A krąg życia niech trwa

april1

Czeka Anglia, czeka Francja, czeka walka o bilety na szwajcarskie EURO. Choć za mniej więcej 24 godziny oczy większości przedstawicieli szwedzkiej społeczności piłkarskiej skierowane będą na kolejny występ niesamowitej ekipy z Hisingen na wielkiej, europejskiej scenie, to dosłownie kilka dni później z trybu klubowego płynnie przejdziemy w ten reprezentacyjny. A zadanie tym razem będzie o tyle ułatwione, że w obu przypadkach towarzyszyć nam będą klimaty francuskie i w obu to nasze przeciwniczki przystąpią do boju w roli jeśli nie zdecydowanych, to przynajmniej łatwych do wskazania faworytek. Co więcej, kwietniowe okienko na kadrę ułożyło się tak interesująco, że podopieczne Petera Gerhardssona zmierzą się w nim nie tylko z trzecią, ale również z drugą drużyną aktualnego rankingu FIFA. I nie trzeba chyba dodawać, że na londyńskim Wembley tym bardziej przypadnie im w udziale pozycja underdoga, która jednak jak wiadomo czasami potrafi okazać się nie przekleństwem, lecz wybawieniem.

Młodsi kibice z pewnością nie pamiętają, aby na poziomie eliminacji wielkiego turnieju reprezentacja Szwecji rozgrywała dwumecz, w którym tak naprawdę nic nie musi, za to wiele może. A nawet ci nieco starsi mogą mieć ze wskazaniem takiej sytuacji niemały kłopot. Nowy format rozgrywek, w połączeniu z mało fartownym losowaniem oraz delikatnym przemeblowaniem na futbolowej mapie Europy sprawił jednak, że oto wiosną A.D. 2024 obudziliśmy się właśnie w takiej, nieznanej nam dotąd rzeczywistości. I wbrew pozorom wcale nie jest ona aż tak upiorna, jak mogłoby się na pozór wydawać. Po pierwsze, przynajmniej trzy (a może nawet i dwa) zdobyte w kwietniu punkty, poparte dodatkowo solidną, boiskową postawą, mogą okazać się czymś na kształt mitu założycielskiego tej drużyny, która wprawdzie w tym konkretnie składzie osobowym długiej i szczęśliwej przyszłości raczej przed sobą nie ma, ale coś na tu i teraz zbudować jak najbardziej jest w stanie. Po drugie, nawet jeśli – tfu, tfu – w tej fazie rywalizacji podwinie nam się noga, to prawdziwy finał o być albo nie być w szerokiej, europejskiej czołówce rozegramy późną jesienią i dopiero ewentualna porażka w nim będzie niosła za sobą realne i niezwykle bolesne konsekwencje. Margines błędu wciąż zatem istnieje, chociaż dla dobra nas wszystkich lepiej byłoby go drastycznie nie zwężać, a kibicom, których tej kadrze akurat nie brakuje, odpłacić za często bezwarunkowe wsparcie ambicją, determinacją i wolą walki. Bo prawdziwe problemy zaczną się dokładnie wtedy, kiedy i na tych płaszczyznach wszystko przestanie się nam zgadzać.

Gerhardsson powołał do boju wszystkie doświadczone rekonwalescentki (no, oczywiście spośród tych znajdujących się obecnie w stanie pozwalającym na kopanie piłki) i trzeba mu oddać, że jest pod tym względem w swoich działaniach nadzwyczaj konsekwentny. Takie jednak jego selekcjonerskie prawo, a w związku z nim nie dziwmy się również temu, że w kadrze znalazło się miejsce dla grającej mało efektowne ogony w rozgrywającym najsłabszy sezon od dekady Milanie Kosovare Asllani, a zabrakło go dla zawodniczek znajdującym się od wielu tygodni w zdecydowanie mocniejszym uderzeniu. I to reprezentujących na co dzień barwy albo tej samej ekipy z Mediolanu, albo zespołów rywalizujących w grupie mistrzowskiej tej samej, włoskiej Serie A. Czy jednak taka decyzja powinna nas dziwić, skoro Kosse prawdopodobnie dziewięć spośród swoich dziesięciu najlepszych spotkań w karierze rozegrała właśnie pod wodzą Gerhardssona? A skoro tak, to może albo na Wembley, albo na Gamla Ullevi, ten zgrany i sprawdzony wariant znów zadziała? Tak bardzo pragnęlibyśmy takiego właśnie scenariusza i nie jest on bynajmniej jakoś wielce nieprawdopodobny, bo skoro Piteå mogło zdobyć mistrzostwo Damallsvenskan, a Häcken zameldować się w ćwierćfinale Ligi Mistrzyń, to obrazek z Rolfö, Asllani i Kaneryd uciszającymi słynną świątynię angielskich Lwic wygląda niemal jak ani trochę niewyretuszowany element rzeczywistości. A jeśli tak, to oto dochodzimy do punktu, w którym trzeba przejść do często przywoływanej w naszej dyscyplinie formułki, że oto na nieco ponad tydzień przed godziną pierwszej, eliminacyjnej próby wiemy dokładnie tyle, że nie wiemy nic. No, może poza faktem, że tym razem wyjątkowo to nie my będziemy musieli tłumaczyć się ze zbyt mało efektownych zwycięstw. I chyba wszyscy jednogłośnie przyznamy, że w tych ogólnie średnio wesołych czasach, jest to niewątpliwie przyjemny efekt uboczny. A jeśli nie przyjemny, to na pewno wygodny, ponieważ – jako się rzekło – wygrać możemy sporo. Nie zmarnujmy więc tej okazji, bo na musiku i tak jeszcze zdążymy swoje zagrać w czerwcu oraz (oby nie) na przełomie listopada i grudnia. Póki co wciąż mamy jednak przedwiośnie i gorąco wierzymy, że nie tylko metaforycznie tchnie ono nowe życie także w cykl funkcjonowania tej kadry. Eliminacyjne granie czas zacząć, a krąg życia niech trwa!

april2

Tak miało być

bajen

Norweskie Hammarby zaprezentowało się naprawdę obiecująco podczas przedsezonowej próby generalnej (Fot. Aftonbladet)

Przed tygodniem wspominaliśmy, że jedynym realnym pytaniem przed zakończeniem zasadniczej fazy pucharowych zmagań jest kwestia zwycięstwa w drugiej grupie południowej, choć korespondencyjną rywalizację ekip z Malmö oraz Linköping trudno było nazwać sprawiedliwą ze względu na terminarz. Ten ostatni w sposób jednoznaczny premiował bowiem drużynę prowadzoną przez szalejącego przy ławce rezerwowych Joela Kjetselberga, bo to właśnie jego Rosengård w ostatni weekend rywalizacji podejmował na własnym stadionie trzecioligowca z Göteborga. Najbardziej utytułowany szwedzki klub z prezentu oczywiście skwapliwie skorzystał, a zawodniczki ze Skanii nogę z gazu zdjęły dopiero na początku drugiej połowy, tuż po strzeleniu trzynastego tego popołudnia gola. Gdyby była konieczność, pewnie bez większego wysiłku dobiłyby i do dwudziestki, ale na ich szczęście aż tak nie trzeba było swojej absolutnej supremacji na murawie akcentować. Paradoksalnie, bezbramkowy remis w równolegle rozgrywanym starciu w Åtvidabergu może okazać się dla fanów z Östergötland swego rodzaju wybawieniem, bo gdyby Ella Lundin i Cathinka Tandberg ostatecznie trafiały do siatki Vittsjö zamiast ostrzeliwać jej obramowanie, to dyskusjom i w pewnym sensie zrozumiałym żalom w obozie LFC mogłoby nie być końca. A tak, to przynajmniej w teorii wszystko nam się zgadza, bo dalej idzie klub, który po prostu wywalczył w grupie najwięcej punktów. Idea fair play zatem nie ucierpiała, w przeciwieństwie jednakże do poziomu emocji i pucharowej dramaturgii.

Tej ostatniej zabrakło także w pozostałych grupach, gdzie promocję do półfinału przyklepały kolejno Piteå (3-0 z Brommą), Hammarby (5-2 z Örebro) oraz Häcken (7-2 z Kristianstad). Dość nieoczekiwanie, całkiem ciekawe i pełne zwrotów akcji okazały się natomiast rozegrane na neutralnym Grimsta Idrottsplats derby Sztokholmu, ale śledzenie i odbiór rywalizacji zawodniczek Djurgården i AIK psuł nieco fakt, że de facto była to gierka w stu procentach towarzyska, w której wygrać czy przegrać nie dało się absolutnie nic. I tak pół-żartem można nawet stwierdzić, że zwycięzców i pokonanych rzeczywiście tego dnia nie było, bo po ostatnim gwizdku na tablicy wyników widniał polubowny remis 2-2 i właśnie takim akcentem dla obu tych ekip zakończyła się przygoda z tegoroczną edycją Pucharu Szwecji. Wciąż trwa ona jednak dla kwartetu faworytów, którzy to jeszcze w tym miesiącu rozstrzygną między sobą, kto dostąpi zaszczytu wystąpienia w zaplanowanym na 1. maja finale. Najciekawszy na papierze scenariusz to chyba kolejny akord odwiecznej batalii Północy z Południem (Piteå vs Rosengård), a także okazja do rewanżu za dwa epickie, ubiegłoroczne boje o najwyższą stawkę (Häcken vs Hammarby). Jeszcze przed losowaniem szanse na właśnie taki układ wynoszą aż pięćdziesiąt procent, choć bez względu na ostateczny kształt półfinałowej drabinki, sportowych emocji na tym etapie zmagań zabraknąć nam już nie powinno. Szkoda jednak, że prawdziwe granie zaczyna się tak naprawdę dopiero teraz i obejmuje w zasadzie trzy mecze. Ale skoro nijak nie jesteśmy władni tego zmienić, to cieszmy się tym, co mamy, wszak już za moment znów zrobi się w naszej piłce klubowej naprawdę ciekawie.

Marcowe granie to także okazja do tego, aby przyjrzeć się potencjalnym gwiazdom oraz odkryciom nadchodzącej rundy wiosennej i na szczycie pierwszej z list niewątpliwie powinno znaleźć się nazwisko pozyskanej zimą przez Rosengård Japonki Momoko Tanikawy. Pochodząca z prefektury Aichi osiemnastolatka w każdym z trzech spotkań ekipy ze Skanii byłaby kandydatką numer jeden do odebrania nagrody MVP i wydaje się, że to właśnie jej postawa może okazać się kluczem w drodze po ewentualny czternasty tytuł mistrzyń Szwecji dla FCR. Indywidualnie błyszczała także Hlin Eiriksdottir z Kristianstad, ale o ile do jej popisów zdążyliśmy się już w jakimś stopniu przyzwyczaić, o tyle jej klubowa i reprezentacyjna koleżanka Katla Tryggvadottir (rocznik -05) dopiero się szerszej publiczności przedstawia i robi to w iście imponującym stylu. Zdecydowanie powyżej oczekiwań spisywał się ofensywny tercet Växjö, a Larkin Russell, Elin Nilsson i nieformalna liderka tej formacji Dessislava Dupuy (Bułgarka z amerykańskim rodowodem) dają nadzieje, że oto w Småland może istnieć życie po Evelyn Ijeh, która swoją drogą coraz odważniej poczyna sobie w Mediolanie. Wracając na krajowe podwórko, malutki, lecz w pełni zasłużony plusik stawiamy także przy nazwisku Olivii Ländin Sjöblom z Djurgården, która niespodziewanie trochę nawet dla samej siebie, stała się na ten moment napastniczką numer jeden w talii trenera Fernandeza. W tej radosnej wyliczance nie pojawiły się póki co zawodniczki reprezentujące na co dzień elitarny tandem Hammarby – Häcken, ale stało się tak tylko i wyłącznie dlatego, że właśnie im przypada w udziale wyróżnienie zespołowe. Choć oczywiście indywidualne popisy norweskiej grupy do zadań specjalnych w składzie Julie Blakstad, Anna Jøsendal, czy wreszcie niemal perfekcyjna w derbach przeciwko AIK Vilde Hasund, uwadze czujnych obserwatorów zdecydowanie nie umknęły.


Tabele grup Pucharu Szwecji:

Häcken znów dał radę!

bbb

Królowe rzeczywiście wróciły w wielkim stylu! Vangsgaard do Chawingi i PSG zwycięża 2-1 (Fot. Aftonbladet)

Czasami zdarza się, że tytuł przedmeczowej zapowiedzi okaże się w jakimś sensie proroczy. I dokładnie z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w czwartkowy wieczór na wypełnionej do ostatniego miejsca Bravida Arenie. Byłe królowe strzelczyń Damallsvenskan miały raz jeszcze udowodnić swoją nieprzeciętną, sportową klasę na szwedzkiej ziemi i to właśnie Amalie Vangsgaard do spółki z Tabithą Chawingą wykończyły akcję, która – jak się miało za chwilę okazać – przesądziła o skromnym zwycięstwie piłkarek Paris SG na stadionie w Hisingen. Wprowadzona na plac gry dosłownie kilkadziesiąt sekund wcześniej reprezentantka Danii dośrodkowała spod linii końcowej, a pochodząca z Malawi snajperka ustawiła się w szesnastce gospodyń tak idealnie, że sytuacyjnie wybita futbolówka spadła wprost pod jej nogi. I już w zasadzie w tym momencie nieszczęście było gotowe, bo Chawinga takich okazji zwyczajnie marnować nie zwykła. I o ile dwadzieścia minut wcześniej miejscowym piłkarkom w sukurs przyszła jeszcze chorągiewka sędzi liniowej, tak tym razem o żadnym cudownym ocaleniu przez siły zewnętrzne mowy być nie mogło. Paryżanki po raz drugi tego dnia wysforowały się na jednobramkowe prowadzenie, lecz tym razem przypilnowały go aż do końcowego gwizdka.

Suchy rezultat nie daje może wielu powodów do radości, ale musimy jasno powiedzieć, że zawodniczki z Hisingen po raz dziewiąty w obecnej edycji Ligi Mistrzyń zawodu swoim sympatykom zdecydowanie nie przyniosły. To znaczy, jeżeli oczywiście przymkniemy oko na pierwsze 35 minut dzisiejszego starcia, w których to gospodynie może próbowały być jak osy, ale ewidentnie brakowało im żądeł, w efekcie czego w tej fazie meczu ograniczyły się wyłącznie do dwóch anemicznych i na dodatek mocno niecelnych prób z dystansu. Gościnie z Paryża również nie rozpoczęły zresztą ćwierćfinałowej potyczki z jakimś przesadnym animuszem, ale to one zdecydowanie szybciej uspokoiły grę i na kilka minut skutecznie przeniosły ją w okolice pola karnego Jennifer Falk. Taka strategia okazała się jak najbardziej opłacalna, gdyż okres wyraźnej przewagi udało się wicemistrzyniom Francji przypieczętować golem po stałym fragmencie gry. Defensorki Häcken mocno skupiły się na ścisłym kryciu Tabithy Chawingi, ale napastniczka z Malawi celny strzał i tak oddała, a nieco szczęśliwej dobitki Amerykanki Eve Gaetino zatrzymać nie zdołała już ani Falk, ani żadna z jej koleżanek z pola. Środkowa faza pierwszej połowy mogła sugerować, że oto przed sympatykami klubu z Hisingen naprawdę ciężki czas, bo hasająca na lewej flance Sakina Karchaoui zdawała się rozpędzać z każdą upływającą sekundą, Korbin Albert udowadniała, że nieprzypadkowo stała się zawodniczką podstawowej jedenastki reprezentacji USA, a Chawinga… po prostu była sobą, co nigdy nie jest pozytywną informacją z perspektywy defensywy rywalek. Oczekiwanego one-way-traffic w wykonaniu PSG koniec końców się jednak nie doczekaliśmy, a jeszcze przed przerwą bilet powrotny do meczu nieoczekiwanie wręczyła podopiecznym Maka Linda Thiniba Samoura.

Stoperka z Paryża nieprzepisowo zaatakowała w obrębie własnego pola karnego Annę Anvegård, duńska sędzia wskazała na jedenasty metr, a Rosa Kafaji na raty wyrównała stan rywalizacji. Możemy oczywiście żartować, że gol z gry zdecydowanie lepiej prezentuje się w piłkarskim CV niż trafienie z karnego, ale mówiąc zupełnie poważnie, trzeba koniecznie pochwalić byłą piłkarkę stołecznego AIK za to, że w tak ważnym momencie to ona zachowała na murawie Bravida Areny najwięcej zimnej krwi. A przecież nie było to jedyne tego dnia udane zagranie wielkiej nieobecnej ubiegłorocznego mundialu, która raz jeszcze pokazała się na dużej, europejskiej scenie od tej zdecydowanie lepszej strony. To właśnie Kafaji strzelała na paryską bramkę w samej końcówce, gdy trzeba było podjąć błyskawiczną decyzję po ofiarnym przechwycie Felicii Schröder. Najskuteczniejsza piłkarka Häcken absolutnie wszystko zrobiła zgodnie z piłkarskim podręcznikiem, ale z jej nieprzyjemnym strzałem bez zarzutu poradziła sobie bramkarka wicemistrzyń Francji, parując go na rzut rożny. Do siatki gościń futbolówki nie potrafiła skierować także Clarissa Larisey, choć pozyskana ze szkockiego Celtiku Kanadyjka zadanie miała o tyle utrudnione, że uderzać musiała niemal z zerowego kąta, a do pełni szczęścia i tak zabrakło jej niewiele. Na przestrzeni dziewięćdziesięciu minut czystych sytuacji nie było może wiele, ale mając na uwadze wszelkie realia, zespół z Västergötland w ofensywie po prostu zagrał swoje,

Jeżeli ktoś oczekiwał, że Häcken zdominuje dziś na boisku rywalki z Paryża, to czwartkowy wieczór najpewniej okazał się dla takiej osoby pasmem frustracji i rozczarowań. Jeśli jednak podczas pierwszej (i oby nie ostatniej!) w nowej erze Ligi Mistrzyń ćwierćfinałowej potyczki z udziałem szwedzkiego klubu chcieliśmy zobaczyć walkę, determinację, czy wreszcie dopracowane niemal do perfekcji podczas kilkutygodniowych przygotowań schematy, to dostaliśmy chyba nawet więcej niż w teorii można było się spodziewać. Tak, początek był zdecydowanie niemrawy, a gospodynie niezwykle długo w ogóle wchodziły w meczowy rytm. Kiedy już jednak udało im się go złapać, to jak najbardziej mogliśmy wraz z żywo reagującą na boiskowe wydarzenia publicznością oklaskiwać kolejne kapitalne zagrania Fossdalsy, Schröder, czy Curmark, które w bezpośredniej konfrontacji z największymi gwiazdami światowej piłki nie tyle nie pękły, co jeszcze momentami potrafiły narzucić im własną narrację. Jasne, możemy w tej chwili wziąć flamaster i za jego pomocą uwypuklić błędy w kryciu przy golu na 0-1, możemy zaakcentować, jak to Karchaoui kilka razy udanie zakręciła Kosolą, a po drugiej stronie boiska Le Guilly oraz Vangsgaard uczyniły to samo z Wijk, możemy wreszcie zastanawiać się dlaczego Chawinga miała w szesnastce ekipy z Hisingen tyle swobody, choć po prawdzie gdyby wybijana przez defensywę Häcken piłka poleciała kilkanaście centymetrów wyżej/dalej, to szybko zapomnielibyśmy o całym zamieszaniu. Prawda jest jednak taka, że gdyby z futbolu wyeliminować błędy, to większość spotkań kończyłaby się bezbramkowym remisem, a akurat dziś – w przeciwieństwie na przykład do domowej potyczki z Paris FC – gospodynie zagrały na zdecydowanie wyższym poziomie dyscypliny, a liczbę kiksów i niewymuszonych błędów zredukowały do minimum. Różnica jest jednak taka, że w styczniu Mateo czy Ribadeira nie potrafiły z najbliższej odległości skierować piłki do pustej bramki, a teraz Chawinga nie miała z tym najmniejszego problemu. I to głównie dzięki temu PSG wyjeżdża ze Szwecji z zaliczką jednego gola, choć w samej końcówce wicemistrzynie Francji musiały uciekać się na Bravida Arenie nawet do gry na czas. I już tylko ten jeden fakt podkreśla chyba dobitnie, że Häcken raz jeszcze w starciu z potentatem ze ścisłego topu dał radę. A pamiętajmy, że to jeszcze nie koniec, ciąg dalszy nastąpi za niewiele ponad tydzień…

bkhpsg

Powrót królowych

1

Tabitha Chawinga i Amalie Vangsgaard ponownie będą miały okazję przypomnieć się szwedzkim kibicom (Fot. psg.fr)

W ostatnich ośmiu latach jedynie dwukrotnie królowa strzelczyń Damallsvenskan mogła pochwalić się dorobkiem przynajmniej dwudziestu goli w sezonie. Co więcej, ta niełatwa jak widać sztuka udała się zawodniczkom reprezentującym kluby niezaangażowane wówczas w mistrzowski wyścig, co zdecydowanie czyni ich wyczyn jeszcze bardziej wyjątkowym. Tę statystykę wspominamy dziś nieprzypadkowo, a okazją nie jest bynajmniej zbliżająca się wielkimi krokami inauguracja ligowych rozgrywek. Tak się bowiem ciekawie składa, że już za mniej więcej 24 godziny zarówno Tabitha Chawinga (ex-Kvarnsveden), jak i Amalie Vangsgaard (ex-Linköping) ponownie będą miały sposobność, aby sobie na szwedzkiej ziemi postrzelać. A ich ewentualne gole mogą mieć tym razem niebagatelną, sięgającą półfinału piłkarskiej Ligi Mistrzyń wartość, gdyż to właśnie o tak wielką stawkę ich obecny klub (PSG) zagra jutro na Bravida Arenie z jedną z największych rewelacji tegorocznej edycji europejskich pucharów – BK Häcken.

Tak, szwedzka piłka klubowa przeżywała swego czasu prawdziwą, złotą erę. Swoje lata świetności miał przecież Jitex Möldnal, a nieco później chwile niezapomnianych, sportowych uniesień stały się dziełem Umeå, czyli miasteczka z odległej Północy, które właśnie dzięki lokalnej drużynie oraz występującej w jej barwach piłkarkom w ogóle zaistniało w świadomości kibiców z wielu odległych od koła podbiegunowego zakątkach globu. Nieco młodsi fani pamiętać mogą natomiast kolejne udane lub wręcz przeciwnie próby zawojowania futbolowej Europy przez Rosengård, czy wreszcie projekt stworzenia swoistej drużyny marzeń w podsztokholmskim Tyresö, który trwał wprawdzie niezwykle krótko, ale emocje wzbudzał na tyle gorące i niejednoznaczne, że w pamięci pozostanie już chyba na zawsze. Te wszystkie wydarzenia są jednak rzecz jasna częścią mniej lub bardziej odległej przeszłości i choć jak najbardziej mamy prawo się nią szczycić, to z drugiej strony mocno nierozsądne byłoby się w niej zatracać. Szczególnie, że świat, a co za tym idzie także i nasza ukochana dyscyplina sportu, w ostatnich latach przeszły tak znaczącą transformację, że obrazki z dni największej chwały klubu z Västerbotten sprawiają wrażenie wyjętych z zupełnie innej, zapomnianej już rzeczywistości. W kalendarzu zamknęło się to wszystko w niespełna dwóch dekadach, lecz okazały się one na tyle intensywne, że oto dotarliśmy do punktu, w którym piłkarska Liga Mistrzyń stała się niezwykle istotnym elementem wielkiego biznesu, a przy najważniejszym stole siedzą delegacje nie z Umeå, Hjørring, czy Duisburga, lecz Londynu, Paryża, Lyonu, Barcelony, Madrytu, czy Monachium.

No i Hisingen. Element do tego zbioru pozornie kompletnie niepasujący, ale wicemistrzynie Szwecji miały na siebie idealnie skrojony pod aktualne możliwości pomysł, następnie konsekwentnie go realizowały, a ponieważ na boisku okazały się skuteczniejsze od rywalek z największych, europejskich metropolii, to im przypadnie w udziale zaszczyt gry o półfinał Ligi Mistrzyń. I choć na papierze jest to osiągnięcie niewątpliwie mniej spektakularne od historycznych rajdów Umeå, czy Tyresö, to w moim prywatnym rankingu szwedzkich pucharowiczek, to właśnie Häcken z sezonu 2023-24 zajmuje zaszczytne i absolutnie niezagrożone pierwsze miejsce. I to bez względu na to, jak zakończy się czekająca nas już za chwilę konfrontacja z jeszcze jednym francuskim gigantem. W obecnych realiach dotarcie przedstawiciela Damallsvenskan do tej fazy rozgrywek jawi się wręcz niczym zdobycie jednego z ośmiotysięczników, a jego wartość dodatkowo podbija fakt, iż podopieczne libańskiego szkoleniowca Maka Linda od pierwszego kwalifikacyjnego dwumeczu przystępowały do rywalizacji w roli underdoga. Tymczasem drużyna, która miała efektownie wyłożyć się na pierwszym płotku, dzielnie przetrwała na placu boju całą jesień, zimę, doczekała na nim do wiosny i wciąż nie brak jej marzeń, celów i ambicji. Tak, ta historia jest naprawdę inspirująca i nie mam ani krzty wątpliwości, że po wielu latach o tym właśnie zespole – zupełnie jak o mistrzowskim składzie Piteå z sezonu 2018 – powstanie w Szwecji (a być może i poza jej granicami) przynajmniej kilka dokumentalnych filmów. A czy ostatnia ich część napisze się właśnie w drugiej połowie marca, a paryski Parc des Princes okaże się dla nieustraszonych Os z Hisingen stacją docelową? Dokładnie tak podpowiada logika, a wspomniane Chawinga oraz Vangsgaard, przy wsparciu koleżanek pokroju Katoto, Geyoro, Albert, Karchaoui, Groenen, czy Baltimore niewątpliwie dołożą wszelkich starań, aby tę piękną bajkę definitywnie zakończyć. Karty mają mocne, a formę jeszcze lepszą, bo w obecnym roku kalendarzowym PSG meczu jeszcze nie przegrał, choć po drodze rywalizował między innymi z Lyonem i Bayernem. Co więcej, w miniony weekend podopieczne trenera Precheura rozbiły w drobny pył solidne przecież Saint-Ètienne, wysyłając tym samym jasny sygnał, że o żadnej miękkiej grze z ich strony mowy być nie może. A my patrzymy na to wszystko z podziwem, bijemy zasłużone brawa, a potem przypominamy sobie, jak kilka miesięcy temu Twente w przededniu rywalizacji z Häcken kompletnie zdemolowało Ajax w finale Superpucharu Holandii. Wtedy tez podziwialiśmy, czuliśmy respekt, a na koniec ze łzami wzruszenia w oczach patrzyliśmy na taniec radości w wykonaniu piłkarek w charakterystycznych, żółto-czarnych trykotach. Podobny scenariusz przeżywaliśmy później w grudniu, a następnie w styczniu. Że niby nic cztery razy się nie zdarza? Być może, lecz o tym niech już zdecyduje boisko…

Dobrej zabawy i cudownej, pucharowej wiosny!

Spokojnie, zaraz się rozkręci…

FdSEErrXoAE5H7x

Sympatycy szwedzkiego futbolu – pierwszy kwartał 2024 (koloryzowane)

Gdy kilka lat temu prominentne głowy spod znaku SvFF oraz EFD zapewniały nas o tym jak bardzo reforma Pucharu Szwecji podniesie prestiż tych podupadających nieco rozgrywek, mieliśmy w zasadzie trzy opcje. Pierwsza z nich zakładała, że we wszystko uwierzymy na słowo, druga – że od razu przypuścimy ostrą krytykę tego projektu, trzecia zaś – że z ostateczną oceną wstrzymamy się do momentu, w którym nowa formuła zmagań dostarczy nam wystarczająco dużo materiału do rzetelnej analizy. Trzy lata funkcjonowania w obecnej rzeczywistości doprowadziły nas jednak do punktu, w którym chyba z pełną odpowiedzialnością możemy stwierdzić, że naszym futbolowym decydentom – w przeciwieństwie do ich kolegów i koleżanek po fachu pracujących na co dzień w UEFA – uzdrawianie rozgrywek zdecydowanie nie wychodzi najlepiej. Co więcej, trudno oprzeć się wrażeniu, że coraz więcej osób zaczyna tęsknić za starym formatem, który w swojej prostocie zapewniał nam jednak ten nieuchwytny gołym okiem dreszczyk adrenaliny, nie bez racji chociażby w Anglii nazywany magią pucharu. Mało atrakcyjna faza grupowa, podlana na dodatek absurdalnym geograficzno-koszykowym sosem, owej magii skutecznie nas jednak pozbawiła, nie oferując w zamian absolutnie nic. W wyniku wspomnianych już artystycznych wygibasów z rozstawieniami, strefami północnymi i południowymi, czy wreszcie mało atrakcyjnym terminarzem i zerowym zainteresowaniem mediów oraz sponsorów, na przełomie lutego i marca szesnaście zespołów co roku kisi się w niemal identycznie wyglądających grupach, a ich boiskowa rywalizacja zdecydowanie bardziej niż prestiżowe zmagania, przypomina sparingowe kopanie futbolówki we wczesnowiosennym okresie przygotowawczym. Wyjątkiem od ostatniego z wymienionych są rzecz jasna mecze z udziałem piłkarek Hammarby, ale do tego, że w Södermalm potrafiliby zrobić święto nawet z towarzyskiej gierki na kole podbiegunowym, też zdążyliśmy się już przyzwyczaić. I z mało przekonująco skrywaną dumą możemy podkreślać, że fani Bajen to na ten moment prawdopodobnie jeden z trzech – obok londyńskiego Arsenalu i Portland Thorns – najlepiej zorganizowanych ruchów kibicowskich na świecie.

Skoro jesteśmy już przy Hammarby, to klub ten pokazał w sobotę supremację nie tylko na trybunach, ale i na murawie Skytteholms IP. Po nieco nerwowym początku, trener Martin Sjögren mógł spokojnie podziwiać zaskakująco płynnie funkcjonujące nowe ustawienie mistrzyń Szwecji, wymuszone poniekąd całkowicie usprawiedliwioną absencją Simone Boye. Jonna Andersson oraz Stina Lennartsson w roli nieco bardziej klasycznych bocznych defensorek spisały się jednak równie obiecująco, co na wahadłach, a z przodu strzelanie kolejnych goli wzięły na siebie byłe podopieczne Sjögrena z reprezentacji Norwegii. Efekt? 4-0 i w zasadzie klepnięty awans do fazy finałowej, bo kataklizmu w domowej rywalizacji z Örebro zdecydowanie nie przewidujemy. O trochę większe emocje w grupie obejmującej Sztokholm i okolice mogły postarać się zawodniczki Djurgården, ale na Behrn Arenie najpierw straciły podstawową stoperkę Beatę Kollmats, potem dwa gole i tym sposobem w klasyczny dla siebie sposób wypisały się w zasadzie z gry o cokolwiek. Oprócz ubiegłorocznych triumfatorek Svenska Cupen, pewnym krokiem do półfinału zmierzają także ekipy Häcken oraz Piteå, a jedyną realną niewiadomą stanowi chyba wyłącznie obsada pierwszej lokaty w drugiej grupie południowej. Do tego zaszczytnego miana całkiem serio pretendują bowiem zawodniczki Linköping i Rosengård, których rywalizacja – zupełnie jak wiele politycznych głosowań w czasie słusznie minionej pandemii – odbędzie się jednak wyłącznie w formie korespondencyjnej. Drużyny te za tydzień zmierzą się bowiem z zupełnie innymi rywalkami, a nieco większe szanse w tym osobliwym wyścigu trzeba chyba przyznać ekipie ze stolicy Skanii, ze względu na to, iż na jej drodze staną przeciwniczki z trzeciego poziomu rozgrywkowego. W tym samym czasie piłkarki z Östergötland będą natomiast musiały zmierzyć się z nieobliczalnym Vittsjö, które dopiero co – również zgodnie z wieloletnią, niepisaną tradycją – dostało porządną lekcję futbolu od Rosengård.

Ktoś nie bez racji zauważy, że od półfinałów wszystko – łącznie z odpowiednim do rangi rozgrywek poziomem emocji – wróci do normy, ale skoro tak, to może… nie bawmy się w te fazy grupowe, tylko od razu zorganizujmy Puchar Szwecji w formule Final Four dla czterech najlepszych ekip Damallsvenskan z poprzedniego sezonu. Będzie szybciej, taniej, reklama zrobi się sama, a my będziemy mogli obwieścić urbi et orbi, że oto staliśmy się jedynym krajem, gdzie puchar stał się tak prestiżowy, że aż ekskluzywny. Co więcej, niejako w gratisie dostaniemy jeszcze dodatkowo podkręcony finisz ligi, bo przecież czwarte miejsce na koniec sezonu będzie niosło za sobą wymierne korzyści. To wszystko oczywiście daleko posunięty sarkazm, bo oczywiście taka formuła zmagań byłaby jawnym zaprzeczeniem leżącej u podstaw tych rozgrywek idei turnieju dla wszystkich. Inna sprawa, że zreformowany przed kilkoma laty Puchar także nie ma z nią zbyt wiele wspólnego, bo załóżmy na moment (kompletnie nierealistycznie, ale co tam), że oto za tydzień szwedzkie środowisko piłkarskie będzie przecierać ze zdumienia oczy, gdy IFK Göteborg zwycięży na Malmö Idrottsplats, a piłkarki z Lidköping dokonają analogicznego wyczynu w starciu z Växjö. No i właśnie… takie rozstrzygnięcie w Anglii, Niemczech i każdym innym zdroworozsądkowo myślącym kraju oznaczałoby, iż właśnie napisała się wspaniała historia, którą zawodniczki, działacze i sympatycy tego niżej notowanego klubu wspominać będą nawet za kilka(dziesiąt) lat. Tymczasem u nas jedyną nagrodą za takie osiągnięcie pozostaje własna satysfakcja, bo o żadnym awansie do kolejnej fazy kosztem krajowego potentata nie ma nawet co marzyć.

Najwyraźniej jednak w najbliższej przyszłości będziemy musieli nauczyć się funkcjonować w rzeczywistości obejmującej zupełnie nielogiczny i organizowany na opak elementarnej logice puchar, rozszerzoną do granic absurdu ligę, kadrę A bezrefleksyjnie tracącą przynajmniej sześć bezcennych miesięcy trudnego okresu przejściowego i reprezentację U-17 spadającą właśnie z hukiem z 28-zespołowej (!) dywizji A w swojej kategorii wiekowej. I całe w tym wszystkim szczęście, że przynajmniej Johanna Kaneryd została w miniony piątek jedną z bohaterek meczu na szczycie angielskiej WSL, Magdalena Eriksson i Fridolina Rolfö wróciły do gry po poważnych, zdrowotnych perypetiach, a Matilda Vinberg z Amandą Nildén brawurowo poprowadziły swój Tottenham do wygranej z Leicester. Bo takie światełka w tunelu są nam naprawdę potrzebne niczym tlen. I ani trochę nie obrazimy się, jeśli kolejne miałoby rozbłysnąć już za kilka dni na Bravida Arenie w Hisingen.

Pucharowe zmartwienia i radości

alex

Tottenham Roberta Vilahamna sprawił zdecydowanie największą pucharową niespodziankę minionego weekendu (Fot. Alex Davidson)

Dwie muchy grają sobie w piłkę nożną w filiżance i nagle jedna mówi do drugiej: Ty się nie ociągaj, bo za dwa dni gramy w pucharze. Wybaczcie ten żenujący żart na początek, ale doprawdy trudno o bardziej trafne podsumowanie zakończonego właśnie weekendu. Tak się bowiem złożyło, że w większości europejskich krajów pierwszy marcowy termin zarezerwowano właśnie dla rozgrywek pucharowych, które zresztą dostarczyły nam wielu ciekawych rozstrzygnięć. A szwedzkie piłkarki, co wcale nie było ostatnimi czasy aż tak oczywiste, miały w nich całkiem spory udział i nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że to im często przypadały w tych boiskowych spektaklach pierwszoplanowe role.

Zacznijmy jednak od wizyty na podwórku krajowym, bo po pierwsze – koszula zawsze bliższa ciału, a po drugie – inauguracji fazy grupowej Pucharu Szwecji zignorować zwyczajnie nie wypada. Tym bardziej, że terminarz od razu dostarczył nam jak na talerzu dwa starcia ze sporym potencjałem na głośny, futbolowy hit. I to nawet pomimo faktu, że pogoda u progu wiosny bynajmniej nie zachęcała ani do gry w piłkę, ani tym bardziej do bacznego obserwowania jej z perspektywy trybun. O ile jednak w sztokholmskich derbach poziom rywalizacji faktycznie nie zachwycił, a bezbramkowy remis w rywalizacji Hammarby z Djurgården nie skrzywdził żadnej ze stron, o tyle na Kopparvallen w Åtvidabergu od pierwszej do ostatniej minuty zawodniczki Linköping i Rosengård zaserwowały nam prawdziwą jazdę bez trzymanki. Trafienia Cornelii Kapocs oraz Cathinki Tandberg sprawiły, że występujące formalnie w roli gospodyń piłkarki z Östergötland w pewnym momencie prowadziły już różnicą dwóch goli, ale przyjezdne ze Skanii chyba wreszcie przypomniały sobie o własnym DNA i zupełnie jak za wcale nie tak starych, lecz z pewnością dobrych czasów, wyrwały jeden punkt w doliczonym czasie gry za sprawą Emmy Jansson. Ponadto, w Hisingen niezmiennie stabilnie: klub wygrywa (tym razem gładkie 3-0 z Växjö), a kolejne dzieciaki (tym razem Matilda Nildén) w wielkim stylu przedstawiają się publiczności na Bravida Arenie; Piteå, Kristianstad oraz Vittsjö urządzają sobie punktowane treningi strzeleckie w rywalizacji z przedstawicielkami niższych klas rozgrywkowych, a Umeå skutecznie ucisza tych, którzy po lutowych grach towarzyskich w drużynie z Brommy widzieli potencjalną rewelację nadchodzących rozgrywek ligowych.

A co słychać w wielkich, europejskich klubach? Hat-trick Stiny Blackstenius pozwolił londyńskiemu Arsenalowi dosłownie przejechać się po Aston Villi w półfinale Pucharu Ligi. Jest to rezultat o tyle istotny, że te w teorii zdecydowanie najmniej prestiżowe rozgrywki mogą okazać się dla stołecznych Kanonierek jedyną w trwającym właśnie sezonie szansą na włożenie do klubowej gabloty jakiegokolwiek trofeum. O końcowy triumf będzie im jednak o tyle trudno, że w decydującym boju ich umiejętności sprawdzi Chelsea, która wczoraj – przy czynnym udziale szwedzkiego tercetu z The Blues (Nathalie Björn przedwcześnie opuściła plac gry z powodu kontuzji) – skromnie pokonała Everton w ćwierćfinale FA Cup. Tym samym Emma Hayes wciąż może pożegnać się z Wyspami Brytyjskimi poczwórną koroną i w rezultacie stać się zapewne wieczną legendą klubu z Kingsmeadow. W fazie półfinałowej Pucharu Anglii Londyn ma jednak aż dwóch reprezentantów, a to wszystko za sprawą zamieszania, jakie w rywalizacji z faworyzowanym Manchesterem City stało się udziałem prowadzonego przez Roberta Vilahamna Tottenhamu. Ponad dwugodzinna batalia na Brisbane Road zakończyła się ostatecznie pasjonującym konkursem jedenastek, w którym swoje próby bez najmniejszych problemów wykorzystały Amanda Nildén oraz Filippa Angeldal. Z tej dwójki, po końcowym gwizdku sędzi Kirsty Dowle, powody do radości miała jednak tylko wypożyczona z Juventusu defensorka, bo to właśnie jej zespół (w jego kadrze znajduje się również Matilda Vinberg) cały czas pozostaje w grze o tytuł. Historyczną promocję do najlepszej czwórki wywalczyły ponadto Lisice z Leicester, a w wyjazdowym zwycięstwie nad Liverpoolem (2-0) udział miała między innymi dwudziestoletnia Emilia Pelgander. Na ćwierćfinale swoją przygodę z FA Cup zakończył za to Brighton & Hove Albion Julli Zigiotii i Emmy Kullberg, niezwykle boleśnie (0-4) wypunktowany w sobotnie popołudnie przez najwyraźniej rozkręcający się z biegiem rundy rewanżowej Manchesterem United.

Zwalniać tempa ani trochę nie zamierza za to Madelen Janogy, która w sposób szczególny upodobała sobie chyba gnębienie rywalek z Turynu. Przed kilkoma tygodniami była snajperka Piteå i Hammarby dwukrotnie trafiała do siatki na Campo La Marmora w spotkaniu ligowym, a teraz dosłownie skopiowała ów wyczyn w półfinale Coppa Italia. To wszystko sprawiło, że Fiorentina stosunkowo pewnie (3-1) pokonała na wyjeździe mocno faworyzowany przez bukmacherów Juventus, meldując się tym samym w wielkim finale rozgrywek. A w nim, co z kolei zaskoczeniem ani trochę już nie jest, znalazło się także miejsce dla AS Romy. Aktualne mistrzynie Włoch kolejny raz w tym sezonie zabawiły się (5-2) z coraz bardziej dołującym Milanem, a malutkim pocieszeniem dla szwedzkich fanów ekipy z Mediolanu może być fakt, iż jedno z honorowych trafień dla gościń było dziełem Evelyn Ijeh, która w ten sposób oficjalnie rozpoczęła swoje strzelanie na Półwyspie Apenińskim. Ćwierćfinał Pucharu Danii z Koldingiem na swoją korzyść (2-0) rozstrzygnęły piłkarki Brøndby, w składzie których na boku defensywy oglądaliśmy w wyjściowej jedenastce Johannę Alm. Zdecydowanie mniej przyjemnie tę fazę zmagań wspominać będzie natomiast Hannah Kohl, bo nie dość, że rywalizację z Århusem 27-letnia golkiperka obserwowała jedynie z perspektywy ławki rezerwowych, to jeszcze jej Fortuna Hjørring przegrała po wyrównującym boju 0-1. Szwedzkich akcentów jako takich zabrakło w obu półfinałach Coupe de France, ale kibice z Hisingen z zainteresowaniem mogli obejrzeć paryskie derby, w których to ćwierćfinałowe przeciwniczki BK Häcken w tegorocznej edycji Lidze Mistrzyń (Paris SG) okazały się lepsze od ich niedawnych grupowych rywalek (Paris FC), choć do wyłonienia ostatecznych zwyciężczyń także tu konieczne były rzuty karne. Inna sprawa, że jedną z bohaterek PSG raz jeszcze została Tabitha Chawinga, bo bez wkładu własnego ze strony snajperki z Malawi, pucharowa przygoda tego zdecydowanie najbardziej zasłużonego, paryskiego klubu niechybnie dobiegłaby wczoraj końca.