Raz się remisuje, raz się remisuje

Walijka Hannah Cain to jedyna napastniczka, która zapisze na plus dzisiejszy występ na Gamla Ullevi (Fot. Ashley Crowden)

Ach, cóż to była za akcja! Trzy precyzyjne, prostopadłe podania wystarczyły, aby pokonać całą długość boiska, a zespołową pracę sfinalizowała precyzyjnym i wcale nie tak łatwym uderzeniem przy dalszym słupku środkowa napastniczka. Jasne, rywalki przesadnie nie przeszkadzały i przynajmniej kilka razy zachowały się cokolwiek biernie, ale czy można mieć o to pretensje do atakujących? Oczywiście, że nie. One po prostu zagrały swoje i odebrały za to w pełni zasłużoną nagrodę, a trenerka Rhian Wilkinson mogła z uśmiechem zadowolenia na twarzy gratulować swoim podopiecznym dobrze wykonanego zadania. Bo tak się zabawnie złożyło, że we wtorkowy wieczór na Gamla Ullevi to gościnie z Walii przeprowadziły najbardziej składny atak pozycyjny. I choć potrzebowały do tego wyłącznie tych zdecydowanie najprostszych środków, to okazały się one w stu procentach wystarczające, a wymiana futbolówki w trójkącie Hayley Ladd – Rachel Rowe – Hannah Cain bez wątpienia załapie się do wielu highlightsów podsumowujących czwartą kolejkę piłkarskiej Ligi Narodów. Co więcej, zaledwie kilka minut później szwedzką defensywę w niemal bliźniaczy sposób rozerwała jednym długim podaniem Lily Woodham i jedynie snajperska niefrasobliwość rezerwowej Ffion Morgan sprawiła, że wymęczone w bólach i znoju skromne prowadzenie 1-0 nie zamieniło się błyskawicznie w mocno problematyczne 1-2. Na nasze szczęście nominalna skrzydłowa drugoligowego Bristolu zdawała się być całą sytuacją równie zaskoczona i zamiast groźnego strzału zaprezentowała nam coś na kształt podania po ziemi do Jennifer Falk.

Na chwilę porzućmy jednak sarkazm, po przecież trzeba jasno podkreślić, że gra reprezentacji Szwecji na przestrzeni dziewięćdziesięciu minut sumarycznie nie wyglądała źle. To znaczy, powodów do popadania w samozachwyt też oczywiście zbyt wielu nie znajdziemy, ale warto uczciwie zauważyć, że gospodynie wywiązały się z roli faworytek i gdyby tylko okazały się w swoich poczynaniach bardziej konkretne, to z odniesieniem pewnego zwycięstwa raczej nie miałyby dziś większych trudności. Główny problem szwedzkich kadrowiczek polegał jednak na tym, że stwarzanych sytuacji nijak nie potrafiły one zamienić na gole, a jedynie trafienie – cóż za powiew klasyki – udało im się uzyskać za sprawą specjalności zakładu w postaci ofensywnych stałych fragmentów gry. Z narożnika dośrodkowała Filippa Angeldal, głowę dostawiła we właściwym miejscu Magdalena Eriksson i walijska defensywa ten jeden raz dała się zaskoczyć. Bo z gry, pomimo wielkiej ochoty do gry trójki naszych liderek, brytyjskiego muru nie udało się skruszyć, choć wybornych okazji ku temu nie brakowało. Piłka nożna jest jednak dyscypliną sportu o tyle bezwzględną, że tutaj nie przyznaje się bonusowych punktów za wypracowaną przewagę w statystyce posiadania futbolówki, czy też liczbie wymienionych podań. A jak już zdążyliśmy zauważyć, z wykańczaniem akcji nasze zawodniczki miały dziś naprawdę spore kłopoty.

O tercecie szwedzkich liderek wspominamy nieprzypadkowo, gdyż na tę chwilę kwestia sukcesu lub porażki kadry zdaje się niemal całkowicie zależna od aktualnej dyspozycji Fridoliny Rolfö, Johanny Kaneryd oraz Filippy Angeldal. To te piłkarki stanowią w zasadzie sto procent ofensywnego potencjału drużyny, nie licząc oczywiście zagrożenia płynącego z dopracowanych do perfekcji schematów egzekwowania wspomnianych już stałych fragmentów. Zawodniczka Barcelony szczególnie w pierwszej połowie imponowała dziś kilkudziesięciometrowymi rajdami, gwiazda londyńskiej Chelsea czarowała publiczność na Gamla Ullevi efektownymi dryblingami, a pomocniczka madryckiego Realu wiązała to wszystko z perspektywy środka pola, starając się nadawać akcjom szwedzkiego zespołu konkretny rytm. To wszystko działało i funkcjonowało, choć chciałoby się, aby nieco więcej dołożyła do tego procesu kreacji także druga z nominalnych pomocniczek. Niestety, tym razem trochę obok gry przeszły w tej materii zarówno Hanna Bennison, jak i zastępująca ją Julia Zigiotti, choć piłkarce Bayernu trzeba oddać, że pojawiła się na placu gry w momencie, gdy zapanował na nim nieco większy chaos, a o efektywną, metodyczną grę było już zdecydowanie trudniej.

Zdecydowanie największe znaki zapytania pozostawia jednak konsekwentne stawianie selekcjonera na Stinę Blackstenius i nawet nie chodzi w tym wszystkim o fakt, że napastniczka Arsenalu kolejny raz zaprezentowała nam występ, który przy sporej dawce wyrozumiałości możemy co najwyżej zaklasyfikować do dolnej strefy stanów średnich. Upór Gerhardssona dziwiłby nawet wówczas, gdyby Blackstenius znajdowała się w uderzeniu, bo przecież zimowo-wiosenne mecze służyć miały w pierwszej kolejności sprawdzeniu w warunkach meczowych konkretnych wariantów. A tych mamy w odwodzie całkiem sporo, czego dowody odnajdujemy już nawet nie tylko w rozgrywkach klubowych, ale również w występach naszej młodzieżówki, która bez najmniejszych kompleksów po dobrym i pełnym dramaturgii meczu zremisowała właśnie z rówieśniczkami z Hiszpanii, kilka dni wcześniej pewnie pokonując Belgię. I nawet jeśli ulubiona kadrowiczka szwedzkiego selekcjonera przy okazji kolejnego reprezentacyjnego okienka popisze się hat-trickiem, to zdania w tej kwestii nie zmieniamy: nie stać nas na to, aby samowolnie rezygnować z tak wielu dostępnych nam opcji. Jeśli Gerhardsson na zakończone właśnie zgrupowanie powołał Cornelię Kapocs z Liverpoolu tylko po to, aby ta uczestniczyła w treningach i obejrzała mecze z perspektywy ławki rezerwowych, to takie decyzje po prostu się nie bronią. Podobnie jak sztuczne nabijanie kadrowego licznika poprzez dokonywanie zmian w okolicach 80. minuty, jak wielokrotnie miało to miejsce w przypadku Rebecki Blomqvist, Hanny Bennison, a ostatnimi czasy Rosy Kafaji. Takie epizody nie mówią nam o potencjalnej wartości danej zawodniczki kompletnie nic nawet wówczas, gdy ta jakimś cudem popisze się akurat pojedynczym błyskiem dającym na przykład zwycięskiego gola. Takie zabawy możemy uskuteczniać w ćwierćfinale EURO, a nie w okresie przygotowawczym, kiedy to z definicji jest czas na fazę testów mającą doprowadzić nas w prostej linii do właściwych wniosków i dokonania sprawiedliwej selekcji. Tyle tylko, że w przypadku Blågult o tej ostatniej z oczywistych względów mowy być nie może.

I o ile my wciąż – z miesiąca na miesiąc coraz bardziej tym stanem rzeczy zmęczeni – kręcimy się w kołowrotku niewiedzy, o tyle Rhian Wilkinson znów może się szeroko uśmiechnąć, przypominając sobie dzisiejszy występ dwudziestoletniej bramkarki Safii Middleton-Patel oraz osiemnastoletniej defensorki Mayzee Davies. Obie zaprezentowały się na pełnym dystansie dziewięćdziesięciu minut i mówiąc kolokwialnie naprawdę dały radę, odpłacając tym samym selekcjonerce za szansę i zaufanie. Cóż, gdyby urodziły się w Szwecji, okazji do zaprezentowania swoich umiejętności w zbliżonych okolicznościach zapewne by się prędko nie doczekały. W podobnych kategoriach może odbierać rzeczywistość także występująca na co dzień tylko w IFK Norrköping Carrie Jones, która po powrocie do klubowej szatni będzie mogła z przejęciem opowiedzieć Wilmie Leidhammar o uczuciach towarzyszących grze o punkty na murawie Gamla Ullevi.

Absurdalnie, ale do przodu

W takich okolicznościach przyrody Filippa Angeldal po raz pierwszy wyprowadziła reprezentację Szwecji na prowadzenie (Fot. Bildbyrån)

To był wieczór pełen kuriozalnych goli, niezrozumiałych dla nikogo z wyjątkiem rumuńskiej sędzi decyzji, wzruszających pożegnań i intrygujących pytań, na które wciąż szukamy odpowiedzi. Zaczęło się od wyjątkowo mocnego uderzenia, skończyło się jeszcze głośniejszym Bang! i nawet zgodnie z logicznym następstwem zdarzeń, po zwycięstwo sięgnęła drużyna dojrzalsza, bardziej konkretna i zwyczajnie lepsza jakościowo. Tyle tylko, że mniej więcej od trzydziestej minuty trudno było pozbyć się natrętnej myśli, iż Włoszki robią naprawdę wiele, aby ten mecz przegrać, natomiast Szwedki równie sumiennie pracują na to, aby go nie wygrać. Bo choć niezaangażowani kibice mogli się przy tylu zwrotach akcji całkiem nieźle bawić, to jednak natężenie kiksów i wszelkiej maści pomyłek zdecydowanie przewyższało normę ustaloną dla starcia w ramach najwyższej dywizji Ligi Narodów.

Zacznijmy może od plusów, wśród których raz jeszcze na pierwszy plan wyłaniają się szwedzkie stałe fragmenty gry. Jasne, sceptycy zwrócą uwagę na kilka zmarnowanych rzutów rożnych i wolnych, lecz bilans per saldo niezmiennie wychodzi na wyraźny plus dla kadrowiczek Gerhardssona. To ze stojącej futbolówki padły na Strawberry Arenie gole numer dwa i trzy dla Blågult, a zagrożenie i popłoch pod włoską bramką udało się stworzyć przynajmniej jeszcze kilka razy. Po drugie, całkiem nieźle funkcjonował środek pola, a Julia Zigiotti ponownie dała dowód swojej przydatności dla drużyny narodowej bez względu na to, co aktualnie dzieje się z jej klubową karierą w Monachium. Na temat Filippy Angeldal w roli potencjalnej liderki drugiej linii wypowiadaliśmy się już wielokrotnie, ale dzisiejszego wieczora zwolennicy kandydatury piłkarki madryckiego Realu z pewnością dostali na poparcie swojej tezy kilka dodatkowych argumentów. Całkiem przyzwoicie prezentowały się ponadto szwedzkie skrzydła, a dynamiczne wejścia Johanny Kaneryd po prawej oraz Fridoliny Rolfö po lewej stronie sprawiały defensywie naszych rywalek niemało problemów. Z nakładaną przez gospodynie presją ani trochę nie radziły sobie włoskie wahadłowe, których indywidualne błędy bezpośrednio przyczyniły się do aż dwóch straconych przez Azzurre goli. Nie wyłączając z tej puli oczywiście również tego najbardziej niecodziennego trafienia, bo zanim Elena Linari nieporadnie nastrzeliła podczas próby wybicia wykonującą właśnie wślizg Kosovare Asllani, jej koleżanka z formacji nieco nonszalancko dopuściła do naprawdę niebezpiecznego dośrodkowania spod linii końcowej. A zachowanie rezerwowej Elisabetty Oliviero w doliczonym czasie gry także do najrozsądniejszych się bynajmniej nie zaliczało.

O ile z postawy środka pola i skrzydeł mogliśmy być więcej niż zadowoleni, o tyle zachowanie szwedzkich piłkarek w pierwszych dwudziestu sekundach spotkania jednoznacznie zasługuje na naganę. Najpierw Chiara Beccari, niepowstrzymywana przez absolutnie nikogo, bezkarnie wbiegła sobie w pole karne, a następnie para stoperek kompletnie odpuściła krycie Emmy Severini, która z nieoczekiwanego prezentu skwapliwie skorzystała, otwierając tym samym swój reprezentacyjny, bramkowy licznik. Co więcej, wnioski z tego falstartu najwyraźniej nie zostały wyciągnięte, gdyż po chwili za sprawą Micheli Cambiaghi mogło być już 2-0 dla Włoszek i przed takim scenariuszem uchroniła nas jedynie tyleż ofiarna, co przypadkowa interwencja Jennifer Falk. Postawa formacji defensywnej to zresztą całkiem atrakcyjny temat do głębszych analiz, bo jeżeli selekcjoner brak jakichkolwiek rotacji w tych sektorach tłumaczy koniecznością wypracowania boiskowych automatyzmów, to póki co niewiele pozytywnego z tego eksperymentu wynika. Podobnie zresztą jak z upartego stawiania na Stinę Blackstenius, która zgodnie ze swoim zwyczajem zaprezentowała nam niecelny strzał z kilku metrów na właściwie pustą już bramkę. Jasne, napastniczkę londyńskiego Arsenalu możemy pochwalić za efektywną małą grę z Fridoliną Rolfö (przy okazji: długimi fragmentami obiecująco wyglądała w tym zakresie także współpraca na linii Kaneryd – Asllani), ale bądźmy szczerzy: gdybyśmy mówili w tym miejscu o zawodniczce o inklinacjach defensywnych, to po tylu tak kosztownych błędach, byłaby ona bardzo daleko od wyjściowego składu kadry. Zakładając oczywiście, że ten ostatni ustalany byłby na podstawie sprawiedliwych kryteriów.

Cóż, piątkowy mecz był w obrazku przynajmniej tak osobliwy, jak nazwa stadionu, na którym go rozegrano. I choć sędzia z Rumunii robiła wiele, aby to o jej wyczynach mówiło się po końcowym gwizdku najwięcej, to umówmy się, że ten wieczór zapamiętamy przede wszystkim dzięki kapitalnemu uderzeniu Filippy Angeldal z rzutu wolnego, a także niezwykle wzruszającego podziękowania dla Hedvig Lindahl za dwadzieścia lat w służbie narodowej reprezentacji. A co czeka nas w najbliższy wtorek na Gamla Ullevi? Logika podpowiadałaby spokojny wieczór na robocie, ale ta kadra naprawdę stała się ostatnimi czasy równie nieprzewidywalna co popularne w niektórych kręgach fasolki wszystkich smaków. Cierpliwie zatem czekamy i zobaczymy, co tym razem nam się wylosuje.

Wiosenne porządki

kenta

Pomimo porażki w Norrbotten, fani AIK wreszcie mogą spoglądać w przyszłość z umiarkowanym optymizmem (Fot. Kenta Jönsson)

Za nami pierwszy ligowy fortnight, a skoro tak, to nie ma opcji, aby po obejrzeniu w całości czternastu meczów Damallsvenskan, nie pojawiły się w naszych głowach jakieś mniej lub bardziej fantastyczne myśli i teorie. I choć tylko niektóre z nich czas zweryfikuje pozytywnie, to warto wykorzystać chwilowy, reprezentacyjny oddech, aby zebrać je w jednym miejscu w formie wolnych wniosków. Bo nawet jeśli próbka badawcza wciąż jest nadzwyczaj malutka, to dwa wypełnione szwedzką piłką klubową weekendy jak najbardziej dostarczyły nam przynajmniej kilku oczarowań i rozczarowań. O tych oczywistych i przewałkowanych na wszystkie możliwe strony anomaliach (zerowy dorobek Häcken) wspominać tu szerzej nie będziemy, a zamiast tego postaramy się wyciągnąć na pierwszy plan wydarzenia, które mniej wprawnemu obserwatorowi mogły w tym całym wiosennym zamieszaniu łatwo umknąć, choć zdecydowanie nie powinny.


AIK wreszcie ma plan i potrafi go egzekwować

Fanów klubu z Solnej przez lata było nam szczerze żal. Bo niby były inwestycje, niby była kadra uprawniająca do walki o cele wyższe niż ciągłe wędrówki między pierwszą i drugą ligą, lecz tej teorii nijak nie dawało się przełożyć na boisko. I nawet jeśli potrafiliśmy zachwycić się maestrią i klasą pojedynczych piłkarek (Nildén, Kafaji i inne), to całościowy obraz stołecznych Gryzoni był daleki od tego, który kibice z północnych rejonów Sztokholmu chcieliby co tydzień oglądać. Marazm i ogólna bylejakość pogłębiały się do tego stopnia, że powoli i my zaczęliśmy przyzwyczajać się do rzeczywistości, w której AIK żadną miarą nie da się zaliczyć do grona drużyn oglądanych z choć minimalną przyjemnością. W tej materii wiele zmieniło jednak przybycie do Solnej trenera Lukasa Syberyjskiego, który w przeciwieństwie do poprzedników potrafił tchnąć w zespół nowego ducha i skutecznie przekonać swoje podopieczne do konkretnych pomysłów. Zawodniczki z Solnej wreszcie zaczęły się na murawie komunikować (zarówno z ławką, jak i wzajemnie ze sobą), w ich grze pojawiły się konkretne schematy, a zakładany na rywalki z Linköping i Piteå pressing imponował na tyle, że pojedyncze fragmenty tych meczów odwijaliśmy sobie wielokrotnie tylko po to, aby podziwiać, jak zawodniczki w żółto-czarnych kostiumach odbudowują pozycję lub przesuwają się bez piłki. Jeszcze pół roku temu wydawało się to kompletną abstrakcją, ale dziś AIK naprawdę może pozytywnie inspirować i stanowić dla innych wzór do naśladowania.

Bromma się nie poddaje

Przed sezonem niejako przez aklamację uzgodniliśmy, że jesienią z najwyższą klasą rozgrywkową z hukiem pożegnają się Alingsås oraz Bromma. Po rozegraniu dwóch ligowych spotkań przypadek beniaminka wydaje się być faktycznie beznadziejny, ale ekipa trenera Gunnarsa najwyraźniej nie zamierza potulnie wcielać się w rolę drugiego pewnego spadkowicza. I choć los ani trochę nie oszczędza piłkarek z zachodniego Sztokholmu, a sztab szkoleniowy musi zmagać się nie tylko z ogromnymi ubytkami kadrowymi, ale również z poważną kontuzją podstawowej zawodniczki Wilmy Wärulf, dziewczyny z Brommy bynajmniej nie zamierzają w najbliższej przyszłości wywieszać białej flagi. Aby jednak realnie marzyć o utrzymaniu, trzeba jeszcze nauczyć się wykorzystywać swoje szanse, bo w minioną sobotę mecz z Vittsjö był jak najbardziej do wygrania, a tymczasem z wyprawy do północnej Skanii nie udało się ostatecznie przywieźć do domu choćby remisu. Ida Bengtsson, Frida Thörnqvist i reszta ambitnej ekipy dosłownie za chwilę staną jednak przed następną szansą na rozniecenie w sobie płomyka nadziei, a rywalizacja z trapionym problemami maści wszelakiej Linköping już dziś ewidentnie jawi się jako kolejna batalia z cyklu tych o sześć punktów. I tym razem pod żadnym pozorem nie można pozwolić sobie na podobny efekt końcowy.

Duma wreszcie dumna, ale na jak długo?

Ech, jak ten czas szybko leci… Za chwilę stuknie równo dekada od dnia, kiedy to Djurgården powracał po krótkiej i nieoczekiwanej przerwie do krajowej elity. I był to powrót naprawdę efektowny, w czym spory udział miała wybrana wówczas przez nas Odkryciem Roku dziewiętnastoletnia Johanna Kaneryd. Problem jednak w tym, że rozbudzone apetyty w kolejnych latach pozostawały ewidentnie niezaspokojone, a debiutancki sezon wciąż pozostawał najlepszym, jaki Duma Sztokholmu rozegrała od czasu wywalczenia ostatniej promocji do Damallsvenskan. Co więcej, zamiast zapowiadanej gry o medale, przyszła rozpaczliwa walka o utrzymanie, a neutralni fani mieli w pewnym momencie tak dość postawy piłkarek Djurgården, że dla oczyszczenia atmosfery zaczęli jawnie życzyć temu klubowi degradacji. Czy te lata wielkiej smuty, ogólnego marazmu i przepychanek boiskowo-gabinetowych możemy już oficjalnie klasyfikować jako element przeszłości? Na tak odważne deklaracje jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie, ale nie da się zaprzeczyć, że oto po raz pierwszy od dawna w pakiecie z pierwszymi promykami wiosennego słońca, kibice DIF otrzymali zastrzyk pozytywnej energii z obietnicą nadejścia lepszych czasów. Pauline Hammarlund jako współczesna wersja Mii Jalkerud? Olivia Ulenius jako współczesna wersja Johanny Kaneryd? Therese Åsland jako potencjalna kandydatka do nagrody MVP całego sezonu? To wszystko realnie może się wydarzyć i sam fakt rozważania przez nas podobnych scenariuszy jest z perspektywy DIF znaczącym krokiem naprzód, którego nie da się nie dostrzec.

Lustereczko, powiedz przecie…

… co te nasze mistrzynie ugrają w wielkim świecie? Niby tabela prawdę ci powie, ale jednak wklepywane do arkuszy cyferki nie zawsze korelują z tym, co widzimy na zielonej murawie. Bo w sumie Rosengård przepycha kolejne mecze jak nie nogą, to kolanem, a na dodatek Eartha Cumings wciąż cieszy się mianem bramkarki w obecnej kampanii ligowej niepokonanej, ale po obrończyniach tytułu gołym okiem widać, że drużyna ta w zimowym okienku przeżyła kadrowy wstrząs. Jeszcze nigdy w swojej najnowszej historii Rosengård nie przystępował do rozgrywek ze składem tak młodym, tak niedoświadczonym i tak bardzo pozbawionym gwiazdorskiego pierwiastka. Póki co, te wszystkie niedostatki udaje się maskować indywidualnymi przebłyskami zdecydowanie najlepszej w skali zespołu Emilie Woldvik, lecz norweska wahadłowa – nawet do spółki ze szkocką golkiperką – na dłuższą metę nie zapewnią wyników, do których fani FCR zdążyli się już przez dekady przyzwyczaić. W zestawieniu z realiami otaczającej nas rzeczywistości, odważne zapowiedzi Emmy Jansson, że przecież rok temu też wszyscy mocno przestrzelili z oceną potencjału Rosengård, można spokojnie włożyć między bajki. Bo nawet jeśli czas pracuje na korzyść Molly Johansson, Jo-Anne Cronquist, czy Bei Sprung, to nijak nie da się postawić ich umiejętności w jednym rzędzie z Momoko Tanikawą, Olivią Holdt, Sofie Bredgaard, Rebecką Knaak i Rią Öling. Co więcej, możemy być pewni, że za pół roku wnioski wyciągniemy w tej materii identyczne, a w Malmö znów będą mogli żałować, że w rozgrywkach Ligi Mistrzyń Rosengård nie będzie mógł zaprezentować światu swojej najlepszej, mistrzowskiej wersji.


Warto obserwować

Poniżej lista kilkunastu piłkarek, które podczas pucharowo-ligowej inauguracji zapisały się w naszej pamięci na tyle, że zamierzamy ich najbliższe losy śledzić z nieco bardziej wzmożoną uwagą. Tutaj także – z szacunku do wiedzy czytelników – darowaliśmy sobie oczywistości w stylu Woldvik, Åsland, Milivojevic, Holmberg, czy Wangerheim.

Ella Reidy i Signe Carstens (AIK) – klub z Solnej i efektywna gra w środku pola to kombinacja dawno w naszym uniwersum niewidziana. Wspomniany duet, do spółki z ograną już na tym poziomie Daniellą Famili, skutecznie nam ten trend odczarowuje. A my ponownie uczymy się świata, w którym AIK potrafi na boisku wykreować coś więcej niż tylko indywidualne przebłyski swoich liderek.

Ida Bengtsson (Bromma) – brylowała w fazie grupowej Pucharu Szwecji, nie spuściła z tonu przy okazji ligowej inauguracji. Jeśli Bromma chce w tym sezonie zagrać wszystkim ekspertom na nosie, to potrzebuje w swojej kadrze prawdziwej liderki drugiej linii. Kandydatka zdolna unieść na swoich barkach tak potężną odpowiedzialność jest tylko jedna i gorąco trzymamy kciuki za powodzenie tej odważnej misji.

Frida Thörnqvist (Bromma) – w odbudowującym swoją potęgę Hammarby nie potrafiła znaleźć dla siebie miejsca, lecz kilka kilometrów na Zachód ewidentnie odzyskała radość z gry i na naszych oczach bawi się futbolem. Jej gra cieszy oczy nie tylko nielicznych bywalców Grimsta IP, ale i fanów neutralnych, choć nie zazdrościmy defensorkom, które w najbliższych tygodniach napotkają ją na swojej drodze.

Lucia Duras i Olivia Ulenius (Djurgården) – za sprawą Alice Bergström i Stinalisy Johansson fani DIF ponownie uwierzyli w sprawczą moc swoich skrzydeł, lecz transfery wyżej wymienionych piłkarek były dla sympatyków Dumy Sztokholmu bolesnym ciosem. Zupełnie niespodziewanie, porzucone serca fanów błyskawicznie zostały ponownie zdobyte, a najbliższe tygodnie przesądzą, czy przerodzi się to w prawdziwie trwałe uczucie, czy pozostanie jedynie krótkotrwałą fascynacją.

Sofia Reidy (Kristianstad) – wszyscy wiele razy podkreślaliśmy wartość Emmy Petrovic oraz Gudny Arnadottir, lecz u ich boku, trochę na drugim planie, była piłkarka Jitexu w ostatnim czasie wyrosła nam na pełnoprawną ligowczynię. A skoro tak, to właśnie dzięki niej defensywa klubu z północno-wschodniej Skanii stała się na tę chwilę produktem najwyższej jakości.

Alexandra Johannsdottir (Kristianstad) – jedyny w tym gronie wyjątek, bo mówimy przecież o piłkarce wielkiego formatu, z przeszłością w Serie A i wieloma występami w reprezentacji Islandii. Jej wejście do Damallsvenskan okazało się jednak do tego stopnia imponujące, że – cytując pewną klasyczkę – ten osobny akapit nowej piłkarce Kristianstad się po prostu należał.

Nathalie Hoff Persson (Malmö) – niby ma za sobą występy w najsilniejszych szwedzkich klubach, przygodę z ligą portugalską i efektowną próbę odbudowania się w Örebro, a wciąż musi udowadniać swoją sportową wartość. W roli cichej bohaterki czuje się jednak znakomicie, a fani z błękitnej części Malmö jeszcze nie raz będą dziękować, że ta piłkarka występuje obecnie w koszulce ich ukochanego klubu.

Maya Antoine i Elin Rombing (Norrköping) – prawdopodobnie dwie najbardziej niedoceniane piłkarki całej naszej ligi. Pierwsza coraz głośniej puka do bram kanadyjskiej kadry i marzy o transferze życia, drugiej zaś przy obecnym składzie selekcjonerskim reprezentacyjna przygoda raczej niestety w najbliższym czasie nie grozi. A szkoda.

Tilde Johansson i Miho Kamogawa (Växjö) – dwie porażki ekipy z Kronobergu nie są oczywiście wymarzonym otwarciem sezonu, ale fani w Växjö mogą przynajmniej pocieszać się więcej niż poprawnymi i co najważniejsze powtarzalnymi występami wymienionej dwójki. Pozycje prawej wahadłowej oraz głównej kreatorki w środku pola wydają się właściwie zabezpieczone.

Orange is the new perfect

is

Szczelna defensywa okazała się kluczem do zwycięstwa Kristianstad nad Häcken (Fot. Issa Sjöstedt)

To jak to w końcu jest z tą piłkarską logiką? Häcken miał potraktować wyjazd do Kristianstad jako okazję do odkupienia inauguracyjnych win, a tutaj zamiast oczekiwanego odbicia nadciągnęły kolejne problemy. Drużyna Daniela Angergårda raz jeszcze doskonale weszła w mecz, lecz tym razem – pomimo przejściowych trudności – skutecznie potrafiła go domknąć, sprawiając niejako przy okazji największą niespodziankę ligowego weekendu. Raz jeszcze ze swojej najlepszej strony pokazała się Alexandra Johannsdottir, potwierdzając niejako nasze przedsezonowe przypuszczenia, że to właśnie pozyskana zimą z włoskiej Fiorentiny pomocniczka może okazać się kluczem do udanej kampanii w wykonaniu KDFF. Po sobotniej potyczce zdecydowanie najwięcej pochwał całkowicie zasłużenie zebrał jednak blok defensywny ekipy ze wschodniej Skanii. Gudny Arnadottir imponowała zarówno pewnością w odbiorze, jak i precyzją dośrodkowań, Emma Petrovic była dla gwiazdozbioru z Hisingen jednoosobową zaporą nie do sforsowania, a mocno niedocenianą Sofię Reidy kilka centymetrów dzieliło od tego, aby kapitalny występ uświetnić dodatkowo niezwykle efektownym golem. Co więcej, gdy wystąpiła taka konieczność, refleksem i umiejętnością zatrzymywania niewygodnych piłek popisała się także Moa Olsson, dzięki czemu napierające w końcówce z coraz większym animuszem faworytki nie były w stanie dać sobie nadziei na odrobienie strat za sprawą gola kontaktowego. Drużyna, która w sparingach oraz w fazie grupowej pucharowych zmagań sprawiała wrażenie kompletnej, rozpoczęła ligowy sezon od dwóch kolejnych porażek i nic dziwnego, że w Västergötland coraz głośniej biją na alarm. I są ku temu realne powody, wszak jeszcze nigdy w historii Damallsvenskan po mistrzowski laur nie sięgnął zespół z zerowym dorobkiem punktowym po dwóch kolejkach.

Tę ostatnią statystykę z lubością mogli przywoływać przede wszystkim fani z Södermalm, którym z kolei początek ligowej wiosny jawi się w nadzwyczaj radosnych barwach. Inna sprawa, że końcowy rezultat batalii na Bilbörsen Arenie nieco przekłamuje rzeczywistość, bo wydarzeń na murawie w Linköping żadną miarą nie da się podsumować słowami typu utklassning lub överkörning. W sobotnie popołudnie różnicę pomiędzy rywalizującymi zespołami zrobiły jednak indywidualności, a te w swoich szeregach posiadały wyłącznie gościnie ze stolicy. Ellen Wangerheim zamknęła zmianę z trzema golami przy swoim nazwisku, a Smilla Holmberg skompletowała nieco innego hat-tricka, rozpoczętego jeszcze podczas domowej premiery przeciwko Växjö (gol lewą nogą, prawą nogą oraz głową). Na lewym wahadle imponujący popis dała Julie Blakstad, dwie asysty dołożyła do klubowego skarbczyka Vilde Hasund i nawet Nadia Nadim dostosowała się do euforycznej atmosfery, wpisując się na listę strzelczyń w zaledwie kwadrans po wejściu na plac gry. To ostatnie zdarzenie przyjęliśmy zresztą z pewną ulgą, gdyż doświadczona Dunka kilkanaście godzin wcześniej w swoim stylu rozpaliła włoskie media mało pochlebną wypowiedzią na temat swojej byłej już trenerki z Mediolanu. Cóż, z takimi zawodniczkami nasza liga z całą pewnością nie będzie nudna, choć mamy oczywiście nadzieję, że o wyczynach piłkarek Hammarby pisać będziemy głównie w ujęciu czysto sportowym. A skoro kapitanka Alice Carlsson gorąco zapewnia, że ta grupa ma jeszcze naprawdę głębokie rezerwy, to z tym większą ekscytacją wyczekujemy tego, co przyniesie nam dalsza część rundy.

Skromne, choć niezbyt przekonujące zwycięstwa odniosły w sobotę dwa kluby ze Skanii. Mistrzynie z Rosengård raz jeszcze okazały się o jedno trafienie lepsze Växjö i ponownie w roli głównej wystąpiła niekwestionowana liderka FCR na tym etapie sezonu Emilie Woldvik. Reprezentantka Norwegii skromnie (choć nie bez racji) podkreślała zasługi Hanny Andersson, lecz nie da się ukryć, że to ze strony prawej wahadłowej nieustannie czyhało na drużynę trenera Olofa Unogårda największe zagrożenie. O jeszcze większym szczęściu może natomiast mówić rzeczone Vittsjö, ponieważ to piłkarki z Brommy zaprezentowały się w bezpośrednim starciu dwóch skazywanych na walkę o uniknięcie degradacji drużyn ze zdecydowanie lepszej strony. Wystarczył jednak jeden moment nieuwagi, aby centrę Hanny Ekengren zamieniła na złotego gola… z konieczności wprowadzona na boisko kilkadziesiąt sekund wcześniej Sofie Rewucha. Nieoczekiwane kłopoty przeżywał na terenie beniaminka z Alingsås inny stołeczny klub, gdyż jedynie dzięki skutecznym interwencjom Anny Koivunen, Djurgården nie musiał odrabiać w tym starciu jeszcze bardziej pokaźnych strat. Dwa ostatnie kwadranse były już jednak popisem niezniszczalnej Therese Åsland, której dzielnie sekundowały autorka dwóch bramek Lucia Duras oraz coraz wyraźniej zgłaszająca akces do wyjściowej jedenastki siedemnastoletnia Olivia Ulenius.

Niedzielny hit kolejki miał być bardzo wstępną weryfikacją dwóch zespołów nieukrywających swoich medalowych ambicji. Długo wyczekiwany dzień okazał się jednak z perspektywy fanów beniaminka z Malmö czymś na kształt brutalnego powrotu do rzeczywistości. Przyjezdne z Norrköping perfekcyjnie wytrąciły bowiem z rąk zawodniczek trenera Valfridssona największe atuty, a D’Aquila, Kosola, czy Bellomou w niczym nie przypominały zawodniczek, które dopiero co błyszczały w pojedynkach z liderkami Häcken i Rosengård. Tym razem gra toczyła się jednak niemal wyłącznie pod dyktando Peking, a gospodynie – pomimo niesamowicie ofiarnej postawy Nathalie Hoff Persson oraz Tuvy Skoog na prawej flance – nie potrafiły oddać choćby jednego celnego strzału na bramkę mającej nieoczekiwanie spokojny dzień w biurze Caroline DeLisle. Nad boiskową bezradnością MFF w końcu zapłakało nawet niebo, choć kibicom z Norrköping skąpana w deszczu stolica Skanii powinna od dziś przywoływać wyłącznie pozytywne skojarzenia. Nie może jednak być inaczej, skoro Vesna Milivojevic i Wilma Leidhammar raz jeszcze potwierdziły, że już w tej chwili można z pełną odpowiedzialnością wymieniać ich nazwiska w panteonie największych gwiazd naszej ligi, a Fanny Andersson do spółki z prawdopodobnie najlepszą na placu Walijką Carrie Jones, zdominowały rywalizację w środku pola do tego stopnia, że nawet miejscowi fani musieli być pod niemałym wrażeniem ich geniuszu. Wirtuozerskich momentów nie zabrakło także na LF Arenie, gdzie marznącą publiczność rozgrzewała przede wszystkim autorka obu trafień dla Piteå Emily Gray. Pomimo dwubramkowej porażki, piłkarki AIK ponownie zaprezentowały nam jednak solidny, usystematyzowany futbol i chyba wreszcie nadszedł ten długo wyczekiwany moment, w którym fani w Solnej mogą wyczekiwać kolejnych meczów swojego zespołu z nadzieją i dobrze rozumianą ekscytacją. A jest to stan, którego w północnym Sztokholmie nie przerabiali od przynajmniej kilku lat.


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2


#pokolejce

shab2


Jedenastka kolejki:

totw2

Ani słowa o Linköping

czas

Pomimo falstartu na inaugurację, tegoroczne cele klubu z Hisingen pozostają niezmienne (Fot. bkhacken.se)

Wizyta beniaminka z Malmö z całą pewnością pozostawiła w obozie faworytek tegorocznych rozgrywek sporo cennego materiału do przemyśleń. Szczególnie, że celując w największe zaszczyty szwedzkiej piłki klubowej, na niepotrzebną stratę punktów na żadnym etapie sezonu nie można sobie beztrosko pozwalać. W Hisingen całkiem słusznie zachowują jednak spokój, przypominając, że piłkarki Häcken na murawie wcale nie zaprezentowały się aż tak bezbarwnie, jak namalowały to niektóre portale, a rywal dysponował nie tylko niedocenianą przez wielu sportową jakością, ale i umiejętnością zamieniania na gola w zasadzie każdej stwarzanej przez siebie bramkowej okazji. Podwójna korona oraz przynajmniej kilkumiesięczna, europejska przygoda wciąż pozostają więc celem, a jutrzejszy mecz w Kristianstad ma służyć przede wszystkim uspokojeniu nastrojów zanim te na dobre wymkną się spod kontroli, a także przywróceniu mistrzowskiego statku na właściwy jego ambicjom kurs. I gdyby naszą dyscypliną sportu rządziły wyłącznie prawa logiki, to Häcken jak najbardziej powinien wrócić z wojaży po północno-wschodniej Skanii z pewnie dopisanymi do swojego dorobku trzema punktami. Wicemistrzynie kraju w teorii górują bowiem nad swoimi jutrzejszymi oponentkami w każdym aspekcie piłkarskiego rzemiosła, a głębi obu kadr nie ma nawet sensu ze sobą zestawiać. Co więcej, drużyna trenera Angergårda ma ewidentny problem z domykaniem meczów, z czego na przestrzeni ostatnich dni skrupulatnie skorzystały kolejno Norrköping oraz Djurgården. Wszystko przemawia zatem za spokojnym zwycięstwem gościń z Västergötland, lecz aby ono faktycznie się zmaterializowało, trzeba jeszcze tę całą teorię przekuć w praktykę. A z tym, czego nie tylko w Hisingen doświadczali już wielokrotnie, bywa czasami naprawdę różnie.

Wiadomością tygodnia w Södermalm było nie tyle efektowne przejechanie się po Växjö, co ogłoszony w środku tygodnia transfer Nadii Nadim. I choć w przypadku tak doświadczonej zawodniczki zabrzmi to paradoksalnie, trudno postrzegać go inaczej jak w kategoriach wielkiego znaku zapytania. Jasne, gdybyśmy cofnęli się o kilkanaście lat, moglibyśmy ekscytować się prawdziwym hitem zimowego okienka, lecz obecnie urodzona w Afganistanie reprezentantka Danii to znajdująca się ewidentnie na schyłkowym etapie swojej jak najbardziej bogatej kariery 37-latka. We włoskim Milanie Nadim ewidentnie przegrywała walkę o skład nie tylko z doskonale znaną nam (choć niekoniecznie naszemu selekcjonerowi) Evelyn Ijeh, ale również z Chantelle Dompig i Nikolą Karczewską. Średnio udany okazał się także jej ostatni epizod w amerykańskiej NWSL i jeśli mielibyśmy szukać okresu, w którym nowa piłkarka Hammarby realnie stanowiła o sile swojego zespołu, to trzeba byłoby się cofnąć albo do jej początków w PSG (wersja optymistyczna), albo nawet do lat 2016-17, kiedy to Nadim przeżywała swój sportowy prime w barwach Portland Thorns. To wszystko nie brzmi oczywiście jak laurka, ale te w pełni zasadne wątpliwości błyskawicznie można zbić przypomnieniem, jak w ubiegłym sezonie prezentowała się na boiskach Damallsvenskan odrodzona, 40-letnia Caroline Seger lub – jeszcze bardziej górnolotnie – nawiązując do legendarnej Marty, która niespodziewanie chyba nawet dla samej siebie w wieku 38 lat zaczęła przeżywać na Florydzie drugą, sportową młodość. W tej całej zapowiedzi jakoś dziwnie cicho o Linköping, więc umówmy się, że o piłkarkach z Bilbörsen Areny napiszemy wtedy, gdy dostaniemy ku temu jakieś solidne podstawy. Bo jeśli LFC konsekwentnie prezentować będzie nam styl sprzed tygodnia, to z życzliwości lepiej spuścić na ten performance zasłonę milczenia.

Wzmocnień w ostatnich dniach zimowego okienka pilnie szukały także mistrzynie z Rosengård i w tym przypadku ocena efektu tych poszukiwań również zależy od punktu widzenia. Malkontenci załamują ręce, że oto dożyliśmy czasów, w której czołowa ekipa Damallsvenskan dogłębnie penetruje rynek maltański, optymiści natomiast klaszczą w dłonie, że oto do Skanii przyjechała była młodzieżowa reprezentantka Japonii, a wszyscy wiemy, co w naszym uniwersum oznacza ów status. Kolejne miesiące przyniosą nam oczywiście weryfikację potencjału i umiejętności Yuny Hazekawy w zderzeniu z wymaganiami Damallsvenskan, choć po mizerii zaprezentowanej przez drugą linię Rosengård w starciach z Växjö oraz Piteå, trener Kjetselberg zdecydowanie nie obrazi się za dodatkową opcję w tym sektorze boiska. Szczególnie, że wspomniane Växjö z pucharowych błędów lekcję zdążyło już wyciągnąć i tym razem indywidualne popisy Emilie Woldvik i Oony Sevenius mogą już do sięgnięcia po pełną pulę zwyczajnie nie wystarczyć.

Z pozostałych meczów warto zwrócić uwagę na sobotnią konfrontację w Vittsjö. Napędzone nieoczekiwaną zdobyczą w Norrköping gospodynie podejmą na własnym obiekcie legitymującą się passą dwóch kolejnych zwycięstw ekipę z Brommy, a stawka tej rywalizacji może w perspektywie okazać się znacznie większa niż tylko tradycyjne trzy punkty. Oba zespoły solidarnie wymienialiśmy bowiem w gronie drużyn poważnie zagrożonych barażami lub degradacją, a tymczasem ewentualny triumf jednej z tych ekip w bezpośredniej rywalizacji pozwoliłby jej wypracować u progu sezonu kilkupunktową poduszkę bezpieczeństwa nad czerwoną strefą. Brzmi doprawdy kusząco, lecz równie prawdopodobny jest tu scenariusz, w którym pełni szczęścia nie zazna nikt, a zamiast tego otrzymamy dwóch rannych. O zupełnie inne cele chcą natomiast grać w Norrköping i Malmö, a my gorąco ściskamy palce, aby konfrontacja duetu Isabella D’Aquila – Sara Kanutte z Wilmą Leidhammar i Vesną Milivojevic okazała się godnym zwieńczeniem ligowego weekendu. Bo wejście w reprezentacyjną przerwę z pozytywnym nastawieniem tym razem może okazać się naprawdę wyjątkowo przydatne.

shab2

Sesja poprawkowa

kapocs

Cornelia Kapocs wreszcie doczekała się premierowego powołania do seniorskiej reprezentacji (Fot. SvFF)

Na początku ten tradycyjny, podsumowujący dzisiejsze powołania tekst miał skupiać się przede wszystkim na aspekcie sportowym. Bo tak się ciekawie składa, że z naszymi dwoma kwietniowymi rywalami mamy do wyrównania całkiem świeże rachunki. W przypadku Walijek chodzi tu rzecz jasna o lutowe starcie w wietrznym Wrexham, gdzie pomimo idealnego wejścia w mecz i pełnej kontroli połączonej z całkowitą dominacją przed przerwą, skończyło się na rozczarowującym w zaistniałej sytuacji remisie, uratowanym zresztą w naprawdę dramatycznych okolicznościach w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry. Z Włoszkami sprawy mają się o tyle ciekawiej, że o ile na mundialu w Oceanii nie pozostawiliśmy im jakichkolwiek złudzeń na choćby nawiązanie równorzędnej walki, o tyle rozegrany kilka miesięcy później dwumecz w ramach poprzedniej edycji Ligi Narodów, był w wykonaniu szwedzkich piłkarek swoistą drogą przez mękę. I tak na dobrą sprawę umiarkowanie zadowoleni mogliśmy być jedynie z wyniku (1-0 na wyjeździe, 1-1 u siebie), gdyż w obu tych starciach to zawodniczki z południa Europy prezentowały się zdecydowanie lepiej piłkarsko, a Sofia Cantore, Valentina Giacinti, Manuela Giugliano, czy Lucia Di Guglielmo raz po raz pokazywały nam, że w basenie Morza Śródziemnego na najwyższym poziomie piłkę potrafią kopać nie tylko Hiszpanki i Francuzki.

Szwedzki selekcjoner zadbał jednak o to, abyśmy dziś wyjątkowo mieli o czym pisać i debatować, choć niektórym z nas mogło się bardzo mylnie wydawać, że w okresie postmundialowym na pewne nie do końca zrozumiałe elementy reprezentacyjnej codzienności zdążyliśmy się już uodpornić. Na to wszystko wszedł jednak Peter Gerhardsson i niczym w tym mocno oklepanym już memie poprosił, aby potrzymać mu piwo. Jaka jest kadra – każdy widzi. Dyskusja na temat pojedynczych nazwisk nie ma większego sensu, gdyż – co warto podkreślać przy każdej okazji – to selekcjoner oraz skompletowany przez niego sztab będą po wszystkim brać odpowiedzialność za konsekwencje swoich wyborów. I jeśli powołane do najważniejszej drużyny w kraju zawodniczki cieszą się zaufaniem Gerhardssona i jego współpracowników, to absolutnie nikt nie ma prawa kwestionować sensu ich obecności w kadrze. Tym bardziej, że Sembrant, Asllani, Jakobsson, Hurtig, Ilestedt, czy Blomqvist wciąż mogą – najpewniej nie w komplecie, ale zawsze – stanowić dla tego zespołu wartość dodaną podczas finałów wielkiej imprezy. Jest to być może scenariusz z dzisiejszej perspektywy cokolwiek nieprawdopodobny, lecz mimo wszystko realny. W tym tekście nie chodzi więc o czepianie się na siłę konkretnych nazwisk i pomysłów, ale o zwrócenie uwagi na jawną niesprawiedliwość.

Zapewne każdy z nas wielokrotnie słyszał, że dobrze wykonana praca powinna być odpowiednio wynagradzana. I choć świat w stu procentach sprawiedliwy na zawsze pozostanie wyłącznie utopijnym obrazkiem z wizji największych marzycieli, to jednak dla dobra ogółu pewne kwestie powinny pozostać poza jakąkolwiek dyskusją. Nikt nie chciałby przecież znaleźć w się sytuacji, w której należna mu w sposób oczywisty premia, promocja, współpraca, czy kontrakt trafiłyby z zupełnie niezrozumiałych względów w inne ręce. Co jeszcze musi zrobić znajdująca się w wybornej dyspozycji przynajmniej od początku rundy jesiennej Smilla Holmberg, aby zwrócić na siebie selekcjonerską uwagę? Może następnym razem strzelić trzy gole, asystować przy dwóch kolejnych, a na deser zaprezentować cieszynkę z podwójnym back-flipem? A co z Ellen Wangerheim? Może czas zacząć – wzorem piłkarki grającej w kadrze na jej pozycji od deski do deski – zacząć w efektownym stylu marnować stuprocentowe okazje strzeleckie? My Cato w swoim Crystal Palace najpewniej została uhonorowana statuetką najbardziej wartościowej piłkarki o dwa razy za mało lub o trzy razy za dużo, a Evelyn Ijeh to już w ogóle powinna chyba przestać wygłupiać się z tymi golami (osiem) i asystami (sześć) w Serie A i spokojnie usiąść na ławce, bo przecież nie tak dawno w wyjściowej jedenastce regularnie wystawialiśmy rezerwową tego samego AC Milan. Nie wspomnę nawet o wszystkich stoperkach, które dziś przekonały się, że w kolejce do gry przeciwko Włoszkom i Walijkom są daleko za koleżanką dopiero powracającą do poważnego uprawiania sportu po przerwie macierzyńskiej (od tego czasu w drużynie klubowej uzbierała oszałamiające 25 minut, najczęściej w dwu- lub maksymalnie pięciominutowych interwałach), a także o znajdujących się tydzień w tydzień w uderzeniu skrzydłowych, pominiętych kosztem autorki dwóch goli na boiskach angielskiej Championship oraz zawodniczki owszem wybitnej, ale w ostatnich miesiącach skupionej przede wszystkim na powolnym dochodzeniu do zdrowotnej równowagi.

Kilkanaście lat temu, podczas kadencji selekcjonera Dennerby’ego, na wielu stadionach Damallsvenskan regularnie pojawiały się hasła kwestionujące jego decyzje. Do tej niechlubnej tradycji nie na najmniejszego sensu wracać, choć patrząc z obecnej perspektywy, tamte kłótnie na przykład o Linnéę Liljegärd sprawiają wrażenie niewinnych zabaw w piaskownicy. Bo gdyby dziś ktoś zechciał zadać w podobny sposób naszemu szkoleniowcowi podobne pytania, to zamiast skromnego transparentu, trzeba byłoby chyba szarpnąć się na solidnych rozmiarów sektorówkę.

april1

april2