Od ogółu do szczegółu

Mecz w Göteborgu z perspektywy szwedzkiej kadry wyglądał zdecydowanie lepiej niż ten w Maladze (Fot. Bildbyrån)

Pierwsze zgrupowanie pod wodzą nowego selekcjonera zakończone, pierwsze mecze rozegrane, pierwsze warianty przetestowane, pierwsze gole stracone, pierwsze wnioski – mamy nadzieję – wyciągnięte. W ujęciu ogólnym mamy zero z przodu, piątkę z tyłu, lecz tym razem zdecydowanie ważniejsze niż suche wyniki były dla nas kwestie taktyczno-personalno-organizacyjne. Na składanie jakichkolwiek ostatecznych deklaracji wciąż jest rzecz jasna zbyt wcześnie (tak, będziemy przypominać o tym do znudzenia), lecz po takim tygodniowym, reprezentacyjnym zamieszaniu warto poświęcić trochę czasu na premierowy przegląd kadr. Hiszpania może nie jest w tym względzie wymarzonym weryfikatorem pod kątem zbliżającej się kampanii eliminacyjnej, lecz ani teraz, ani na przełomie listopada i grudnia, nie dane nam będzie rozegrać choćby jednej potyczki pozwalającej Tony’emu Gustavssonowi na spokojne wdrożenie się do nowej roli. Sam zainteresowany doskonale zdawał jednak sobie sprawę z tego, na co się pisze, więc bez zbędnego przedłużania zastanówmy się, czego nauczyła nas konfrontacja z mistrzyniami świata i liderkami rankingu FIFA.

Bramka

Tutaj będzie najprościej, bo postawę Jennifer Falk podsumować możemy klasycznym sloganem: co powinna puścić, to puściła, a co mogła odbić, to (generalnie) odbiła. Przy dwóch strzałach Alexii Putellas absolutnie żadna golkiperka na świecie nie miałaby nic do powiedzenia, pozostałe puszczone gole też raczej nie idą większościowo na jej konto, a poważniejszych okazji do wykazania się czymś ponad Hiszpanki o dziwo dały jej wyjątkowo niewiele, wszak nawet dośrodkowań i stałych fragmentów po stronie La Roja nie zaksięgowaliśmy zbyt wiele. I nawet jeśli trochę żal, że na przykład w Göteborgu szansy debiutu w seniorskiej kadrze nie dostała Moa Öhman, to przy takim obrazie meczu potencjalny występ golkiperki Malmö również nie dostarczyłby nam żadnych przełomowych wniosków.

Środek obrony

Liderką i centralną postacią tej formacji jest na ten moment Nathalie Björn i choć szczególnie w Maladze zawodniczka londyńskiej Chelsea miewała momenty lepsze i gorsze, to jej pozycja wydaje się być absolutnie niepodważalna. Całkiem prawdopodobne, że jej domyślną partnerką w wyjściowej jedenastce będzie ostatecznie Magdalena Eriksson, której największym zwycięstwem jest to, że… w hiszpańskim dwumeczu nie dane jej było w ogóle partycypować. Na korzyść zawodniczki monachijskiego Bayernu przemawia ogromne doświadczenie, ale jednak od przynajmniej kilku miesięcy jej forma niebezpiecznie pikuje w dół i nie jest to wyłącznie konsekwencją nawracających problemów zdrowotnych. Jeśli zaś chodzi o piłkarki, które szansę od Gustavssona otrzymały, to żadna z nich nie może z czystym sumieniem stwierdzić, że okazja ta została przez nią odpowiednio wykorzystana. Amanda Ilestedt i Elma Nelhage to defensorki o podobnym profilu, lecz tym razem żadna z nich nie potrafiła zrobić użytku ze swoich warunków fizycznych, choć okazja ku temu wydawała się wręcz wymarzona. Co gorsza, doświadczona Ilestedt raz po raz wsadzana była na karuzelę przez niezwykle mobilne i kompaktowo wymieniające między sobą futbolówkę rywalki, a debiutująca na tym poziomie Nelhage tej nieprzyjemności uniknęła wyłącznie dlatego, że Bonmati, Putellas, czy Pina w chłodnym Västergötland nie przejawiały większej ochoty do zabaw z piłką przy nodze.

Boki obrony / wahadła

Z tą strefą wiązaliśmy o tyle spore nadzieje, że powołane przez selekcjonera zawodniczki niemal w komplecie wyróżniały się w swoich drużynach klubowych. A przecież wahadła (choć przy tym ustawieniu bardziej zasadne byłoby powiedzenie: boki obrony) mają docelowo stanowić jeden z naszych niezbywalnych atutów w rywalizacji ze światową czołówką. Z licznego grona przetestowanych piłkarek najbardziej rozczarowała chyba Hanna Lundkvist, choć podopieczną trenera Eidevalla z San Diego Wave w jakimś stopniu usprawiedliwić może fakt częstego rzucania z pozycji na pozycję, a także konieczność współpracy w kolejnych fazach meczu z trzema różnymi skrzydłowymi. Anna Sandberg w zasadzie potwierdziła, że od czasu transferu z Häcken do Manchesteru United stała się defensorką bardziej wszechstronną, dojrzalszą i dysponującą lepszym przeglądem pola, choć oczywiście szczególnie pierwszy mecz nie był w jej wykonaniu pozbawiony błędów. Obecność w kadrze Sandberg oraz rezerwowej tym razem Amandy Nildén gwarantuje nam jednak na lewej flance względny komfort. Po prawej stronie jak zawsze ambicją i determinacją wykazywała się robiąca na murawie sporo zamieszania Smilla Holmberg, która raz po raz robiła użytek z tego, że w rewanżu Hiszpanki pozostawiały nam w bocznych sektorach boiska zdecydowanie więcej przestrzeni. Szkoda jednak, że przynajmniej jedno lub dwa dośrodkowania zawodniczki Hammarby nie okazały się bardziej dopieszczone, bo jednak do niepodważalnej aktywności i dynamiki warto byłoby od casu do czasu dorzucić jeszcze jakąś konkretną liczbę.

Środek pomocy / dziesiątka

Tutaj domyślną parę w wyjściowej jedenastce stanowią Filippa Angeldal z Julią Zigiotti i nawet jeśli obie zaliczyły w Maladze swój najsłabszy w obecnym roku kalendarzowym występ w narodowych barwach, to przynajmniej chwilowo selekcjonerską hierarchią raczej to nie zachwieje. Szczególnie, że reprezentacyjna kołderka zrobiła się jakby przykrótka i niezbyt ekskluzywna, a potencjalne następczynie wcale nie dobijają się do kadry drzwiami i oknami. Dostrzega to zresztą sam selekcjoner, wszak typowana przez wielu na potencjalną liderkę szwedzkiej drugiej linii Hanna Bennison zwiedza kolejne kluby i ligi, dostaje w nich coraz mniej minut (fani amerykańskiej koszykówki nazywają to: garbage time) i w zasadzie niewiele z tych eksperymentów wynika. Możemy zatem spodziewać się, że w przypływie desperacji Gustavsson może próbować wariantu z ustawieniem na szóstce na przykład Björn lub Lundkvist, choć tym sposobem niejako sami pozbawiamy się zdecydowanie lepszych opcji. Mocno trzymajmy zatem kciuki, aby w najbliszym czasie objawiła się nam tutaj konkretna alternatywa w postaci chociażby Bei Sprung, Filippy Widén lub jednej z sióstr Pelgander. Zdecydowanie więcej komfortu mamy za to z obsadzeniem pozycji numer dziesięć, gdzie w kolejce czekają nie tylko wypróbowane podczas zakończonego właśnie zgrupowania Asllani i Kafaji, ale także chociażby pozostawiona tym razem bez powołania Anna Anvegård, która w rundzie rewanżowej jest najjaśniejszą postacią pewnie kroczącej w kierunku mistrzostwa Damallsvenskan ofensywy Häcken.

Skrzydła

Johanna Kaneryd i Fridolina Rolfö to niekwestionowane gwiazdy nie tylko szwedzkiej, ale i światowej piłki, lecz obie – ze szczególnym wskazaniem na zawodniczkę reprezentującą od niedawna Manchester United – przeżywają obecnie nieco trudniejszy czas. I choć nie mamy wątpliwości, że obie dadzą jeszcze kadrze wiele dobrego, w takich chwilach warto jest poszukać ewentualnych alternatyw. Jedną z nich stanowić może na przykład Monica Jusu Bah, która na tle mistrzyń świata zaprezentowała się bez żadnych kompleksów, zostawiając po sobie nawet bardziej pozytywne wrażenie niż jej bardziej utytułowane koleżanki. Na tej pozycji w przyszłości sprawdzić możemy także Alice Bergström, choć ona w klubie z Hisingen ustawiana jest przez libańskiego trenera Linda pięterko niżej. Skoro jednak identyczny manewr bezbłędnie wypalił z Fridoliną Rolfö z czasów jej gry w Barcelonie, to czemu tym razem efekt miałby być odwrotny? Skoro jesteśmy przy wybijających się postaciach naszej ligi, to gorąco wierzymy, że po wyleczeniu urazu na swoją szansę doczeka się jedna z rewelacji ostatnich miesięcy Tuva Skoog, a także – jeśli powrót po wielomiesięcznej rehabilitacji okaże się udany – zapomniana już nieco Stinalisa Johansson. A ponieważ wszechstronność jest u wielu szwedzkich piłkarek cechą wiodącą, to w roli skrzydłowej zadaniowo sprawdzić mogą się przecież i takie nazwiska jak Rebecka Blomqvist, Madelen Janogy, a nawet prezentująca obecnie najwyższą formę od lat Mimmi Wahlström.

Atak

Tutaj selekcjoner Gustavsson postawił odpowiednio na Stinę Blackstenius oraz Felicię Schröder i choć żadna z nich nie znajduje się aktualnie w życiowej dyspozycji, to trudno tak naprawdę z tymi wyborami szczególnie polemizować. Na murawie obie snajperki pokazały nam mniej więcej to, czego się po nich spodziewaliśmy, a tutaj – w przeciwieństwie na przykład do omawianej chwilę wcześniej sytuacji ze stoperkami – mówimy o zawodniczkach o kompletnie innej charakterystyce. Konkluzja jest jednak taka, że z obu, oczywiście przy odpowiednio sprzyjających warunkach, kadra będzie mogła mieć jeszcze sporo pożytku. Rezygnować żadną miarą nie powinniśmy również z Evelyn Ijeh, choć i w jej przypadku wielka szkoda, że szansa przed napastniczką Milanu pojawiła się nie wiosną lub latem, kiedy to była czołową postacią nie tylko Milanu, ale i całej Serie A, lecz u progu nowej kampanii, która zarówno dla niej samej, jak i dla jej klubu rozpoczęła się zdecydowanie mniej spektakularnie. W komitecie kolejkowym wciąż pozostaje między innymi Ellen Wangerheim i jej nazwisko niezmiennie pozostaje w kręgu bacznych obserwacji, choć zawodniczka Hammarby – podobnie zresztą jak wcześniej wymieniana Schröder – także wykazuje poważne oznaki zmęczenia długim sezonem i może nieco w kontrze do panujących w naszej społeczności opinii, jej nieobecności na październikowym zgrupowaniu nie odbieramy bynajmniej w kategorii wielkich kontrowersji.

Nowy rozdział – strona zero

Piękne gole autorstwa Alexii Putellas będą symbolem numer jeden październikowego dwumeczu (Fot. Getty Images)

Niespodziewana porażka reprezentantek USA z Portugalią na kilkanaście godzin przed rozpoczęciem piątkowego starcia na La Rosaledzie w Maladze oznaczała, że Tony Gustavsson w swoim selekcjonerskim debiucie mierzył się z wirtualnymi liderkami światowego rankingu. I na nieszczęście dla nowego szkoleniowca Blågult, rywalki z Półwyspu Iberyjskiego błyskawicznie postanowiły pokazać, że ich aktualny status największej potęgi w reprezentacyjnym futbolu nie jest ani trochę przesadzony. Przeważającej sile przeciwnika Szwedki próbowały się oczywiście przeciwstawić, ale biorąc pod uwagę cały dwumecz, na pierwszy celny strzał w wykonaniu naszych piłkarek (konkretnie Felicii Schröder) musieliśmy czekać 132 minuty, a na pierwszą i zarazem jedyną poważną okazję bramkową (tutaj w rolach głównych wystąpiły Filippa Angeldal oraz Evelyn Ijeh) aż 180 minut. W tym okresie Jennifer Falk piłkę z siatki musiała wyciągać aż pięciokrotnie, a trudno było oprzeć się wrażeniu, że gdyby Hiszpanki potrzebowały kolejnych goli, to w ofensywie wykreowałyby jeszcze więcej. Przy dobijającym do siedemdziesięciu procent posiadaniu, podopieczne trenerki Sonii Bermudez miały jednak boiskowe wydarzenia pod pełną kontrolą, której nie udało się im odebrać ani na moment.

Losy wyjazdowego starcia ostatecznie rozstrzygnęły się już na początku trzeciego kwadransa pierwszej połowy, kiedy to dwa błyskawiczne ciosy wyprowadziły kolejno Claudia Pina oraz Alexia Putellas. A że ta druga nieco wcześniej popisała się jeszcze fenomenalnym uderzeniem z rzutu wolnego, to w zasadzie kwestia zwycięstwa została w ten sposób nieodwołalnie zamknięta. Nas jednak bardziej niż same tracone gole martwiła postawa szwedzkich stoperek oraz środkowych pomocniczek, które rozpędzoną, hiszpańską armadę skutecznie powstrzymywały wyłącznie wówczas, gdy przekraczały przepisy. O tym, jak bolesne mogą być niefrasobliwe straty w newralgicznych sektorach w zderzeniu z tak wybitnie wyszkolonym technicznie przeciwnikiem, przekonała się chociażby Julia Zigiotti, której analogiczny kiks w rywalizacji Manchesteru United z Vålerengą uszedł na sucho. Tym razem litości rywalki miały już jednak zdecydowanie mniej, podobnie zresztą jak w przypadku Filippy Angeldal, bo to jej przewinienie skutkowało stałym fragmentem gry, po którym wynik rywalizacji otworzyła Putellas. O największym szczęściu w szwedzkich szeregach może mówić jednak Amanda Ilestedt, gdyż prowadząca piątkowe starcie Iuliana Demetrescu miała pełne prawo jeszcze przed przerwą odesłać naszą defensorkę na przedwczesny prysznic. Koniec końców, największe konsekwencje elektrycznej postawy 32-latki z Sölvesborga poniosła mocno poturbowana przez nią Salma Paralluelo, lecz nie warto przechodzić obojętnie obok faktu, iż dla Ilestedt był to już drugi w krótkim odstępie czasu występ, który mógł, a może nawet powinien zakończyć się czerwoną kartką. Pierwszym było oczywiście ligowe starcie jej Eintrachtu Frankfurt z Bayerem Leverkusen w niemieckiej Bundeslidze.

Może i nawet dobrze się składa, że ten październikowy dwumecz oceniamy jako całość, gdyż w weekend napisalibyśmy zapewne wiele cierpkich słów dotyczących personalnych wyborów naszego selekcjonera. Po wtorkowej potyczce na Gamla Ullevi jesteśmy już jednak w tej kwestii nieco mądrzejsi, choć nawet podczas fazy testowej zastanawiać może eksperyment polegający na rzucaniu Hanny Lundkvist po trzech różnych pozycjach. I fakt, zawodniczka San Diego Wave nie zaimponowała na żadnej z nich, ale w zaistniałej sytuacji ocena jej gry nieco się w tym wszystkim rozmywa. Na plus możemy za to zapisać Gustavssonowi postawienie od pierwszej minuty rewanżu na duet Schröder – Jusu Bah, choć jeśli naszym podstawowym planem na rozmontowanie defensywy La Roja ze stanowiącą jej centralny punkt Marią Leon na czele miało być posyłanie za nią prostopadłych piłek w stylu Häcken, to aż szkoda, że wśród powołanych nie znalazło się miejsce ani dla Alice Bergström, ani dla Anny Anvegård. Czasu nie cofniemy, ale ryzykuję stosunkowo niewiele twierdząc, że po dograniach od tego duetu przynajmniej jeden spalony zamieniłby się w stuprocentową okazję którejś z naszych dynamicznych napastniczek. A skoro jesteśmy już przy eksplozywności, to tradycyjnie sporo wiatru robiła na prawym wahadle przejawiająca mnóstwo ochoty do gry Smilla Holmberg, choć tutaj bierzemy małą poprawkę na to, że zarówno Mariona Caldentey, jak i Olga Carmona konsekwentnie pozostawiały młodej zawodniczce Hammarby zagadkowo sporo wolnej przestrzeni, z czego ta ostatnia skwapliwie korzystała. O bardziej szczegółową, indywidualną ocenę premierowego zgrupowania pod wodzą Tony’ego Gustavssona pokusimy się jednak w osobnym wpisie, bo tutaj do rozłożenia jest zdecydowanie więcej niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Nowy rozdział oficjalnie zaczęliśmy pisać na mocne i stabilne zero z przodu, ale formułując pierwsze, gorące jeszcze opinie nie zapominajmy z kim i w jakich okolicznościach przyszło nam się mierzyć. Cykl najważniejszych meczów rozpoczynamy na wiosnę i to właśnie za niespełna pół roku mamy być gotowi na wykonanie głównego zadania. I nawet jeśli za sprawą Petera Gerhardssona wiemy, że akurat wtedy na naszej drodze na pewno nie staną rozpędzone Hiszpanki, to i tak musimy mentalnie przygotować się na twardą i bezwzględną walkę o każdy centymetr boiska. Bo era łatwych awansów na wielkie turnieje należy już do zamkniętej przeszłości.

Test z hiszpańskiego

Przed dwoma laty szwedzko-hiszpańskie batalie obfitowały w dramatyczne wydarzenia (Fot. Adam Ihse)

Oto nadszedł wyjątkowo w tym roku skrócony czas testów i eksperymentów. Ja naprawdę doskonale rozumiem, że przecież Liga Narodów, półfinały, sporo do wygrania, ale gdy na dobre odsiejemy ten cały, medialny szum (żeby nie użyć bardziej dosadnego sformułowania), to raczej zgodzimy się co do zasady, że impreza docelowa czeka nas latem 2027, a mecze pozwalające nam do Brazylii w ogóle pojechać zaplanowano na pierwsze półrocze roku 2026. Oczywiście, ewentualny triumf w Lidze Narodów byłby całkiem sympatycznym bonusem i gdyby jakimś cudem udało się go przytulić, to rozpaczać z tego powodu bynajmniej nie zamierzamy, lecz takie osiągnięcie – jeżeli w ogóle – zestawić możemy w jednej linii raczej ze zwycięstwem w kultowym Pucharze Algarve niż jakimkolwiek poważniejszym turniejem międzynarodowym. Jedyna zasadnicza różnica polega w zasadzie na wysokości nagród finansowych oraz bezpośrednim przełożeniu wyników na rozstawienia w losowaniach eliminacji mistrzostw świata oraz Europy, choć w tych najbliższych pierwszy koszyk mamy już nieodwołalnie zaklepany, nawet gdyby w Maladze lub Göteborgu miało dojść do jakiejś niespodziewanej katastrofy.

Ze zdecydowanie większą uwagą niż samemu wynikowi będziemy się zatem przyglądać premierowym występom szwedzkiej kadry pod batutą Tony’ego Gustavssona. Współtwórca największych sukcesów złotej generacji amerykańskich piłkarek przejął zespół z rąk Petera Gerhardssona po nadspodziewanie udanych finałach EURO 2025 w Szwajcarii, podejmując się tym samym zadania wyjątkowo niewdzięcznego. Po pierwsze, jego poprzednik w powszechnej opinii uważany jest nawet za najlepszego selekcjonera w historii SWEWNT, po drugie – rozpoczęta głównie przez biologiczne zegary wielu zawodniczek obowiązkowa wymiana pokoleniowa zakończona zdecydowanie jeszcze nie została, a wspomniany już Gerhardsson swoimi konsekwentnymi wyborami personalnymi pracy swojemu następcy ułatwiać ani trochę nie zamierzał. I może nawet trochę szkoda, że swój debiut w niezwykle odpowiedzialnej roli wypadł Gustavssonowi na dwumecz z rywalem, który najlepiej na świecie (może obok Japonii) operuje piłką i atakiem pozycyjnym. Bo skoro mamy testować, to lepiej nie biegać przez mniej więcej siedemdziesiąt procent czasu bez futbolówki przy nodze, a taki właśnie los wielokrotnie potrafiły zgotować swoim przeciwniczkom wyraźnie zarządzane przez proaktywną grupę barcelońską Hiszpanki. Skoro jednak nowy opiekun szwedzkiej kadry znalazł w niej miejsce dla takich osobowości jak Anna Sandberg, Elma Nelhage, Smilla Holmberg oraz Hanna Lundkvist, to gorąco żywimy nadzieję, iż cały ten kwartet otrzyma w piątek lub we wtorek szansę na występ w wymiarze jakkolwiek pozwalającym go ocenić. Równie interesująco przedstawia się sytuacja na środku bloku obronnego, gdzie niepodważalna wydaje się być pozycja Nathalie Björn, ale kwestia znalezienia idealnej, boiskowej partnerki dla zawodniczki londyńskiej Chelsea ewidentnie pozostaje sprawą otwartą. W tych rozważaniach skupiamy się w pierwszej kolejności na defensywie, gdyż bez względu na przebieg rywalizacji, akurat ta formacja okazji do wykazania się nabytymi przez lata treningów i meczów umiejętnościami powinna mieć aż nadto. I to możemy nawet bez uprzedniego posiadania tajemnej, eksperckiej wiedzy stwierdzić z prawdopodobieństwem bliskim pewności.

Kilka bardzo interesujących kwestii rysuje nam się również w procesie optymalnego zestawienia szwedzkiej ofensywy i mocno trzymamy kciuki, aby podczas tego oraz następnego zgrupowania także gra do przodu w wykonaniu szwedzkich kadrowiczek została poddana rzetelnemu testowi. A niewiadomych mamy w tym równaniu tyle, że aż sam sztab szkoleniowy musi niezwykle starannie podejść do podejmowania ostatecznych decyzji taktyczno-personalnych. Schröder, Ijeh, czy Jusu Bah to wciąż w ujęciu pierwszej reprezentacji wyjątkowo czyste karty, Kafaji wraca przejściowo do łask wskutek wypożyczenia z Arsenalu do Brightonu, a Blomqvist jako jedna z niewielu piłkarek Frankfurtu nie zawodzi na starcie nowego sezonu niemieckiej Bundesligi. Czy wobec tak wyrównanej i zdecydowanie jakościowej konkurencji Stina Blackstenius – podobnie jak to miało miejsce w poprzednim rozdaniu – będzie mogła liczyć na aż tak ogromny kredyt zaufania na dziewiątce? Czy Hanna Bennison ponownie wcieli się w rolę jokerki od zadań specjalnych, puszczanej w bój zazwyczaj na krótsze niż dłuższe epizody, bez analitycznego zważania na warunki brzegowe? A może swoją piłkarską dojrzałość, a przy okazji rosnącą po transferze do Anglii dyspozycję potwierdzi Julia Zigiotti, która do spółki z Filippą Angeldal może czasowo zabetonować nam środek pola w stylu pamiętanym chociażby z niedawnych występów legendarnego tandemu Dalhkvist – Seger? Temu całemu zamieszaniu z perspektywy Hisingen przyglądać będzie się Anna Anvegård, która – zupełnie jak przywoływana tu ostatnimi czasy nadzwyczaj często Mimmi Wahlström – nadziei na triumfalny powrót do kadry absolutnie jeszcze nie porzuciła. Swoje indywidualne statystyki podreperować spróbuje sobie także Fridolina Rolfö, za którą właśnie niesamowicie turbulentne lato z dwiema kontuzjami, nieplanowanym transferem last minute i wyjątkowo słodko-gorzkim EURO w Szwajcarii. Była zawodniczka Barcelony w Manchesterze wróciła jednak na pozycję, którą sama preferowała jeszcze w czasach udanych podbojów Damallsvenskan, więc efektowny i dynamiczny duecik skrzydłowych z Johanną Kaneryd zdaje się rozwiązaniem nawet nie tyle wyczekiwanym, co wręcz oczekiwanym. Pewne w tym wszystkim jest jednak przede wszystkim to, że podczas dzisiejszego wieczorku zapoznawczego, od szwedzkiej kadry oczekujemy przede wszystkim pomysłu, ambicji, determinacji, taktyki, cierpliwości i – jeśli tylko nadarzy się okazja – ofensywnego błysku. A skoro ta wyliczanka zrobiła się nieco sztampowa, to dorzucimy do tego zestawu jeszcze dynamikę, wszak nowy selekcjoner nie od wczoraj słynie z umiejętności wyrażania swoich emocji w wybitnie niekonwencjonalny sposób. Jak twierdzą same kadrowiczki, na treningach prowadzonych przez Gustavssona nie da się nudzić i miejmy nadzieję, że te same słowa będziemy mogli przywołać po zakończeniu hiszpańskiego dwumeczu. Do boju nowa kadro, słyszymy się we wtorek!

UWAGA: podsumowanie obu półfinałowych spotkań Ligi Narodów, a także luźne wnioski z nadchodzącego dwumeczu, pojawią się na stronie najprawdopodobniej w nocy z wtorku na środę. Za wynikającą z przyczyn osobistych niedogodność przepraszam, wyrażając jednocześnie nadzieję, że drużyna Gustavssona ten czas oczekiwania choć trochę wam umili.

Dla Malmö puchary, dla Piteå utrzymanie

Cuda, cuda ogłaszają! Piteå gwarantuje sobie status pierwszoligowca na sezon 2026 już w październiku (Fot. Jens Ökvist)

Jesienny kalendarz ułożył się nam tak, że jak tuż po zakończeniu szwajcarskiego EURO z miejsca wróciliśmy do ligowej codzienności, to kolejnego okienka reprezentacyjnego doczekaliśmy się dopiero wtedy, gdy wszystkie najważniejsze karty zostały już wyłożone na stół. Oczywiście, w futbolu detale nie są bez znaczenia, więc na ostateczne rozstrzygnięcia grzecznie i cierpliwie przyjdzie nam poczekać do listopada, ale nie da się ukryć, że w wielu klubowych gabinetach można już planować nadchodzące miesiące bez ryzyka popełnienia w kalkulacjach poważnego błędu. W Hisingen mogą powoli szykować się do mistrzowskiej fety oraz zdecydowanie prostszej niż tegoroczna pucharowej ścieżki, w Alingsås z szuflady mogą wyciągać schowane przed rokiem lokalizacje stadionów Elitettan, zaś w Eskilstunie przygotowywać się na ponowne boje z najlepszymi. Do wczoraj mogliśmy zastanawiać się, czy kwestią sporną przynajmniej do następnej kolejki pozostanie lokata w TOP-3 dla beniaminka z Malmö, ale piłkarki trenera Valfridssona dały w stolicy bezpośrednim konkurentkom z Djurgården tak ewidentną lekcję futbolu, że temat oficjalnie uznajemy za zamknięty. A pod dyskusję możemy poddać wyłącznie kwestię niedoszłego powołania do szwedzkiej kadry chociażby dla Nathalie Hoff Persson, która z tygodnia na tydzień imponuje nam coraz bardziej. Podobnie zresztą jak coraz lepiej odnajdujące się w realiach Damallsvenskan Courtney Nevin, Karoline Olesen oraz Miljana Ivanovic, lecz tego tercetu z przyczyn oczywistych selekcjoner Gustavsson w bój posłać nie może.

W Malmö mogą udać się na reprezentacyjną przerwę z poczuciem perfekcyjnie wykonanego zadania, a dla odmiany w Linköping nastroje panują raczej minorowe. I choć akurat tam do wszechobecnych frustracji i rozczarowania zdążyli się już chyba całkiem nieźle przyzwyczaić, to jednak domowa klęska z grającym już wyłącznie o prestiż AIK boleć musiała poczwórnie. Aż tyle razy futbolówkę z siatki musiała bowiem wyjmować w piątkowy wieczór Cajsa Andersson, a z gospodyń, które weszły w mecz z widoczną gołym okiem wiarą i nadzieją, z każdą upływającą minutą dosłownie ulatywało powietrze. Michelle De Jongh oraz Maria Olafsdottir miały naprawdę wymarzone okazje, aby wyprowadzić LFC na prowadzenie, ale skoro na posterunku we właściwym miejscu i czasie były Serina Backmark i defensywa z Solnej, to w poczynaniach zespołu trenera Kirka miejsce pozytywnej energii coraz częściej zajmowała nerwowość. A gdy w odstępie zaledwie czterech minut piłkarki z Östergötland przyjęły do tego dwa ciosy, wyprowadzone kolejno przez Matildę Plan oraz Adelisę Grabus, sytuacja trzykrotnych mistrzyń kraju z trudnej zmieniła się w dramatyczną. W Linköping o późnojesiennym cudzie utrzymania wciąż mogą jednak marzyć (choć są to pragnienia coraz bardziej odległe), a w Alingsås degradacja do Elitettan stała się właśnie faktem dokonanym. Jak na ironię, fani z Mjörnvallen w miniony weekend ani trochę jednak z tego powodu nie rozpaczali, a uratowany dzięki trochę sytuacyjnemu, lecz naprawdę urodziwemu trafieniu Idy Österlind punkt w starciu z wciąż walczącym o ligowy byt Växjö, przyjęty został niczym niezwykle cenne zwycięstwo. Żeby było jeszcze ciekawiej, w tym meczu niecodziennym wyczynem popisała się fińska defensorka ekipy z Kronobergu Helmi Raijas, która potrzebowała zaledwie 75 sekund, aby zapisać na swoim koncie efektowną asystę przy wcale nie brzydszym woleju Miho Kamogawy oraz… gola samobójczego, który niejako pozwolił zawodniczkom z Alingsås realnie powrócić do gry.

Niedziela przyniosła nam powrót na ligowe boiska liderek z Hisingen, które do Brommy udały się w dokładnie takim celu, jak kilka dni wcześniej do Katowic: spokojnie wygrać, uniknąć kontuzji i wrócić na zachodnie wybrzeże. To wszystko brzmi jak stosunkowo mało skomplikowany quest i tym razem rzeczywistość wyjątkowo niewiele różniła się od oczekiwań. Sześć strzelonych rywalkom ze stolicy goli fanów z Västergötland z pewnością ukontentowało, choć cieniem na tej wygranej niewątpliwie położył się fakt, że jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa murawę opuścić musiała Pernille Sanvig. Pełna radość i euforia zapanowała za to na LF Arenie, bo nie dość, iż zawodniczki z Norrbotten pewnie pokonały Kristianstad po golach Amiry Ali oraz Cecilii Edlund, to jeszcze z Norrköping dotarły na daleką Północ wieści, po których w Piteå mogli triumfalnie ogłosić pozostanie klubu w najwyższej klasie rozgrywkowej na sezon 2026. Najbardziej utytułowany, szwedzki klub raz jeszcze raził bowiem nieskutecznością i ostatecznie trafienie Jessiki Wik już w siódmej minucie ostatecznie pogrążyło jej były klub, przedłużając jego rekordową serię ligowych meczów bez wygranej. W Rosengård wciąż mogą się jednak pocieszać tym, że inne wyniki w ten weekend ułożyły się wyjątkowo sprzyjająco z perspektywy ekipy trenera Qvarmansa Möllera. Jeśli jednak po reprezentacyjnej przerwie w starciu z Alingsås sympatycy FCR obejrzą kolejne fiasko, w największym mieście Skanii zrobi się rekordowo jak na tę porę roku gorąco.


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:


#pokolejce


Jedenastka kolejki:

Trudniej się nie dało

Tak przedstawia się drabinka pierwszej edycji piłkarskiego Pucharu Europy (Fot. UEFA)

No i polosowane. Mogło być przyjemnie, mogło być łatwiej niż w poprzedniej rundzie, ale los autorytatywnie i nieodwołalnie postanowił, iż sezon 2025-26 w europejskich pucharach ma być tym, w którym na szwedzkie kluby czekać będzie istny tor przeszkód, a poziom trudności z każdym kolejnym awansem może tylko i wyłącznie rosnąć. Na rzeczywistość obrażać się jednak bynajmniej nie zamierzamy i to nie tylko z tej przyczyny, że co się dokonało, to bez względu na ewentualne żale i lamenty i tak pozostanie nieodwołalne. Rywalki znamy, bez dogłębnego researchu jesteśmy w stanie powiedzieć o nich całkiem sporo i choć wyzwanie czekające zarówno na Hammarby, jak i na Häcken oceniamy jako wymagające, to przecież właśnie po to staje się na linii startu, aby próbować swoich sił w starciach z najlepszymi. I nawet jeśli w listopadzie zdecydowanie przyjemniej byłoby wybrać się na stadionową turystykę do Słowenii, Czech, czy nawet Szwajcarii, a Ajaxy i Intery zostawić sobie na wiosnę, to do nadchodzących dwumeczów i tak podejdziemy z mającą jak najbardziej realne przesłanki wiarą i nadzieją. Choć oczywiście nie w roli pewniaczek, ani nawet faworytek do awansu.

Co ciekawe, Hammarby raz jeszcze stanie w szranki z przedstawicielem federacji bezpośrednio rywalizującej z Damallsvenskan w rankingu krajowym. Oczywiście, dla podopiecznych trenera Martina Sjögrena zdecydowanie pierwszoplanową kwestią jest kwestia awansu Bajen do ćwierćfinału i nikt o żadnych współczynnikach jak najbardziej słusznie nie myśli, lecz obierając nieco szerszą perspektywę, ewentualne zwycięstwo Ajaxu może oznaczać, że holenderska Eredivisie odjedzie nam z punktami tak daleko, że za kilka miesięcy obejrzymy trzy szwedzkie kluby w eliminacjach Ligi Mistrzyń po raz ostatni przed bardzo długą przerwą. Z dysponującym równie silną, a być może nawet nieco bardziej kreatywną kadrą norweskim Brannem dwumecz udało się jednak wiceliderkom Damallsvenskan przetrwać, więc gorąco wierzymy, że i tym razem na koniec dnia to my będziemy mieli do zaraportowania pozytywne wieści. Choć nie ma złudzeń, że tutaj sukces trzeba będzie wybiegać, wyszarpać, a przy okazji liczyć na to, że niesamowicie radośnie poczynająca sobie tej jesieni defensywa tym razem przypomni sobie, że kiedyś (w zasadzie nawet nie tak dawno) stanowiła zdecydowanie bardziej szczelną zaporę.

Häcken także nie może mówić o szczęśliwym losowaniu, bo skoro trafiasz to jednej pary z ekipą właśnie nazwaną przez mistrzynie ceremonii głównym faworytem całych rozgrywek, to możesz szykować się na realnie trudne boje. Tutaj jakąś iskierką nadziei może być jednak fakt, iż akurat w Hisingen starć z europejskimi potentatkami się nie boją i to nawet wówczas, gdy na krajowym podwórku wiedzie się ze zmiennym szczęściem. Przekonało się o tym holenderskie Twente, przekonał się madrycki Real, a nawet londyńska Chelsea na własnym obiekcie nijak nie potrafiła znaleźć sposobu na pokonanie Jennifer Falk. I na tak zacnym tle mediolański Inter nie jawi się już jako zapora nie do sforsowania, tym bardziej, że nie tak dawno piłkarkom z Serie A zdarzyło się przyjąć u siebie dwie sztuki od tak często przywoływanego tu dzielnego, norweskiego Brannu. Olivia Schough wcale zatem nie musi powrócić do Västergötland w glorii zwycięstwa i tej wersji póki co się usilnie trzymamy, gdyż po dzisiejszym losowaniu literalnie głównie to na pozostało. Ale pamiętajcie, wiara potrafi naprawdę zdziałać cuda, a tutaj aż tak nieprawdopodobnej ingerencji w rzeczywistość nie potrzebujemy. Ot, wystarczy tylko strzelić przynajmniej o jednego gola więcej od wicemistrzyń Italii i wszyscy będziemy ukontentowani.

Jaki ładny brzydki awans

Gol Julie Blakstad pozwolił Hammarby zachować trzybramkową zaliczkę ze Sztokholmu (Fot. Henric Wauge)

Tydzień temu było nerwowo, dziś nieco (choć wbrew pozorom nie jakoś znacząco) spokojniej, lecz gdyby ktoś szczerze zapytał, czy aby na pewno z tej norwesko-szwedzkiej batalii obronną ręką wyszła drużyna bardziej jakościowa, bylibyśmy zmuszeni na tak postawione pytanie dać odpowiedź negatywną. Czy jednak to wszystko ma teraz pierwszoplanowe znaczenie? Absolutnie nie! Hammarby cierpiało, straciło gola w najbezpieczniejszym wydawałoby się fragmencie spotkania, w końcówce raz jeszcze dało się zepchnąć do głębokiej defensywy, ale najważniejsze, że to trzecia ekipa Damallsvenskan poprzedniego sezonu oficjalnie zameldowała się w głównej drabince premierowej edycji piłkarskiego Pucharu Europy. I ten wyczyn zasługuje na odpowiednie docenienie, bo przecież ostatnimi czasy szwedzki futbol klubowy na nadmiar tak prestiżowych zwycięstw bynajmniej nie narzeka, a tuż po losowaniu to kroczącym pewnie po mistrzostwo Norwegii piłkarkom z Bergen przyznawaliśmy nieco więcej szans na sukces.

Pierwsza połowa dzisiejszego starcia w jakimś sensie przywołała nam zeszłotygodniowe obrazki z Grimsta Idrottsplats. Znów to Brann prowadził grę, szybko przenosząc jej ciężar na połowę sztokholmianek, lecz podstawowa różnica polegała na tym, że tym razem optyczna przewaga nijak nie przekładała się na jakiekolwiek poważniejsze zagrożenia pod bramką Meliny Loeck. Mocno defensywnie usposobiona przez trenera Sjögrena wyjściowa jedenastka z trzema stoperkami, dwiema wahadłowymi oraz dwiema nominalnymi szóstkami ze swoich zadań wywiązywała się bez zarzutu, a gdy już przytrafiło się jakieś niepotrzebne zgubienie krycia lub kiks w okolicach własnego pola karnego, gospodynie nie potrafiły zrobić z tego właściwego użytku. Żegnający się powoli z ławką Bajen były selekcjoner norweskiej kadry z charakterystycznym dla siebie łagodnym zapałem oklaskiwał harujące na całej długości i szerokości boiska podopieczne, którym jednak równocześnie należała się drobna nagana za… zmarnowanie dwóch kapitalnych okazji na zamknięcie tego dwumeczu jeszcze przed przerwą. Hammarby dwukrotnie udało się bowiem przedrzeć w pobliże szesnastki Brann, lecz strzały Ellen Wangerheim oraz Anny Jøsendal z precyzją wspólnego miały naprawdę wyjątkowo niewiele. A ponieważ w futbolu niewykorzystane okazje lubią się mścić, to dosłownie z niczego kilka chwil później wynik otworzyły gospodynie, za sprawą dobijającej z najbliższej odległości strzał jednej z koleżanek Brenny Lovery. Odrobienie części strat ewidentnie pozwoliło liderkom Topppserien na powrót uwierzyć w skuteczny powrót i gdy y tylko cudownie przebudzona w tej fazie meczu Signe Gaupset zmieściła futbolówkę przy dalszym słupku bramki Bajen, to nagle sytuacja zmieniłaby się ze względnie kontrolowanej w niebywale nerwową. Na szczęście gościń ze Szwecji, na przerwę obie ekipy schodziły jednak przy zaledwie jednobramkowym prowadzeniu miejscowych.

Po zmianie stron oglądaliśmy dość podobny film, bo znów to zawodniczki z Bergen starały się narzucić swoje warunki, znów niewiele dobrego z tego wynikało i wreszcie znów to błyskawiczne wypady Hammarby niosły ze sobą większe zagrożenie. No i wreszcie – tym razem za trzecią próbą – piłkarki ze Sztokholmu dopięły swego, choć uderzeniu Julie Blakstad do perfekcji również było daleko. Takimi detalami przejmować się jednak absolutnie nie będziemy, gdyż to właśnie w tym momencie stało się jasne, że jeśli nie wydarzy się jakiś niespodziewany kataklizm, jutro będziemy emocjonować się losowaniem kolejnej fazy Pucharu Europy z udziałem aż dwóch szwedzkich klubów. Na ostateczne ogłoszenie tej radosnej nowiny musieliśmy jednak jeszcze trochę poczekać, gdyż w ostatnim kwadransie Brann chyba zdał sobie sprawę z powagi sytuacji, w wyniku czego raz jeszcze zrobiło się nam wszystkim znacznie bardziej gorąco i to bynajmniej nie ze względu na niestandardowe wskazania termometru. Swoją niekwestionowaną, sportową klasę zupełnie jak w pierwszym meczu postanowiła zaprezentować niezwykle aktywna Lauren Davidson, a rezerwowa Josefine Birkelund wniosła do gry Brann tyle ożywienia, że aż dziękowaliśmy w myślach trenerowi Leifowi Smerudowi, iż tak pozytywnie usposobioną zawodniczkę wprowadził na plac gry dopiero w okolicach osiemdziesiątej minuty. Potem był jeszcze słupek, dwa wyraźnie niespokojne wybicia na uwolnienie, seria rzutów rożnych dla ekipy z Bergen i wreszcie mogliśmy obwieścić, że najważniejsza tej jesieni bitwa o Skandynawię padła łupem Hammarby. A styl? Cóż, to było naprawdę ładne, brzydkie zwycięstwo i proszę nie odbierajcie tych słów jako sarkazmu. Bo wygrywać w ten sposób też trzeba umieć!

******

Pozostałe, szwedzkie dwumecze rozstrzygnęły się przed tygodniem, choć akurat w Malmö mocno kombinowana jedenastka Rosengård zaprezentowała na tle lizbońskiego Sportingu klasyczny futbol na tak i aż szkoda, że mało kto zechciał obejrzeć tę batalię na żywo. Skoro jednak trener Qvarmans Möller postanowił oszczędzać siły na Linköping i Alingsås, to z podobnego założenia wyszli najpewniej także sympatycy najbardziej utytułowanego klubu ze Skanii. A szkoda, bo trafienie Mai Johansson było prawdziwą ozdobą tego tygodnia w europejskich pucharach, a gdyby tylko Isabella Sara Tryggvadottir w doliczonym czasie gry przycelowała równie precyzyjnie, to Rosengård w najmniej spodziewanym momencie mógł nawet zaksięgować pierwsze w tym półroczu zwycięstwo nad przeciwnikiem grającym w piłkę nożną na poziomie profesjonalnym. Jeśli zaś chodzi o Häcken, to w Katowicach na listę strzelczyń po stronie Os z Hisingen wpisała się nawet wciąż czekająca na jakiekolwiek minuty w Damallsvenskan lub Pucharze Szwecji młodzieżowa reprezentantka Malawi Faith Chinzimu i to w zasadzie stanowi najlepsze podsumowanie całego tego dwumeczu. Choć trener Lind raz jeszcze przekonał się, że na skuteczność Pauliny Nyström oraz dynamikę Matildy Nildén zawsze może liczyć. No i jeszcze naprawdę przyjemny gol Moniki Jusu Bah – kto nie widział, niech szybciutko to delikatne niedopatrzenie nadrabia!

******

Losowanie całej drabinki fazy zasadniczej Pucharu Europy 2025-26 odbędzie się jutro o godzinie 13:00.


Komplet wyników: