Vittsjö zbiera jesienne plony

vgik

Blisko, blisko, coraz bliżej… Vittsjö znów zwycięskie, a rywalki z czołówki punktują mocno nieregularnie (Fot. Bildbyrån)

W czerwcu mieliśmy wyjątkowo kapryśną wiosnę, wrześniowym meczom towarzyszyła często iście letnia aura, ale po kolejnej przerwie reprezentacyjnej przyszedł wreszcie czas na prawdziwie jesienne granie. Pory roku i wskazania termometrów ani trochę nie wpłynęły jednak na mocno rozpędzone zawodniczki z północy Skanii, które jak wygrywały przy dwudziestu pięciu kreskach powyżej zera, tak wygrywają przy piętnastu. I nie ma większego znaczenia, czy po przeciwnej stronie boiska biegają rozpaczliwie walczące o utrzymanie rywalki z Uppsali lub Växjö, czy też nieukrywające nawet mistrzowskich aspiracji piłkarki z Linköping. Te ostatnie przyjechały do wsi nieopodal Hässleholm w minioną niedzielę i choć teoretycznie przegrały zaledwie różnicą jednego gola, to jednak w zasadzie ani przez moment nie były bliskie nawiązania równej walki z podopiecznymi trenerskiego duetu Mårtensson – Kristiansson. Skalę dominacji Vittsjö najlepiej obrazuje fakt, że w szeregach LFC na największe pochwały zapracowała sobie golkiperka Cajsa Andersson, która kilkoma kapitalnymi interwencjami uratowała swój zespół od zdecydowanie bardziej dotkliwej porażki. Nieporównywanie więcej wyróżnień przyznalibyśmy za to gospodyniom, bo oprócz znajdującej się w niezmiennie wybitnej dyspozycji autorki dubletu Sary Stratigakis, kapitalne zawody rozegrały między innymi Clara Markstedt, Nellie Persson, czy kapitanka Sandra Lynn. Ta ostatnia jeszcze przed pierwszym gwizdkiem wprawiła zresztą wszystkich kibiców w dobry nastrój, wymownie poprawiając stadionową spikerkę, która… podczas przedmeczowej prezentacji przedstawiła ją używając panieńskiego nazwiskiem Adolfsson. I jak dobre humory na trybunach w północnej Skanii momentalnie się pojawiły, tak nie zniknęły nawet na chwilę, bo nawet nieco szczęśliwy, wyrównujący gol niezawodnej Yuki Momiki nie był w stanie wybić gospodyń z uderzenia. A kilka zespołowych akcji miejscowych jak najbardziej nadawałoby się jako element wykładu traktującego o tym dlaczego futbol to najbardziej zespołowa wśród gier zespołowych.

W zdecydowanie mniej optymistycznych nastrojach zamykały pierwszy, październikowy weekend pozostałe kluby ze Skanii. Rosengård wybrał się na teoretycznie niezbyt wymagający teren do Växjö, ale zamiast przekonującego zwycięstwa gościń obejrzeliśmy pierwszy od niemal trzech miesięcy punkt wywalczony przez podopieczne Olofa Unogårda. A przecież mogło być z perspektywy beniaminka jeszcze radośniej, bo sama tylko Dessi Dupuy aż trzy razy stawała przed szansą na umieszczenie futbolówki w siatce Earthy Cumings. 24-latka ze Szkocji znów broniła jednak bez zarzutu, choć chyba decydując się na transfer definitywny z Liverpoolu nie spodziewała się, że w takich meczach przyjdzie jej regularnie ratować swoim koleżankom z pola wynik. Oczywiście, Rosengård też miał swoje szanse, sporo wiatru robiły w zespole wciąż aktualnych mistrzyń Szwecji przede wszystkim obie wahadłowe (Ria Öling oraz Fiona Brown), ale nie będziemy udawać, że od takiego zespołu wymagamy po prostu więcej. A nie da się ukryć, że w tej fazie sezonu mocno pod formą znajdują się Wik, Schough, czy Larsson, o Caroline Seger nawet nie wspominając. Smutny czas nastał także w Kristianstad, bo najpierw wyjazd do mocno pokiereszowanej Brommy zakończył się powrotem z zaledwie jednym punktem, a następnie całą piłkarską Szwecję obiegła informacja, że już za miesiąc swoją piętnastoletnią pracę w klubie zakończy Elisabet Gunnarsdottir. I wiele wskazuje na to, że to właśnie ta wiadomość okaże się informacją numer jeden najbliższego tygodnia. Bo nie da się ukryć, że historia islandzkiej trenerki i tego, jak stała się żywą legendą klubu zasługuje nie tyle na osobny akapit, co na osobny tekst. Co zaś się tyczy piłkarek BP, to im z kolei satysfakcję z wywalczonego na wyżej notowanym rywalu punktu zepsuła nieco informacja o kontuzji Louise Lillbäck, która jeszcze przed przerwą ucierpiała w wyniku niefortunnego zderzenia z Hlin Eiriksdottir.

Häcken strzeliło gola! Bez szaleństw, póki co tylko jednego, na dodatek z rzutu karnego i po rękach interweniującej Sofii Hjern, ale zwycięstwo 1-0 okazało się wystarczające, aby w mistrzowskim wyścigu nie ponieść kolejnych strat. Inna sprawa, że jeszcze chwila, a naprawdę zaczniemy się zastanawiać, czy Osy z Hisingen rzeczywiście nie oszczędzają całej amunicji na dwumecz z holenderskim Twente, bo dziś wieczorem znów zdarzało im się marnować sytuacje nie tyle stu-, co tak naprawdę dwustuprocentowe. Pudło do pustej bramki? Nie ma sprawy! Strzał z pięciu metrów w bramkarkę lub w słupek? Obie opcje wykorzystane! Zmarnowana kontra w przewadze trzy na jedną? A jakże! Libański szkoleniowiec Mak Adam Lind może jednak cieszyć się z niezmiennie wysokiej dyspozycji Mariki Bergman Lundin oraz Rosy Kafaji, którym gra w piłkę sprawia na ten moment naprawdę sporo frajdy i widać to za każdym razem, gdy futbolówka znajdzie się w zasięgu nawet nie tyle ich nóg, co ich wzroku. Nie brakuje jednak też zmartwień, bo terminarz na najbliższe tygodnie wydaje się niezbyt łaskawy, a z powodu urazu plac gry przedwcześnie opuścić musiała Molly Johansson, co w obliczu problemów zdrowotnych innych bocznych defensorek zadanie nowemu trenerowi Häcken bynajmniej nie ułatwia. Po komplet oczek w starciu z innym beniaminkiem sięgnęło Hammarby, choć jeszcze przy stanie 0-0 czujność Anny Tamminen sprawdzić postanowiły Taryn Ries oraz Klara Folkesson. Fińska golkiperka ów test zdała jednak bez zarzutu, a później Jonna Andersson wrzuciła piłkę na głowę Matildy Vinberg i stało się jasne, że w obecności dwóch i pół tysiąca zielono-białych fanów żadna krzywda Bajen stać się nie może. Tym bardziej, że Vilde Hasund raz jeszcze dała z ławki niezwykle pozytywny impuls, a Smilla Vallotto potwierdziła, że nieprzypadkowo właśnie teraz dostała szansę debiutu w seniorskiej kadrze Szwajcarii. Zwycięstwa duetu liderek pozwoliły im odskoczyć nie tylko od Linköping, ale i od Piteå, które z kolei wracało na tarczy z Örebro. Anam Imo oraz Katrina Guillou jak zawsze robiły, co mogły, ale tym razem ich wysiłki nie pozwoliły rewelacji sezonu dopisać w tabeli choćby jednego punkcika, choć do dziewięćdziesiątej minuty na Behrn Arenie zanosiło się na bezbramkowy remis. Wtedy jednak kluczową akcję przeprowadziły dwie rezerwowe nastolatki; asystowała Emilia Pelgander, finalizowała Ida Björnberg i wydaje się, że ta ostatnia w ten właśnie sposób przyklepała swojemu klubowi miejsce w Damallsvenskan na kolejny sezon.


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2

Jesień będzie ciekaw(sz)a

c02cb0d7-d810-4952-8fc4-63abdc6b6f78

Niewykluczone, że piłkarki Hammarby i Häcken toczyć będą korespondencyjny pojedynek o mistrzostwo aż do ostatniej kolejki sezonu (Fot. Adam Ihse)

Ach, co to jest za sezon! Jeszcze miesiąc temu mogło się wydawać, że tegoroczne mistrzynie Szwecji poznamy gdzieś w okolicach Halloween, a najszczęśliwszymi kibicami w kraju będą tej jesieni stali bywalcy Bravida Areny. Tyle tylko, że po mundialowej przerwie piłkarki BK Häcken zaliczyły niewytłumaczalną serię trzech meczów na zero z przodu, a ostatnia porażka z Djurgården sprawiła, że Osy z Hisingen na przestrzeni zaledwie kilkunastu dni w całości roztrwoniły stosunkowo bezpieczną wydawałoby się przewagę nad ligowym peletonem. Szwedzka gra o tron rozgorzała więc na nowo i choć do końca niebywale ekscytującego sezonu pozostało nam zaledwie sześć odcinków, to możemy w ciemno zakładać, że każdy z nich przyniesie nam mnóstwo emocji, zwrotów akcji i cokolwiek sensacyjnych rozstrzygnięć. Tym bardziej, że zarówno w Södermalm, jak i w Linköping będą chcieli wykorzystać fakt, iż w przeciwieństwie do rywalizującego na wszystkich możliwych frontach Häcken, kluby te będą mogły w pełni skoncentrować się na ligowym kotle. A czy rozważacie w ogóle scenariusz, w którym do batalii trzech faworytów włącza się też bohater nieoczywisty? Ewentualny awans Piteå do czołowej trójki byłby niewątpliwie ogromną niespodzianką, ale akurat w Norrbotten mają już pewne doświadczenie w płataniu figli zarówno najgroźniejszym rywalkom, jak i wszędobylskim ekspertom. Że niby nic dwa razy? Owszem, coś w tym jest, ale jeśli istnieje człowiek potrafiący skutecznie zadać kłam popularnym mądrościom, to najpewniej nazywa się on Stellan Carlsson. A znajdująca się w kapitalnej dyspozycji Anam Imo do spółki z najlepszą rezerwową ligi Tuvą Skoog z miłą chęcią mu w tym zadaniu pomogą.

race1

Równie ciekawie zapowiada się rywalizacja w dolnych rejonach tabeli, bo o ile Kalmar jest niezmiennie beznadziejny, o tyle kwestia drugiego spadkowicza oraz drużyny do barażu pozostaje jak najbardziej otwarta. Teoria podpowiada nam, że strefy zagrożenia całkowicie nie opuściły jeszcze Norrköping oraz Djurgården, ale realnie nie widzimy scenariusza, w którym jedna z tych ekip mogłaby jeszcze jakkolwiek zaplątać się w bezpośrednią walkę o utrzymanie. Względny spokój zachowywać mogą także w Örebro, choć akurat w Närke z pewnością nie obraziliby się na przynajmniej jedno październikowe zwycięstwo gospodyń na Behrn Arenie. Okazje ku temu będą aż trzy i skuteczność na poziomie minimum 33% powinna raz na zawsze załatwić sprawę pozostania w najwyższej klasie rozgrywkowej na kolejny sezon. Bezpośrednia batalia powinna zatem rozegrać się w tercecie Växjö – Uppsala – Bromma i akurat w przypadku tych ekip żadnego rozstrzygnięcia nie da się wykluczyć a priori. Podopieczne trenera Unogårda dysponują wprawdzie poduszką w postaci kilkupunktowej zaliczki, ale ich aktualna dyspozycja optymizmem nie napawa, a przedłużenie serii porażek może oznaczać nerwówkę aż do drugiej dekady listopada. Tym bardziej, że zarówno Uppsalę, jak i Brommę czekają jeszcze nie tylko niemalże gratisowe punkty za mecze z Kalmarem, ale także domowe starcia z Växjö, do których drużyny te prawdopodobnie przystąpią w roli faworytek.

race2

Jakkolwiek oryginalnie to brzmi, gdzieś pomiędzy wyścigiem o tytuł oraz wyniszczającymi bojami o utrzymanie toczyć się będzie na polu Damallsvenskan jeszcze jedna niezwykle interesująca rywalizacja. Póki co jeszcze nigdy w historii istnienia naszej ligi nie zdarzyło się, aby piłkarki Rosengård musiały ustąpić pola jakiemukolwiek innemu klubowi ze Skanii, ale niesamowita passa trzynastokrotnych mistrzyń kraju od przynajmniej kilkudziesięciu lat nie była aż tak zagrożona. Na sześć kolejek przed końcem sezonu podopieczne Ievy Cederström oglądają w przejściowej tabeli plecy zarówno sąsiadek z północy (Vittsjö), jak i ze wschodu (Kristianstad), ale pojedyncze zwycięstwo nad dowolnym lokalnym rywalem może ów stan rzeczy odkręcić w jeden dzień. Zawodniczki z Malmö jak najbardziej stać na to, aby przynajmniej jesienią pokazać na boisku klasę godną tak utytułowanej drużyny, ale nie możemy zapominać, że przynajmniej w najbliższych tygodniach przyjdzie im dzielić uwagę między ligę i europejskie puchary. Czy fakt ten okaże się ostatecznie przeszkodą nie do przeskoczenia, a miano piłkarskiej stolicy Skanii po raz pierwszy trafi do tradycyjnie rozkręcającego się z kolejki na kolejkę Vittsjö? A może to w Kristianstad pokażą, że znaną i lubianą Pomarańczową Armię stać jeszcze na one last run i mimo poważnych ubytków kadrowych to Elisabet Gunnarsdottir będzie miała na koniec najwięcej powodów do radości? Opcji na stole leży naprawdę wiele, tym bardziej, że przed nami jeszcze dwie fascynujące, derbowe potyczki, których rezultat może okazać się w tym wyścigu przysłowiowym języczkiem u wagi

race3


Symulacja końcowej tabeli Damallsvenskan 2023:

damsim

Liga Narodów – po kolejce (1-2)

_131218769_gettyimages-1252530564


Wydarzenia tygodnia

Nie tak dawno wspominaliśmy chyba coś o trenerze Jeglertzu i o tym, że obok Olgi Ahtinen i Roberta Vilahamna jest on jedną z trzech najbardziej dotkliwych strat personalnych Damallsvenskan w letnim okienku transferowym. W Danii mogą się jednak cieszyć, bo 51-letni selekcjoner przywitał się z nowymi kibicami w najbardziej spektakularny z możliwych sposobów. Bezdyskusyjne zwycięstwo nad Niemkami na narodowej arenie w Viborgu oraz efektowna i nie pozostawiająca najmniejszych wątpliwości wiktoria na Cardiff City Stadium, a żeby tego było mało indywidualne popisy Pernille Harder oraz Amalie Vangsgaard, które właśnie w ostatnich dniach zdawały się grać najlepszy futbol w karierze dowodzą, że przynajmniej jedna skandynawska nacja zamierza do końca bić się o miejsce w turnieju finałowym inauguracyjnej edycji Ligi Narodów. Bo choć Niemki na papierze niezmiennie pozostają chyba faworytkami do awansu, to jednak po kompromitacji na boiskach Australii znów przyszło im przełknąć niezwykle gorzką pigułkę i wiele wskazuje na to, że zadanie podjęcia skutecznej pogoni za rozpędzonym do maksimum możliwości duńskim dynamitem weźmie na swoje barki już następca Martiny Voss.

Rywalizacja w grupie A1 upłynęła pod znakiem goli w doliczonym czasie gry. Dzięki jednemu z nich Belgia nieoczekiwanie sięgnęła po komplet punktów w rywalizacji z faworyzowaną Holandią, co jest o tyle cenniejsze, że to Pomarańczowe Lwice na początku drugiej połowy otworzyły wynik za sprawą Jill Roord. Trafienia Detruyer oraz Blom odwróciły jednak losy meczu, a mocno podrażniona Holandia cztery dni później naprawdę efektownie (a do tego efektywnie!) odegrała się na wicemistrzyniach świata z Anglii, mocno psując tym samym homecoming Sariny Wiegman. Niemal komplet widzów na stadionie w Utrechcie do ekstazy doprowadziła tym razem Renate Jansen, a my mamy nadzieję, że w Hisingen tę konkretną akcję obejrzano przynajmniej kilka razy i wyciągnięto z niej odpowiednie wnioski. Co ciekawe, Angielki po końcowym gwizdku jak najbardziej słusznie punktowały, że jeden z holenderskich goli nie powinien zostać uznany ze względu na pozycję spaloną, ale ani trochę nie zająknęły się przy tym, że w piątkowym starciu ze Szkocją to one okazały się beneficjentkami sędziowskiej pomyłki. Bo kto wie, jak potoczyłyby się derby Wielkiej Brytanii, gdyby włoska sędzia Maria Ferreri Caputi zdecydowała się podyktować przy stanie 2-1 ewidentnego karnego dla Szkocji.

W grupie C1 na szczycie bez wielkich sensacji, gdyż dwa zwycięstwa do zera pozwoliły Francuzkom w miarę komfortowo rozsiąść się na pożądanym przez wszystkich fotelu dla liderek. Formą błysnęła powracająca po kontuzji Selma Bacha, swoje firmowe zagranie zaprezentowała nam Wendie Renard i przed październikowym dwumeczem z Norwegią w obozie Les Bleues jak najbardziej może (przynajmniej sportowo, bo na innych polach chociażby w Paryżu z szafy znów wypadają nowe brudy) panować spokój i harmonia. Co do Norweżek, to chyba powinniśmy powoli przyzwyczajać się do tego, że piłkarki tej narodowości podziwiać i oklaskiwać będziemy wyłącznie wtedy, gdy występować one będą w koszulkach klubowych. Całkowitej niemocy trawiącej tę kadrę od przynajmniej kilku lat nie sposób logicznie zrozumieć i serio nie zazdrościmy osobie, która podejmie się trudu zaprowadzenia w tym bałaganie nowego porządku. W zdecydowanie bardziej optymistycznych nastrojach czekamy natomiast na rywalizację Portugalii z Austrią, bo gdy po jednej stronie wybiegną na murawę Diana Silva z Kiką Nazareth, a po drugiej Sarah Zadrazil z Eileen Campbell, to jest to gwarancją naprawdę intensywnego widowiska.

O naszej podgrupie (A4) napisaliśmy już chyba wszystko. To właśnie w niej znalazła się najlepsza według stanu na jesień 2023 drużyna świata, a o jej sile w kilka dni po Szwedkach boleśnie przekonały się Szwajcarki. Skończyło się – podobnie jak miesiąc wcześniej na mundialu – na pięciu hiszpańskich golach, a gdyby zaistniała taka konieczność, to radosne strzelanie zapewne trwałoby nadal. Bonmati z Abelleirą w każdym kolejnym meczu niepodzielnie dominują w środku pola, Battle z Carmoną to obecnie najbardziej wartościowy duet wahadłowych, Caldentey i del Castillo nie przez przypadek liderują w Lidze Narodów klasyfikacji asystentek, a do pełni szczęścia tej maszynie brakuje chyba tylko w pełni klasowej golkiperki oraz środkowej napastniczki. Choć i bez tego nie brakuje głosów przyrównujących tegoroczną wersję La Roja do tych najwybitniejszych reprezentacji USA w historii i nie są to bynajmniej opinie pozbawione logiki. Co zaś się tyczy Helwetek, one już dawno nie były w stanie wygrać choćby pojedynczego meczu z solidnym rywalem i jeśli nie przełamią tej niechlubnej serii za miesiąc w Göteborgu, to widmo degradacji do niższej dywizji mocno zajrzy im w oczy. Szczególnie, że cztery dni później do Zurychu zawitają mistrzynie świata, a to bez względu na zawirowania pozaboiskowe oznaczać może jedynie kłopoty.


Grupa A1

a5

a1


Grupa A2

a6

a2


Grupa A3

a7

a3


Grupa A4

a8

a4

Męczarnie pośrodku niczego

itaswe

Elin Rubensson kontra Arianna Caruso, czyli pojedynek liderek drugiej linii obu zespołów (Fot. Getty Images)

Pierwszy, historyczny wyjazd w Lidze Narodów przyszło nam rozegrać… pośrodku niczego. Malownicze miasteczko (choć Amerykanie lub Japończycy raczej nazwaliby je wsią) o nazwie Castel di Sangro położone jest wprawdzie równo sto mil od Rzymu, ale dojazd na Stadio Teofilo Patini okazał się nie lada wyzwaniem logistycznym, którego trudność wzrastała o kilka dodatkowych poziomów, jeśli akurat nie dysponowało się na terenie Italii własnym środkiem transportu. I o ile jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, że mieniące się u progu jesieni wspaniałą paletą barw prowincje Abruzji mogą być całkiem rozsądnym wyborem dla osób chcących przynajmniej na chwilę oderwać się od wszechobecnych, wielkomiejskich bodźców i pobyć sam na sam z naturą i własnymi myślami, o tyle jednak do organizacji poważnego, sportowego eventu nawet w najbliższej okolicy bez większego trudu znalazłoby się wiele mniej ekstrawaganckich lokalizacji. Pomimo wspomnianych nieudogodnień, kilkudziesięciu szwedzkich fanów do finałowej destynacji szczęśliwie na czas jednak dotarło, a wśród nich nie zabrakło i takich, którzy od lat mieszkają na Półwyspie Apenińskim, a dzisiejszy mecz był dla nich wspaniałym pretekstem do obejrzenia w akcji swojej narodowej drużyny.

Kadrowiczki Petera Gerhardssona stanęły więc przed niebywałą okazją, aby swoją boiskową postawą dać trochę radości zarówno szwedzkiej diasporze, jak i tym, którzy do Castel di Sangro przybyli po długiej podróży ze Skanii czy Laponii. A czy tę szansę wykorzystały? Cóż, tutaj chyba najbardziej trafną odpowiedzią byłby cytat z niezwykle popularnego wiele lat temu w mediach społecznościowych filmiku: no, tak średnio bym powiedział, tak średnio. To znaczy, jeżeli u kogoś na pierwszym miejscu listy priorytetów było po prostu obejrzenie na żywo zwycięskiego meczu w wykonaniu szwedzkich piłkarek, to taki ktoś z pewnością miał prawo opuszczać stadion w Abruzji w pełni ukontentowany. Tym bardziej, że w cokolwiek niespodziewanym bonusie dostał jeszcze gola zdobytego nie po kolejnym, doprowadzonym do perfekcji stałym fragmencie gry, a po odważnym, indywidualnym rajdzie jednej z naszych skrzydłowych. Końcowy wynik był jednak ze szwedzkiej perspektywy zdecydowanie bardziej satysfakcjonujący niż sama gra, choć trzeba przyznać, że całościowo dzisiejszą potyczkę oglądało się raczej z grymasem niż uśmiechem na ustach, do czego solidarnie przyczyniły się oba zespoły. Co jednak może dziwić, to nie słynące z ostrej i ocierającej się momentami o brutalność gry gospodynie były tego popołudnia głównymi winowajczyniami tego, że mecz w wielu fragmentach był po prostu szarpany i trudno było odnaleźć w nim jakikolwiek rytm. Pod koniec pierwszej części gry sucha statystyka jednoznacznie pokazywała, że to Szwedki faulowały… sześć razy częściej, a mocne ataki Liny Hurtig oraz Nathalie Björn na nogi włoskich piłkarek prawdopodobnie zasługiwały na jeszcze bardziej jednoznaczną reakcję macedońskiej sędzi. Ta ostatnia też nie potrafiła jednak całkowicie zapanować nad boiskowymi emocjami, a zadania nie ułatwiała jej chociażby bez przerwy kontestująca jej decyzje Kosovare Asllani. Gwiazda Milanu momentami sprawiała zresztą wrażenie zawodniczki, która najchętniej sama wzięłaby do ręki gwizdek i nawet jeśli nie kwestionujemy, że być może nie poradziłaby sobie w tej roli wyraźnie gorzej od pani Iwany Projkowskiej, to jednak dla dobra wszystkich nie będziemy może tego sprawdzać.

Wróćmy jednak do spraw czysto sportowych, bo piłkarskich emocji na murawie Stadio Teofilo Patini było tyle, że spokojnie streścimy je wszystkie w jednym, wcale nie przesadnie rozbudowanym akapicie. Zacznijmy może od jedynej tego dnia akcji bramkowej, która to wydarzyła się nam już w 14. minucie. Właśnie wtedy na wysokości koła środkowego piłkę przyjęła Lina Hurtig i z braku innych, ciekawszych opcji postanowiła nieco wspomnianą futbolówkę podprowadzić. I tak sobie biegła, biegła, dalej biegła, znalazła się już w polu karnym, a żadnej z Włoszek ani przez moment nie przeszło przez myśl, że może wcale nie najgłupszą opcją byłoby wywarcie na zawodniczkę Arsenalu jakiejkolwiek presji. Choć z drugiej strony, być może w szaleństwie tym była jednak jakaś pokrętna metoda, bo gdy już w ostatniej chwili na interwencję zdecydowała się Manuela Giugliano, to uczyniła to tak niefartownie, że wyszedł jej z tego niemal idealny pass do Johanny Kaneryd, która takiego prezentu zmarnować absolutnie nie mogła. Poza tą okazją, Szwedki w pierwszej połowie zaprezentowały nam jeszcze minimalnie niecelny strzał głową Stiny Blackstenius, a po przerwie czujność w bramce Laury Giuliani przytłumionym uderzeniem z dystansu przetestowała Kosovare Asllani. I nie licząc nabijanych do pewnego momentu rzutów rożnych (z których tym razem wynikało zadziwiająco niewiele) – to by było w zasadzie na tyle. Gdyby szukać na siłę jakichś plusów, to w początkowej fazie spotkania podobać się mogła płynna wymiana piłki w trójkącie Björn – Angeldal – Kaneryd, dzięki czemu prawe skrzydło funkcjonowało nam do pewnego momentu całkiem znośnie. Po przerwie wyróżniający się wcześniej tercet znajomych z rocznika ’97 gasł nam jednak w oczach, dopasowując się niejako poziomem do swoich koleżanek na placu gry i było to niestety równanie w dół. Zapytacie się więc, co zaproponowały wobec takiego obrotu sprawy Włoszki? Ano jeden celny strzał na przestrzeni ponad stu minut gry, który zresztą żadnym sposobem nie mógł sprawić jakichkolwiek trudności golkiperce klasy Jennifer Falk. Oddajmy jednak sprawiedliwość, że w samej końcówce Azzurre mocno przycisnęły i zarówno przy strzale w słupek Lucii Di Guglielmo, jak i przy główce rezerwowej Cristiany Girelli jednoznacznie dopisało nam szczęście. Potem jeszcze kilka wrzutek na aferę w szwedzką szesnastkę, seria fauli i żółtych kartek, ratowanie skromnego prowadzenia rozpaczliwymi zmianami taktycznymi w piątej minucie doliczonego czasu gry i wreszcie sędzia Projkowska uznała, że wystarczy. Tym jednym gwizdkiem rozjemczyni z Bałkanów zrobiła zresztą niemałą przysługę wszystkim z wyjątkiem Andrei Soncina i jego podopiecznych, ale ewentualne pretensje Włoszki mogą dziś mieć tylko i wyłącznie do siebie. Bo choć obiektywnie na porażkę pewnie nie zasłużyły, to jednak nie zrobiły też wystarczająco dużo, abyśmy mogli z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że końcowy wynik jest z ich perspektywy rażąco niesprawiedliwy. Tak, bezbramkowy remis pasowałby tu lepiej, ale przecież nikt nie kazał kapitance Romy podawać do Kaneryd. A futbol, co wiemy nie od dziś, to przede wszystkim gra błędów.

itaswe

Blisko, lecz bardzo daleko

contentmedium

Gol Mariony Caldentey zapewnił zwycięstwo mistrzyniom świata (Fot. Bildbyrån)

Miesiąc temu na rozstrzygnięcie musieliśmy poczekać do 90. minuty, dziś cała zabawa trwała jeszcze o sześć minut dłużej, ale ostatecznie mistrzynie świata znów okazały się o jedno trafienie lepsze od liderek rankingu FIFA, dzięki czemu objęły zresztą w owym rankingu wirtualne przodownictwo. I patrząc zupełnie obiektywnie bardzo dobrze się stało, gdyż chyba nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, że to w Hiszpanii gra się teraz najpiękniejszy i po prostu najlepszy na świecie futbol, a nazwiska Battle, Abelleiry, czy Bonmati mogą na długie lata zdominować piłkarski dyskurs. I stan ten trwać będzie aż do momentu, gdy ktoś wreszcie znajdzie na styl prezentowany przez La Roja skuteczną odpowiedź, ale podopieczne Petera Gerhardssona na murawie Gamla Ullevi ani przez moment nie były tego bliskie.

Z wielkim zdziwieniem przeczytałem kilka pomeczowych komentarzy, że oto za nami potyczka dwóch równorzędnych rywali, bo z perspektywy trybun stadionu w Göteborgu obserwowaliśmy spotkanie toczone niemal bez przerwy pod absolutne dyktando Hiszpanek. I jeśli byli tacy, którzy liczyli, że mistrzyniom świata w zaprezentowaniu iście królewskiej dyspozycji przeszkodzą nieprzespane noce, czy zbyt mała liczba jednostek treningowych, to życzenia te szybko trzeba było odłożyć na półkę z napisem soccer fiction. Zawodniczki z Półwyspu Iberyjskiego ewidentnie przyjechały bowiem do Skandynawii w jasnym celu i od pierwszej minuty konsekwentnie dążyły do jego realizacji. Gospodynie również miały swoje lepsze chwile, ale jednak utrzymujący się w zasadzie do końcowego gwizdka na styku wynik mocno zaciemnia nam rzeczywisty obraz dzisiejszego meczu. Bo gdybyśmy spojrzeli na niego nieco bardziej z dystansu, to możemy wyodrębnić w nim fazy całkowitej dominacji gościń oraz momenty trochę bardziej chaotycznej gry z obu stron, w których to Szwedkom również udawało się cokolwiek wykreować. Piłkarkom Gerhardssona należy się rzecz jasna szacunek, że nawet pomimo tak znaczącej przewagi rywalek w większości elementów futbolowego rzemiosła, potrafiły tak długo realnie utrzymać się w grze, ale pobieżny rzut oka na dowolną statystykę nie pozostawia wątpliwości co do tego, kto na trzy punkty zapracował sobie dziś zdecydowanie bardziej.

Po szwedzkiej stronie bardzo przyzwoicie zaprezentowała się w ofensywie zastępująca kontuzjowaną Fridolinę Rolfö Lina Hurtig, która zresztą trochę z niczego doprowadziła w 82. minucie do remisu 2-2. Skrzydłowa Arsenalu przytomnie podłączyła się do akcji i nawet jeśli miała trochę szczęścia w tym, że po zablokowanym strzale Stiny Blackstenius futbolówka znalazła się akurat pod jej nogami, to jednak nie da się zaprzeczyć, że w tej konkretnej sytuacji wydatnie sobie pomogła. Raz jeszcze zafunkcjonowały także doprowadzone do perfekcji stałe fragmenty gry, gdyż wynik spotkania Magdalena Eriksson otworzyła właśnie po dośrodkowaniu Kosovare Asllani z narożnika boiska. Problem jednak w tym, że o ile Hiszpanki co i raz wrzucały futbolówkę w szwedzką szesnastkę, o tyle nasze piłkarki na przestrzeni całego meczu wywalczyły sobie jedynie dwa rzuty rożne. A zagrania ze stojącej piłki oraz szybkie kontrataki są zdecydowanie najlepszą bronią przeciwko zespołowi, który lubi zabrać przeciwnikowi piłkę i jej nie oddawać. Na konstruowanie gry pozycyjnej przeciwko Hiszpanii nie bardzo jest sens liczyć, o czym szczególnie boleśnie przekonywaliśmy się we fragmentach, w których rywalki bez większego wysiłku potrafiły wykręcić 75% posiadania. Choć i szybkie akcje, szczególnie z wykorzystaniem niesamowicie dynamicznych skrzydłowych, także nie są bynajmniej zawodniczkom La Roja obce.

Tak, Zecira Musovic popełniła przy golu na 1-1 kardynalny błąd i był to dla niej kolejny zawalony mecz z rzędu, bo przecież nie tak dawno w sparingu Chelsea z Romą była zdecydowanie najgorszą piłkarką na boisku. Tyle tylko, że bramkarka ta absolutnie nie jest aż tak słaba, jak wskazywałoby na to zachowanie przy puszczonych golach Carmony (w półfinale MŚ), czy del Castillo (dziś). Oczywiście, nie jest również ani trochę tak wybitna, jak jej występ przeciwko USA, a nominacja FIFA do tytułu najlepszej golkiperki roku 2023 właśnie dla Musovic zdaje się być mało zabawnym żartem, ale wciąż mamy do czynienia z piłkarką o niemałym potencjale, której występy w reprezentacyjnej koszulce prawdopodobnie przyniosą nam jeszcze wiele radości. Rzecz jasna pod warunkiem zdecydowanie większej stabilizacji formy oraz wygrania wewnętrznej rywalizacji z Emmą Holmgren, która także chętnie założyłaby wreszcie bluzę z cyfrą jeden na plecach. Szwedzki sztab powinien jednak niezwłocznie kilka kwestii przemyśleć, bo jeśli piłkarską rzeczywistość odmierzamy mundialami, to otwarcie nowego cyklu przyniosło nam wiele alarmowych lampek, wśród których sama porażka z Hiszpanią niepokoi chyba najmniej. Bo jeśli pierwszą decyzją Gerhardssona jest wystawienie dokładnie tej samej grupy wiernych żołnierek, które rzetelnie służyły jego strategiom (a przy okazji całej szwedzkiej piłce) przez cztery ostatnie lata, a pomysłem numer dwa jest ratowanie wyniku 33-letnią Jakobsson oraz 36-letnią Sembrant (obie znajdują się już raczej po tamtej stronie rzeki), to parę pytań samoistnie ciśnie się tu na usta. Czy właśnie tak będzie wyglądał pomysł na EURO ’25 oraz eliminacje MŚ ’27? Jeśli tak, to w tę nieco bardziej odległą przyszłość możemy chyba spoglądać z narastającym niepokojem i ewentualne klepnięcie w październiku Szwajcarii i Włoch niewiele tu zmieni. Pozostaje jednak trzymać się nadziei, że osoby decyzyjne w naszej kadrze mają do zaproponowania cokolwiek poza planem A i gorąco liczymy na to, że upewni nas w tym jeszcze tegoroczna faza grupowa Ligi Narodów. Dziś pozostaje jednak pogratulować Hiszpankom w pełni zasłużonego zwycięstwa i życzyć powodzenia w dalszej walce o niezwykle ambitne cele zarówno na murawie, jak i poza nią.

sweesp