Co by tu jeszcze spieprzyć, LFC?

lucie roubickova

Grająca w osłabieniu praska Sparta metodycznie wypunktowała bezproduktywny i bezbarwny Linköping (Fot. Lucie Roubickova)

Nie pomógł atut własnego boiska, nie pomogła gra w przewadze przed ponad dziewięćdziesiąt minut, nie pomogła wreszcie całkiem pokaźna liczba oddanych strzałów w kierunku bramki Somei Polozen – piłkarki z Linköping podtrzymały najnowszą, szwedzką tradycję i już na pierwszej przeszkodzie zakończyły swój marsz ku fazie grupowej Ligi Mistrzyń. Fanów LFC w sposób szczególny niepokoić może jednak nie sama porażka z wicemistrzyniami Czech, lecz fakt, iż pod przywództwem hiszpańskiego szkoleniowca Rafaela Roldana drużyna będąca w poprzedniej kampanii prawdziwą rewelacją Damallsvenskan, od kilku miesięcy funkcjonuje bez jakiegokolwiek pomysłu czy planu naprawczego. Choć po wznowieniu ligowych zmagań Linköping mierzył się głównie z rywalkami zamieszanymi w walkę o utrzymanie na pierwszym poziomie rozgrywkowym, nie potrafił rozstrzygnąć na swoją korzyść żadnego z tych meczów. Jasne, przewaga nad strefą spadkową wciąż jest względnie bezpieczna, a w końcu nawet z czystego przypadku długo wyczekiwane przełamanie nadejdzie, ale przez lata w Östergötland zdążyli się jednak przyzwyczaić do nieco innych standardów. Te ostatnie musiały jednak ustąpić miejsca radosnej prowizorce i tylko szkoda, że tak naprawdę na koniec dnia absolutnie nikomu nie jest do śmiechu.

Toczony we wrześniowym upale mecz przeciwko ekipie z Pragi z perspektywy trybun postanowiło obejrzeć zaledwie pół tysiąca fanów, co już samo w sobie obrazuje skalę zniechęcenia futbolem w obozie LFC. Pierwsze minuty boiskowej młócki potwierdzały zresztą, że odpuszczenie tego widowiska wcale nie było aż tak niedorzeczną decyzją, gdyż grająca wolno i schematycznie Sparta szybko przejęła kontrolę nad meczem, a ofensywne wypady Michaeli Khyrovej oraz Nathalie Beckman skutecznie wiązały defensywę Linköping, zmuszając ją do poruszania się przede wszystkim w najbliższym sąsiedztwie własnej szesnastki. Nie przynosiło to wprawdzie ani goli, ani nawet klarownych sytuacji, ale nikt z postronnych obserwatorów nie mógł mieć wątpliwości, że to gościnie z Czech prezentują zdecydowanie wyższą kulturę gry i to za ich przyczyną na murawie w ogóle działo się cokolwiek. Wtedy nadeszła jednak 32. minuta i jak w kalifornijskich serialach okazała się ona chwilą, która odwróciła bieg wydarzeń. Jedno kilkudziesięciometrowe, prostopadłe podanie Nellie Karlsson, jeden błysk jakości Eshley Bakker i stoperka Sparty Eliska Sonntagova musiała ratować się faulem taktycznym, za który jak najbardziej słusznie przyszło jej obejrzeć czerwoną kartkę. Wprawdzie Vilma Koivisto koncertowo zmarnowała wyborną okazję, jaką niewątpliwie stanowił bity na wprost bramki Polozen rzut wolny z dwudziestego metra, ale dla wszystkich stało się jasne, że oto od teraz zawodniczkom z Linköping powinno grać się łatwiej. Przewidywania te okazały się zresztą jak najbardziej zasadne, a gdy tuż po wznowieniu gry mająca wreszcie nieco więcej przestrzeni na swoim lewym wahadle Angela Beard wyprowadziła swój zespół na prowadzenie, mogliśmy oczekiwać, że tę zaliczkę uda się przynajmniej obronić. Jak się jednak miało już niebawem okazać, nawet tak niewygórowane oczekiwania znacząco rozminęły się z bezwzględną rzeczywistością.

W tym wszystkim trzeba oczywiście podkreślić, że Linköping zdecydowanie mógł, a być może nawet powinien zamknąć to spotkanie w regulaminowych dziewięćdziesięciu minutach. Sytuacje ku temu jak najbardziej były, bo na przykład Aimee Claypole jeszcze przy stanie 1-0 obiła obramowanie bramki Sparty, zaś niezwykle aktywnej po wejściu z ławki Delaney Baie Pridham na przeszkodzie stanęła zbyt pochopnie podniesiona przez białoruską sędzię liniową chorągiewka. Niech każdy z nas zgodnie z własnym sumieniem i światopoglądem odpowie sobie jednak na pytanie, czy okoliczności te rzeczywiście mogą stanowić faktyczne usprawiedliwienie wypuszczenia z rąk meczu, którego wypuścić poważna drużyna żadnym sposobem nie powinna. Bo nawet jeśli założymy, iż gol wyrównujący był sumą przypadku, umiejętnego dokręcenia piłki przez Michaelę Khyrovą oraz fatalnego zachowania duetu Nellie Karlsson – Cajsa Andersson, to cały czas po stronie LFC było wystarczająco wiele aktywów, aby to przedstawicielki Damallsvenskan spokojnie zameldowały się w drugiej rundzie eliminacji. Tyle teorii, gdyż w praktyce to cierpliwie czekające na swoją okazję gościnie z czeskiej stolicy ponownie okazały się w swoich działaniach zdecydowanie bardziej konkretne. Najlepsza na placu gry Khyrova znów urwała się defensorkom z Östergötland, przekazanie krycia okazało się całkowitym fiaskiem, ratująca sytuacją Karlsson nie zdołała uprzedzić nabiegającej z głębi pola Kateriny Kotrcovej i to grająca ewidentnie na własnych zasadach Sparta znalazła się na prowadzeniu. Gospodynie próbowały jeszcze rozpaczliwie odwracać wynik, ale w konsekwencji nadziały się jedynie na kontrę, której efektem były kolejno sytuacyjny faul Noor Eckhoff oraz pewnie wykonany przez Evę Bartonovą rzut karny. Nagrodę w postaci meczu o punkty z francuskim Paris FC jak najbardziej sprawiedliwie wywalczyły sobie zatem wicemistrzynie Czech, a w Linköping po jednodniowej, europejskiej przygodzie znów mogą skupić się na lidze. I lepiej niech faktycznie to zrobią, bo choć zaliczka nad Örebro i AIK wydaje się względnie bezpieczna, to jak dobrze wiemy w życiu pewne są tylko śmierć, podatki i główki Lindsey Horan. A LFC w wydaniu sympatycznego, hiszpańskiego szkoleniowca wiele razy udowadniał nam, że nie istnieje taka robota, której ten zespół nie będzie potrafił efektownie spieprzyć.

lfcspa

Islandzkie strzelanie w Kristianstad

Bez tytułu

Hlin Eiriksdottir, czyli bohaterka jednoznacznie pozytywna (Fot. kdff.nu)

Tempa nie zwalnia lider z Malmö, przynajmniej jeśli chodzi o ilość strzelanych goli. Choć paradoksalnie, na boisku w Solnej zawodniczki trzynastokrotnych mistrzyń Szwecji wcale nie rozegrały wielkiego meczu, oczywiście mając na uwadze ich tegoroczne standardy. Cóż jednak z tego, skoro i tak całą zabawę bez większego wysiłku udało im się zamknąć jeszcze w pierwszej połowie, kiedy to zamieniły na gola dosłownie każdą z wykreowanych sobie okazji bramkowych. Klasą dla siebie raz jeszcze była w drugiej linii Momoko Tanikawa, lecz fanów Rosengård szczególnie ucieszył fakt, iż z cienia młodszej o cztery lata rodaczki wyszła tym razem Mai Kadowaki. Niezmordowana i harująca zawsze dla dobra drużyny napastniczka tym razem wyjątkowo zajęła na boiskowej scenie zdecydowanie bardziej eksponowane miejsce i to jej gwiazda wreszcie rozbłysła w sobotnie popołudnie pełnią blasku. Swój dzienny, strzelecki limit po cichu wypełniła także Rebecca Knaak, która niczym swego czasu Nilla Fischer udowadnia, że obdarzona odpowiednimi warunkami fizycznymi stoperka również może być całkiem poważną kandydatką w wyścigu o snajperską koronę. O ile na stadionie AIK mieliśmy dzień japoński, o tyle w Kristianstad po obu stronach do siatki trafiały wyłącznie Islandki. A ponieważ z największą częstotliwością robiła to Hlin Eiriksdottir, to gospodynie za czwartym podejściem wreszcie wygrały domowy mecz w rundzie rewanżowej. Fenomenalna postawa 23-latki z Reykjaviku przypomniała nam dlaczego w przedsezonowych przewidywaniach jej nazwisko przewijało się nawet w rozważaniach dotyczących ewentualnego tytułu najbardziej wartościowej zawodniczki całej ligi, gdyż tak dysponowana Eiriksdottir to prawdziwy ticket-seller. Fani w Kristianstad ekscytować mogą się także obecnością w kadrze ich ukochanej drużyny dziewiętnastoletniej Katli Tryggvadottir i jeśli tylko – podobnie zresztą jak miało to miejsce wiosną – przebudowana nieco ofensywa KDFF złapie właściwy rytm, to starcia z ekipą trenera Angergårda stanowić będą nie lada wyzwanie nawet dla zespołów z ligowej czołówki.

Nawet jednego gola nie obejrzeli w ten weekend kibice na stadionach w Linköping oraz Luleå, gdzie z gościnnymi występami zawitały piłkarki Piteå oraz Häcken. W obu tych potyczkach statystyki posiadania futbolówki, czy liczby wymienionych podań sugerowałyby dominację papierowych faworytek, lecz nie od dziś wiadomo, że w naszej dyscyplinie cyferki nie zawsze wiernie oddadzą nam obraz boiskowej rywalizacji. Jasne, zarówno Häcken, jak i Linköping, miały na przestrzeni dziewięćdziesięciu minut swoje lepsze momenty, ale na obu arenach zdecydowanie najbardziej klarowną okazję bramkową wykreowały sobie ich rywalki. I tak: Cajsa Andersson z ogromnym trudem sparowała na słupek piłkę uderzoną z dystansu przez Alice Ahlberg, zaś Jennifer Falk mogła tylko bezradnie obserwować, jak Josefin Johansson posyła smakowite ciasteczko w kierunku Tuvy Skoog, a ta jednym zwodem uwalnia się spod krycia, a chwilę później oddaje strzał mogący zapewnić ekipie z Norrbotten komplet punktów. Do pełni szczęścia podopiecznej trenera Carlssona zabrakło ostatecznie kilkunastu centymetrów. Zdecydowanie lepiej swój celownik nastawiła za to Sara Kanutte, a przydało się to o tyle, że Norrköping nieoczekiwanie długo męczył się na terenie czerwonej latarni z Trelleborga. Dublet wypożyczonej ze stołecznego Hammarby napastniczki (asysty odpowiednio Rombing i Handfast) ostatecznie pozwolił sięgnąć piłkarkom IFK po okupione trudem i znojem zwycięstwo, choć jeszcze w doliczonym czasie gry ambitny beniaminek mógł – a nawet powinien – za sprawą Hanny Persson wyrównać stan rywalizacji.

Sporym rozczarowaniem okazały się natomiast oba mecze poniedziałkowe. Derby Sztokholmu jeszcze przed pierwszym gwizdkiem hajpowaliśmy do granic możliwości, a tymczasem Djurgården na pierwszą połowę w ogóle nie dotarł, Cathinka Tandberg w niespełna 180 sekund strzeliła dwa niemal identyczne gole i w zasadzie można było rozchodzić się do domów zanim na dobre zdążyliśmy się rozgrzać. Bezskutecznie poszukujący utraconej, wiosennej formy swoich podopiecznych trener Fernendez spróbował jeszcze desperackiego przejścia na ustawienie z dwoma nominalnymi napastniczkami, ale zarówno Pauline Hammarlund, jak i Mimmi Larsson były jedynie mało wyrazistym tłem na tle niepodzielnie panujących na murawie gościń z Södermalm. Po przerwie obraz meczu wyglądał z perspektywy miejscowych nieco mniej dramatycznie, lecz poskutkowało to jedynie uniknięciem kolejnych strat, bo o jakimkolwiek zaczepieniu się do meczu ani przez moment mowy być nie mogło. Wyjątkowych emocji oraz wzruszeń nie doczekali się także sympatycy futbolu w Växjö, choć w samej końcówce gospodynie sprawiały wrażenie bardziej zdeterminowanych do walki o pełną pulę. Ta nieco odważniejsza taktyka mogła się zresztą niezwykle szybko zemścić, ale sytuacyjny strzał rezerwowej Vittsjö Hanny Ekengren instynktownie sparowała Maja Bay, a zamykająca akcję na dalszym słupku Jaida Nyby zwyczajnie nie zdążyła z dobitką i faktem stał się jeszcze jeden w bezpośredniej rywalizacji tych ekip bezbramkowy remis.


Komplet wyników:


Klasyfikacje indywidualne:


Klasyfikacje drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2


#pokolejce

awds17

Drużyna miesiąca – sierpień

Podstawowa jedenastka

august

Między słupkami stawiamy na solidność i powtarzalność Anny Koivunen, bo choć jej najgroźniejsze konkurentki w osobach Jennifer Falk oraz Earthy Cumings ani trochę nie spuściły z tonu, to jednak 22-tatka z Finlandii swoimi nieszablonowymi interwencjami uratowała Brommie status drużyny w sierpniu niepokonanej. A patrząc zarówno na terminarz, jak i na przebieg poszczególnych spotkań, nie było to bynajmniej aż takie oczywiste. Jeśli jednak potrafisz w niezwykle efektowny sposób zażegnać niebezpieczeństwu w przegranych wydawałoby się sytuacjach, to indywidualne wyróżnienie ani trochę nie może dziwić. Co więcej, systematycznie zwyżkująca od pewnego czasu dyspozycja młodej golkiperki sugeruje, że mówimy tu dopiero o początku czegoś naprawdę spektakularnego.

Rebecca Knaak do regularnej gry wróciła późną wiosną, ale długa rekonwalescencja ani trochę nie wyhamowała kariery legendy Freiburga. Niemiecka defensorka Rosengård wskoczyła wręcz na poziom, którego nie reprezentowała nigdy wcześniej i jakkolwiek zaskakująco to nie zabrzmi – to właśnie ona jest jedną z zawodniczek w pierwszej kolejności prowadzących ekipę z Malmö do czternastego tytułu. I nie mamy tu na myśli wyłącznie walorów defensywnych, gdyż konkretne liczby z przodu jak wpadały, tak wpadają dalej. Całkiem niezły miesiąc ma za sobą także etatowa kadrowiczka Jonna Andersson, która w pierwszej fazie rozgrywek rozkręcała się nadzwyczaj powoli, ale gdy już osiągnęła wysokość przelotową, to Hammarby z miejsca stało się synonimem dynamicznych i trudnych do zatrzymania wahadeł. Zarówno w derbach Östergötland, jak i podczas nadspodziewanie trudnej przeprawy w Trelleborgu, klasą dla siebie okazała się Elin Rombing, niejako potwierdzając niedawno wygłoszoną przez nas tezę o systematycznym progresie wykonanym przez tę zawodniczkę od czasu przyjazdu do Norrköping. Formację obronną uzupełnia Selina Henriksson, czyli jeden z filarów niezwykle trudnej do sforsowania defensywy z Norrbotten. Nominalnie prawą wahadłową ustawiamy niejako z konieczności nieco bliżej sektora centralnego, lecz skoro mamy do czynienia z zawodniczką wyjątkowo wszechstronną, to ów fakt nie powinien stanowić przeszkody w uwolnieniu pełni potencjału 26-latki z Piteå.

W środku pola duet trochę nieoczywisty, choć akurat Emilie Joramo już wczesną wiosną pokazała, że na poziomie Damallsvenskan może okazać się nadzwyczaj klasowym wzmocnieniem. Później u pochodzącej z miejscowości Rennebu piłkarki mogliśmy obserwować serię wzlotów i upadków, ale początek ligowej jesieni zwiastuje chyba nadejście zdecydowanie lepszych czasów. Obok niej przeżywająca w tej chwili swój absolutnie gwiezdny czas Ida Bengtsson, która w potyczkach przeciwko Djurgården ora Örebro zagrała w drugiej linii taką profesurę, że pozostaje jedynie poklaskać i zacmokać z podziwem. Tego typu reakcje stały się już standardem w przypadku Japonki Momoko Tanikawy, która po drobnym urazie oraz olimpijskich wojażach powróciła do ligowego grania i z miejsca na powrót stała się motorem napędowym Rosengård, prowadząc zespół trenera Kjetselberga do bezcennych zwycięstw przeciwko Häcken oraz AIK.

Skrzydła to zazwyczaj strefa przeznaczona dla zawodniczek kreatywnych i zarówno Vesna Milivojevic, jak i Julie Blakstad warunek ten spełniają z nawiązką. Urodzona w Australii reprezentantka Serbii na dobre udowodniła, że dopięty trochę na ostatnią chwilę zimowy transfer okazał się jedną z najlepszych decyzji, jaką kiedykolwiek podjęto w gabinetach klubu z Norrköping. A pamiętajmy, że akurat IFK za ruchy pozaboiskowe zazwyczaj chwalimy, więc takie słowa naprawdę mają w tym przypadku wyjątkową moc. Swój całkiem godny skądinąd kontrakt na dobre spłacać zaczęła także sprowadzona do Hammarby z Manchesteru City Norweżka, imponując przede wszystkim dyspozycją w zwycięskim dla obrończyń tytułu domowym starciu z Linköping, bo jej wyjątkowy, strzelecki popis na Vångavallen klasyfikujemy bardziej jako wypełnienie (całkiem zresztą solidne) spoczywającego na potencjalnych liderkach obowiązku. Jedenastkę zamyka nam Mai Kadowaki, czyli zawodniczka sama dla siebie będąca najbardziej surową recenzentką. Całkiem niedawno filigranowa, 23-letnia snajperka złożyła bowiem zaskakującą samokrytykę, co zresztą spotkało się ze sporym zaskoczeniem zarówno kibiców, jak i trenera Kjetselberga. W sierpniu Kadowaki na dobre wyszła jednak z cienia Olivii Holdt oraz swojej rodaczki Tanikawy i gorąco wierzymy, iż tym razem jej znajdująca odbicie nie tylko w suchych liczbach dyspozycja wystarczy, aby i sama zainteresowana wystawiła sobie nieco bardziej entuzjastyczną recenzję.


Ławka rezerwowych

august_res

Bramka: Jennifer Falk (Häcken)

Obrona: Maya Antoine (Norrköping), Gudrun Arnardottir (Rosengård), Smilla Holmberg (Hammarby), Shannon Woeller (Vittsjö)

Pomoc: Minnea Lassas (Örebro), Therese Åsland (Djurgården)

Atak: Tuva Ölvestad (Bromma)