Rosengård na tronie, a Linköping tonie

momoko

Blisko, blisko, coraz bliżej! Momoko Tanikawa nie przestaje strzelać, a jej Rosengård – wygrywać (Fot. Christian Örnberg)

Czy wspominaliśmy już coś o tym, jak skrajnie daremny i podążający donikąd jest tegoroczny projekt pod nazwą Linköping? No tak, mniej więcej jakieś kilkanaście razy. Cóż jednak poradzimy na to, że prowadzony ręką hiszpańskiego entrenadora Rafaela Roldana zespół z każdym kolejnym tygodniem udowadnia nam, że nie istnieje takie dno, którego LFC nie potrafiłby skutecznie przebić. Tym razem kompletnym fiaskiem zakończyła się dla trzykrotnych mistrzyń Szwecji wizyta u beniaminka z Solnej, który zresztą tej jesieni także bynajmniej swoją aktualną formą nie imponował. Na tle tak dramatycznie słabego rywala (uwaga ta nie tyczy się wyłącznie Lisy Björk, Eshly Bakker oraz Marii Olafsdottir) nawet tak bezbarwny AIK prezentował się jednak nadzwyczaj solidnie i niech nie zmylą was suche liczby, bo zwycięstwo gospodyń w tej potyczce powinno być zdecydowanie bardziej okazałe. Sama tylko Beata Olsson mogła spokojnie zamknąć dzień przynajmniej z hat-trickiem na koncie, a przybyli na północne obrzeża stolicy fani z Östergötland z mieszającym się z ewidentnym zaskoczeniem delikatnym poczuciem żenady bezradnie przyglądali się, jak w środku pola reprezentująca do niedawna barwy Jitexu Ella Reidy raz po raz chowała swoimi zagraniami do kieszeni całą drugą linię LFC.

Na przeciwnym biegunie mamy natomiast Kristianstad, który podobnie jak wiosną tak bardzo rozpędził się po ligowym falstarcie, że obecnie sprawia wrażenie drużyny nie do zatrzymania. W drugim kolejnym meczu na listę strzelczyń wpisała się Clare Polkinghorne, skutecznymi odbiorami i mierzonymi na centymetry długimi podaniami popisywała się Emma Petrovic, w okolicach koła środkowego rytm gry wyznaczał duet Nilsson – Wickenheiser, zaś Hlin Eiriksdottir rozwiała resztki wątpliwości co do tego, w czyje ręce powinna trafić statuetka dla najlepszej na boiskach Damallsvenskan zawodniczki września. I tylko szkoda, że z tak jasno świecącego obecnie islandzkiego tercetu w nadchodzących derbach przeciwko FC Rosengård w akcji zobaczymy prawdopodobnie jedynie Gudny Arnadottir, bo grający na galowo Kristianstad z pewnością posiadałby wszystkie niezbędne atuty, aby realnie przeciwstawić się niekwestionowanym liderkom tegorocznej kampanii. Skoro jesteśmy już przy szczelnej defensywie, to taką ostatnimi czasy niewątpliwie dysponują również w Vittsjö, a niezwykle doświadczony nie tylko metrykalnie kwartet Klinga – Lynn – Woeller – Tunturi jak najbardziej zasłużenie zbierają za swoje ligowe występy kolejne pochwały. Postawa ta w miniony weekend wystarczyła do tego, aby z niełatwego terenu w Norrköping przywieźć jeden punkt, który to goniącym wynik gospodyniom zapewniła tym razem fińska skrzydłowa Dana Leskinen, dla której z kolei było to premierowe trafienie na boiskach Damallsvenskan. Swoje strzeleckie podboje po głośnym powrocie do szwedzkiej ekstraklasy kontynuuje za to Mimmi Larsson, a jej dublet pozwolił powoli rozpędzającemu się po letniej zapaści Djurgården wywieźć oczekiwane, lecz jak się okazało wcale nie tak bardzo oczywiste zwycięstwo z portowego miasteczka Trelleborg.

W poniedziałkowy wieczór mogliśmy już nawet oficjalnie koronować nowe mistrzynie Szwecji, ale taki scenariusz wymagał rozstrzygnięć w wielu punktach kwalifikujących się do kategorii soccer fiction. Historycznej, wrześniowej celebracji ostatecznie więc się nie doczekaliśmy, choć nie ma jakiegokolwiek sensu ukrywać, że kwestią dni (mówiąc bardziej konkretnie: czterech) pozostaje ogłoszenie, że oto tytuł nieformalnej, piłkarskiej stolicy Szwecji po roku przerwy wraca do Malmö. Pewnie podążające w kierunku odzyskania tytułu podopieczne trenera Kjetselberga w ramach 21. serii spotkań wybrały się na LF Arenę do Piteå, gdzie – co jest statystyką cokolwiek zaskakującą – poniosły aż trzy porażki z rzędu. W sezonie 2024 barwy klubu ze stolicy Skanii reprezentuje jednak Momoko Tanikawa, a to – jak się okazuje – nie pierwszy raz miało z perspektywy FCR niebagatelne znaczenie. W 29. minucie to właśnie młoda reprezentantka Japonii skutecznie zamieniła na gola asystę Olivii Schough spod linii końcowej i choć w samej końcówce stosunkowo apatyczne we wcześniejszej fazie meczu gospodynie rzuciły się do odrabiania strat, to perfekcyjnego rekordu Rosengård w tegorocznej kampanii nie udało się im popsuć. Bez większych turbulencji po trzy punkty dopisały sobie w tabeli także Hammarby oraz Häcken, deklasując na własnym terenie rywalki z odpowiednio Örebro i Växjö. W Hisingen najgłośniej fetowano dziesiąte w obecnych rozgrywkach trafienie autorstwa największej nadziej Os z Västergötland Felicii Schröder, zaś w Södermalm klasą dla siebie była przede wszystkim Smilla Vallotto, która najwyraźniej przypomniała sobie niedawne, wczesnowiosenne czasy, kiedy to Szwajcarka o norweskich korzeniach była jedną z największych sensacji na szwedzkich boiskach.


Komplet wyników:


Klasyfikacje indywidualne:


Klasyfikacje drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2


#pokolejce

awds21

Otwieramy ostatnią ćwiartkę

erik_bjernulf

Gdyby nie świetna postawa Anny Koivunen, drużyna z Brommy byłaby zdecydowanie bardziej zaangażowana w walkę o utrzymanie w Damallsvenskan (Fot. Erik Bjernulf)

Gdyby sezon Damallsvenkan lub Elitettan podzielić na cztery nieformalne fazy, to właśnie w ten weekend rozpoczynalibyśmy ostatnią, decydującą ćwiartkę. Choć piłkarki naszych klubów tym razem wyjątkowo sumiennie postarały się o to, aby wiele rozstrzygnięć zapadło zdecydowanie wcześniej niż intuicyjnie podpowiadałby nam to terminarz. I tak bezpiecznie dryfujący w kierunku rekordowego, czternastego mistrzostwa Rosengård ściga się już wyłącznie z historią, w Trelleborgu pilnie studiują mapę drugiego poziomu rozgrywkowego, a w błękitnej części Malmö oraz w Alingsås na dobre odpalili już misję Damallsvenskan, w której to oba te kluby planują być czymś więcej niż jedynie ciekawostką. Co więcej, obsadzone mamy już również dwa pozostałe miejsca na ligowym podium i nawet wyścig o miano szwedzkiego best of the rest (najlepszej ekipy za plecami eksportowej ‘wielkiej trójki’) zawodniczki z Kristianstad zakończyły zanim na dobre zaczęło robić się w nim ciekawie. Jedyną realną niewiadomą pozostaje w zasadzie kwestia obsady drugiego miejsca spadkowego, choć i ona rozstrzyga się li i wyłącznie w obrębie duetu AIK – Örebro, bo szanse na prześcignięcie Brommy, Växjö, czy Vittsjö wydają się w przypadku tego tandemu przede wszystkim matematyczne. A skoro tak, to nawet zwycięzca tej wewnętrznej rywalizacji nie będzie jeszcze mógł w pełni odetchnąć, bo w ewentualnych barażach już czeka Umeå, której z kolei specjalnie nie grozi ani doścignięcie kogoś z dwójki Alingsås – Malmö, ani tym bardziej utrata trzeciej lokaty w Elitettan na rzecz przedstawiciela wyjątkowo tej jesieni niemrawej grupy pościgowej.

Ten cały wstęp jest oczywiście w pewnym stopniu hiperbolą, bo gdzieś w środku mamy mimo wszystko nadzieję, że futbol raz jeszcze pokaże nam swoje nieprzewidywalne oblicze i cały ten akapit będziemy mogli wyrzucić na śmietnik złożony z nietrafionych prognoz i symulacji. Warto jednak mieć na uwadze fakt, że nawet jeśli w październiku i listopadzie nie dojdzie do kolosalnego przewrotu, to pojedyncze mecze i tak zagwarantują nam zalecaną o tej porze roku dawkę sportowych emocji. Ot, chociażby potyczka Norrköping z Vittsjö na ekranie może nie przyciąga, ale jeśli już zdecydujemy się poświęcić jej więcej uwagi, to decyzja ta może okazać się jedną z najlepszych, jakie w ostatnim czasie podjęliśmy. Oba zespoły osłabione, oba mierzące się z realnymi problemami, oba wierne swoim filozofiom – tak bardzo różnym, a jednak mającym swój wytyczony cel mniej więcej w tym samym punkcie. Potyczka Kristianstad z Brommą to z kolei konfrontacja jednej z największych ofensywnych gwiazd ligi (Hln Eiriksdottir) z jedną z jej czołowych golkiperek (Anną Koivunen), a przy okazji możliwość obserwowania postępów, jakie na naszych oczach czyni jedna z rewelacji ostatnich tygodni w krajowym futbolu Tuva Ölvestad. W Trelleborgu gospodynie podejmą kolejną próbę wygrania pierwszego w swojej historii meczu na poziomie Damallsvenskan, a zadanie to postarają się im utrudnić między innymi mające za sobą naprawdę udany wrzesień Tove Almqvist i Therese Åsland. Ciekawie może być wreszcie na LF Arenie w Piteå, bo choć drużyna trenera Carlssona w tym sezonie zdecydowanie częściej swoją grą usypia niż rozbudza, to przyjazd do Norrbotten liderek z Rosengård sam w sobie jest gwarancją spektakularnego widowiska, a kolejny rozdział epickiej batalii Północy z Południem wcale nie musi okazać się mniej spektakularny niż ten poprzedni, którego to chyba nikomu nie trzeba specjalnie przypominać.

Na koniec zostawiliśmy sobie mecze z udziałem ekip na tę chwilę bezpośrednio zamieszanych w walkę o wicemistrzostwo lub utrzymanie. Losy obu tych wyścigów odmienić może wynik rywalizacji na Kanalplan, gdzie ustępujące mistrzynie z Hammarby podejmą wyraźnie podbudowane zwycięstwami nad Linköping i Piteå zawodniczki z Örebro. Strzelecka dyspozycja Tandberg, Wangerheim oraz Blakstad, niesamowita siła wahadeł (Holmberg – Andersson), kreatywny duet w środku pola (Joramo – Miyagawa) i wreszcie solidne zabezpieczenie tyłów w osobie Anny Tamminen to atuty każące spoglądać na Bajen jako niemal stuprocentowe faworytki do zwycięstwa, jednak nie zapominajmy, że wiosną na Behrn Arenie rozstrzygnięcie potyczki między tymi zespołami nastąpiło dopiero w 95. minucie. Zdecydowanie pewniej z Växjö z reguły radziły sobie za to piłkarki Häcken i nawet mając na względzie ich wyjątkowo napięty terminarz, w poniedziałek raczej nie spodziewalibyśmy się znaczącego odstępstwa od tej reguły. Więcej znaków zapytania niż wykrzykników stawiamy natomiast przy okazji rywalizacji na Skytteholms IP. Z jednej strony mamy bowiem bardzo potrzebujący punktów AIK, w którym wreszcie cokolwiek zaczęło trybić, a druga połowa derbów z Brommą dała w końcu nadzieję na lepsze jutro, z drugiej zaś zawodzący na wszystkich możliwych poziomach Linköping, gdzie licznie sprowadzone do klubu w letnim okienku transferowym piłkarki (Bakker, Doran, Claypole, Olafsdottir) zdają się zgłaszać pierwsze symptomy przebudzenia z niepokojąco przedłużającej się drzemki. Do ostatecznego rozprawienia się z kryzysem w obu obozach droga oczywiście wciąż niezwykle daleka, ale jednak dobra, boiskowa postawa w połączeniu z korzystnym wynikiem w dzisiejszym starciu, niewątpliwie mogłaby stanowić dla obu zainteresowanych całkiem przyzwoity punkt wyjścia. A skoro tak, to jak najbardziej jest o co grać i z tą pozytywną konkluzją zostawiamy wszystkich czytelników, życząc przy okazji jeszcze jednego miło spędzonego ze szwedzką piłką klubową długiego weekendu…

omg21

Jest znakomicie – Bajen w elicie!

99b944295c82119fa37958bb84465cdacad74f13-5919x3946

Gol Cathinki Tandberg na stadionie w Seixal, czyli moment, który na zawsze zapisał się w historii klubu z Södermalm (Fot. Bildbyrån)

Była dziewiąta minuta meczu w Seixal, gdy Cathinka Tandberg po raz pierwszy skierowała piłkę do siatki mistrzyń Portugalii, wykorzystując niemal perfekcyjną centrę Jonny Andersson z lewego skrzydła. Niemal, ponieważ bezwzględnie podniesiona ku górze chorągiewka sędzi liniowej sprawiła, iż radość piłkarek Hammarby z wyrównania stanu dwumeczu okazała się cokolwiek przedwczesna. W tamtej chwili nie mieliśmy jeszcze pojęcia, że ten sympatyczny, wrześniowy wieczór koniec końców i tak okaże się niezapomnianą datą w życiorysie każdego fana futbolu z zielono-białej części Sztokholmu, a klub, który zaledwie kilka lat temu w iście kuriozalnych okolicznościach przegrał z Uppsalą wyścig o powrót do Damallsvenskan, dumnie zamelduje się w stawce szesnastu najlepszych drużyn na kontynencie. Co więcej, dokona tego w stylu, który bez zbędnego podkręcania nadawałby się na fabułę kalifornijskiej superprodukcji mówiącej o tym, że nigdy i pod żadnym pozorem nie powinniśmy rezygnować z marzeń.

A skoro miało być filmowo, to – jakże by inaczej – gola na wagę awansu strzeliła dokładnie ta sama zawodniczka, której nieco ponad godzinę wcześniej podobną radość przerwał wspomniany na wstępie gwizdek. Dramaturgię chwili wzmacniał dodatkowo fakt, iż całe to zamieszanie miało miejsce w piątej z doliczonych do drugiej połowy minut, tuż po tym, jak murawę z powodu kontuzji opuścić musiała Eva Nyström. Mająca swój niebagatelny udział przy trafieniu na 1-0 fińska stoperka zastąpiona została przez Bellę Andersson, a zmiana, choć w teorii najbardziej naturalna z możliwych, wprowadziła w poczynania gościń ze Sztokholmu nieco bałaganu. Ów chaos okazał się jednak nadzwyczaj twórczy, bo Cathinka Tandberg do spółki z Emilią Joramo wygarnęły futbolówkę w okolicach linii środkowej, a następnie – przy wydatnej pomocy Ellen Wangerheim – przetransportowały ją w okolice pola karnego Benfiki, gdzie dwudziestoletnia snajperka z Oslo wygrała jeszcze jedną kluczową przebitkę i oddała cokolwiek sytuacyjny strzał, który na stałe zapisał się we wszystkich księgach traktujących o historii piłki nożnej w Hammarby. I co by się w dalszych fazach tej wspaniałej przygody nie miało wydarzyć, 25. września 2024 stał się datą, której w Södermalm nigdy nie zapomną i nigdy nie pomylą. Sukces ten smakował tym lepiej, że przecież udało się wyrzucić za burtę Ligi Mistrzyń klub, który jak najbardziej zasadnie wyrobił sobie w ostatnich latach miano postrachu szwedzkich drużyn próbujących szczęścia na największej, europejskiej scenie. Jak jednak widać – w piłkarskim uniwersum nic nie może wiecznie trwać.

W tej całej ekscytacji nie zapominajmy jednak o dwóch niezwykle istotnych kwestiach. Po pierwsze: w rzeczonym dwumeczu awans wywalczyła drużyna po prostu lepsza piłkarsko. Hammarby mógł, a nawet powinien wygrać już zeszłotygodniową potyczkę na Tele2 Arenie, do czego zresztą wiele razy w pomeczowych tekstach nawiązywaliśmy. Rewanż również przebiegał pod dyktando podopiecznych trenera Sjögrena, bo nawet jeśli w drugiej części gry Benfica momentami zdominowała statystykę posiadania piłki, znacząco oddalając tym samym ciężar gry od własnej szesnastki, to żadną miarą nie przekładało się to na bezpośrednie zagrożenie pod bramką Anny Tamminen. Licząc niezwykle łaskawie, mistrzyniom Portugalii mogliśmy zapisać co najwyżej dwie konkretne, ofensywne próby (w jednej z nich swoją golkiperkę bezbłędnie wyręczyła kapitanka Alice Carlsson), co bynajmniej chluby zespołowi tej klasy nie przynosi, a wiele dobrego mówi za to o defensywnej strategii Bajen. Po drugie: sytuacja z końcówki pierwszej połowy, która wczoraj wieczorem niczym dobrej jakości viral podbiła media społecznościowe, pokazała niesamowity team spirit w obozie Hammarby. Oczywiście, elementów wszechstylowej walki wręcz na piłkarskich murawach absolutnie nie popieramy, ale nie da się przejść obojętnie obok faktu, iż właśnie wtedy w oczach Tandberg, Wangerheim, czy Carlsson dostrzegliśmy coś, co zwyczajnie dodało nam pewności, że… będzie dobrze. Bo przecież tak pozytywnie zmotywowana i świadoma swojej niesamowitej szansy drużyna nie przejechałaby niemal czterech tysięcy kilometrów tylko po to, aby ładnie przegrać. To po prostu nie mogło się tak skończyć i – cóż za niespodzianka – tak się nie skończyło. A piękna tradycja szwedzkich, eliminacyjnych podbojów została w najpiękniejszym możliwym stylu podtrzymana. Europo, bądź gotowa, Hammarby nadchodzi!

******

Przed pierwszym gwizdkiem portugalskiej sędzi Catariny Campos mogliśmy łudzić się, że może raz jeszcze uda się zaskoczyć rywalki z Londynu perfekcyjnie wyprowadzonym kontratakiem, że kolejny, kapitalny mecz rozegra między słupkami bramki Häcken Jennifer Falk, czy wreszcie, że ustawiona tym razem w roli najbardziej wysuniętej napastniczki w talii trenera Eidevalla Stina Blackstenius będzie tego wieczora… klasyczną Stiną Blackstenius, przynajmniej w temacie skuteczności. Mądrzejsi o meczową wiedzę oszukiwać się jednak nie zamierzamy: nawet jednoczesne spełnienie wszystkich postawionych tu warunków awansu wicemistrzyniom Szwecji najpewniej by nie dało. Jasne, możemy zastosować klasyczny cherry-picking i wrócić w ten sposób do nieprzepisowego powstrzymania szarżującej Clarissy Larisey przez Lotte Wubben-Moy lub do zmarnowanej szansy Tabithy Tindell, która lepiej wykorzystana pozwoliłaby jeszcze przynajmniej na chwilę zaczepić się w tym dwumeczu. Obiektywna prawda jest jednak taka, że Arsenal był tego dnia zespołem o kilka klas lepszym i nawet jeśli straty poniesione przed tygodniem w Hisingen zawodniczki z Anglii odrobiły za sprawą nieco szczęśliwego strzału z dystansu Lii Wälti, to gol dla gospodyń gdzieś w powietrzu wisiał już wówczas od kilkunastu dobrych minut. Oczywiście, solidna i szczelna defensywa to w futbolu wartość absolutnie nadrzędna, ale broniąc się tak głęboko i tak rozpaczliwie nie da się utrzymać najskromniejszej możliwej zaliczki w zderzeniu z tak klasowym przeciwnikiem. Ukoronowaniem dominacji Arsenalu była ponawiana po wielokroć akcja z 49. minuty, którą niezwykle efektownym golem na 3-0 sfinalizowała prawdopodobnie najlepsza w tej fazie meczu na placu Beth Mead. Wtedy właśnie ta rywalizacja definitywnie się rozstrzygnęła, a królowa strzelczyń oraz najbardziej wartościowa zawodniczka ostatnich finałów mistrzostw Europy postawiła tym samym pieczęć na awansie Kanonierek do wytęsknionej fazy grupowej. Przypomnijmy bowiem, że przed rokiem tamę na ich drodze nieoczekiwanie postawiły zawodniczki francuskiego Paris FC, lecz tym razem – choć z perspektywy miłośników szwedzkiego futbolu nie obrazilibyśmy się na powtórkę – skończyło się jedynie na przejściowych kłopotach. Piłkarkom Häcken i tak należą się jednak ogromne brawa i podziękowania, gdyż jeszcze jednego domowego zwycięstwa nad rywalkami z najbardziej ekskluzywnej, europejskiej półki nikt i nic im już nie odbierze. A skoro tak, to już oficjalnie dziękujemy i widzimy się ponownie za rok już w nowej, zdecydowanie bardziej sprawiedliwej i sprzyjającej nam formule!


Komplet wyników:

Sztokholmskie niepokoje

Sara Kanutte – bohaterka ostatniej akcji i przekleństwo Djurgården (Fot. Magnus Andersson)

Kilka tygodni temu trochę kręciliśmy nosem na widowisko, jakim ostatecznie okazały się długo wyczekiwane sztokholmskie derby pomiędzy Djurgården i Hammarby, więc pozostałe stołeczne kluby najwyraźniej wyszły z założenia, że tym razem to one pokażą nam, iż w stolicy wciąż potrafią w ciekawe i emocjonujące mecze. Rywalizacja AIK z Brommą takim niewątpliwie była, a intensywna i ofiarna postawa obu ekip niemal od pierwszej minuty zachęcała do bacznego przyglądania się wydarzeniom na murawie. Choć trzeba przyznać, że tym razem nawet miejscowi kibice dali radę, bo tak zorganizowanego dopingu jak dotąd podczas domowych występów Gryzoni z Solnej raczej nie stwierdzano. W pierwszej połowie dojrzalszy futbol zdecydowanie pokazywały gościnie z Brommy, które jednak – cóż za paradoks – do szatni schodziły z jednym golem deficytu. Tuż przed przerwą worek z bramkami otworzyła bowiem ściągnięta do Sztokholmu tego lata Japonka Haruna Tabata, przecinając fatalnej jakości podanie Anny Koivunen do Wilmy Wärulf. Inna sprawa, że – co słusznie podkreśliła zresztą Beata Olsson – taki wynik trudno uznać było za niesprawiedliwy, bo o ile prawdą jest, że w suchych liczbach na ten moment wyraźnie górowały przyjezdne, to jednak trzy najbardziej konkretne okazje wykreowały sobie w tej fazie meczu gospodynie. Cały ten dorobek został jednak błyskawicznie zmarnowany, bo oto tuż po wznowieniu gry, w niespełna pięć minut, sympatyczne 1-0 dla AIK zamieniło się w zdecydowanie mniej z ich perspektywy korzystne 1-2. Do remisu doprowadziła Ida Bengtsson, finalizując wyprowadzony trzema podaniami szybki kontratak, zaś prowadzenie przyjezdnym zapewnił… niefartowny rykoszet od Olivii Lindstedt, który całkowicie zmylił próbującą zatrzymać strzał Alice Ahlberg Serinę Backmark. Zimny prysznic ewidentnie podziałał na gospodynie demobilizująco, ale gdy już zaczęliśmy myśleć, że teraz to Bromma przejmuje nad meczem całkowitą kontrolę, Adelisa Grabus ze spokojem przyjęła podaną przez Beatę Olsson futbolówkę i tak przymierzyła w samo okienko, że dosłownie nie było czego zbierać. A zatem na tablicy 2-2, kolejny zwrot akcji odhaczony i jeszcze niemal pół godziny emocji przed nami. Ten czas upłynął pod znakiem niemal absolutnej dominacji AIK, ale raz po raz cudów w bramce Brommy dokonywała Anna Koivunen, jakby próbując zrehabilitować się za katastrofalną pomyłkę z końcówki pierwszej połowy. Fińska golkiperka dwiema interwencjami zaprezentowała najwyższy, bramkarski kunszt, a gdy nawet ona nie była już w stanie nic zrobić, do po strzale Anny Oskarsson piłka o centymetry minęła prawy słupek jej bramki. Ambitny AIK zwycięskiego gola nie znalazł, co mając na uwadze zwycięstwo piłkarek z Örebro na LF Arenie (1-0 po niezwykle usypiającym meczu i golu Nory Håheim), jeszcze bardziej skomplikował i tak niełatwą sytuację w tabeli stołecznego beniaminka. W Närke natomiast mogli wziąć pierwszy od dłuższego czasu głęboki oddech ulgi, choć mając na uwadze niełatwy październikowo-listopadowy terminarz klubu z Behrn Areny, od osiągnięcia podstawowego celu w postaci utrzymania na najwyższym szczeblu rozgrywkowym, drużynę Rickarda Johanssona cały czas dzieli jeszcze niezwykle daleka droga.

Derbowy klimat miało także starcie na Vittsjö IP, gdzie z gościnnymi występami zawitał Kristianstad. Rywalizacja tych zespołów zazwyczaj dostarcza nam nieoczekiwanych przeżyć, lecz tym razem dwa kluby z północy Skanii zaprezentowały licznie zebranym na trybunach fanom mniej więcej to, czego w zapowiedzi od nich oczekiwaliśmy. Czyli nie brakowało nieśmiertelnej walki o każdy centymetr środkowej strefy boiska, obie strony regularnie korzystały z otwierających, prostopadłych podań, a gościnie z Kristanstad raz po raz próbowały wykorzystać ewidentną przewagę w bocznych sektorach boiska. Obie połowy przebiegały według dość podobnego schematu, czyli po stosunkowo wyrównanych dwóch kwadransach, w ostatnim inicjatywę przejmowały gościnie, spychając zespół trenera Axeldala do coraz bardziej rozpaczliwej defensywy. O ile jednak przed przerwą Vittsjö szczęśliwie dotrwało do końcowego gwizdka bez poważniejszych strat własnych, o tyle godzinę później sztuka ta się już nie udała. Kolejny rzut rożny, dośrodkowanie Gudny Arnadottir na głowę Clare Polkinghorne i w ostatniej akcji meczu zajmujący miejsca na trybunie za bramką Elin Vaughan pomarańczowy sektor eksplodował ze szczęścia. Zdecydowanie pewniej swoje niżej notowane rywalki odprawiły Rosengård oraz Linköping, choć w Malmö więcej niż o planowym i spodziewanym zwycięstwie nad Växjö, rozprawiano o urazach Jessiki Wik i Olivii Holdt. Duńska liderka klasyfikacji strzelczyń najprawdopodobniej nie zagra już do końca sezonu, co oczywiście dynamiki mistrzowskiego wyścigu nijak nie zmieni, ale mając na uwadze aktualną dyspozycję między innymi Mai Kadowaki, Cathinki Tandberg, czy Hlin Eiriksdottir, mocno zamiesza nam w rywalizacji o miano najskuteczniejszej zawodniczki Damallsvenskan w obecnych rozgrywkach. Ostatniego słowa nie powiedziała w tym temacie także Sara Kanutte, która ze względu na drobną niedyspozycję jedynie z perspektywy ławki rezerwowych przyglądała się, jak w pierwszej połowie rywalizacji na Stadionie Olimpijskim jej Norrköping dostaje od rozpędzonego do granic możliwości Djurgården surową lekcję pierwszoligowego futbolu. Tyle tylko, że rzeczonego rozpędu Dumie Sztokholmu ponownie wystarczyło na mniej więcej sześćdziesiąt minut, z czego podopieczne trenera Fredheima postanowiły skwapliwie skorzystać. A ponieważ IFK miał w swoich szeregach Wilmę Leidhammar oraz wspomnianą Kanutte, to dwubramkową stratę udało się ostatecznie zniwelować i jeden, niezwykle cenny punkt, pojechał w poniedziałkowy wieczór do Norrköping. Djurgården mógł jeszcze odwrócić losy meczu w siódmej z doliczonych minut, ale choć futbolówka ponownie zatrzepotała w siatce debiutującej na boiskach Damallsvenskan Caroline DeLisle, to chorągiewka sędzi liniowej nie pozostawiła wątpliwości co do pozycji spalonej Matildy Plan i zamiast wyszarpanego w nieprawdopodobnych okolicznościach zwycięstwa, miejscowi kibice musieli zadowolić się kolejnym rozczarowującym remisem.


Komplet wyników:


Klasyfikacje indywidualne:


Klasyfikacje drużynowe:


Przejściowa tabela:

dam2


#pokolejce

awds20

Drogie panie, czas na przełamanie

aik

Nadchodzące tygodnie mogą okazać się decydujące dla kosztownego projektu pod nazwą AIK (Fot. Bildbyrån)

Kalendarz rozgrywek międzynarodowych sprawił, że hitem dwudziestej kolejki Damallsvenskan emocjonowaliśmy się… niemal dokładnie miesiąc temu i nawet uhonorowaliśmy go osobnym, dedykowanym wpisem. Z kronikarskiego obowiązku przypomnijmy jednak, że piłkarki Häcken skutecznie odwróciły wówczas losy rywalizacji na Kanalplan, choć mniej więcej do sześćdziesiątej minuty niewiele za tym przemawiało. Wtedy jednak dostaliśmy od zawodniczek z Hisingen przepiękny flashback w postaci powtórki niezapomnianego wieczoru w Enschede, a Anna Anvegård z Felicią Schröder raz jeszcze stanęły na wysokości zadania w najbardziej krytycznym momencie. Wyjazdowy triumf nad obrończyniami tytułu nie pozwolił wprawdzie podopiecznym trenera Linda podłączyć się jeszcze do mistrzowskiego wyścigu, ale mając w pamięci dwa nokautujące ciosy przyjęte od Hammarby w poprzednim sezonie, niewątpliwie smakował on absolutnie wyjątkowo.

Te emocje już jednak daleko za nami, a na horyzoncie mecze może mniej telewizyjne, ale wciąż z pewnym potencjałem na intersujące, sportowe widowiska. W rolach głównych wystąpią przede wszystkim piłkarki ze Skanii, choć w zależności od reprezentowanych barw, przyświecać będą im zgoła odmienne cele. Liderki z Rosengård podejmą na Malmö IP ekipę z Växjö i nie trzeba wynajmować renomowanej agencji detektywistycznej, aby wskazać w tej parze niemal stuprocentowe faworytki do sięgnięcia po komplet punktów. Tyle tylko, że akurat klub z Kronobergu jak mało kto potrafi psuć wyżej klasyfikowanym rywalkom imprezy, o czym w rundzie wiosennej boleśnie przekonało się na własnej skórze na przykład Hammarby. Larkin Russell wreszcie się odblokowała, Nesrin Akgün oraz Elin Nilsson coraz śmielej pukają do jedenastki miesiąca, Alexandra Jonasson potrafi dośrodkować ze stojącej piłki jak mało kto w tej lidze – w teorii potencjał na ewentualną niespodziankę objawia się nam na każdym kroku, ale fakt, iż Växjö w praktyce już o nic w tegorocznej kampanii nie walczy, troszkę nam ten cały misternie utkany plan burzy. Swoje jasno określone cele mają za to w Trelleborgu, a zakończenie debiutanckiego, pierwszoligowego sezonu z przynajmniej jednym zwycięstwem na koncie mocno osłodziłoby w obozie beniaminka rok upływający pod znakiem mieszanki rozczarowań i nauki. Oczywiście, Linköping niezmiennie posiada po swojej stronie zdecydowanie więcej jakości, ale pod hiszpańskim przewodem trzykrotne mistrzynie Szwecji naprawdę są w stanie przegrać z każdym i kto wie, czy za kilkadziesiąt godzin nie przekonamy się o tym po raz kolejny. Łapiący na powrót rytm Kristianstad wybierze się za to na derby do Vittsjö, które jesienią postanowiło z jednej strony nie przegrywać, z drugiej zaś nie strzelać goli. Lokalne starcia z reguły należą do takich, które nie wymagają specjalnej rekomendacji, ale jeśli sama perspektywa konfrontacji Tanyi Bouchuk i Hanny Ekengren z Hlin Eiriksdottir oraz Katlą Tryggvadottir nie jest dla was wystarczającym magnesem, to pamiętajcie, że KDFF jeszcze nie zrewanżował się swoim najbliższym przeciwniczkom za upokarzające 1-6 przed własną publicznością, a okazja, aby to wreszcie uczynić, wydaje się aż nader sprzyjająca.

W dolnych rejonach tabeli korespondencyjną rywalizację o uniknięcie bezpośredniej degradacji do Elitettan toczą zespoły Örebro oraz AIK. Z tego duetu zdecydowanie lepsze wrażenie sprawiają póki co piłkarki z Närke i choć teren w Piteå nie należy do szczególnie gościnnych, to szanse na przywiezienie na Behrn Arenę choćby skromnej zdobyczy punktowej wydają się być z perspektywy podopiecznych trenera Johanssona całkiem realne. Choć byłyby oczywiście znacząco większe, gdyby klub dysonował choćby jedną solidną napastniczką na pierwszoligowym poziomie. Z podobnymi problemami od lat (no, może z wyłączeniem jednorundowych wystrzałów Pauline Hammarlund i Anam Imo) zmagają się także w Norrbotten, ale tam najwyraźniej nie przeszkadza im to w pisaniu złotymi zgłoskami kolejnych rozdziałów pięknej historii klubu z dalekiej Północy. Wyjątkowo beznadziejny ostatnimi czasy AIK zmierzy się za to u siebie z Brommą i jeśli Gryzonie z Solnej marzą o szczęśliwym zakończeniu sezonu, to takie starcia muszą po prostu bezwzględnie i bez jakichkolwiek wymówek wygrywać. Późnoweekendowe granie zwieńczy nam potyczka Djurgården z Norrköping, gdzie dla odmiany nikt nie przystąpi do rywalizacji z perspektywą niechybnie nadciągającej katastrofy. Czy zatem będzie to świetna okazja na indywidualne popisy ze strony Hammarlund, Larsson, Milivojevic lub Jones? Zdecydowanie nie obrazilibyśmy się, gdyby ziścić miał się akurat ów optymistyczny scenariusz.

omg20

Jeden do tyłu, jeden do przodu

GXxkpWyXgAAdUNC

Kibice Hammarby przygotowali efektowną oprawę, ale ich lot ku Europie już na starcie napotkał nieoczekiwane turbulencje (Fot. Bildbyrån)

Växjö, Häcken, Kristianstad, a od dziś także Benfica – te kluby potrafiły w ostatnich tygodniach odwrócić losy wyjazdowego starcia z Hammarby pomimo tego, iż to one jako pierwsze traciły gola. Co gorsza, mistrzynie Szwecji znów wypuściły z rąk mecz, który na pewnym etapie wydawał się być zdecydowanie pod ich kontrolą, ostatecznie nie potrafiąc go choćby zremisować. Bo nawet jeśli dzisiejszego wieczora lista zarzutów pod adresem zarówno trenera Sjögrena, jak i samych zawodniczek Bajen z pewnością zawiera kilka interesujących punktów, to nijak nie uciekniemy od faktu, że nawet tak dysponowane Hammarby mogło, a nawet powinno tę rywalizację zamknąć. Bo przecież wszystkie karty wydawały się znajdować w rękach gospodyń, gdy tuż po upływie pierwszego kwadransa Julie Blakstad popisała się fenomenalnym półwolejem dzięki temu, że chwilę wcześniej powietrzną walkę o kluczową piłkę wygrała znajdująca się obecnie w wybornej dyspozycji Cathinka Tandberg. Ona sama jeszcze przed przerwą mogła zresztą także wpisać się na listę strzelczyń, ale jej strzał po dośrodkowaniu Stiny Lennartsson zatrzymał się ostatecznie jedynie na słupku bramki Leny Pauels. Zdecydowanie większą precyzją po przeciwnej stronie boiska wykazała się natomiast pozyskana tego lata z hiszpańskiej Sevilli Cristina Martin-Prieto i to przede wszystkim za jej sprawą obie ekipy udawały się do szatni przy mało satysfakcjonującym licznie zebranych na sztokholmskiej Tele2 Arenie fanów remisie 1-1. Wspomniane już okazje obu Norweżek, a także aktywna postawa dzielnie sekundujących im Ellen Wangerheim oraz Smilli Vallotto, dawały jednak w pełni uzasadnioną nadzieję, że tego dnia piłkarki z Södermalm zdążą jeszcze napisać przepiękną, futbolową historię.

Nic takiego nie miało jednak miejsca, a zamiast tego tuż po wznowieniu gry czekał na nas wszystkich niezwykle nieprzyjemny, zimny prysznic. Dzieła zniszczenia dokonała tym razem osobiście Andreia Norton, potwierdzając niejako obiegową opinię, że wyszkolenie techniczne zdecydowanie stanowi jedną z mocniejszych stron portugalskich piłkarek. Wspomniana Norton jeszcze bardziej zaimponowała jednak nienaganną dyscypliną taktyczną, gdyż broniąca korzystnego dla siebie wyniku Benfica od pewnego momentu skupiła się przede wszystkim na wygraniu walki o dominację w środku pola, a także metodycznym wybijaniu sztokholmianek z uderzenia i ów plan realizowała z godną pochwały konsekwencją. Tercet Gasper – Norton – Pauleta otrzymywał niezbędne wsparcie także od ustawionych nominalnie zdecydowanie bardziej ofensywnie Martin-Prieto oraz Alidou d’Anjou i choć gospodyniom ambicji czy determinacji nie sposób było odmówić, to w drugiej połowie meczu czystych okazji strzeleckich zaczęło niepokojąco brakować. Z chwilowego marazmu drużynę trenera Sjögrena wyrwać zdołało dopiero (czy aby nie zbyt późne?) pojawienie się na placu gry rezerwowych Emmy Westin oraz Smilli Holmberg, dość nieoczekiwanie większy spokój i porządek w drugiej linii zapanował przy zauważalnym udziale Thei Sørbo, lecz to wszystko nie wystarczyło, aby na rewanż do Seixal udać się przynajmniej z remisem 2-2. Paradoksalnie, dzisiejszy mecz wcale nie oddalił jednak piłkarek trenera Sjögrena od wymarzonej Europy, bo choć na Półwyspie Iberyjskim trzeba będzie odrobić jedną bramkę straty, to Hammarby udowodnił dziś, że z Benfiką jest w stanie rywalizować na swoich zasadach. Za osiem dni sama ta wiedza do niczego nam jednak nie wystarczy, a swoją sportową jakość trzeba będzie przełożyć na konkrety, których w pierwszej połowie tego frapującego dwumeczu tak bardzo nam brakowało.

******

Drużyna od cudów znów to zrobiła! Przeżyliśmy Enschede, przeżyliśmy Paryż, przeżyliśmy wreszcie Londyn i Madryt, ale wciąż pozostajemy pod wrażeniem tego, jak na wielkiej, europejskiej scenie Häcken z niebywałą regularnością potrafi prezentować swoją najbardziej efektowną twarz. Dzisiejszy mecz nie był może wielkim widowiskiem, ale taktyka trenera Linda znów święciła triumf w zderzeniu z jednym z największych potentatów najlepiej opłacanej ligi świata i chociażby z tego tytułu warto ten sukces nie tyle docenić, co zwyczajnie celebrować. Jasne, ten tekst prawdopodobnie uderzałby w zdecydowanie mniej euforyczne tony, gdyby Jennifer Falk nie zatrzymała w kluczowym momencie Alessii Russo, a uderzona w samej końcówce przez Fridę Maanum futbolówka poleciała o kilkanaście centymetrów niżej, ale całościowo Arsenal długimi minutami sprawiał dziś wrażenie drużyny pozbawionej konceptu tylko i wyłącznie dlatego, że to Häcken skutecznie uniemożliwił gwiazdom FA WSL jakiekolwiek rozsądne rozwinięcie skrzydeł. Duet Curmark – Fossdalsa wykonywał tytaniczną pracę w środku pola, na dziesiątce harowała prawdopodobnie największa bohaterka tego meczu Anna Anvegård, a dynamiczne Larisey, Tindell i Schröder raz po raz konsekwentnie próbowały zrobić właściwy użytek ze swojego głównego atutu, jakim niewątpliwie pozostaje szybkość i przyspieszenie. I choć okazji nie było wiele, to cierpliwość dostała doceniana w 77. minucie, kiedy to Anvegård zagrała na wolne pole do Tindell, a sprowadzona latem z Kristianstad Amerykanka zdecydowanie wygrała pojedynek biegowy z Katie McCabe i nie zastanawiając się długo soczyście uderzyła na bramkę Manueli Zinsberger. W takich okolicznościach na Bravida Arenie padł jedyny tego dnia gol i nawet jeśli jeszcze jeden magiczny awans cały czas pozostaje odległym celem, to wicemistrzynie Szwecji rozpoczną rewanż na kultowym Kingsmeadow z jednobramkową zaliczką. Być może skromną, lecz z drugiej strony niezwykle cenną i przedłużającą nadzieję na to, że nieprawdopodobne ponownie stanie się rzeczywistością. Tak, Häcken wciąż nie jest tu faworytem, lecz w życiu i w sporcie, aby zwyciężać, w pierwszej kolejności trzeba dać sobie na to szansę. I z radością możemy zakomunikować, iż ten etap w Hisingen mają już za sobą. A jaki będzie ciąg dalszy? Tę drużynę stać dosłownie na wszystko, więc po prostu spokojnie poczekajmy, a kolejny tydzień z pewnością przyniesie nam wszystkie najbardziej pożądane przez nas odpowiedzi.


Komplet wyników: