
W piątkowy wieczór w Norrköping radość mieszała się z poczuciem ulgi (Fot. IFK Norrköping)
Wiele razy powtarzamy, że piłka nożna to prawdopodobnie jedyny sport zespołowy, w którym końcowy wynik może nijak nie korespondować z przebiegiem boiskowej rywalizacji. Tej wiosny boleśnie przekonali się o tym chociażby w Örebro, gdzie limit poniesionych w absurdalnych okolicznościach porażek wypełniono z nawiązką na kilka lat do przodu. Narzekać na chichoczący złowieszczo los mogli jednak również fani z Norrköping, bo choć ich ukochany zespół tydzień w tydzień prezentował się naprawdę solidnie, to w najmniejszym stopniu nie przekładało się to ani na punkty, ani nawet na gole. Przy takiej postawie cztery mecze z rzędu na zero z przodu wyglądały jak wyjątkowo nieśmieszny żart i choć w ostatniej przed letnią przerwą w rozgrywkach ligowej potyczce na Platinumcars Arenę przyjechał mocno rozpędzony Kristianstad, to w przedmeczowej zapowiedzi lojalnie ostrzegaliśmy, że w tym zestawieniu o żadnych faworytach i underdogach mowy być nie może. Podopieczne trenera Angergårda miały oczywiście po swojej stronie konkretne atuty, ale na korzyść Norrköping przemawiała… matematyka, a konkretnie nieśmiertelny nie tylko w sporcie rachunek prawdopodobieństwa. Bo jeśli cały czas robisz coś dobrze, a do pełni szczęście brakuje ci jedynie efektów, to te muszą prędzej czy później pojawić się na horyzoncie. Przekładając te słowa na nasz język branżowy: jeśli zachowasz wiarę, czujność i zaangażowanie, to w końcu piłka zacznie ci wpadać. Zawodniczki z Östergötland przekonały się o tym w miniony weekend, kiedy akurat wpadło im dwa razy. I to jak wpadło!
Już przed przerwą Norrköping sprawiał swoją grą zdecydowanie lepsze wrażenie niż niepokonany od dziewięciu ligowych spotkań rywal, ale akurat w tej fazie meczu wypracowanej mozolnie przewagi nie udało się jeszcze gospodyniom przekuć na choćby skromną zdobycz bramkową. Na trafienie numer jeden kibice na opustoszałej nieco bardziej niż zazwyczaj Curva Nordahl czekali jednak aż godzinę, ale ich cierpliwość zdecydowanie została nagrodzona. Bo nie dość, że do siatki przeciwniczek trafiły wówczas ich ulubienice, to jeszcze dokonały tego w stylu tak efektownym, że ręce mimowolnie składały się do oklasków nawet przedstawicielom nielicznej, lecz niewątpliwie fanatycznej delegacji wyjazdowej ze Skanii. W skrótach meczu zobaczymy z pewnością przytomną centrę Elin Rombing oraz jeszcze bardziej efektowne wykończenie specjalistki od pięknych goli Wilmy Leidhammar, ale jeśli tylko macie czas, to naprawdę odwińcie sobie całą sekwencję bezpośrednio poprzedzającą trafienie na 1-0 w tym starciu. Bo jeśli cenicie piłkę nożną także za jej zespołowy charakter, to w tej konkretnej akcji IFK najzwyczajniej w świecie można się zakochać. Jeśli jednak bliżej wam do zachwytów nad spektakularnymi strzałami po widłach, to i tutaj gospodynie postanowiły w całości zrealizować przekazane na ich ręce zamówienie. Presja ze strony znajdującej się w naprawdę wybornej dyspozycji Vesny Milivojevic, a także wyjątkowa precyzja rezerwowej Alexandry Hellekant, także miały potencjał, aby z miejsca stać się mocnymi pretendentkami do miana zagrania kolejki. Tak eksponowanego wyróżnienia prawdopodobnie nie zapisze w swoim sportowym życiorysie kanadyjska stoperka Maya Antoine, ale trzeba podkreślić, że to właśnie ona była w piątkowy wieczór cichą bohaterką rywalizacji na stadionie w Norrköping. Już tradycyjnie, waleczność i determinacja charakteryzowały boiskowe poczynania duetu My Cato – Wilma Leidhammar, dzielnie wspieranego tego dnia nie tylko przez proaktywną jak zawsze Samanthę Cary, ale również przez rutynowaną Fanny Andersson, która w środku pola zapewniła swojemu zespołowi tak bardzo potrzebny balans. Zwycięstwo gospodyń nie było zatem wyłącznie modelowym przykładem futbolowego paradoksu, lecz logiczną konsekwencją tego, jak na tle naprawdę poważnego przeciwnika zaprezentowała się ekipa IFK. I nie wspominajmy nawet o jakiejkolwiek niespodziance, gdyż – jak ładnie uplastyczniła nam to wspomniana już wielokrotnie w tym akapicie Leidhammar – jedyna różnica polegała na tym, że za piątym podejściem stolpe ut udało się z sukcesem zamienić na stolpe in. Niby to tylko dwie literki, ale przy korzystnym układzie mogą mieć one naprawdę niezwykłą, wręcz uzdrawiającą moc.
Na pierwszy rzut oka postawiona w ten sposób teza może wydać się nadzwyczaj brawurowa, ale… mecze na LF Arenie w Piteå oraz na Behrn Arenie w Örebro połączył przynajmniej jeden wspólny mianownik. W obu przypadkach z murawy pokonana schodziła drużyna oddająca na przestrzeni całego meczu więcej strzałów i prezentująca się nieco korzystniej w ogólnym obrazku. W futbolu bonusów za styl jednak nie przyznajemy, a że kluczowymi z punktu widzenia tabeli dotknięciami popisały się odpowiednio Cathinka Tandberg i Sara Ikonen, to właśnie ich drużyny księgowały na koniec rundy komplety punktów. Przewrotność futbolu? Zgadza się, choć akurat w Norrbotten powinni doskonale pamiętać na przykład pierwszomajową wyprawę do Hisingen, kiedy to zespół prowadzony przez trenera Carlssona znalazł się po tej zdecydowanie przyjemniejszej stronie bezlitosnego, piłkarskiego równania. Cóż, soccer giveth, soccer taketh away – jak zgrabnie ujęliby to nasi angielscy przyjaciele. Na uśmiech fortuny nie zamierzały za to liczyć zawodniczki Växjö, które po stojącym na niskim poziomie widowisku wypunktowały u siebie Brommę. Wśród gospodyń raz jeszcze błysnęły nastoletnie odkrycia ligowej wiosny w osobach Nesrin Akgün i Victorii Svanström, ale – żeby nie było nudno i zbyt monotonnie – na listę strzelczyń wpisywały się kolejno niezawodna przy ofensywnych stałych fragmentach Elin Nilsson, a także islandzka rekonwalescentka Bryndis Arna Nielsdottir. Niezwykle cenne zwycięstwo nie przesłoniło jednak faktu, iż obie ekipy ewidentnie znajdują się obecnie w dołku i rozpoczynającą się właśnie kilkutygodniową przerwę w ligowych zmaganiach przywitają z nieukrywaną radością.
Na koniec szybki meldunek od tercetu liderek, u których tym razem wyjątkowo solidnie i stabilnie. Wymęczony nieprzyzwoicie wydłużoną rundą Häcken bez najmniejszych turbulencji poradził sobie z czerwoną latarnią z Trelleborga, a Rosa Kafaji wybiegła na murawę Bravida Areny tak naładowana, że aż musieliśmy szybko sprawdzić, czy jakimś niewytłumaczalnym zrządzeniem losu nie cofnęliśmy się w czasie do zimy i pamiętnych bojów w fazie grupowej Ligi Mistrzyń. Inna sprawa, że fani Os najczęściej i najgłośniej i tak oklaskiwali autorkę dubletu Felicię Schröder, liderkę drugiej linii, nienaganną dyrygentkę Filippę Curmark, a także zaliczającą jeszcze jedno efektowne wejście z ławki Ruby Grant, którą swego czasu ściągano do Västergötland jako potencjalne wzmocnienie… drużyny rezerw. Wyjątkowo długo defensywę lokalnych rywalek forsował w piątkowy wieczór Rosengård, ale gdy sztuka ta wreszcie się udała, to Rebecca Knaak zdążyła jeszcze zapracować na miano przechodniej bohaterki Malmö, a Olivia Holdt powiększyć przewagę nad grupą pościgową w klasyfikacji strzelczyń. Swój prawdopodobnie najlepszy w obecnej kampanii mecz zagrały za to mistrzynie z Södermalm, wreszcie dostrajając się w ten sposób do niezawodnych jak zawsze fanów Bajen. Emilie Joramo dała nam wspaniały, półtoragodzinny koncert w środku pola, Vilde Hasund zaimponowała techniką kojarzoną raczej z boiskami Japonii lub Hiszpanii, Smilla Holmberg położyła na stół jeszcze jeden argument przemawiający za powołaniem jej do kadry Petera Gerhardssona już przy najbliższej okazji, a Suzu Amano przywitała się z nowym otoczeniem w najsympatyczniejszy możliwy sposób.
Komplet wyników:
Klasyfikacje indywidualne:
Klasyfikacje drużynowe:
Przejściowa tabela:

#pokolejce
