Chętnych trzech, fotel jeden

Przed nami pierwsze w rundzie rewanżowej bezpośrednie starcie ekip z czołówki (Fot. Petter Arvidsson)

Gdy wiosną Hammarby i Malmö szykowały się do pierwszej konfrontacji tych ekip na poziomie Damallsvenskan, faworytkami tej potyczki jednoznacznie obwołano ekipę trenera Sjögrena. Boiskowa rywalizacja szybko te przewidywania jednak zweryfikowała, a podział punktów po dobrym meczu ani trochę nie krzywdził żadnej ze stron. Po kilku miesiącach kandydaci do ligowego podium znów spotkają się na murawie i tym razem wskazanie na Bajen nie jest już aż tak jednoznaczne. Oczywiście, tegoroczne triumfatorki Pucharu Szwecji pod względem jakościowym cały czas prezentują się lepiej, a atut własnego boiska i prawdopodobnie rekordowo licznej publiczności to kolejne, mocne argumenty za zwycięstwem gospodyń, ale beniaminek ze Skanii kompleksów z tego powodu bynajmniej nie ma i o swoje marzenia z pewnością powalczy. A środki ku temu ma całkiem obiecujące i nie mamy tu na myśli wyłącznie tak regularnie chwalonych przez nas postaci w osobach Mii Persson, czy Tuvy Skoog. Do optymalnej dyspozycji sukcesywnie dochodzi bowiem mająca co nieco do udowodnienia działaczom z Södermalm Sara Kanutte, a zestawiona na nowo, nieformalnie dowodzona przez Sannę Kullberg formacja defensywna z tygodnia na tydzień przecieka coraz rzadziej. Po stronie Zielono-Białych nie do podważenia pozostają tak silne karty, jak Julie Blakstad, Smilla Holmberg, czy Ellen Wangerheim, ale jeśli ktoś z tego zestawu miewał ostatnimi czasy nieoczekiwane, sytuacyjne problemy, to tą ekipą było właśnie Hammarby. Ewentualne zwycięstwo pozwoli na moment je uciszyć, porażka natomiast sprawi, że oto w jedno popołudnie urosną one do całkiem pokaźnych rozmiarów. A remis? Cóż, to scenariusz wręcz idealny dla pewnego zespołu z zachodniego wybrzeża…

BK Häcken dzielnie bowiem robi swoje, bawi się i wygrywa. No, może z drobną przerwą na wpadkę w rywalizacji z Norrköping, ale przy okazji tego konkretnego meczu nieoczywiste rozstrzygnięcie jak najbardziej braliśmy pod uwagę jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. W sobotę przeciwko Kristianstad żadnej niemiłej przygody na Bravida Arenie się jednak nie spodziewamy i radzimy ani trochę nie sugerować się tym, co wydarzyło się w trzech ostatnich potyczkach z udziałem zainteresowanych klubów. A to wszystko z jednej, prostej przyczyny: po tamtej kadrze KDFF pozostało jedynie wspomnienie, a nawet jeśli w jej miejsce znów uda się zbudować coś trwałego i robiącego wynik ponad stan, to proces ten potrwa zdecydowanie dłużej niż kilka dni. Szykujące się do decydujących batalii w eliminacjach Ligi Mistrzyń Osy z Hisingen punkty mogą zgubić chyba tylko na własne życzenie, co nawiasem mówiąc w przeszłości kilkukrotnie im się już przytrafiało. Wtedy trener Lind nie miał jednak w swojej talii trafiającej jak na zawołanie Felicii Schröder, a także w pełni zdrowych i dobrze dysponowanych Moniki Jusu Bah oraz Tabithy Tindell. Inna sprawa, że być może ten konkretny fakt przywołujemy akurat w mało szczęśliwym momencie, gdyż z obozu BKH na przełomie sierpnia i września docierały do nas cokolwiek niepokojące doniesienia medyczne i choć nie znalazły one póki co oficjalnego potwierdzenia, to jednak szczególnie mając na uwadze rywalizację z trzecią siłą Ligi F, akurat na skrzydłach i wahadłach wolelibyśmy oglądać Häcken w wydaniu galowym.

Na stołecznym Stadionie Olimpijskim, a także na Platinumcars Arenie w Norrköping, gospodynie solidarnie szykują się do meczów bez większej historii. Czy aby na pewno słusznie? Rozsądek nakazywałby potwierdzić, ale skoro Alingsås dopiero co otarł się o pierwszy w historii występów na tym szczeblu rozgrywkowym wyjazdowy punkt na terenie rozpędzającego się Linköping, to czemu nie miałby w identyczny sposób postraszyć dołującego od początku rundy jesiennej Djurgården? Epicko i nadzwyczaj wyrównanie zapowiadają się natomiast jutrzejsze derby Skanii, gdyż zarówno Vittsjö, jak i Rosengård, zagrają w pewnym sensie o odkupienie win. Aktualna forma trzech zespołów z dołu tabeli pozwala wierzyć, że żadna z tych ekip w rozpaczliwą grę o utrzymanie raczej się nie włączy, ale jednak prestiż wynikający z pokonania lokalnych rywalek nęci i sprawia, że ranga tego widowiska staje się nagle zdecydowanie poważniejsza niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. O stawce kolejnych spotkań ani trochę nie trzeba za to przekonywać piłkarek z Linköping, które spróbują podtrzymać korzystną passę na stadionie w Växjö. Kilka tygodni temu LFC zdominował konkurentki z Kronobergu w pierwszej fazie spotkania tylko po to, aby finalnie doznać wstydliwej porażki w stosunku 0-4. Powtórka z rozrywki tym razem podopiecznym trenera Kirka raczej nie grozi, ale Andersson, Olafsdottir i spółka celują tylko i wyłącznie w zwycięstwo, które jest z ich perspektywy niezbędne do realizacji planów krótko- i długoterminowych. Realne? Jak najbardziej, lecz gdy to Växjö na koniec weekendu odskoczy od LFC na bezpieczny dystans dziewięciu punktów, również nie będziemy ogłaszać z tej okazji kolejnego cudu nad jeziorem.

Zgodnie ze scenariuszem

Tak prezentuje się bohaterka weekendu i autorka efektownego powrotu na boiska Damallsvenskan (Fot. AIK FF)

Skoro porównanie eliminacji Ligi Mistrzyń do egzaminacyjnej sesji okazało się trafnym posunięciem, to idziemy za ciosem i szesnastą kolejkę Damallsvenskan pozwolimy sobie zestawić z filmowym planem. Skąd ten pomysł? Ano stąd, że w miniony weekend na ligowych boiskach wszystko przebiegło według zaplanowanego scenariusza. Momenty były, zwroty akcji teoretycznie niby też, ale gdy przyszło do ostatecznego rozdawania punktów, to faworytki w komplecie wzięły swoje. Wyjątkiem od reguły okazało się stołeczne Hammarby, ale mecz piłkarek trenera Sjögrena przeciwko Rosengård rozegrano awansem z trzytygodniowym wyprzedzeniem, więc ten drobny szczegół przyjętej narracji nam nijak nie psuje.

Poczet wygranych rozpoczniemy zatem od beniaminka z Malmö, który dzięki planowemu zwycięstwu nad Växjö przynajmniej na kilka dni ponownie objął przewodnictwo w ligowej tabeli. Na stadionie w stolicy Skanii także nie obyło się bez nadprogramowych emocji, o które jeszcze przed przerwą zadbała Courtney Nevin, faulując w obrębie własnej szesnastki Maję Bodin. Rzut karny na gola dla gościń z Kronobergu pewnym strzałem zamieniła niezawodna Larkin Russell, lecz jej trafienie okazało się wyłącznie delikatnym pocieszeniem dla zespołu spoglądającego już raczej w kierunku bezpiecznego pozostania w lidze niż zapowiadanej walki o górną połówkę tabeli. Klasą dla siebie w ekipie trenera Valfridssona ponownie była bowiem Mia Persson i raz jeszcze to ona poprowadziła swoją drużynę do stosunkowo komfortowego zwycięstwa. Nie sposób nie wspomnieć także o autorce dwóch goli Sarze Kanutte, która tym razem imponowała nie tylko umiejętnością wykańczania akcji, ale i ofiarną pracą dla zespołu w ostatniej tercji boiska. A gdy dodamy do tego kociołka pewne interwencje Moy Öhman oraz solidną postawę coraz lepiej rozumiejącego się duetu stoperek Löfqvist – Kullberg, to wciąż nieskazitelny rekord beniaminka z Malmö w rundzie rewanżowej ani trochę nie zaskakuje.

Podobnie zresztą jak rezultat konfrontacji w Vittsjö, gdzie Häcken nie zachwycił, ale komplet punktów do swojego dorobku dopisał. A ponieważ Felicia Schröder chyba na dobre zafiksowała się na pobiciu legendarnego rekordu Hanny Ljungberg, to w samej końcówce zawodniczki z Hisingen dołożyły rywalkom jeszcze dwa trafienia, co czyni wynik nieproporcjonalnie wysokim do przebiegu boiskowej rywalizacji. Osiemnastoletnia snajperka ewidentnie szuka kolejnych strzałów, w związku z czym – prawdopodobnie za zgodą i aprobatą koleżanek – w końcowych minutach Schröder nie oddawała futbolówki nawet lepiej ustawionym partnerkom. Najbardziej efektowna akcja dnia i tak była jednak dziełem Moniki Jusu Bah, która – czego również nie do końca pokazują suche liczby – wraz z Tabithą Tindall oraz Alice Bergström stanowi aktualnie absolutnie kluczowy tercet w układance trenera Linda. Pochodzący z Libanu szkoleniowiec ewidentnie traktuje takie potyczki jak dzisiejsza jako okazje do eksperymentów taktyczno-personalnych, w wyniku czego duet środkowych obrończyń stworzyły w Vittsjö Aivi Luik oraz Stina Sandbech. Nominalna napastniczka rodem z Danii w kompletnie nowej dla siebie roli bynajmniej nie zachwyciła i zapamiętaliśmy ją głównie z nieporadnej próby powstrzymania szarżującej na bramkę Os Hanny Ekengren. Eksperymenty jednak jak najbardziej szanujemy i doceniamy, bo jeśli nie chcemy przeżywać pierwszego w historii sezonu Ligi Mistrzyń bez szwedzkich klubów, to pozostaje mocno zacisnąć kciuki za piłkarki Häcken w czekającym je już za kilkanaście dni dwumeczu z madryckim Atletico. A trzecia siła hiszpańskiej Ligi F poprzeczkę zawiesi zdecydowanie wyżej niż ostatni, ligowy rywal. I coś podpowiada nam, że jeśli zawodniczki z Västergötland będą chciały liczyć tam na sukces, to trzeba będzie zaprezentować się przynajmniej o poziom lepiej niż miało to miejsce dziś w północnej Skanii.

A kto jeszcze uzupełnił nam weekendową listę spodziewanych zwycięzców? Przede wszystkim AIK, który niczym wytrawny ekspert sztuk walki wypunktował na wyjeździe osłabiany i odmładzany sukcesywnie Kristianstad. Nova Selin, Daniella Famili oraz Adelisa Grabus zaprezentowały futbol z wysokiej klasy ligowej, koreańska rekonwalescentka Hwa-Yeon Son zapisała na swoim koncie premierowy punkt w klasyfikacji kanadyjskiej, ale największe i najgłośniejsze show zrobiła na murawie pozyskana tego lata z drugoligowego Örebro Ida Björnberg. Osiemnastoletnia wahadłowa szczególnie w pierwszej połowie prezentowała się jak profesorka światowych stadionów, a bezpośredni udział przy dwóch golach dla Gryzoni był jedynie dopełnieniem absolutnie perfekcyjnego występu tej zawodniczki. W Solnej gorąco liczą na to, że taka dyspozycja młodych piłkarek AIK okaże się zapowiedzią jeszcze lepszych czasów dla tego mocno doświadczanego ostatnimi czasy klubu i jako neutralni obserwatorzy możemy się pod takimi życzeniami jedynie podpisać. Wracając do ligowego podsumowania, w identycznych rozmiarach (2-1) wygrały swoje mecze z niżej notowanymi rywalkami Norrköping, Djurgården oraz Linköping, choć bardziej uczciwie byłoby powiedzieć, że to przeciwniczki swoją postawą znacząco im sięgnięcie po komplet oczek ułatwiły. Jasne, możemy przez chwilę rozpływać się nad długo wyczekiwanym przełamaniem Jonny Andersson lub podziwiać jeszcze jedno odmieniające losy meczu wejście z ławki Tove Almqvist, ale tutaj zamiast lukrowania i pudrowania rzeczywistości wolimy jednak szczerą prawdę. A w tej fazie sezonu prezentuje się ona tak, że Alingsås, Bromma i Piteå w obecnej dyspozycji zasługują w pierwszej kolejności na to, aby w listopadzie stworzyć tercet spadkowiczek, po których na dodatek nikt jakoś przesadnie szybko na pierwszoligowym gruncie nie zatęskni. Ten mocno nieciekawy obraz da się jeszcze naprawić, ale oznaczony logiem Damallsvenskan zegar tyka w tym względzie coraz bardziej donośnie. I dla własnego dobra lepiej to tykanie usłyszeć.


Komplet wyników:


Statystyki indywidualne:


Statystyki drużynowe:


Przejściowa tabela:


#pokolejce


Jedenastka kolejki:

Blisko i jednocześnie daleko

Jeden gol zadecydował, że to w Manchesterze wciąż mogą liczyć na awans do piłkarskiej Ligi Mistrzyń (Fot. Getty Images)

W środę zaliczenie udało się zdobyć, ale gdy przyszło do najważniejszego egzaminu, progi Ligi Mistrzyń okazały się minimalnie zbyt wysokie. Szkoda, bo w przypadku awansu kolejna runda mogła paradoksalnie okazać się nieco łatwiejsza, lecz czy tak byłoby w istocie, przekonają się we wrześniu dzisiejsze rywalki szwedzkich ekip. Zawodniczki z Manchesteru oraz Leuven strzeliły bowiem o tę jedną, mityczną bramkę więcej i to one wciąż pozostają w grze o najbardziej prestiżowe rozgrywki w europejskiej piłce klubowej. Dla Rosengård i Hammarby pucharowa przygoda wcale się jednak nie kończy, więc już teraz nienachalnie radzimy się szybko ogarnąć i być gotowym na październik. Wszak na nowym, nieodkrytym jeszcze przez nikogo polu, do podniesienia z murawy jest naprawdę sporo punktów, prestiżu i jak najbardziej materialnej gotówki.

Aby jednak mecze w Europie wygrywać, warto mentalnie wchodzić w nie od pierwszej minuty. Uwagę tę kierujemy w szczególności pod adresem zespołu trenera Kjetselberga, który to wyszedł dziś na boisko wyraźnie rozkojarzony i jakby nieobecny. Już po kilkudziesięciu sekundach na listę strzelczyń mogła wpisać się doskonale znana z niedawnych występów w barwach IFK Norrköping Jada Conijnenberg, ale to czytelne wydawałoby się ostrzeżenie ani trochę nie podziałało na mistrzynie Szwecji motywująco. Efekt? Pierwszy, drugi, a następnie trzeci gol dla miejscowych, które przy akompaniamencie skromnej, lecz niezwykle zorganizowanej grupy wsparcia urządziły sobie na Den Dreef prawdziwą fetę. Najwięcej ochoty do pokazania się w roli egzekutorki wykazywała wspomniana już Conijnenberg i gdyby tylko jej celownik nastawiony był minimalnie lepiej, a Samantha Murphy nie wykazała się kapitalnym refleksem w sytuacji jedna na jedną, to była zawodniczka Feyenoordu niechybnie kończyłaby mecz z hat-trickiem na koncie. Choć w ostatniej z wymienionych sytuacji polskie sędzie powinny jednak odgwizdać pozycję spaloną 22-letniej Holenderki. Podkreślmy jednak jasno, że nie postawa arbitrów, a samych piłkarek Rosengård, była na belgijskiej ziemi powodem całego nieszczęścia. Nieco ożywienia wniosło pojawienie się na murawie japońskiej pomocniczki Aemu Oyamy, która wraz z Emilią Larsson dwójkowymi akcjami starały się rozmontować szczelną jak dotąd defensywę Leuven. A próbować zdecydowanie było warto, gdyż już jedno z pierwszych takich zagrań niespodziewanie przyniosło powodzenie. Trochę szczęścia w tym wszystkim oczywiście było, ale trzeba przyznać, że sytuacyjny strzał skrzydłowej FCR spokojnie powinien znaleźć swoje miejsce w dzisiejszej topce dnia. Nadzieje odżyły na dobre, gdy centrę z prawego skrzydła głową skierowała do siatki Anam Imo, ale na więcej zawodniczkom z Damallsvenskan zabrakło nawet nie tyle czasu, co konceptu. Jedyną godną uwagę piłkę na wagę remisu miała na nodze Emma Jansson, która jednak tak się tym faktem zdziwiła, że posłała futbolówkę w okolice narożnej chorągiewki. Dwukrotnie bliskie domknięcia meczu były za to gospodynie, ale o minimalnych pomyłkach Mertens oraz Papatheodorou jutro już nikt w obozie OHL pamiętać nie będzie. Wszak Leuven właśnie znalazł się o krok od dokonania czegoś, co nigdy nie udało się chociażby piłkarkom Anderlechtu. Hymn Ligi Mistrzyń we Flandrii? Tak, to naprawdę stało się możliwe!

Swój debiut w fazie zasadniczej Ligi Mistrzyń mogą świętować także piłkarki Manchesteru United, które mocno przybliżyły się do tego celu po skromnym zwycięstwie w Sztokholmie. Trener Sjögren zdecydował się wyciągnąć poważne wnioski z katastrofalnej postawy defensywy Hammarby przeciwko Metalistowi, ale błędów przy wyprowadzaniu futbolówki zawodniczkom Bajen całkowicie wyeliminować się nie udało. Rozgrywający naprawdę dobrą partię tercet Miyazawa – Toone – Zigiotti cierpliwie czekał więc na prezenty od sztokholmianek, a następnie każdy z nich próbował zamienić przynajmniej na celny strzał w światło bramki Meliny Loeck. Taktyka ta zdawała się mieć sens, lecz przed przerwą to Hammarby wypracowało sobie dwie naprawdę konkretne okazje bramkowe. I jest w tym pewien paradoks, bo jeśli spojrzymy w statystyki, to w tej fazie spotkania gospodynie nie zmusiły Phallon Tullis-Joyce do choćby jednej interwencji. Nikt nie miałby jednak tego za złe, gdyby w olbrzymim zamieszaniu podbramkowym Sofia Reidy przymierzyła o kilka centymetrów niżej, lub Cathinka Tandberg potrafiła wygrać kluczową przebitkę z Dominique Janssen. Otworzyć wyniku miejscowym się jednak nie udało, a szereg niepewnych zagrań formacji obronnej sprawił, że to przedstawicielki najsilniejszej ligi w Europie po przerwie ukłuły jako pierwsze. Akcję United można, a nawet trzeba było przerwać w kilku momentach, dzięki czemu odpowiedzialność za utratę gola rozłoży się przynajmniej na kilka zawodniczek Hammarby. Marne to jednak pocieszenie, skoro Malard dośrodkowała, Terland wykończyła i w zasadzie w tym momencie można było się rozejść i zakończyć imprezę. Spotkanie niby nie było jeszcze rozstrzygnięte, ale w okolicach szesnastki przyjezdnych nieco bardziej tłoczno zrobiło się ponownie dopiero w okolicach czasu doliczonego. A my mogliśmy tylko zastanawiać się, co nie zagrało tym razem, bo niby na tablicy wyników wygląda to wszystko akceptowalnie, ale jednak ani trochę nie czujemy dziś tego, co towarzyszyło nam na przykład przed rokiem po domowym meczu przeciwko Manchesterowi City. Bo tak, rywal z potężnej FA WSL zdecydowanie był dziś do ugryzienia, ale z jakiegoś – być może absolutnie obiektywnego – powodu chyba nie do końca postanowiliśmy się o tym przekonać.


Komplet wyników:

Wielka sobota w Malmö

Najbliższy weekend może przynieść niespodziewaną zmianę na pozycji lidera Damallvenskan (Fot. Bildbyrån)

Szesnastą kolejkę Damallsvenskan na dobrą sprawę otworzyliśmy dwa tygodnie temu, kiedy to po interesującym, pełnym niesamowitych zwrotów akcji i nie do końca zrozumiałych wyborów trenerskich meczu, punktami podzieliły się Rosengård i Hammarby. Z trójki naszych eksportowych ekip w ligowym wydaniu zobaczymy zatem jedynie Häcken, które to bardziej niż kiedykolwiek wcześniej potrzebuje odbicia po domowej wpadce przeciwko Norrköping. Wyprawa do Vittsjö jawi się w tej sytuacji jako wyzwanie z gatunku tych umiarkowanie łatwych, bo choć w kultowej, pierwszoligowej wsi czasami bywa zaskakująco i mocno pod górkę, to akurat teraz drużyna trenera Blagojevicia ewidentnie ma swoje problemy, czego najlepszym dowodem był oddany dopiero co praktycznie bez walki mecz w Linköping. Piłkarki z północnej Skanii marzą przede wszystkim o spokojnym utrzymaniu w najwyższej klasie rozgrywkowej, w związku z czym to nie potyczki z Häcken mają z ich perspektywy najwyższy priorytet. Ten stan rzeczy trzeba jednak jeszcze umieć wykorzystać, a libański trener Os Mak Adam Lind ostatnimi czasy coraz częściej musi mierzyć się z zarzutami dotyczącymi selekcji, czy mało umiejętnego korzystania z głębi składu. Wątpliwości te najprościej byłoby rozwiać dobrą postawą na boisku i jeśli spojrzymy na czekającą nas w niedzielne popołudnie potyczkę z tej właśnie strony, to nagle urasta nam ona do rangi niezwykle istotnego przystanku przed jesienną grą o wszystko na trzech frontach.

Prawdziwy egzamin pierwszoligowej dojrzałości czeka jednak w sobotę na beniaminka z Malmö, bo choć w stolicy Skanii jak najbardziej brali pod uwagę grę o medale już w debiutanckim sezonie, to jednak perspektywa powrotu na fotel liderek na tym etapie ligowej kampanii, w jakimś stopniu zaskoczyła nawet największych optymistów. Nie jest jednak winą piłkarek MFF, że faworytki z Hisingen oraz Södermalm konsekwentnie gubią punkty, a im samym w rundzie rewanżowym taka nieprzyjemność jeszcze się nie przytrafiła. Co więcej, do rozgrywającej właśnie sezon życia 35-letniej Mii Persson, poziomem dopasowała się Matilda Kristell, a Tuva Skoog z Miljaną Ivanovic po cichutku stworzyły najbardziej efektywny duet skrzydłowych na szwedzkich boiskach. A jak tam defensywka? Cóż, nie stanowi ona może klasycznego monolitu, lecz Nathalie Hoff Persson, Ellen Löfqvist, Agnes Mårtensson i Sanna Kullberg zdecydowanie wykonują od początku sezonu świetną robotę, a czasem zdarzy im się dołożyć od siebie coś ekstra. Wiosną wiele razy zachwycaliśmy się postawą pozyskanej na zasadzie wypożyczenia reprezentantki Algierii Inés Belloumou, lecz jeśli ktoś w Skanii obawiał się utraty jakości lub płynności w grze zespołu w związku z jej odejściem, to sprowadzona w to miejsce Australijka Courney Nevin szybko owe wątpliwości uciszyła. Maszyna z Malmö wydaje się być naoliwiona na tyle solidnie, że nawet czasowe problemy tak ważnych ogniw jak kapitanka Nellie Lilja oraz podstawowa snajperka Isabella D’Aquila nie były w stanie zachwiać pewności siebie w klubowej szatni. W teorii nie powinien zrobić tego także domowy mecz przeciwko Växjö, lecz poziom trudności z perspektywy Błękitnych podnosi nie tylko wyjątkowa sytuacja w ligowej tabeli, ale także jednoznacznie rosnąca dyspozycja notorycznie zawodzących przed letnią przerwą w rozgrywkach rywalek. Podopieczne trenera Unogårda przed kilkoma dniami już raz wracały z Malmö w glorii zwyciężczyń, a chwilę wcześniej – pomimo początkowych trudności – dosłownie przejechały się po rozpaczliwie szukającym punktów Linköping. Larkin Russell, Suzu Amano, Ebba Wieder i spółka zdecydowanie nie chcą wystąpić na efektownym Eleda Stadion w roli statystek, a takie nastawienie może przerodzić się w nieoczywisty hit tej kolejki, czego sobie i wszystkim nam gorąco życzę.

Podbudowany nie tylko pierwszym od niepamiętnych czasów ligowym zwycięstwem, ale i doskonałą postawą całego zespołu Linköping z pewnością zechce pójść za ciosem i trzeba uczciwie przyznać, że terminarz mocno piłkarkom trenera Kirka w tej kwestii sprzyja. Na Bilbörsen Arenę zawita bowiem beniaminek z Alingsås i jak bardzo byśmy w ostatnich tygodniach ambitnej postawy tego zespołu i jej szkoleniowca nie chwalili, to na tym poziomie łatwiejszego, na dodatek borykającego się ze swoimi problemami rywala, wylosować się po prostu nie dało. Niezwykle frapująco zapowiada się za to sobotnia konfrontacja w Kristianstad, bo choć to gospodynie zdecydowanie częściej zachwycają nas grą, to jednak AIK od czasu objęcia rządów w klubowej szatni przez trenera Syberyjskiego także potrafi od czasu do czasu zauroczyć nas tak, że ręce same mimowolnie składają się do oklasków. Beata Olsson kontra Adelisa Grabus, Amy Sayer kontra Daniella Famili, Emma Petrovic kontra Jennie Nordin, a przecież w obu zespołach nie brakuje także ciekawych, młodych piłkarek, których postępy obserwujemy od początku sezonu z rosnącą ekscytacją. Nieco mniejszy entuzjazm wzbudza w nas za to ekipa z LF Areny, która po chwilowym przebudzeniu, znów zdaje się wracać do usypiającego, a dodatkowo mało produktywnego stylu z początku rundy wiosennej. Stadion w Norrbotten rozruszać może jednak przyjazd opromienionej dwoma niezwykle cennymi zwycięstwami nad Linköping oraz Häcken drużyny z Norrköping, a także jej szkoleniowca, którego na północy kraju nikomu nie trzeba chyba przedstawiać. Na sam koniec zostały nam jeszcze derby Sztokholmu z udziałem zespołów, które po obiecującym otwarciu zauważalnie wyhamowały. Podstawowa różnica polega jednak nad tym, że o ile Djurgården w tym mniej spektakularnym wydaniu wciąż potrafi w miarę regularnie kolekcjonować ligowe punkty, o tyle Bromma nijak nie jest w stanie ruszyć z miejsca i niebezpiecznie zbliża się do strefy spadkowej. Czy bezpośrednie starcie przyniesie nam podtrzymanie, czy może odwrócenie tego trendu? Przekonamy się już w niedzielę!

Zaliczone

Ufff… gol autorstwa Cathinki Tandberg w 93. minucie sprawił, że Hammarby wciąż pozostaje w grze o Ligę Mistrzyń (Fot. Magnus Lejhall)

Jeżeli eliminacje piłkarskiej Ligi Mistrzyń porównalibyśmy do studiów na wyższej uczelni, to dzisiejszy dzień nie byłby jeszcze definiującym cokolwiek sprawdzianem, lecz obowiązkowym zaliczeniem, bez którego nie można jednak do ostatecznego egzaminu w ogóle przystąpić. Sumienne i obowiązkowe studentki z Malmö i Sztokholmu ów bezcenny wpis w swoich indeksach koniec końców uzyskały, lecz w przypadku tych drugich nie obyło się bez zupełnie niepotrzebnych nerwów i emocji. Efekt finalny jest jednak taki, że przedstawicielki Damallsvenskan w komplecie zameldowały się w kolejnej rundzie, zapewniając sobie tym samym przedłużenie tegorocznej, europejskiej przygody przynajmniej do października. Dzisiejsze zwycięstwa oznaczają bowiem, że zarówno Rosengård, jak i Hammarby zagrają przynajmniej w fazie zasadniczej (1/16 finału) Pucharu Europy, w którym także będzie można w razie potrzeby zadbać o podreperowanie klubowego współczynnika.

Czego dowiedzieliśmy się z dzisiejszych, chaotycznych batalii? Z całą pewnością tego, że Ellen Wangerheim oraz Cathinka Tandberg wciąż potrafią z chirurgiczną precyzją finalizować akcje, a bez ich wkładu ta szalona i nieprawdopodobna batalia z ukraińskim Metalistem mogłaby zakończyć się zaiste nieprzyjemną wpadką. Listę bohaterek klubu z Södermalm otwiera dziś jednak całkiem inny duet, gdyż to Julie Blakstad na lewej i Stina Lennartsson na prawej flance były motorami napędowymi zdecydowanej większości ofensywnych wypadów zespołu Martina Sjögrena i choć w najważniejszej rubryce meczowego protokołu zapisywały się głównie snajperki, to właśnie oba wahadła pomogły Bajen przezwyciężyć największy kryzys i odwrócić losy pojedynku wtedy, gdy niebezpiecznie zaczynał on wymykać się sztokholmiankom z rąk. Jakości w defensywie Hammarby było bowiem tak niewiele, że w zasadzie każda, nawet nieśmiała próba zawiązania ataku przez gościnie z Charkowa, z miejsca pachniała utratą gola. Poza jedną efektowną paradą (dodajmy, że przy stanie 1-2), kapitalnej dyspozycji z meczu przeciwko Kristianstad nie potrafiła powtórzyć Melina Loeck, lecz to stoperki w osobach Emilie Bragstad i Alice Carlsson o dzisiejszym wieczorze na pewno będą chciały jak najszybciej zapomnieć. Skuteczność ich koleżanek z formacji ofensywnej pozwoli im zrobić to bez zbędnego poczucia winy, choć jeśli w sobotę piłkarki z Södermalm zechcą realnie rzucić rękawicę potężnemu Manchesterowi United, to wnioski z tego wszechobecnego chaosu trzeba będzie błyskawicznie wyciągnąć. Wszak rywal z angielskiej WSL – nawet znajdujący się w teorii poza meczowym rytmem – takich kiksów wybaczać nie zwykł.

Za trzy dni możemy być świadkami starcia interesującego nie tylko pod względem sportowym, bo przecież trudno przejść obojętnie obok takiego wydarzenia, jak powrót do szwedzkiej stolicy Julii Zigiotti. Była piłkarka Hammarby właśnie dziś zaliczyła swój oficjalny debiut w barwach Manchesteru United i choć to Elisabeth Terland kończyła dzień z hat-trickiem, a Ella Toone precyzyjnie jej asystowała, to właśnie 27-letnia Szwedka zebrała za swój występ najbardziej pozytywne recenzje. I trudno się temu dziwić, gdyż to właśnie ona skutecznie trzymała w ryzach drugą linię Czerwonych Diablic, które w tym sektorze boiska całkowicie zdominowały bezradne i momentami sprawiające wrażenie kompletnie zagubionych wicemistrzynie Holandii. W absolutnym demontażu PSV nieskromny udział miała także obecna przy dwóch akcjach bramkowych Anna Sandberg i jeśli tylko wolą obu szkoleniowców w sobotę zobaczymy boiskowe starcia byłej defensorki Örebro ze Stiną Lennartsson, to możemy być pewni, że na sztokholmskiej murawie polecą iskry, a niewykluczone, że być może i kartki. Co więcej, szansę rozegrania meczu o wielką stawkę przeciwko sobie dostaną być może również dwie serdeczne przyjaciółki z młodzieżowych reprezentacji Norwegii. Dziś Celine Bizet oraz Cathinka Tandberg mogły jeszcze cieszyć się wzajemnie swoim szczęściem, ale na kolejnym etapie rywalizacji, w pełni usatysfakcjonowana będzie co najwyżej jedna z nich.

Zdecydowanie spokojniej przebiegło popołudnie w belgijskim Leuven, gdzie trochę w atmosferze towarzyskiego grania, przy niemal pustych trybunach, Rosengård wysoko pokonał najlepszy zespół Macedonii Północnej. Na strzeleckie fajerwerki trzeba było jednak poczekać aż do 44. minuty, kiedy to rzut karny na gola zamieniła była reprezentantka Nigerii Anam Imo. Nieco wcześniej aż dwie dogodne okazje stworzyły sobie zawodniczki Ljubotenu, które najpierw posłały piłkę obok bramki Samanthy Muprhy, a następnie – po błędzie FCR przy wyprowadzaniu futbolówki – za sprawą Havy Mustafy sprawdziły nawet czujność amerykańskiej golkiperki. Samo spotkanie było bardzo mało atrakcyjne, pełne fizycznej walki, w której to rywalki z Bałkanów do pewnego momentu odnajdywały się zaskakująco dobrze. Pojawienie się na planu gry Emilii Pelgander, a także wzięcie na siebie większej odpowiedzialności przez Emilię Larsson i Emmę Jansson, pozwoliło jednak podopiecznym trenera Kjestelberga systematycznie przejmować kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami, a gdy zmęczone takim stylem gry przeciwniczki zaczęły opadać z sił, bardziej doświadczone od nich mistrzynie Szwecji raz po raz umiejętnie je karciły. W walce o awans do fazy play-off ekipa ze Skanii zmierzy się z belgijskim Leuven, choć zawodniczki tego zespołu wystawiły swoich fanów na niezwykle ciężką próbę w teoretycznie łatwej potyczce z bośniackim SFK Sarajewo. Losy tej rywalizacji na ich korzyść odwróciły ostatecznie dopiero trafienia Flo Hermans oraz Kadhii de Ceuster w drugiej połowie dogrywki.


Komplet wyników:

Ahoj, nowa przygodo!

Reprezentacja Damallsvenskan gotowa na kolejną, europejską podróż

Tylko godziny dzielą nas od chwili, w której dwa z trzech szwedzkich klubów zainaugurują nowy sezon europejskich pucharów. I już przed pierwszym kopnięciem futbolówki możemy bez cienia wątpliwości nazwać go przełomowym. Po wielu bezpowrotnie straconych latach UEFA wreszcie na poważnie wzięła się za reorganizację swoich flagowych rozgrywek i po czteroletnim okresie przejściowym, wreszcie otrzymaliśmy do rąk produkt, który przy odrobinie dobrej woli możemy nazwać kompletnym. Jest Liga Mistrzyń w odświeżonej, niezwykle interesującej formule i jest (nareszcie!) Puchar Europy, dzięki któremu międzynarodowe trofea nie będą już tylko grą na kilkuosobowej grupy europejskich potentatów. Oczywiście, pewne detale wciąż wymagają usprawnień, wszak najsilniejsze ligi na kontynencie niewątpliwie zasługują na przynajmniej cztery pucharowe miejsca, ale gorąco wierzymy, że w kolejnych latach ten całkiem sprawnie działający system będzie już tylko i wyłącznie ulepszany. Bo skoro po dekadach (i nie jest to w żadnym wypadku hiperbola) frustracji i rozczarowań wreszcie znaleźliśmy się na właściwej ścieżce, to teraz trochę głupio byłoby z niej schodzić. Zachowanie czujności niezmiennie jednak zalecamy, gdyż decydenci z UEFA wiele razy udowadniali nam, iż dla nich nie ma rzeczy niemożliwych w każdym tego słowa znaczeniu.

Wracając jednak do kwestii sportowych, to Puchar Europy niewątpliwie wydaje się turniejem wręcz skrojonym pod takie ligi jak nasza. Stara i jak najbardziej prawdziwa maksyma mówi jednak, że mierzyć trzeba zawsze wysoko, więc piłkarkom Rosengård, Häcken oraz Hammarby z całego serca życzymy udanego szturmu na Ligę Mistrzyń. Bo tam nieporównywalnie większe i prestiż i potencjalne profity do podniesienia z murawy. Każde pojedyncze zwycięstwo będzie mieć jednak swoją wymowę, bo już jutro możemy być na sto procent pewni, że wszyscy reprezentanci Damallsvenskan w komplecie zameldują się przynajmniej w fazie zasadniczej Pucharu Europy. Aby ten plan minimum został zrealizowany, mistrzynie Szwecji z Rosengård muszą uporać się z macedońskim Ljubotenem, a podopieczne trenera Martina Sjögrena z ukraińską Woskłą Połtawa. Nie ma co zakłamywać rzeczywistości – jest to naprawdę przyjemny zestaw rywalek i każde inne rozstrzygnięcie niż dwa pewne i spokojne awanse postrzegalibyśmy jako sporego kalibru rozczarowanie. Jeśli którejś z naszych ekip przydarzyłaby się nieoczekiwana wpadka, szansa na występy w fazie głównej Pucharu Europy wciąż będzie oczywiście realna, lecz droga ta wydłuży się aż o dwie, potencjalnie trudniejsze przeszkody. Dbając o własny komfort, warto zatem załatwić sprawę już jutro i z relatywnie czystą głową przystąpić do bojów o wspomniane już wcześniej splendor, pieniądze i sławę. A na kolejnym etapie poprzeczka pójdzie już zdecydowanie wyżej, gdyż – zakładając, że obędzie się bez sensacji – Rosengård zmierzy się na wyjeździe z belgijskim Leuven, zaś Hammarby podejmie na Kanalplan angielski Manchester United z Julią Zigiotti i Fridoliną Rolfö w składzie.

Dwa zwycięstwa pozwoliłyby zespołom z Malmö i Sztokholmu zameldować się w decydującej rundzie eliminacji, zwanej także fazą play-off. Właśnie w niej do gry włączą się również piłkarki Häcken, które ten przywilej zawdzięczają w największym stopniu… koleżankom z londyńskiego Arsenalu i mediolańskiego Interu. Oj, skomplikowane to wszystko, ale najważniejsze, że ekipa z Hisingen przystąpi do rywalizacji pewna rozstawienia, więc przy dobrym układzie w dwumeczu o Ligę Mistrzyń może czekać ją bój z przeciwniczkami pokroju Sportingu Lizbona, Glasgow City lub Austrii Wiedeń. To oczywiście wersja bardziej optymistyczna, lecz w takim scenariuszu wariant 1 LM + 2 PE wydawałby się całkiem realny. Najważniejsze jednak, aby pozostać na tej efektownej, europejskiej imprezie jak najdłużej, bo każdy rozegrany mecz to szansa na podreperowanie zarówno współczynnika klubowego, jak i krajowego. A w tym ostatnim nasza rywalizacja z Norwegią i Holandią o siódmą lokatę, gwarantującą aż trzy miejsca w eliminacjach Ligi Mistrzyń i potencjalnie łatwiejszą drogą do faz zasadniczych obu rozgrywek, zapowiada się niesamowicie frapująco i na dziś zwyczajnie niemożliwe jest wskazanie, kto znajduje się choćby minimalnie bliżej celu. Choć dla porządku musimy zaznaczyć, że po odjęciu punktów zdobytych w sezonie 2020-21, to Holenderki startują do tego wyścigu z pole position, wyprzedzając Norwegię o 0,5, a Szwecję o 0,8 punktu. Różnice te są jednak na tyle minimalne, że na teraz zaprzątamy sobie głowy nie nimi, a jutrzejszymi meczami pierwszej rundy kwalifikacyjnej. Rosengård rozpocznie swoją batalię już o godzinie 13, Hammarby natomiast późnym wieczorem, ale niezależnie od pory dnia, liczymy na bardzo podobny efekt końcowy. A później… niech ta pucharowa karuzela się kręci, a my zadbamy o to, aby jak najdłużej się na niej utrzymać!