chwili postanowiła uratować temat, nie wsadzając swoich koleżanek na francusko-angielską minę, ale z Niemcami i Danią także nudy nie będzie. Znów trzeba wyciągnąć z szuflady teksty wspominające mundiale ’95 i ’03, a także niezapomniane z tysiąca powodów EURO ’13, znów z każdej szafki wyskakiwać będzie przemielona już chyba na popiół historia Pernille Harder i Magdaleny Eriksson, a co bardziej ambitni reporterzy dotrą nawet jej śladami do Linköping, gdzie miała ona swój początek. Kto wie, może w przypływie oryginalności ktoś zdecyduje się nawet wysłuchać historii bohaterki z Gamla Ullevi Stiny Lykke Petersen lub wspomnieć o najbardziej nieprawdopodobnych barażach i dniu, w którym całą Szwecję uratowała Charlotte Rohlin (nota bene, także idealna bohaterka potencjalnie inspirujących tekstów). Pewną nowością jest w tym całym zamieszaniu reprezentacja Polski, czyli drużyna stanowiąca znak zapytania chyba nawet dla jej sympatyków. Bo niby z jednej strony mówimy o zespole prowadzonym w bój przez jedną z czołowych piłkarek globu, która bynajmniej nie jest w swoich dążeniach osamotniona, a z drugiej mamy świeżo w pamięci ciąg kompromitujących występów polskiej defensywy w zakończonych właśnie eliminacjach. I jeżeli w tym zakresie nie nastąpi w najbliższych miesiącach wyraźna poprawa (a wielu okazji do testów podopieczne selekcjonerki Patalon w związku z występami w grupie B Ligi Narodów mieć nie będą), to zderzenie z poważnym, turniejowym może okazać się dla debiutantek bardzo nieprzyjemne.

W sporcie, jak i w życiu, pół roku to jednak szmat czasu, więc analizę ewentualnych szans i zagrożeń zostawimy sobie na później. Dziś możemy już natomiast przedstawić plan gier szwedzkiej kadry w fazie grupowej EURO ’25, bo to zawsze znak, że oto można (a nawet wypada) rozpocząć nieco bardziej szczegółowe planowanie. Szwajcario, nadjeżdżamy, tam przynajmniej na pewno nas z nikim nie pomylą!

VS_NotSwitzerland_Press_01_High_CMSTemplate.max-1200x630


Terminarz reprezentacji Szwecji – faza grupowa EURO 2025:

4. lipca – Szwecja vs Dania (Genewa)

8. lipca – Szwecja vs Polska (Lucerna)

12. lipca – Szwecja vs Niemcy (Zurych)

Było okej

hiffcb

Ellen Gibson kończyła swój ostatni domowy mecz w barwach Hammarby z opaską kapitańską (Fot. Hammarby IF)

Grudniowa noc, przyjazd najlepszej klubowej drużyny Europy, na termometrach siedem kresek poniżej zera, a na trybunach niemal dwadzieścia tysięcy gorących, sztokholmskich serc. Bo nawet jeśli w sporcie najważniejszy jest wynik, to jesienno-zimowa, europejska saga była dla kibiców Hammarby czymś zdecydowanie ważniejszym niż tylko grą o dopisywanie do swojego dorobku kolejnych punktów. Zielono-biała armia fanów futbolu, która przez lata budowała swoją renomę na krajowym podwórku, przedstawiła się światu od tej najbardziej efektownej strony, a informacje o jej wyczynach nieprzypadkowo trafiały na nagłówki angielskich i katalońskich portali, które przecież na brak tematów do analizy ani trochę nie narzekają. I już teraz możemy w ciemno zakładać, że wieńczący grupowe zmagania wyjazd do Austrii również spotka się z niemałym zainteresowaniem, ale zanim Wiedeń i okolice z bliska poznają moc energii bijącej od ekipy z Södermalm, trzeba było godnie pożegnać się z domowymi występami w obecnym roku kalendarzowym. A jako się rzekło, okazja trafiła się ku temu doprawdy wyjątkowa.

Na boisku niespodzianki nie było, a zawodniczki z Katalonii stosunkowo szybko zadbały o to, aby mecz toczył się pod ich wyłączną kontrolą. Już pierwsza groźna akcja przyniosła im prowadzenie, choć na pewnym jej etapie można było mieć jeszcze nadzieję, iż ambitnie walcząca Stina Lennartsson skutecznie przerwie indywidualne popisy Claudii Piny. Wahadłowa Bajen próbę interwencji faktycznie podjęła, ale Ewa Pajor akurat dziś uznała za stosowne przypomnieć o sowim snajperskim instynkcie. A ponieważ mówimy tu o jednej z absolutnie topowych napastniczek świata, to chwilę później na tablicy wyników widniał już rezultat 0-1. Skromne prowadzenie przyjezdnych utrzymało się aż do 40. minuty, kiedy to liderka reprezentacji Polski ukąsiła raz jeszcze, tym razem bezbłędnie finalizując dośrodkowanie Mapi Leon z rzutu rożnego. W mroźnej, szwedzkiej stolicy Barcelona nie rzuciła się jednak na rywalki z Damallsvenskan z podobną furią co przed dwoma miesiącami na własnym boisku, ale nieco mniejsze zaangażowanie piłkarki z Katalonii nadrabiały tym razem skutecznością. A w pierwszoplanowych rolach występowały dziś przede wszystkim gwiazdy największego formatu, gdyż po dublecie Pajor, trzecie trafienie dołożyła jeszcze Aitana Bonmati, w tej konkretnej sytuacji idealnie obsłużona przez Kikę Nazareth. Wielką ochotę do wpisania się na listę strzelczyń przejawiała ponadto Esmee Brugts, lecz z jej strzałami wzorowo radziła sobie akurat Anna Tamminen. Zwycięstwo obrończyń tytułu zagrożone nie było jednak ani przez chwilę, a Patricia Guijarro, Claudia Pina oraz niezatapialna Bonmati udzieliły nadzwyczaj żywiołowej, sztokholmskiej publiczności niezwykle interesującego wykładu z katalońskiej piłki. Pozostaje zatem mieć nadzieję, iż preferujący podobny styl trener Sjögren poczynił w swoim zeszycie odpowiednie notatki, gdyż za rok miejsce na najniższym stopniu ligowego podium Damallsvenskan, w Södermalm nie ucieszy raczej nikogo.

A co my zabierzemy ze sobą z tego wyjątkowego wieczoru? Na pewno godne pożegnania Jonny Andersson oraz Ellen Gibson, które niezawodni fani Bajen uczcili w dosłownie królewskim stylu. Słowo to użyte zostało rzecz jasna nieprzypadkowo, gdyż każdy, kto widział przedmeczową oprawę, ten bez większego trudu zrozumie to oczywiste nawiązanie. Swego rodzaju ciekawostkę stanowił fakt, że Andersson tym razem ustawiona została przez trenera Sjögrena na szóstce, robiąc tym samym przestrzeń na lewym wahadle dla Julie Blakstad. Pięterko wyżej od swojej rodaczki operowała natomiast rekonwalescentka Anna Jøsendal i to za jej sprawą gospodynie wykreowały swoją jedyną dogodną okazję bramkową przed przerwą. Centra 23-letniej Norweżki znalazła ostatecznie adresatkę w osobie Ellen Wangerheim, lecz próba strzału w wykonaniu tej ostatniej została skutecznie wyblokowana przez barcelońską defensywę. Zdecydowanie bliżej powodzenia była na początku drugiej części gry Cathinka Tandberg, ale ją powstrzymała z kolei interwencja Caty Coll, która tym razem uniknęła zapadnięcia w śródmeczową drzemkę, co także w obecnym sezonie już się jej przecież przytrafiało. Blakstad, Jøsendal oraz Wangerheim bez wątpienia należały do grona najbardziej zaangażowanych w grę zawodniczek, a w końcowej fazie meczu w swoim stylu szarpnęły jeszcze rezerwowe dziś Emma Westin oraz Smilla Holmberg. Szkoda, że tej widocznej gołym okiem ambicji i determinacji nie wystarczyło na choćby honorowego gola w wyraźnie przegranym dwumeczu z wielką Barceloną, ale ponownie przyszło nam opuszczać stadion z mocnym poczuciem, że to Hammarby do wielkiego, europejskiego grania to jednak jak najbardziej pasuje. Szkoda, że tym razem grupa trafiła się najmniej sprzyjająca z możliwych, ale już za rok widzimy się ponownie, w nowym formacie rozgrywek i z nowymi, zdecydowanie bardziej realnymi do osiągnięcia celami. Ale zanim to, trzeba jeszcze pojechać do Austrii i zrobić tam swoje. Dla siebie, dla najlepszych fanów w północnej Europie i dla… krajowego rankingu UEFA, gdyż na chwile obecną wszystko przemawia za tym, że przynajmniej w dwóch najbliższych sezonach aż trzy szwedzkie kluby dostąpią zaszczytu gry w najważniejszych rozgrywkach na kontynencie. A to wszystko okazało się możliwe przede wszystkim dzięki temu, co pewnego wieczora wydarzyło się w miejscowości Seixal nieopodal Lizbony. Tam również było wtedy głośno, radośnie i zielono-biało!

hiffcb2

Okres przejściowy

kaneryd

Johanna Kaneryd była w kończącym się roku najważniejszą piłkarką szwedzkiej kadry (Fot. Bildbyrån)

W polityce, dyplomacji, czy sporcie często przywołuje się tak zwane okresy przejściowe. I nie da się ukryć, że dwanaście ostatnich miesięcy było z perspektywy szwedzkiej piłki reprezentacyjnej czymś na kształt fazy transformacji. Niby wiosną i latem graliśmy eliminacje do wielkiego turnieju, ale przykład płynący z Polski pokazał, że można było bezkarnie się na przestrzeni sześciu meczów skompromitować, następnie spiąć się na jesienne baraże i na koniec odtrąbić historyczny sukces. W przypadku kadrowiczek Gerhardssona o żadnym blamażu mowy oczywiście nie było, bo choć w niezwykle wymagającej grupie z Francją i Anglią nie udało się wywalczyć bezpośredniego awansu na EURO ’25, to dwa uzyskane po naprawdę przyzwoitej grze remisy z wciąż aktualnymi mistrzyniami Europy mają swoją wymowę. A domowe starcie z tym przeciwnikiem na Gamla Ullevi zapisało się w najnowszej historii jako w pewnym sensie kultowe, także za sprawą niesamowitej postawy fair play Rosy Kafaji, która w ułamku sekundy instynktownie podjęła jedyną słuszną decyzję o kontynuowaniu akcji pomimo nieprzepisowej interwencji Leah Williamson, z którą nota bene kilka tygodni później miała sposobność spotkać się w szatni londyńskiego Arsenalu.

Z Anglią były dwa remisy, z Irlandią zaś dwa zwycięstwa, które oczywiście mocno szanujemy. Tak, fraza ta powtarzana jest tutaj być może zbyt często, lecz warto przyzwyczajać się do nowej rzeczywistości, w której na solidnym poziomie futbolówkę kopie się w nieco większej liczbie europejskich krajów niż miało to miejsce jeszcze dekadę temu. Potyczka na Aviva Stadium w Dublinie okazała się jednoosobowym show Johanny Kaneryd i bez wielkiego ryzyka możemy określić ją jako najbardziej efektowny występ pojedynczej piłkarki w meczu szwedzkiej kadry w ostatnich latach. Kto nie widział lub zapomniał, niech szybko nadrobi, albo… odpali sobie transmisję dowolnego meczu Chelsea, gdyż pochodząca spod Sztokholmu skrzydłowa rozpędziła się tak bardzo, że w październiku przyćmiła swoją postawą cały gwiazdozbiór biegający po murawach angielskiej ekstraklasy. Rewanż przeciwko ekipie z Zielonej Wyspy nie był niestety równie przyjemny dla oka, ale w samej końcówce przepchnęła go nam niezawodna w podobnych sytuacjach stoperka od zadań specjalnych Magdalena Eriksson. A ponieważ bilans szczęścia i pecha zazwyczaj musi wyjść gdzieś w okolicach zera, to w rywalizacji z Francją to nam przytrafiły się dwie minimalne i stosunkowo niefartowne porażki. Najpierw pogrążyła nas specjalnością zakładu Wendie Renard, a trzy miesiące później strzałem życia popisała się Sakina Karchaoui. Swoją drogą, mało kto wówczas przypuszczał, że z kolei dla Francuzek druga połowa roku okaże się pasmem następujących po sobie niepowodzeń i rozczarowań. Football, bloody hell!

Zmagania w eliminacyjnej grupie zakończyliśmy zatem z zadowalającym bilansem 2-2-2, natomiast starcia z rywalkami występującymi na co dzień na niższych szczeblach kontynentalnej hierarchii przyniosły nam komplet sześciu zwycięstw i zacny bilans bramkowy 30-0. Bośnia i Luksemburg żadną miarą nie mogą jednak stanowić dla nas jakiegokolwiek wyznacznika, a i Serbia okazała się straszyć wyłącznie na papierze. Dobrze wykonaną pracę trzeba jednak odnotować i głośno pochwalić, wszak coraz częściej przedmeczowe faworytki napotykają w podobnych okolicznościach na mniejsze lub większe trudności. Szwedzkim kadrowiczkom nie tylko udało się ich całkowicie uniknąć, ale i subtelnie podkreślić wciąż dzielącą nas od europejskiej grupy pościgowej różnicę klas i za to wielkie brawa dla sztabu oraz zawodniczek. Malkontenci kręcą oczywiście nosami, że zbyt często bazowaliśmy w tych konfrontacjach na przykład na wyćwiczonych schematach przy stałych fragmentach, ale… naprawdę bądźmy na chwilę poważni. Czy ktoś ma pretensje do Alexandry Popp lub Lindsey Horan o to, że zbyt duży procent ich goli pada po strzałach głową? Rozegrania ze stojącej piłki to znak firmowy ery Gerhardssona, a skoro doprowadziliśmy ten element piłkarskiego rzemiosła do mistrzostwa, to po prostu z niego do woli korzystajmy. Nie zapominając rzecz jasna o tym, że samymi wolnymi i rożnymi żadnego turnieju się nie wygra.

angeldal

Serduszko od Filippy Angeldal dla szwedzkich kibiców po zwycięskim dwumeczu z Serbią (Fot. Bildbyrån)

A jak szwedzka kadra A.D. 2024 przestawia się we wszelkiej maści formułach statystycznych? Tutaj tez nie ma niespodzianki, gdyż kręcić będziemy się przede wszystkim wokół dwóch doskonale znanych nam nazwisk. Pewnego rodzaju niespodzianką może być jednak fakt, iż to Filippa Angeldal wygrała nie tylko wewnętrzną klasyfikację punktową (6 + 2), ale i tytuł najlepszej snajperki (6 goli w 12 meczach). Najskuteczniejszą asystentką została natomiast Jonna Andersson (4 asysty), co jest o tyle logiczne, że to właśnie defensorka Hammarby w pierwszej kolejności odpowiadała w kadrze Gerhardssona za egzekwowanie rzutów rożnych. Pod względem liczb pozytywnie wyróżniły się także Johanna Kaneryd (4 + 3), Fridoline Rolfö (2 + 3) oraz Stina Blackstenius (5 + 0), choć napastniczka Arsenalu doszlusowała do tej grupy w znacznym stopniu dzięki jesiennym barażom z Luksemburgiem i Serbią.

swe2

Filippa Angeldal oraz Johanna Kaneryd były ponadto jedynymi piłkarkami, które wystąpiły we wszystkich dwunastu tegorocznych meczach szwedzkiej kadry. Co ciekawe, w obu przypadkach tylko jeden raz selekcjoner wprowadził je do gry z ławki, co nieco przeczy słynnej maksymie Gerhardssona, że po stokroć ważniejsze jest to, kto mecz na murawie kończy, a nie zaczyna. Tuż za plecami żelaznego duetu znajdziemy za to aż sześć zawodniczek, które w tym roku dopisały do swojego sportowego curriculum vitae solidne 10 A. Grono to stanowią Jonna Andersson, Kosovare Asllani, Rosa Kafaji, Fridolina Rolfö, Linda Sembrant oraz Julia Zigiotti, choć najmłodsza w tym zestawieniu Kafaji zdecydowanie zbyt często dostawała do zagrania mało znaczące epizody.

Pod względem rozegranych minut bezsprzeczną liderką pozostaje Johanna Kaneryd (971 minut; 89.91%), a podium tej klasyfikacji uzupełniają Filippa Angeldal (925 minut; 85.65%) oraz Jonna Andersson (837 minut; 77.43%). Oprócz tego tercetu pułap siedemdziesięciu procent trochę zaskakująco przebija wyłącznie nestorka kadry Linda Sembrant (798 minut; 73.89%), a czołową piątkę domyka Fridolina Rolfö (729 minut; 67.50%), na którą niezmiennie liczymy w perspektywie przynajmniej dwóch nadchodzących turniejów i gorąco trzymamy kciuki, aby szerokim łukiem omijały ją jakiekolwiek problemy zdrowotne, które do pewnego momentu mocno jaj karierę hamowały.

Jeśli chodzi o średnią ocen za występy w reprezentacyjnej koszulce, to tutaj palmę pierwszeństwa przyznajemy bohaterce z Dublina (i Londynu) Johannie Kaneryd, której grę oceniliśmy na 6.75 w dziesięciostopniowej skali. Na nieformalnym podium zabraknąć nie mogło oczywiście także Filippy Angeldal (6.50), ale dość nieoczekiwanie tę dwójkę przedzieliła nam jeszcze jedna z bohaterek wiosennej fazy eliminacji Magdalena Eriksson (6.63). Kolejne lokaty to już zauważalnie niższe notowania, ale skoro zwyczajowo wyróżniamy tutaj subiektywne TOP-5, to z dobrze rozumianego kronikarskiego obowiązku informujemy, że w szerokiej czołówce znalazło się jeszcze miejsce dla Fridoliny Rolfö (6.11) oraz Nathalie Björn (5.86).

swe1

Młodzieżowa (r)ewolucja

Sezon 2024 był ostatnim, podczas którego obowiązywał doskonale znany nam system rozgrywek młodzieżowych. SvFF postanowiła bowiem pójść śladem wielu innych europejskich federacji, słusznie wychodząc z założenia, że dobre i zarazem nieopatentowane pomysły warto mądrze kopiować. Wiosną 2025 po raz pierwszy będziemy zatem fascynować się czymś na kształt Centralnej Ligi Juniorek, powołanej do życia zarówno w kategorii dziewiętnasto-, jak i siedemnastolatek. W zmaganiach juniorek starszych scentralizowane zostały nawet dwa najwyższe szczeble piramidy, co jasno pokazuje, że profesjonalizacja naszej dyscypliny sportu ma się całkiem przyzwoicie. Oczywiście, każda (r)ewolucja niesie za sobą także określony bagaż potencjalnych strat, ale akurat w przypadku tej reformy nie ma raczej wątpliwości, że ostateczny bilans powinien wyjść zdecydowanie na plus.

Zanim jednak skupimy się na przyszłości, warto oddać honory tym, które okazały się bezkonkurencyjne w kończącym się właśnie roku. Podsumowanie standardowo rozpoczniemy od kategorii U-19, gdzie ze względu na czekającą nas tej zimy reorganizację, klasyczny finał zastąpiono rywalizacją ligową z podziałem na grupę mistrzowską i spadkową. Terminarz ułożył się jednak do tego stopnia ciekawie, że ostatnia seria spotkań przyniosła nam potyczkę liderek z wiceliderkami i choć z oczywistych względów AIK w zasadzie przystępował do decydującej batalii w glorii ozłoconego już zwycięzcy, to wyjazd na trudny teren do Möldnal był dla zawodniczek z Solnej rewelacyjną okazją do potwierdzenia swojej niepodważalnej supremacji. Sztokholmianki z tej szansy skwapliwie zresztą skorzystały, bijąc Jitex w stosunku 6-2 i trochę psując w ten sposób miejscowym fanom celebrację i tak sporego sukcesu, jakim dla Liliowych niewątpliwie był tytuł wicemistrzyń kraju. Bohaterką starcia na legendarnym z perspektywy długoletnich fanów futbolu Åbyvallen okazała się autorka hat-tricka Nova Selin, lecz głównymi architektkami wspaniałego sukcesu młodzieży z AIK były przede wszystkim niekwestionowana królowa strzelczyń Aleksandra Bogucka (licznik osiemnastoletniej snajperki z Polski zatrzymał się na 18 trafieniach w 15 meczach), a także stanowiąca centralny punkt niezwykle szczelnej formacji defensywnej Emelie Ekman. Wszystkie trzy przywołane tu nazwiska naprawdę warto zanotować, gdyż nie zaryzykujemy wiele, przewidując iż prawdopodobnie już za kilka miesięcy często będziemy spotykać się z nimi także przy okazji relacji z boisk Damallsvenskan.

Wśród siedemnastolatek oglądaliśmy natomiast standardowy, pucharowy play-off, a w nim klasą dla siebie okazały się dziewczyny (mam nadzieję, że w kontekście tej kategorii nie jest to jeszcze słowo zakazane) z IFK Göteborg. Piłkarki z zachodniego wybrzeża odprawiły kolejno Helsingborg (4-2), Växjö (2-1) oraz Brommę (5-1), a w finale dosłownie przejechały się po mającej przecież całkiem bogate tradycje w piłce młodzieżowej Uppsali (5-1). Najbardziej wartościowymi zawodniczkami obserwowanej z trybun przez ponad pół tysiąca fanów decydującej batalii były mające już za sobą występy w pierwszym zespole Saron Berhe oraz Josan Semere Melake, choć sympatycy Blåvitt z pewnością docenili także kapitankę Tidę Jattę, a także niesamowicie bramkostrzelną snajperkę Emily Svantesson, która z dorobkiem 34 goli została drugą najskuteczniejszą piłkarką Szwecji w kategorii juniorek młodszych. W tej ostatniej klasyfikacji dość niespodziewanie bezkonkurencyjna okazała się bowiem reprezentująca stosunkowo anonimowy z perspektywy centralnego szczebla rozgrywek klub Selånger SK Lea Stenlund. Wyczyn napastniczki z Västernorrland warto jednak podkreślić, gdyż jest on najlepszym możliwym potwierdzeniem tezy, że rozgrywki młodzieżowe z powodzeniem wypełniają swoją podstawową misję, którą definiujemy jako możliwość skutecznego i odpowiednio szybkiego wychwycenia piłkarskich talentów z każdego zakątka kraju. A mapa klubów, w których swoją przygodę ze sportem rozpoczynały aktualne szwedzkie kadrowiczki jasno pokazuje, że system ten działa sprawnie i bez zarzutu już od przynajmniej kilkunastu lat z perspektywami na równie owocną kontynuację.


cupen1

Początek grudnia przyniósł nam także emocje w postaci losowania fazy grupowej przyszłorocznego Pucharu Szwecji, przy czym w słowie emocje wyjątkowo nie ma tym razem ani krzty ironii. SvFF oraz EFD najwyraźniej postanowiły, że jak iść na całość, to już na pełnej, dzięki czemu za pomocą jednego kliknięcia pozbyliśmy się kuriozalnego i wybitnie niesprawiedliwego zarazem kryterium geograficznego, a także odpowiednio nagrodziliśmy wyniki osiągnięte przez zainteresowane kluby w sezonie 2024. Dobrą informacją jest ponadto fakt, iż chyba po raz pierwszy w historii do tego etapu przedostało się prawdopodobnie szesnaście najlepszych obecnie klubów w Szwecji, co przynajmniej w teorii powinno zagwarantować nam, że poniżej umownego poziomu przyzwoitości schodzić nie będziemy. Teoria ma jednak do siebie to, że nadzwyczaj często lubi rozjeżdżać się z praktyką, wobec czego nie będziemy wychodzić przed szereg i z okrzykami podziwu i zachwytu taktycznie wstrzymamy się jeszcze do marca.

Nie da się jednak ukryć, że o ile przedstawicielki Wielkiej Trójki mają obowiązek w pełnym składzie zameldować się w fazie półfinałowej, o tyle czwarta z grup może przynieść nam niezwykle ciekawe rozstrzygnięcia. Rozsądek nakazywałby kierować się w stronę awansu odhaczającego kolejne punkty długofalowego planu Norrköping, lecz zarówno Kristianstad, jak i AIK stanowią na ten moment swoistą enigmę i dopiero nadchodzące tygodnie wyklarują nam, jakim potencjałem zespoły te będą dysponować na wiosnę. Neutralni fani z ciekawością zerkną ponadto na kolejny cykl przynoszącej często niespodziewane rozstrzygnięcia rywalizacji Häcken z Djurgården, a także – a może przede wszystkim – na długo wyczekiwane derby Malmö, w których najbardziej utytułowany szwedzki klub stanie w szranki z wyjątkowo ambitnym, jedynym w swoim rodzaju unikalnym beniaminkiem. A ponieważ losy tych franczyz splatają się w sposób, który spokojnie nadawałby się na fabułę serialu dokumentalnego, to w stolicy Skanii ewidentnie zanosi się na niezwykle gorące i pełne potencjalnie zapalnych iskierek przedwiośnie.

Ruch wybitnie jednostronny

angeldal_kaneryd

Bez Filippy Angeldal oraz Johanny Kaneryd awans szwedzkiej kadry na szwajcarskie EURO wcale nie byłby aż taką formalnością (Fot. Bildbyrån)

Są w naszej historii takie chwile, gdy w jednym miejscu i czasie spotykają się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Dziś na sztokholmskiej Tele2 Arenie prawidłowość ta dokonała się w dwóch trzecich; mieliśmy bowiem godne uhonorowanie legendarnej Caroline Seger, domknięcie ostatniego rozdziału eliminacyjnej kampanii i wreszcie radość z wywalczonego może nie w epokowym stylu, ale wciąż bardzo pewnie awansu. Solidnego bodźca ze zwrotem naprzód znów jednak zabrakło, Gerhardsson raz jeszcze zdecydował się postawić na wyjątkowo zgraną już talię kart i choć były one wyraźnie mocniejsze niż te, którymi dysponował tego wieczora jego serbski oponent, to już za moment może z tego zachowawczego podejścia urodzić się całkiem poważny problem. Bo ze skrajnym konserwatyzmem i niechęcią do wprowadzania nieuchronnych zmian najczęściej bywa tak, że jak coś już się zacznie w sposób zauważalny i odczuwalny walić, to kolejne nieszczęścia następują lawinowo i wcale nie każą na siebie przesadnie długo czekać.

Ale skoro mamy się cieszyć i nie psuć narracji, to doceńmy fakt, że jeśli ktoś bał się wracać do domu mroźnymi ulicami nocnego, grudniowego Sztokholmu, to ze stadionu mógł w zasadzie bez wielkiej szkody zawinąć się w okolicach 25. minuty. Wtedy było już bowiem absolutnie jasne, że w tej rywalizacji szwedzkim piłkarkom nie może stać się nawet najmniejsza krzywda, choć sam początek mógł nawet sugerować coś dokładnie odwrotnego. Ambicji, konceptu i jakości gościniom z Bałkanów wystarczyło jednak na około pięć minut, po których inicjatywę nieodwołalnie przejęły Szwedki i ani myślały oddawać jej aż do chwili, gdy rywalkom ewentualne sensacje czy niespodzianki zostały z głów ewidentnie wybite. Sygnał do ataku dała w pierwszej kolejności grająca dziś w wyjściowej jedenastce Fridolina Rolfö, chwilę później na nieprzyjemny strzał zza pola karnego zdecydowała się Kosovare Asllani i mogliśmy tylko spokojnie czekać, aż bramkowy worek na Tele2 Arenie wreszcie się rozwiąże. Owe wyczekiwanie nie okazało się zresztą długie, bo stosunkowo szybko gola na 1-0 dla miejscowych zdobył VAR. To znaczy, z dwunastu jardów skutecznie uderzała oczywiście Filippa Angeldal, lecz podyktowany przez grecką sędzię rzut karny należał do gatunku tych wybitnie VAR-owych i nawet Jonna Andersson była mocno zaskoczona, że gra została wstrzymana i nie dane jej było w tej sytuacji dorzucić futbolówki z narożnika boiska. Była już defensorka Hammarby swojej szansy doczekała się jednak po upływie kilku kolejnych minut i choć w tym przypadku nie możemy zapisać na jej koncie bezpośredniej asysty, to właśnie od centry Andersson z kornera rozpoczęła się sekwencja, którą trochę kuriozalnym golem sfinalizowała ostatecznie Stina Blackstenius. Bramkowego przełamania w niebiesko-żółtych barwach doczekała się po drodze także Asllani, która przytomnym wślizgiem dopchnęła futbolówkę do siatki znajdującej się ewidentnie pod formą Sary Cetinji. Takiej zaliczki nie dało się już oczywiście roztrwonić, a przecież za sprawą czyhającej na idealną centrę Magdaleny Eriksson oraz lubujących się w indywidualnych rajdach bocznymi korytarzami boiska Fridoliny Rolfö oraz Johanny Kaneryd, prowadzenie podopiecznych Gerhardssona mogło być jeszcze bardziej okazałe. Podwyższyła je jednak dopiero w czwartej spośród pięciu doliczonych przez grecką sędzię minut Blackstenius i gdy obie ekipy schodziły wreszcie do szatni, gospodynie zostały pożegnane przez swoich fanów jak najbardziej zasłużonymi oklaskami. Bo ambitne uczennice z Bałkanów nie tylko nawet nie podjęły ze swoimi skandynawskimi profesorkami realnej walki, ale na przestrzeni dwumeczu przyjęły od nich niezwykle bolesną lekcję profesjonalnego futbolu.

Druga połowa to już przede wszystkim czas na celebrację kariery Caroline Seger i wychodzenie myślami w kierunku 16. grudnia, kiedy to poznamy komplet rywalek w fazie grupowej EURO ’25. To znaczy, na murawie mecz oczywiście trwał i Szwedki nawet sprawiały wrażenie zespołu mającego przemożną ochotę na więcej, ale różnica sześciu goli nieodwołalnie uczyniła ten dwumecz stosunkowo letnim i pozbawionym specjalnych wzruszeń. Raz jeszcze podkreślamy jednak, ze za taki stan rzeczy winę ponoszą tylko i wyłącznie Serbki, które być może miały jakiś konkretny plan na pokonanie szwedzkiej przeszkody, ale jeśli on w ogóle kiedykolwiek istniał, to na ich nieszczęście miało to miejsce wyłącznie w warstwie teoretycznej. Na murawie piłkarki trenera Zecevicia bardzo długo obsadzały się bowiem przede wszystkim w rolach wybitnie drugoplanowych i nawet przejawiające największą ochotę do gry Damnjanovic, Filipovic, Milivojevic oraz Poljak albo wybitnie nie miały dziś swojego dnia, albo ich największe atuty zostały przez szwedzki sztab koncertowo zneutralizowane. A skoro wspomnieliśmy już o Caroline Seger, to kapitanka Rosengård mogła naprawdę szczerze uśmiechnąć się obserwując poczynania swoich potencjalnych następczyń w środkowej strefie boiska. Filippa Angeldal ponownie była dyrygentką z prawdziwego zdarzenia, to ona nadawała szwedzkim akcjom właściwy rytm i to za jej sprawą nasza gra sprawiała wrażenie tak bardzo płynnej. Co więcej, jeden z dwóch najlepszych meczów w reprezentacyjnych barwach zapisała na swoim koncie Hanna Bennison i to bynajmniej nie tylko ze względu na gola z 57. minuty, bo tam akurat jeszcze bardziej wydatnie niż w miniony czwartek pomogła jej swoją nieporadnością Cetinja. Na wyraźnym plusie dzień zakończyła także Kosovare Asllani, która w przeszłości grywaa ju w orkiestrze Blågult bardziej efektowne koncerty, ale ten dzisiejszy też przywołał przynajmniej namiastkę tych lepszych dni jej sportowej kariery. Oczekiwany impuls z ławki dały także Julia Zigiotti oraz Anna Anvegård, podkreślając tylko, że dominacja podopiecznych Gerhardssona w drugiej linii była dziś niepodważalna bez względu na konfigurację osobową i taktyczną. Jasne, nie był to mecz bezbłędny i perfekcyjny, lecz na taki chętnie poczekamy sobie na przykład do lata 2025. Bo przecież dzisiejsze zwycięstwo oznacza dokładnie tyle, że słowa z dumnie wiszącego dziś za jedną z bramek transparentu właśnie się zmaterializowały. Po drodze bywało różnie, ale… za pół roku widzimy się w Szwajcarii! Tak miało być i tak będzie, co bez niepotrzebnego i niczym nieuzasadnionego euforyzmu warto jednak odpowiednio docenić. Bo w sporcie – dokładnie jak i w życiu – nic nie jest dane za darmo i na zawsze.

swesrb

Bez turbulencji

bennison

Celny strzał z dystansu Hanny Bennison pozwolił Szwedkom objąć prowadzenie w dzisiejszym starciu (Fot. Bildbyrån)

Na stadionie w Leskovacu nie było wielkiej gry, ale nie przeszkodziło to reprezentantkom Szwecji w wykonaniu wielkiego kroku w kierunku szwajcarskiego EURO. Jeden precyzyjny strzał z dystansu i jeden bezbłędnie rozegrany rzut rożny (specjalność zakładu Petera Gerhardssona) wystarczyły, aby na wtorkowy rewanż przed własną publicznością udać się ze spokojem w sercach i umysłach. Dopiero co apelowaliśmy o uniknięcie w tej barażowej zawierusze niepotrzebnych emocji, a skoro ten punkt planu możemy już oficjalnie uznać za odhaczony, to słowa pochwały niewątpliwie się naszym kadrowiczkom należą. Bo nawet jeśli Serbki nie zaprezentowały dziś pełni swoich możliwości, a pierwszy i jedyny celny strzał oddały za sprawą Allegry Poljak dopiero w końcowej fazie gry, to występ na bałkańskiej ziemi przypominał momentami stąpanie po polu minowym. Jeden kiks, jedno niedokładne ustawienie którejkolwiek z defensorek i mogło zrobić się bardzo nieprzyjemnie. Ostatecznie obyło się jednak bez przykrych niespodzianek, a Björn, Eriksson i Lundkvist z reguły pojawiały się w krytycznych momentach dokładnie tam, gdzie wymagała tego sytuacja. A gdy raz naszym piłkarkom skutecznie urwała się Sara Stokic, to uderzona przez nią futbolówka o kilkadziesiąt centymetrów minęła prawy słupek szwedzkiej bramki.

Podopieczne trenera Gerhardssona były natomiast w swoich poczynaniach zdecydowanie bardziej konkretne, choć nie da się całkowicie uciec od faktu, że co i raz pomocną dłoń wyciągała w ich kierunku Sara Cetinja. Golkiperka rzymskiego Lazio na przedmeczowej rozgrzewce sprawiała wrażenie niesamowicie skoncentrowanej, ale już pierwsze minuty pokazały, że tym razem ani trochę nie zadziałało to na jej korzyść. Każdy strzał, podobnie zresztą jak każde dośrodkowanie Szwedek z bocznego sektora, niósł za sobą zagrożenie, a nerwowe i kompletnie nieprzewidywalne interwencje serbskiej bramkarki w najmniejszym stopniu nie ułatwiały zadania jej koleżankom z formacji defensywnej. Słabsze ogniwo w ekipie rywalek udało się zlokalizować stosunkowo szybko, ale do pewnego momentu braki te skutecznie maskowały niezwykle uważne w swoich poczynaniach Violeta Slovic oraz Nevena Damjanovic. Jeśli jednak celujesz w pierwszy w historii awans na wielki turniej, to z przeciwnikiem pokroju Szwecji (nawet będącej u schyłku złotego pokolenia) nie da się zwyciężyć bez wydatnego wsparcia ze strony bramkarki. Cetinja wartości dodanej z perspektywy gospodyń ani trochę jednak nie stanowiła i jedynie stosunkowo niski rezultat sprawia, że jej postawa nie będzie tego wieczora wiodącym tematem wśród niewątpliwie rozczarowanych takim obrotem sprawy serbskich fanów i ekspertów.

Przed pierwszym gwizdkiem portugalskiej sędzi niejako wywołaliśmy do tablicy Johannę Kaneryd oraz Filippę Angeldal i trzeba przyznać, że obie przedstawicielki niezwykle udanego rocznika -97 rolę liderek jak najbardziej udźwignęły. Jasne, to nie był występ na miarę nie tak dawnych popisów oklaskiwanych na trybunach Londynu i Madrytu, ale raz jeszcze przekonaliśmy się, że bez tej dwójki szwedzka kadra ewidentnie traci obecnie sporo jakości. Podobnie zresztą mają się sprawy w przypadku Fridoliny Rolfö, która tym razem zameldowała się na murawie w ostatnim kwadransie. Zdecydowanie większe show zrobiła jednak inna ze zmienniczek, bo to właśnie Rosa Kafaji najlepiej odnalazła się w podbramkowym zamieszaniu, bezbłędnie zamieniając na gola dośrodkowanie Jonny Andersson z rzutu rożnego. 21-latka z londyńskiego Arsenalu ponownie wysłała więc w stronę selekcjonera jasny sygnał i możemy tylko zastanawiać się ile ich jeszcze potrzeba, aby wreszcie otrzymać w reprezentacji realną szansę. Na pozycji numer dziesięć pierwszym wyborem sztabu niezmiennie pozostaje jednak Kosovare Asllani, która wybitnych meczów nie notowała ostatnio ani w kadrze, ani we włoskiej Serie A, ani na zapleczu angielskiej FA WSL. A propos zawodniczek broniących barw drugoligowego London City Lionesses, to epizod na boisku w Leskovacu zaliczyła także Sofia Jakobsson, ale podobnie jak w przypadku Julii Zigiotti oraz Rebecki Blomqvist, był to występ z gatunku tych czysto statystycznych. Kluczową informacją dnia pozostaje jednak ta, że te najważniejsze liczby są dziś po naszej stronie i teraz pozostaje jedynie spokojnie dokończyć dzieła i czekać na to, co 16. grudnia przyniesie nam los. Zadanie wykonane, jedziemy dalej!

srbswe